Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 listopada 2018

Maraton na orientację KIWON 2018 - z pamiętnika organizatora.

Jako, iż w październiku miał miejsce II Maraton na Orientację Kiwon, chciałem podzielić się spostrzeżeniami z samego procesu organizacji imprezy.

Już we wrześniu roku poprzedniego udało mi się zrealizować kolejne z marzeń i wprowadzić w życie plan organizacji "własnego" biegu na orientację. Beskid Niski i Pogórze Karpackie okazały się przy tym znakomitymi krainami geograficznymi na organizację rajdu. Dopiero analizując mapy uświadomiłem sobie, jak szerokie spektrum możliwości oferują sobą wskazane tereny. 
Pierwsza edycja imprezy wypaliła w połowie września 2017 roku , a już miesiąc po niej zacząłem myśleć, gdzie będzie kolejną. 



W 2018 postanowiliśmy po raz drugi skorzystać z pomocy wójta gminy Lipinki i zaaranżować na bazę biegu teren byłej Szkoły Podstawowej w Rozdzielu. Nie było przy tym obawy, że teren został już wyeksploatowamy biegowo, gdyż rok temu punkty generalnie rozmieściłem na północ od miejscowości, zaś w tym roku chciałem pokazać zawodnikom, że prawdziwa zabawa czeka na południe od bazy, w głuszy Beskidu Niskiego. Nie ukrywam, że potencjał tego terenu bardzo mnie zainteresował - lużo lasów, relatywnie niewiele dróg oraz ciekawe punkty charakterystyczne - cmentarze wojenne, kapliczki, jaskinie. 
Przy tym pamiętam, że w ubiegłym roku pojawiły się głosy, że impreza jest zbyt łatwa. Tym razem postanowiłem, żeby popracować dłużej nad mapą i zgodnie z oczekiwaniami podkręcić poziom. Oczywiście nie chciałem sztucznie go stymulować i "chować punktów po krzakach", a urozmaicić same przeloty pomiędzy punktami. 

TP 15 fot Monika Tota

TP 50, fot. Monika Tota


Jak zwykle, wszystkie interesujące miejsca trzeba było objechać i sprawdzić, gdyż mapa okazała się nie odzwierciedlać rzeczywistości w wielu miejscach. Koncepcji na rozlokowanie punktów było sporo, przejechanych kilometrów jeszcze więcej. Spędziłem nad tym wiele godzin w terenie i przy komputerze, tak że ostateczna trasa powstała około dwa tygodnie przed biegiem i mapa następnego dnia poszła do druku.

Jak się okazało w praktyce, trasa TP50 była dla uczestników trudna i chyba nikt nie pokonał jej w najkrótszym wariancie proponowanym przez organizatora. Wybierane były przeważnie dłuższe warianty biegowe. Niemniej jednak na mecie widać było, że bieg się spodobał. Choć niewiele osób ukończyło w limicie czasu, to jednak nie słyszałem pretensji czy żalu. Było widać satysfakcję i chęć rywalizacji. Przy tym zasadniczą rolę odgrywał dla nas fakt, iż chociaż lokalizacja punktów była nieraz zagmatwana, to generalnie nie było znacznych problemów z ich znalezieniem. Tzn dla jednej osoby trudniejszy był jeden PK, dla drugiego inny, co pozwala mi na stwierdzenie, że zostały postawione poprawnie. Co by nie mówić, osobiście z trasy jestem bardzo zadowolony.

fot. Monika Tota


Druga edycja biegu pokazała, że impreza zyskuje na popularności. Zachowaliśmy konwencję imprezy kameralnej i z góry przyjętego limitu - 100 miejsc. Zapisało się 105 osób, zaś wystartowało 81 osób. Przy tym rok temu - nie oszukujmy się, w dużej mierze dopisali biegowi znajomi. W tym  niestety duża ich część wybrała Łemkowyne czy Harpagana (organizowanego tydzień później), jednak lista zapełniła się ludźmi z całej Polski. Tym samym są podstawy, aby twierdzić, że Kiwon 2017 roku miał swój oddźwięk i spodobał się w środowisku. Tendencja jest bardzo optymistyczna i dobrze rokuje na przyszłość. Nie ukrywam, że na frekwencję niewątpliwie wpłynęła znakomita pogoda i złota polska jesień. Z pewnością był to czynnik, który zachęcił niezdecydowanych. 

fot. Monika Tota


Inną kwestią pozostaje również kameralny charakter biegu. Pomimo zwiększonej liczby zawodników, których osobiście nie znam, na maratonie czułem się jak w grupie przyjaciół.Udało się osiągnąć coś niewymiernego, ale bardzo wartościowego. Atmosferę, której na typowym dużym biegu ultra po prostu nie sposób stworzyć. Przynajmniej tego rodzaju atmosfery małej społeczności towarzystwa i koleżeńskości. Ma to dla mnie większe znaczenie niż prestiż biegu, frekwencja, czy opinie środowiska. Co więcej uważam, że organizacja takich imprez pozwala im na przerwanie w rywalizacji z kolosami, organizowanymi na kilkaset osób. I nie mówię tutaj o konkurencji finansowej, bo na biegach PMnO trudno zarobić, a 1/4 opłaty startowej, jaką płaci się w porównaniu do standardowego "ultra" nie pozwala na zapewnienie analogicznych świadczeń, ale o samej popularności wydarzenia w środowisku biegowym. Ja jestem przekonany, że są i będą ludzie, którzy na tego typu imprezy będą chcieli jeździć i dla nich to robimy. 

