środa, 31 października 2012

Alpy Bawarskie zamiast Blanca, czyli z deszczu pod rynnę (22-28.08.2012)


Alpy Bawarskie zamiast Blanca, czyli z deszczu pod rynnę (22-28.08.2012)

Tytuł, o jaki się pokusiłem w zasadzie opisuje w skrócie fabułę całej wycieczki.  Wyjazd na Blanca, bo to było w planach,  miał się odbyć od razu po powrocie z Gruzji. No i tak też się stało. 
Z Kaukazu wracaliśmy na złamanie karku, byle szybciej, a i w Polsce nie udało się zagrzać miejsca.  Szczerze mówiąc goniło mnie nic innego, jak „kampania wrześniowa”, której perspektywa musiała w końcu usadzić moje cztery litery nad książkami. Nawet nie kwapiłem się wracać do domu – u Anity nastąpiło szybkie przepakowanie, zakupy i 22ego sierpnia, po niespełna dwóch dniach przerwy , staliśmy przy drodze (już nie pamiętam, gdzie to było dokładnie) z zamiarem złapania „okazji” do Krakowa. 
Przyznam, że po miesiącu korzystania z dobrodziejstw tego środka transportu, już mieliśmy go serdecznie dość, ale kwestie finansowe i w tym przypadku zwyciężyły.  Tym samym morale zbyt wysokie nie było, ale przyjęcie teorii „jakoś to będzie”  jak zwykle poskutkowało i sprowokowało nas do działania.
Jakże byliśmy zadowoleni, gdy do Krakowa dostaliśmy się bez problemów, po niespełna paru minutach oczekiwania i dwóch godzinach jazdy.  Tam wysiedliśmy na autostradzie. Tak, na autostradzie – no bo przecież na Węgrzech łapaliśmy na autostradzie, w Turcji także i jakoś nie było żadnych problemów. Jednak tym razem miało stać się inaczej. Po kwadransie oczekiwania przyjechała policja. Panowie byli bardzo mili, ciekawie się z nimi rozmawiało i okazało się, że nie jesteśmy jedynymi autostopowiczami w ciągu ostatnich dni.  Poza tym -  podwieziono nas na parking przy autostradzie w przyjemnej atmosferze  lecz za taką  „taksówkę” musieliśmy wzbogacić  Skarb Państwa kwotą  50 zł od osoby. To tak na dobry początek. 
Po kilkudziesięciu minutach oczekiwania, kolejny kierowca dostawczaka wiózł nas w kierunku Katowic. 

 Niestety, mimo iż tłumaczyliśmy, że potrzebujmy zatrzymać się na stacji przy A4 i powtarzaliśmy to parokrotnie, gość przytakując wwiózł nas do miasta. Tym samym musieliśmy trochę pokombinować , aby dostać się na wjazd na autostradę. Po jakimś czasie owszem udało się – jednak miejsce naszego  kolejnego, ponad godzinnego postoju było fatalne – ruch  ,godziny  szczytu, a w koło wielu autostopowiczów.  Gros co prawda kierował się na Austrię, jednak konkurencja na tym marnym skrawku przestrzeni była wielce niepożądana. W tysiącach musiałbym liczyć przejeżdżające samochody,  tworzące taki zgiełk, że głowa bolała. Tym razem  jednak upór nam się opłacił . Wreszcie zatrzymał się pierwszy samochód i na szczęście jechał aż do Zgorzelca. Kierowca, jak się okazało, sam podróżował na „zachód” autostopem, toteż świadomie wysadził nas na dużym i ruchliwym parkingu „Żarska Wieś”. Było już po dwudziestej i  instynktownie zacząłem rozglądać się za wyjściem z ogrodzenia, i miejscem na ewentualny biwak, gdyby próby wyrwania się stąd dziś nie powiodły się.  Jakież było moje zdziwienie, gdy podczas ustawiania plecków przy drodze zatrzymał się nam kolejny dobroczyńca. Z nim już po nocy kontynuowaliśmy podróż przez Niemcy.  Kierowca korzystał z dobrodziejstwa nieograniczonej prędkości na autostradzie, więc w parę godzin przejechaliśmy ładny kawałek. Drezno, Chemnitz, Hof, aż naszym przystankiem okazał się Parking Frankenwald. Tu dotarliśmy około północy i po szybkim jedzeniu zaczęliśmy rozglądać za noclegiem. Przechodzić nad ogrodzeniem już nie mieliśmy zamiaru, toteż położyliśmy się w najlepszy możliwy sposób – pod krzaczkiem.