fot. Monika Tota


Z dużym zadowoleniem piszę również, iż w trakcie Maratonu obyło się bez wypadków i nieprzewidzianych sytuacji. Jedyną niespodziewaną interwencją, jaką musieli podjąć organizatorzy była wymiana perforatora przy PK 11, który został uszkodzony. Pomimo, iż duża część uczestników skończyła zabawę po limicie, to nikt nie wpakował się w kłopoty. Zwieziono kilka osób jednak w każdym przypadku odbyło się to bez komplikacji.

Podsumowując, imprezę uważam za bardzo udaną i jestem szczęśliwy, że mogłem wziąć udział w .jej organizacji. Rok temu generalnie wszyscy byli zadowoleni, ale odbiło się jakoś bez echa. Tym razem miałem wrażenie, że osiągnęliśmy coś więcej. W rozmowach z uczestnikami właściwie nie tylko, że każdy miał dobrą opinię, ale był biegiem wyraźnie usatysfakcjonowany i czuć było z wypowiedzi rzeczywistą  radość. Przy tym wydaje mi się, że podniesienie poziomu trudności nie spowodowało niechęci - wręcz przeciwnie. W większości  wypadków  słyszałem o chęci rywalizacji i deklaracje pokonania trasy za rok.

fot. Monika Tota


Przy okazji opisywania moich spostrzeżeń i podsumowania chciałbym podziękować  wszystkim, którzy pomagali nam w organizacji przedsięwzięcia  i w jakikolwiek sposób dołożyli swoją cegiełkę do wspólnej budowy. Tym razem bez nazwisk. Jeżeli zrobiłeś cokolwiek w związku z imprezą, od prostych czynności, aż po udział - serdecznie dziękuję. Mam nadzieję, że zobaczymy się za rok.  


Tomek

czwartek, 1 listopada 2018

Jak nie zdobyć miejsca na podium i wyeliminować się z biegania dwa miesiące - Mordwonik 2018 - relacja

Początkiem września ruszyłem na Mordownika. To tego rodzaju impreza, której miłośnikowi maratonów na orientację nie trzeba przedstawiać. Kto był ten wie, że zabawa i wyrypa jest przednia. Ja tym razem, poza samą rywalizacją traktowałem Mordownika jako trening przez SOG Ultra, odbywającym się w październiku.  Chociaż chciałem "przycisnąć", na wspólne pokonanie trasy umówiłem się z Łukaszem Siejko. Ustaliliśmy, że razem nie biegaliśmy już od Kieratu 2017 i wreszcie nadarzyła się ku temu okazja, którą trzeba wykorzystać.

Sam dojazd na Mordownika okazał się dla mnie nie lada wyzwaniem. 4 godziny jazdy PKP do Krakowa z Warszawy, pakowanie i 2 h za kierownicą do Lipinek, pod Gorlicami. Spać poszedłem o 2:00, o 5:00 trzeba było już wstać. Chociaż spieszyłem się jak mogłem, po przejechaniu 40 km bladym świtem, samochód udało się zaparkować dopiero ok. 6:35, gdy pod szkołą w Uściu Gorlickim trwała już odprawa techniczna. Wniosłem transportowy plecak na salę gimnastyczną, biegowy zarzuciłem na plecy i dołączyłem do pozostałych zawodników. 15 minut przed startem otrzymaliśmy mapy. Wraz z Łukaszem naszkicowałem wariant, który wydawał się relatywnie oczywisty i dla nas optymalny. 

O 7:00 ruszyliśmy, kierując się do pkt 2, na południowy zachód. W tym kierunku podążyła mniejszość zawodników. Zgodnie z założeniem biegłem z Łukaszem. Nawigacja na mapach z lat dziewięćdziesiątych w skali 1:25000  nie pomagała. W Beskidzie Niskim przez niemal 30 lat wiele się zmieniło, w szczególności system dróg. Zmierzając do PK2 nie trafiliśmy na właściwą ścieżkę, ale polami zmierzaliśmy w kierunku wyznaczonym przez formy terenu. Znalezienie lampionu poszło gładko, a na miejscu spotkaliśmy już wielu zawodników. Warto dodać, że pogoda dopisywała. Startowałem w samym podkoszulku i dodatkowymi rękawkami, a biegło się komfortowo.

Kolejny punkt nr 3 "wszedł" równie lekko, jak pierwszy - znajdował się na szczycie wzgórza. Polecieliśmy dalej, zbiegając w dolinę na północy wschód, by następnie wdrapać się w kolejne wzgórze i odcisnąć perforator przy PK4, zlokalizowanym również na szczycie wzgórza.

Dalej czekał nas znowu trucht leśna drogą, prowadzącą łagodnym grzbietem. Ten odcinek był czystą przyjemnością. Należało tylko uważać, żeby nie pobiec zbyt daleko, gdyż, aby zaliczyć pkt 5 koniecznym było przejście przez rozległą polanę i osiągnięcie rozwidlenia potoku. Biegnąc w kierunku kolejnego punktu należało wrócić na grzbiet i nim kierować się na północny zachód. W zagłębieniu przy drodze widniał lampion PK6.

Aby zdobyć kolejny punkt przy tamie musieliśmy znaleźć się po drugiej stronie doliny. Zbieg do miejscowości poszedł nam sprawnie, a podbieg drogą również nie sprawił trudności. Pamiętając rady na odprawie, aby punkt nr 7 atakować od góry poszliśmy na azymut, przez strome zbocze i las. Znalezienie rozwidlenia potoku poszło nam bardzo sprawnie. Teraz należało jedynie przekroczyć tamę i zdobyć kolejny lampion. Niestety nie znaliśmy stanu tamy, która z wysokości wzgórza wyglądała na zdatną do przebiegnięcia. Po okrążeniu jej okazało się, że nic bardziej mylnego - tamy nie da się przejść, a budowli strzeże brama i drut kolczasty. Musieliśmy zawrócić na przeciwległą stronę konstrukcji. Nadrobiliśmy kilkaset metrów podejścia i bardzo źli poszliśmy w dalszą drogę.

Kolejny punkt, zlokalizowany na jednym z ramion grzbietu wzgórza położonego po drugiej stronie rzeki również zebraliśmy asekuracyjnie, idąc trochę naokoło. Zamiast ciąć przez rzekę ewidentną ścieżką pobiegliśmy do miejscowości na północy i stamtąd ruszyliśmy w kierunku grzbietu wzgórza, gdzie zlokalizowano PK11.

Nie było za to problemu z kolejnym. PK 10, który osiągało się idąc za niewyraźną ścieżką prowadzącą przez las i obniżając na strome zbocze biegnące w kierunku drogi, rozdzielającej to niewielkie pasmo Beskidu Niskiego.

PK 10 według mapy był chyba najciekawszym punktem, przy skrzyżowaniu dróg. Niby nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że na mapie nie było żadnych dróg prowadzących do punktu ani rzeczonego skrzyżowania. Dobrać się do niego również nie było łatwo. Należało najpierw przekroczyć stromy potok o skalistych brzegach, a następnie trawersować stoki wzgórza i szukać dróg niezaznaczonych na mapie. Na tym etapie Łukasz oświadczył, że nie dotrzymuje mi już tempa i musi zwolnić. Pożegnaliśmy się i i pobiegłem dalej.

Przez miejscowość Kunkowa, do której następnie dotarłem, wiodła oczywista droga, którą zmierzałem wprost na północ. Z mapy z lat dziewięćdziesiątych podejście na kolejny punkt nr 8 rysowało się bardzo oczywiście - wystarczyło na rozwidleniu dróg wyjść ze wsi i kierować się na północ. W praktyce nie było to aż tak klarownie, zaś trafienie we właściwą polną drogę nie przyszło mi łatwo. W sumie w żadną nie trafiłem, ale idąc prosto przez krzaki szczęśliwie znalazłem się bezpośrednio na punkcie. Tam napełniłem bukłak, zebrałem batony, po czym ruszyłem dalej. Za mną bezpośrednio biegł Michał Jędroszkowiak, który przybiegł chwilę po mnie na ostatni PK.

W kolejnych kilometrach mijaliśmy się z Michałem kilkukrotnie, aż wreszcie nawiązaliśmy dyskusję i ruszyliśmy dalej wspólnie na pasmo Magury Małastowskiej. Kolejne punkty nr 16 i 15 zlokalizowane były w rozwidleniach potoków na przeciwstoku. Zdobywanie ich okazało się żmudne, ale ciekawe i satysfakcjonujące. Zasadniczo szliśmy grzbietem Magury, jednak do każdego punktu trzeba było obniżać się i albo trawersować stok przez jary do kolejnego PK, albo gramolić z powrotem na grań i raz jeszcze schodzić po lampion. Szło się nam dobrze, ale powoli czułem już zmęczenie. GPS pokazywał ponad 45 km, a końca trasy nie było widać Nieopodal schroniska na Magurze, w kolejnym rozwidleniu potoku zlokalizowany został następny punkt nr 14.