W nocy okazało się, że w Niemczech nie jest tak ciepło, jak sądziliśmy i że samochody jeżdżą tu w dużej ilości przez całą dobę. Po kilku, jako tako przespanych godzinach, obudził nas zimny poranek i pan sprzątający teren parkingu (który w naszą obecność w żaden sposób nie ingerował).  Przecierając oczy i poziewując  co chwila, po zjedzeniu śniadania, przeszliśmy się na wyjazd z parkingu.
Tego ostatniego nie zamierzaliśmy opuszczać. Funkcja prewencyjna wczorajszego mandatu odniosła na mojej osobie spektakularny sukces i dziś, ani w dniach kolejnych nie zamierzałem wspierać finansowo Republiki Niemiec.  50zł przy darmowym transporcie, to cena którą można liczyć w koszty, ale 50 euro to już nie bardzo.  A policja po samym parkingu jeździła nader często. Co więcej, w ciągu godziny dwa razy musieliśmy okazywać dowody  osobiste Politzmaistrom  mundurowym i w cywilnych ubrankach. Nikt także nie kwapił się nas zabrać i dopiero po dwóch godzinach łaskawa okazała się kobieta, choć dziwnie dla mnie wyglądająca (ja tam tych ruchów emancypacyjnych i „wyzwoleńczych” nigdy nie rozumiałem :P ). Z nią , koło południa dojechaliśmy na autohof pod Norymbergą i pokrótce… tam utknęliśmy.

Początkowo nic nie zapowiadało, jak ma skończyć się dzisiejszy, piękny i słoneczny dzień. Nikt się nie zatrzymuje, bądź jedzie tylko „lokalnie” – nic dziwnego w tej okolicy. Mija, godzina, druga, trzecia. Zdarzają się dwa razy kierowcy jadący na Berlin, ale na Karlsruhe czy Basel –nic….








Gdzieś po czwartej godzinie, pobijając niechlubny rekord czekania na stopa i skwiercząc już prawie od słońca,  postanowiliśmy jechać na Monachium, byle dalej i szybciej.  Mimo tego nie zatrzymał się nikt zmierzający w tamtym kierunku.  Po dziewiętnastej  wieczorem  poszedłem poszukać miejsca na rozbicie namiotu i gdy takowe znalazłem, dałem nam i „naszej” już stacji jeszcze pół godziny.
I tu nastąpił przełom. Nie, nie, nie – nikt nie zawiózł nas na Blanca, czy nawet gdziekolwiek dalej w stronę celu.  

Nasze czekanie zaciekawiło grupę młodych Niemców, którzy postanowili zaprosić nas do domu. Z grzeczności nie mogliśmy odmówić i tym samym zapewniliśmy sobie nocleg w okolicach Frankenjury.
Nastroje, nieco podłatane perspektywą dachu nad głową, były ogólnie tragiczne (przynajmniej mój).  Jak już wspomniałem, po miesiącu szlajania się po świecie, spędzenie pół dnia na oczekiwaniu było raczej dobijająco-pogrążające. Poza tym wyśrubowany czasowo plan  runął jak domek z kart i podsumowując nie wiedzieliśmy co robić.
Z opresji wybawił nas jeden z Niemców ( jak się okazało właściwie Polak, nie mieszkający w kraju od dwudziestu lat) , który kolejnego dnia wybierał się z e swoją dziewczyną w Alpy austriackie.  W tym wypadku żal byłoby nie  skorzystać z toteż docelowy Blanc został zmodyfikowany na najwyższy szczyt Niemiec -  Zugspitze (2963m npm).
Tym samym,  późnym już rankiem zapakowaliśmy graty do starego Passata i udaliśmy się na południe. Pogoda nie zapowiadała się dobrze.  Podczas wczorajszego wyczekiwania słońce paliło niemiłosiernie, zaś dziś – dzień przywitał nas zachmurzonym niebem i mżawką.  Prognozy także były na „nie” – najbliższe dwa dni deszcze i burze – i trzeba było im zawierzyć…..