Po jego zebraniu okazało się, że mam jeden PK mniej niż Michał J. i najkorzystniejszym dla mnie będzie zmiana trasy, przelot przez Nowicę i jego zebranie.  Rozdzieliliśmy się więc. Michał pobiegł na PK13, ja PK12. W tym przypadku powtórzyłem to, co miało miejsce przed PK 8. O ile do wsi zbiegło się fajnie, o tyle przegapiłem upatrzoną drogę wylotową i dopiero po opuszczeniu Nowicy złapałem swój błąd. Trochę nadrobiłem, jednak szybko naprawiłem swój błąd i kolejny lampion przy potoku znalazłem bardzo szybko.

Pozostały dwa punkty do zebrania, a mój czas na trasie przedłużał się. Nie było późno, bo około godziny 16:00, gdy biegłem do PK 13. Szybko przeleciałem odcinek przez las i otwartą przestrzeń, dzielący mnie od drogi, od której namierzałem się na punkt. Wszystko zrobiłem jak poprzednio, policzyłem w głowie dystans, złapałem kierunek. Wbiegłem w zarośla, w których miałem natrafić na potok i PK13, jak poprzednio. Zamiast na punkt trafiłem na Michała J., który z zmieszaniem wypisanym na twarzy stwierdził, że szuka punktu od godziny i nie może znaleźć. Uznałem to za wyolbrzymiony problem i pobiegłem tam, gdzie punkt miał się znajdować. Nie było go . Oczywiście połączyliśmy siły, przeanalizowaliśmy mapę i zaczęliśmy czesać główny potok - bez skutku. Ustaliliśmy, że według mapy punkt musi być niedaleko największego jaru i i jego zaczęliśmy przeszukiwać. Metr po metrze, krzak po krzaku, w jedną stronę i w drugą. Nie ułatwiały tego gęste zarośla, ograniczające widoczność do maksymalnie kilku metrów. W międzyczasie dołączały do nas różne osoby, które również odpuszczały. W tej szamotaninie dwukrotnie w krzakach gubiłem również kartę startową i cudownie ją znajdowałem. Punktu jednak nie było, zapadł się pod ziemię. Gdy już mieliśmy dać sobie spokój Michał postanowił zadzwonić do organizatora. Byliśmy przekonani, że punkt został zabrany. Najgorsze, gdy usłyszeliśmy, że punkt stoi na miejscu.... Nie było wyjścia trzeba było przekląć i szukać ponownie, teraz w nowym gronie znajomych. Po jakimś czasie wreszcie ktoś wypatrzył punkt, który był zlokalizowany nie przy głównym jarze, ale na rozwidleniu jednego z jarów pobocznych - według mnie nie nie znajdował się w  miejscu, które wynikałoby z mapy. Poszukiwania kosztowały nas kupę czasu - mnie 2 h, Michała ponad 3h. Przy tym nie pomagał fakt, że organizator poinformował nas, iż na metę dotarł jedynie jeden zawodnik, a gdyby nie nasze perypetie to już cieszylibyśmy się 2/3 miejscem.

Pomimo sromotnej klęski postanowiliśmy biec dalej razem, po ostatni PK1. Przecinając las nieznaną nam droga szutrową przebiliśmy się przez Góre Kiczerę i biegnąc na azymut zmierzaliśmy w kierunku drogi Kwiatoń - Uście Gorlickie. Gdy wybiegliśmy na polanę i cieszyliśmy się wspaniałym zbiegiem trawiastą ścieżką, przydarzył mi się wypadek. Stawiając kroki musiałem trafić na nierówność terenu i wykręcić staw skokowy, obciążając go z dużą siłą. Noga chrupnęła głośno, a ja przewróciłem się. Wiedziałem, że nie jest dobrze, a noga pewnie jest skręcona (nie pomyliłem się). Miałem jednak silna wolę, aby ukończyć bieg,, bo schodzić przed ostatnim punktem się nie opłacało. Po kilkuset metrach, kusztykając jakoś rozruszałem prawą stopę. Biegać się nie dało swobodnie, bolała strasznie, ale Michał zdrowo mnie poganiał i nie miałem wyjścia - do zebrania został ostatni punkt.

Podejście na strome pasmo góry Polana okazało się dla mnie traumatycznym przeżyciem. Człapałem ciężko krok za krokiem, klnąc pod nosem z bólu i próbując odciążyć prawą stopę. Niezdarnie, ale jednak wdrapałem się na grzbiet i potem pobiegłem nawet w kierunku punktu. Michał był oczywiście tam przede mną i gonił mnie do dalszego biegu. Nawet gdybym chciał odpuścić, to na tym etapie byłoby to  niecelowe. Zebrałem się więc w sobie i pobiegłem ile sił w nogach grzbietem w dół. Nie byłem świadomy, że ze skręconym stawem skokowym można tak szybko biegać, jednak okazało się to możliwe. Mknąc dosłownie na złamanie karku trafiliśmy na zbocze i do doliny już w Uściu Gorlickim. Do bazy Mordownika wbiegliśmy o 19:06 po 12 godzinach w trasie, co dało nam ex aequo 6 miejsce, z kompletem punktów.

Zmordowany po Mordowniku


Po prawie dwóch miesiącach od imprezy oceniam ją jednoznacznie pozytywnie. Co prawda do tej pory nigdy nie szukałem punktu kontrolnego dłużej niż 20 min i te 2 h na tegorocznym Mordowniku jest dla mnie trochę szokiem, a ponadto skręciłem staw skokowy i naderwałem więzadła, eliminując się z biegania na blisko dwa miesiące. Mimo wszystko, to było warto. Szkoda mi tylko tego miejsca na podium, które było w zasięgu ręki, a zniknęło w krzakach, jak ten PK13 ;)

Noga "dzień po"


P.S. NA trasie zrobiłem bodajże 68 km, w tym 6 km szukając PK13.

Pozdrawiam

środa, 9 maja 2018

Wysoka od doliny Złomisk zimą - relacja, opis, Wielka Korona Tatr

Masyw Wysokiej (2547 m npm) pierwszy raz zobaczyłem w 2011 roku, podczas wycieczki w Polskie Tatry. Od tamtej pory jakoś nie miałem okazji na nią wejść. Jako, iż w 2017 roku za kolejny cel do zrealizowania postawiłem sobie zdobycie Wielkiej Korony Tatr, szczyt automatycznie znalazł się na mojej liście. 

W dniu 24 marca 2018 roku, kiedy jechałem w Tatry z zamiarem zdobycia Wysokiej, pozostawała ona najwyższym szczytem WKT, na który wchodziłem po raz pierwszy. Wyjazd podczas jednego z pierwszych dni wiosny tego roku, zapowiadał się bardzo dobrze. Bezwietrzna, piękna pogoda i zagrożenie lawinowe z tendencją opadającą to czynniki, które przyciągnęły w Tatry prawdziwe tłumy.



Ja wraz z Robertem i Anitą wyruszyliśmy z samego rana, tj. o 3:00 rano z Krakowa. Około 6:00 dotarliśmy już na parking przy Popradzkim Plesie i bez zwłoki ruszyliśmy w górę. Po wyjściu z samochodu okazało się, że na zewnątrz nie czuć wcale wiosny, ale jest co najmniej kilkanaście stopni mrozu. Temperatura nie pozwała więc stać bezczynnie. Dopiero na podejściu rozgrzaliśmy się. Droga wiodła asfaltem, aż pod schronisko Popradske Pleso. Na miejscu postanowiliśmy zatrzymać się, trochę ogrzać i wypić herbatę. Okazało się, że miejscowi turyści również dopiero zbierają się do wychodzenia. 



Po kilkunastu minutach ruszyliśmy dalej. Dosłownie kawałek przeszliśmy czerwonym szlakiem, by po chwili odbić w nieznakowaną ścieżkę wiodącą do Doliny Złomisk. Właściwie nie była to ścieżka, ale ślad po nartach turowych i początkowo nie byliśmy przekonani, czy dobrze idziemy. Rzecz jasna znajdowałem się w Dolinie Złomisk po raz pierwszy. Na tamtą chwilę wiosna w Tatry zawitała jedynie na kalendarzu. Rzeczywistość pokazała, że warunki ani o źdźbło nie różnią się od zimowych. Mróz trzymał w najlepsze a nam po kolei grabiały palce dłoni i stóp. Nie bez znaczenia pozostawał również fakt, że właściwie cała Dolina Złomisk jest zacieniona i próżno czekać tam na promienie słońca.



Podejście było dla mnie bardzo podobne do tego prowadzącego do Chaty Tery'ego. Trochę przydługawe i nużące. Przed nami szło kilka osób, za nami również widzieliśmy postacie, przemierzające stok krok za krokiem. Po wyjściu na pierwsze wypłaszczenie przeszliśmy na trawers, który szerokim zakolem wyprowadzał również na kolejny płaski odcinek. Wchodzenie było jednym długim podejściem ze zmieniającym się stopniem nachylenia. Dopiero po wejściu na wysokość Smoczego Stawu zobaczyliśmy, że tutaj zaczyna prawdziwe podejście. Nie był widoczny wprawdzie główny żleb, którym mieliśmy podchodzić, ale w górę prowadziły wyraźnie ślady. 






Na tym odcinku wyprzedziły nas cztery osoby, które poszły dalej do szczytu, gdyż my zatrzymaliśmy się, aby ubrać raki i uprzęże nad Smoczym Stawem. Tam też pozbyliśmy się docieplających warstw ubrań, gdyż słońce zaczęło mocno operować na horyzoncie. Zespoły przed nami wiązały się przed wejściem do żlebu, powyżej wysokości Draciego Sedla (2223 m npm). Również wyciągnęliśmy czekany, liny i sprzęt asekuracyjny, po czym związaliśmy się w zespole trójkowym - ja z przodu, za mną Robert i na końcu Anita. W miejscu postoju zostawiliśmy natomiast kijki trekkingowe, z zamiarem zabrania ich w drodze powrotnej.  Podziwialiśmy również piękną panoramę Doliny Złomisk, Kończystej, Smoczego szczytu i całego widnokręgu na południu. Z tej wysokości otoczenie wyglądało najbardziej spektakularnie.