Tymczasem nieświadomi niczego zmierzaliśmy w stronę granicy austraickiej. W Garmisch-Partenkirchen opuściliśmy już samochód i wymieniliśmy kontakty z Niemcami.
Z racji tego ,że w maju ubiegłego roku Anita na Zugspitze była i drogę normalna określała jako nudną, postanowiliśmy, że spróbujemy wejść ferratą od strony doliny Hollentall. Tym samym po krótkiej posiadówce w centrum miasteczka zaczęliśmy rozglądać się za informacjami i brakującym sprzętem typu lonża.
Pierwsze znaleźliśmy bardzo łatwo – w wybajerzonym centrum informacji turystycznej – razem z wydrukiem opisu dróg i mapą. 

Lonżę zaś początkowo chcieliśmy pożyczyć, jednak po zetknięciu z ceną dwudziestu euro za dwa dni, znaleźliśmy sklep i kupiliśmy takowe w cenach promocyjnych (okazyjnie nawet w stosunku do cen polskich).












Tym samym bardzo uradowani z nowego nabytku, udaliśmy się w stronę pola namiotowego w miejscowości Grainau. W drodze nawet nie niepokoiła nas gwałtowna burza – deszcz pukał w szyby autobusu miejskiego, którym staliśmy. Nawałnica ustała wkrótce równie szybko, jak się pojawiła, a nam przyszło zmierzyć się z rzeczywistością.  Pole namiotowe, które wedle informacji turystycznej kosztować miało pięć euro, po dodaniu wszystkich opłat, jakie można było doliczyć, wyszło nieco drożej. W sumie stanowiło wielokrotność tego ile miało być – ponad jedenaście euro od osoby.

Złorzecząc na „zachodnie ceny”, nam pozostało „rozbić się”  i delektować widokami widocznego w oddali  masywu Zugspitze. Tego wieczoru pogoda nie sprawiała wrażenia katastrofalnej – co więcej rokowała jakoś na dzień jutrzejszy.  Mimo wszystko postanowiłem być przezorny i ulokować nasz namiot na minimalnym wyniesieniu terenu – jak się okazało słusznie – bo w najbliższych dniach całe nasze sąsiedztwo położone niżej musiało się ewakuować.
Po wypakowaniu plecaków korzystamy ze wszystkich dobrodziejstw pola namiotowego. Jest gdzie się umyć , usiąść i zjeść – czyli wszystko jest.  Przegryzając jakieś kanapki obmyślam plan na dzień kolejny. Ma być ambitnie. Wstajemy o trzeciej w nocy i atakujemy. Do góry według prognoz osiem godzin marszu, więc damy radę.  Przepakowujemy się – raki czekany, i inne niepotrzebne rzeczy zostawiamy w namiocie. Następnie kładziemy się spać.

Pech i zrządzenie losu jednak chciało, że pogoda drastycznie miała się zepsuć.  Po kilku godzinach snu razem z dźwiękiem budzika obudził nas odgłos mocnego deszczu uderzającego o tropik namiotu. Decyzja – czekamy, dzwonek nastawiony na godzinę później.  I tak miało lać aż do piątej. Wtedy wreszcie mogliśmy wyleźć z namiotu i udać się na śniadanie.  Po jedzeniu zaczęło lać znowu.  Czekamy i drzemiemy. Około siódmej łaskawie po raz kolejny raczyło przestać i wreszcie mogliśmy wyjść.
Spiesznie mijaliśmy zabudowania Grainau,  widząc w oddali skalne ściany, w mniejszym bądź większym stopniu spowite mgłą. Nie wróżyło to nic dobrego, nadzieja jak to ma w zwyczaju, oszukała swoje głupie dzieci.  Po kilkudziesięciu minutach zaczęło znowu siąpić, by systematycznie deszczyk mógł przejść w ulewę. 