Niebawem wyruszyliśmy dalej na podejście, które z każdym metrem robiło się bardziej strome. Zamiast wchodzić głównym żlebem, zdecydowaliśmy się nie na wejście ścieżką wiodącą na wschód od niego, bezpośrednio przy ścianie wschodniego wierzchołka Wysokiej. Na podejściu tępo trochę spadło. Za nami szła czwórka ludzi, którzy zaczęli się do nas zbliżać z minuty na minutę. Droga początkowo wiodła wąskim żlebem, który w pewnym momencie wyprowadzał na trawers pod skalną ścianą. Sama ścieżka wiodła po nawierzchni śnieżnej, przy skałach i co pewien czas można było założyć przelot. Niestety nie mogłem iść zbyt szybko, gdyż przede mną poruszał się "drugi" z poprzedniego zespołu, który guzdrał się niesamowicie. Przy tym nie dało się go wyprzedzić, z uwagi, iż szliśmy krok za krokiem stromymi trawersami, gdzie trzeba było zachować wytężoną czujność. Niestety na tym trudniejszym odcinku dogonili nas ludzie idący niezwiązani z tyłu - jak się okazało - trzech klientów z przewodnikiem, którzy na siłę zaczęli wyprzedzać nas w terenie wybitnie do tego nieprzystosowanym.  Atmosfera zaczęła gęstnieć, choć na szczęście grupa szybko nas minęła.



Po przejściu kolejnych trawersów i skalnego stopnia wyszliśmy do głównego żlebu, który wyprowadzał na przełączkę w Wysokiej, pomiędzy dwoma wierzchołkami - wschodniego oraz zachodniego "z krzyżem", na który docelowo zmierzaliśmy. Aby do niego dotrzeć podeszliśmy kilkadziesiąt metrów do góry , aż do wysokości skalnej ścianki po zachodniej stronie żlebu. Poniżej tej formacji skalnej należało wejść na stromy stok i nim wzdłuż skał podejść na górę. Odcinek poniżej szczytu był chyba najbardziej czujny z całego podejścia. Stok zyskał na stromiźnie, a pod śniegiem zęby raków zgrzytały o lód. Na skale obok na szczęście udało się założyć trzy przeloty. Jeszcze kilkadziesiąt metrów do góry i zameldowaliśmy się na wierzchołku zachodnim o godz. 11:15. Oprócz nas znalazło się tam jeszcze osiem osób, a tym samym mieliśmy wrażenie lekkiego tłoku. 
Pogoda na szczycie była ciągle dobra, ale dało się zauważyć, że od strony dolin nadciągają chmury, które podchodzą do góry. Po wykonaniu kilku zdjęć, ponownie związaliśmy się z zamiarem schodzenia. Teraz Robert szedł pierwszy w dół, za nim Anita i na końcu ja. Ze względu, że odcinek był stromy, na pobliskim głazie założyłem stanowisko i po kolei z przyrządu opuściłem Roberta i Anitę. Gdy już założyli przeloty przy skałach sam zacząłem schodzić bez asekuracji. W międzyczasie, gdy schodziliśmy, w kopule szczytowej Wysokiej rozpoczęło się prawdziwe oblężenie. Takich tłumów, jakie zmierzały do góry nie pamiętam już dawno zimą, na jakimkolwiek szczycie tatrzańskim.  Uciekaliśmy w popłochach...






Tym razem postanowiliśmy, że z przełęczy w Wysokiej zejdziemy żlebem bezpośrednio w dół. Tak tez uczyniliśmy. Naprzeciwko nam do góry podchodziło wielu Słowaków na nartach turowych. Gdy schodziliśmy, żleb zasnuła chmura, która ograniczyła widoczność do kilku metrów. Dodatkowo nagle temperatura skoczyła powyżej zera, a konsystencja śniegu stała się mocno niestabilna. Przy tym nasze tępo schodzenia było bardzo wolne - dopiero później dowiedziałem się, że idący z przodu Robert miał duże problemy z rakami i stąd wynikał jego brak pośpiechu. Niestety nie wiedząc o tym poganiałem towarzystwo, chcąc jak najszybciej wydostać się z lawiniastego terenu. W całej tej "szamotaninie" przypomnieliśmy sobie, że kijki zostawiliśmy w równoległym żlebie, powyżej. Schodziliśmy więc w nerwowym nastroju z perspektywą niechcianego i niepotrzebnego podejścia. Szczęśliwie okazało się, że żleb, którym schodziliśmy kończył się tylko kilkadziesiąt metrów niżej i po wykonaniu niewielkiego trawersu, wylądowaliśmy nieopodal kijów. Robert poprawiał raki, Anita składała linę, a ja podszedłem po nasze zguby. 






Do Smoczego Stawu schodziliśmy już szybciej, pozbywszy się krępującej nas liny. Dopiero na tej wysokości wydostaliśmy się poniżej linii chmur i wokoło rozwidniło się. Na zejściu mieliśmy wątpliwą przyjemność obserwować akcję ratunkową HZS z udziałem śmigłowca, która zakończyła się ewakuacją skiturowca, a raczej "skiturowczyni". Odwracając się za siebie zauważyłem, że oblężenie Wysokiej trwa w najlepsze - ze szczytu schodziło ze 20 osób.




Akcja górska prawie się zakończyła. Niespiesznie poruszaliśmy się Doliną Złomisk zmierzając do Popradskiego Plesa, gdzie dotarliśmy wreszcie ok. 14:30. Przed hotelem zatrzymaliśmy się, przepakowaliśmy i spędziliśmy tu dłuższą chwilę, jedząc to co jeszcze zostało w plecakach. Budynek "pękał w szwach" od turystów, skiturowców, taterników i niedzielnych turystów.



Po spożyciu ruszyliśmy w dalszą drogę w dół, aż do parkingu. W międzyczasie rozpogodziło się i ociepliło. W powietrzu czuć było prawdziwą wiosnę, co znacznie wpłynęło na nasze nastawienie i optymistycznie nastroiło na resztę dnia. W drogę powrotną do Krakowa wyjechaliśmy za dnia (biorąc pod uwagę ostatnie wyjazdy traktuję to jako ewenement) i do miasta dojechaliśmy niebawem po zapadnięciu zmroku.  To był dobry dzień!

Wysoka wbrew oczekiwaniom jakoś mnie nie porwała. Droga jest raczej łatwa, ewidentna. W złych warunkach pogodowych z pewnością główny żleb jest lawiniasty. Cała wycieczka była ciekawa, jednak ex post nie potrafię pojąć dlaczego ten szczyt przyciąga takie tłumy i co powoduje taką ekscytację? Być może całkiem wygodny dojazd, łatwa droga, relatywnie wysoki szczyt? W każdym razie tłumy ludzi, jakie spotkałem w drodze na szczyt i z powrotem były najsłabszym elementem całego wyjazdu.

Pozdrawiam


poniedziałek, 11 grudnia 2017

Łomnica drogą Jordana (II)

Już podczas powrotu z wyjazdu na Gerlach, w sierpniowy sobotni wieczór, w samochodzie wywiązała się rozmowa o kolejnym szczycie z listy Wielkiej Korony Tatr - Łomnicy.
Bodajże Marcin, choć na 100% nie jestem kto, rzucił w pewnym momencie hasło, że chociaż na ten szczyt nie ma szlaku, to można dostać się tam stosunkowo łatwą drogą wspinaczkową, tzw. drogą Jordana. W tamtej chwili nazwę słyszałem po raz pierwszy i bardzo mnie ona zaciekawiła.
Zacząłem szukać informacji już następnego dnia, ściągać opisy i przewodniki WKP i w głowie powoli zaczął krystalizować mi się plan co do wyjazdu na ten drugi co do wysokości tatrzański szczyt (2634 m npm), na który nie prowadzi żaden szlak turystyczny. To by dopiero było coś! 



Przeglądając mapę Tatr spostrzegłem przy tym, iż  w masywie Łomnicy znajduje się również inny wierzchołek korony Tatr - Durny Szczyt ( 2623 m npm) - czwarty z kolei, co do wysokości. Plan więc w głowie już mi wykiełkował - próba upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu.



W najbliższą sobotę rano zabraliśmy się za wykonanie. W Tatry jechałem wraz z Anitą i Krzyśkiem. Tym razem wyjechaliśmy nieco później i około 5:00 wysiedliśmy z samochodu w Starym Smokovcu. Jako, iż okolicę odwiedzaliśmy dwa tygodnie wcześniej nie było problemu z dobraniem parkingu i znalezieniem wyjścia na szlak. Wraz ze wstającym słońcem ruszyliśmy do góry, w kierunku Hrebenoka i Rainerovej Chaty. Następnie skierowaliśmy się do schroniska Zamkowskiego, skracając szlak ścieżką dla tragarzy. Na miejsce dotarliśmy po ok. 1:20 h trekkingu oraz zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę i śniadanie. Turystów właściwie nie było, a wszystko niewątpliwie z powodu wczesnej pory.



Po odpoczynku raźno ruszyliśmy dalej szlakiem zielonym, wiodącym przez Dolinę Małej Zimnej Wody do schroniska Teryho. Zapowiadał się piękny dzień. Chociaż prognozy standardowo na popołudnie zapowiadały załamanie, póki co byliśmy pełni optymizmu i gotowi do działania. Przed 8:00 wygrzewaliśmy się już przed schroniskiem, w promieniach poranka i z panoramą Doliny Pięciu Stawów Spiskich. Tutaj panował już większy ruch i sporo turystów nocujących w schronisku szykowało się do wyjścia na szlak. Jako, iż na naszej trasie był to ostatni punkt, skąd można dobrze obejrzeć planowaną drogę, rozejrzeliśmy się dokładnie wyznaczając palcem na niebie trasę i domniemany Klimkowy Żleb, do którego chcieliśmy trafić.