 Nie cofniemy się już,  toteż wraz z innymi deutsche sonntag touristen pokonujemy kolejne metry szerokim szlakiem.



















Po jakimś czasie naszym oczom ukazuje się skalna ściana stanowiąca wejście do górnej części doliny. Wiele nie widać, jednak to, co przychodzi nam podziwiać jest naprawdę imponujące. Skały wyrastające przed nami i zakończone gdzieś w chmurach robią ogromne wrażenie . Z kontemplacji wspaniałego otoczenia wyrywa nas jednak dalszy przebieg ścieżki.  













Po chwili zaczynają się betonowe schodki do góry. Ta droga trwa kilkanaście minut i prowadzi do schroniska Hollentalklamm Eingangs Hutte.  Tam też chowamy się przed deszczem.  Wejście przez Hollentallklamm  dalej to koszt czterech euro (Alpenverein jedno euro), nic dziwnego, że  postanawiamy obejść go za darmo.















 Nad schroniskiem prowadzi czerwony szlak, z którego korzystamy, zaraz po ustaniu opadów.  Tym wariantem możemy kontynuować naszą wycieczkę i podeschnąć trochę od zewnątrz, czy jak kto woli, w membranach przemoknąć od środka.  Po drodze mamy okazję widzieć pod nami sylwetki turystów, którzy zapłacili za przywilej kroczenia wąwozem. Musze przyznać, że z góry sprawiało to wrażenie dobrze ulokowanego grosiwa.












Opóźnieni deszczem, do drugiego schroniska Hollentalanger Hutte docieramy dopiero w okolicach jedenastej . Sam budynek wygląda bardzo interesująco – dla mnie nieobytego  w tych lokalnych budowlach wprost ikoniczny – jakby z obrazka.  W czasie zasłużonego posiłku obmyślamy, co właściwie dalej robić. 






Nadchodzą chmury burzowe, na Zugspitze już za późno, na Alpinspitze także. Trzeba wracać.  Tylko może nie tą samą drogą. Oczywiście, postanawiamy podejść przez przełęcz pod Schwarzenkopf , nastepnie kierować się na schronisko Kreuzetzhaus i do Garmisch.  W pierwszych minutach  idzie się przyjemnie,  jednak ciemniejące wokoło niebo nie wróży nic dobrego.  Wkrótce odgłos grzmotu wywołuje u mnie serię przekleństw i przyspieszenie kroku. 












Na przełęczy już solidnie leje. Teraz wchodzimy na opadający płaskowyż. Ulewa stopniowo przechodzi w kapuśniak, a z czasem ustaje zupełnie.  W schronisku Kreuzetzhaus jakoś nie mogą nam udzielić wskazówek do przebiegu szlaku, który mamy na mapie, wybieramy więc szutrową i długa drogę „bitą” na dół.  Raczej pesymistycznie nastawiam się na to monotonne klepanie do Garmisch. W tym momencie zza naszych placów wyjeżdża jakaś terenówka.  Szybka myśl – machamy/odpuszczamy?  Odpuszczamy. Terenówka zatrzymuje się sama. Dwóch starszych Niemców zaprasza do środka.  Nie oponujemy i serpentyny w dół przemierzamy  w wygodnym samochodzie, przy akompaniamencie bawarskiej muzyki. Niemcy wysadzili nas przy samym kempingu, gdy  w międzyczasie, „dla odmiany” zaczęło padać.
Okolica pola namiotowego od wczoraj zdawała się opustoszeć. Już tylko kilka namiotów stało obok naszego.  Ciągle jednak mieliśmy nadzieję na poprawę pogody, a napotykani  turyści zdawali się potwierdzać tą wiadomość.  Tymczasem aura w Garmisch Partenkirchen nie zachęcała na wędrówkę, ani nawet mały spacer.  Jeszcze kilkukrotnie nadchodziły gwałtowne ulewy.  Nie zniechęciło nas to do tworzenia szumnych planów na jutro. Budzik na drugą rano i ponawiamy szturm, tym razem na Alpinspitze, by przynajmniej móc użyć ,zakupione dwa dni temu, lonże.

Rano, czy raczej o godzinie budzenia, scenariusz sobotni się powtórzył. Mało tego. Ulewa  przybrała formę opadów ciągłych  i do piątej rano lalo jak z cebra. Gdy woda z nieba przestała bębnić w namiot,   postanowiliśmy wreszcie wyjść.  Aura rokowała nadzieje na przyszłość. Ochłodziło się, a niebo jakby rozchmurzyło. Czyżby miało być lepiej?  Ewidentnie na to liczyliśmy, ponownie podchodząc  doliną Hollental.





 Tym razem wykupiliśmy przejście przez Hollentalklamm za dwa euro (okazało się, że kupon rabatowy na udogodnienia Garmisch, za który zresztą chcąc-nie chcąc musieliśmy zapłacić , obejmował i rejon górski) i podążaliśmy wąwozem.  Dwudniowe opady zasiliły strumyczek przepływający wewnątrz i wodospady naprawdę grzmiały, jak powinny. Tunele drążone w skalnym zboczu, oświetlone i śliskie wyglądały bardzo malowniczo.  Co jakiś czas wytyczona ścieżka zmieniała zbocze, a z mostów można było podziwiać ogromne masy wody, dosłownie kotłujące się w wąskim wąwozie.  Przy zwiedzaniu tego pięknego odcinka nie sposób było jednak nie zmoknąć.  Woda lała się właściwie z każdego okapu i nieraz trzeba było przejść prawdziwą ścianę wody. Podsumowując, wchodząc suchą stopą, po wyjściu przedstawialiśmy wygląd przysłowiowych „zmokłych kur”. 



Czas przejścia do tej pory był przyzwoity  i pod drugim schroniskiem wylądowaliśmy po dziewiątej rano. Tam zaś, początkowo zachęcająca pogoda, stopniowo zaczęła się psuć.  Pierwsze tego symptomy -  lekką mgłę,  puściliśmy mimo uszu, jednak podchodząc coraz wyżej, mogliśmy obserwować, jak  niebo staje się coraz ciemniejsze i raz po raz słychać odległy jeszcze grzmot.  Coraz bardziej niepewni kontynuowaliśmy podejście, do czasu aż impulsem okazał się deszcz.  


Wprawdzie póki co zaczęło lekko zaczęło kropić, jednak nauczony dniem wczorajszym podjąłem decyzje o powrocie, która w perspektywie okazała się słuszna. Po kilkudziesięciu minutach , w wąwozie lalo solidnie, a do małego schroniska u wlotu doliny doszliśmy cali mokrzy. Tam zdecydowaliśmy się przeczekać. Przecież dopiero po jedenastej, a nam nigdzie się już nie spieszy-  mogłem wymamrotać  przez zęby.
Tak jak wczoraj, obok nas przewinęło się mnóstwo niemieckich turystów, ale ulewa jakoś nie chciała dać za wygraną. Po godzinie oczekiwania, bierna postawa nam się nieco znudziła i nie pozostawało nic innego jak  schodzić w deszczu.  Droga powrotna okazała się monotonna i niemiła (dosłownie) .  Przestało padać dopiero, gdy wchodziliśmy w zabudowania Grainau.

Ku naszemu zdziwieniu, na biwaku zastaliśmy zupełne pustki , a niebo zaczęło się przejaśniać.  Teraz to już dla nas za późno, alena jutrzejszy dzień zapowiadała się dobra pogoda do wejścia na szczyt.
 My tymczasem postanowiliśmy wykorzystać nabyty dwa dni temu kontakt i spróbować wrócić pod Norymbergę z poznanymi wcześniej Niemcami.  Okazało się, że jest to możliwe, gdyż za kilka godzin będą przejeżdżać przez miasteczko. Dobra nasza. W wolnym czasie korzystamy z promieni słonecznych rozkładając do suszenia co się da. Przede wszystkim namiot trzeba było rozebrać, gdyż okazał się on mokry  w wielu dziwnych miejscach – nic specjalnego po dwóch dniach ulewy. Gdy wszystko schło  my zrobiliśmy zaległego, obiadowego liofila, a  następnie zaczęliśmy pakowanie. Jeszcze na pożegnanie popadało, jednak już tylko na postrach.




 Za to na niebie pojawiła się piękna tęcza i w tej scenerii dane nam było przejść ostatnie kilometry do Garmiscch. 



















W miasteczku  poczekaliśmy na Niemców i oprócz podwózki mieliśmy dziś zapewniony nocleg. Rankiem zaś znaleźliśmy się z powrotem, na pamiętnym autohofie pod Norymbergą, z którego jeszcze parę dni temu nie mogliśmy się wydostać.
Jak bardzo zmienne są koleje losu –pomyślałem, gdy po paru/parunastu minutach oczekiwaniu zatrzymała się ciężarówka jadąca do Lipska.  Austriak (a właściwie  Chorwat mieszkający w Austrii) poczęstował nas kawą i podwiózł na kolejny parking pod Hof.
Tam okazało się, że  nieomal jesteśmy w kraju – dwie na trzy ciężarówki polskie.  Pierwsi zapytani o podwózkę jadą dziś do Zgorzelca i mogą nas zabrać. Parę minut później już jesteśmy na trasie. Dzień jak to w ciężarówce -  mija leniwie i powoli.  Jednak powiadam, trójkąt Lipsk – Drezno – Hof został przejęty. Przez polskich kierowców. CB radio aż huczy. Innych nie słychać.
W kraju jesteśmy po szesnastej. Kierowca ciężarówki jedzie dalej, nawet do Krosna, jednak dopiero o pierwszej rano. Bierzemy więc od niego numer  telefonu i postanawiamy po raz kolejny nie zachowywać się biernie, tylko przynajmniej nabazgrać jakąś kartkę. Początkowa, jaka-taka chęć opuszcza nas po kontemplacji otoczenia.

Parking i stacja Orlen to miejsca niemal wymarłe. O ile Niemczech takie udogodnienia mają rację bytu i  rotacja samochodów jest tam przyzwoita, to tu, na usta nasuwa się słowo „pustynia”.  Przez godzinę przejeżdża może kilkanaście samochodów, w tym większość zagranicznych i przeładowanych.  Po chwili stania przy drodze mamy ich serdecznie dość i odpuszczamy. A co – w najgorszym wypadku poczekamy do pierwszej w nocy.  I tak wesoło siedzimy sobie przy drodze, a kartka „Kraków”  razem z nami. Mija godzina, gdy niespodziewanie, zatrzymuje się chłopak niewiele starszy od nas i proponuje podwiezienie, pod Kraków.  Pozytywnie zaskoczeni korzystamy z tego urozmaicenia, by po dwudziestej drugiej wysiąść  na Orlenie w okolicach Balic.  O tej godzinie nasze szanse na przejazd kolejnego odcinka są marginalne, więc po zjedzeniu ostatnich resztek z plecaków, komunikujemy się z wyżej wymienionym kierowcą i idziemy spać pod krzaczek. Noc była zimna, a dodatku  przerywana przez dziwnego „miejskiego lisa”, którego trzy razy musiałem odpędzać.   Rankiem, o szóstej trzydzieści, wsiadamy w „umówioną” ciężarówkę i kierujemy się w stronę Jasła.  Radio huczy, że  ostatniej nocy temperatura spadła około zera….
Koniec 

Więcej zdjęć:


2 komentarze:

  1. Fajnie, że trafiłąm na Twojego bloga, będę na niego zaglądać, bo pisujemy o podobnej tematyce. :) Pozdrawiam i życzę powodzenia:)

    OdpowiedzUsuń