Po przestudiowaniu zdjęć i opisu poszliśmy w kierunku północno-wschodnim szukając wydeptanej ścieżki. Ku naszemu zdziwieniu ta była całkiem wyraźna, przez co nie mieliśmy problemu ze znalezieniem właściwej drogi. Trzeba było po prostu uważnie patrzeć pod nogi. Bez pośpiechu doszliśmy pod ścianę, a właściwie pod rynnę żlebu. Tam założyliśmy kaski i uprzęże, jako iż Klimkowy żleb podobno należy do kruchych. Mieliśmy za to problem z trafieniem na właściwą drogę, tzn początek żlebu wydawał się zdecydowanie trudniejszy niż zapowiadane O+. Po chwili znudziło nam się jednak szukanie i weszliśmy w formację skalną w pierwszym lepszym miejscu. Dalej już maszerowaliśmy/wspinaliśmy się żlebem. Niespiesznie, sprawnie, przyjemnie. Formacja do trudnych nie należała, toteż systematycznie zdobywaliśmy wysokość. Z opisu żleb w jednym momencie miał być zdecydowanie trudniejszy, jednak niczego takiego nie stwierdziłem. Po drodze spotkaliśmy za to kilka "rozgałęzień" obawiając się, że nie trafimy we właściwe. Mimo obaw udało się to bez problemu. Zapowiadana kruszyzna owszem była, jednak bez tragedii i przy uważnym chodzeniu udało się uniknąć spadających kamieni.

W Klimkowym żlebie



Szybko wygrzebaliśmy się na rzełęcz, gdzie zrobiliśmy krótki postój. Jako, iż niebawem zaczęło wiać, nie posiedzieliśmy długo, szybko kierując się granią na południe. Jakiś czas nie było wydeptanych śladów, ale wkrótce przecięliśmy właściwą drogę na Durnej Grani. Szliśmy niezwiązani, gdyż teren nie był trudny. Może trudniejszy niż w Żlebie, ale za to mniej kruchy i bardziej pewny. Droga prowadziła intuicyjnie, a nieraz jako prowadzący kierowałem się intuicją. Przez pewien czas szedłem drogą, jakiś czas nie, aby niebawem spotkać ją znowu. W pewnym momencie wpakowałem nasza trójkę trochę trudniejszy teren typu II, jednak z dobrymi chwytami. Niebawem usłyszałem z tyłu głos Krzyśka, że pora się związać. Jako, iż dosłownie kilkadziesiąt metrów dzieliło nas od Durnego Szczytu, zaproponowałem aby na nim zaplanować dalsze działania.





Widok z Durnego szczytu, w tle Łomnica


Durny Szczyt zaoferował nam piękną panoramę, w szczególności na Łomnicę, która zdawała się być dostępna na wyciągnięcie ręki. Analogicznie monumentalne wrażenie robił Lodowy Szczyt, który zdawał się być najwyższy ze wszystkich okolicznych wierzchołków. Pogoda jeszcze dopisywała, ale Łomnica do jakiś czas pokrywała się chmurami i zachmurzenie wyraźnie rysowało się na horyzoncie.
Tu również odpuściliśmy jeszcze wiązanie się, zważywszy, że niebawem zapowiadały się zjazdy. Idąc z Durnego Szczytu w kierunku Klimkowej Przełęczy schodzimy dosłownie kilkadziesiąt metrów, po czym znajdujemy opisywany w przewodnikach ring zjazdowy. Pierwszy zjazd jest krótki - około kilkunastu dwudziestu metrów. Jadę, pierwszy, za mną Krzysiek i Anita. Po zjeździe na półkę kilka metrów dalej jest kolejne stanowisko tym razem z taśm i repów, połączonych stalowym karabinkiem. Ten zjazd jest już dłuższy i liczy około 40 metrów w pionie. Pokonujemy go w analogicznej kolejności. Nieopodal już czeka nas Klimkowa Przełęcz, tj najniższy punkt grani i droga Jordana.

Zjazd z Durnego Szczytu
Właściwie cały przebieg drogi Jordana ze ściany Durnego Szczytu




Na przełęczy związujemy się liną i Jordanka idziemy już dalej na lotnej. W oddali widać kilka zespołów, które pną się w kierunku kopuły szczytowej Łomnicy. Na szczycie gromada ludzie ciekawie przygląda się turystom na drodze Jordana i Grani Wideł, gdzie również widać dwa wspinające się zespoły. Przemierzamy powoli kolejne metry, zaliczając po drodze Durną Turniczkę, Zębatą Turnię i schodzimy na Wyżnią Poślednią Przełączkę. Zaczynają się pierwsze stalowe ułatwienia, w postaci klamer i łańcuchów, które częściej lub rzadziej towarzyszyć nam będą już do samego szczytu. Idę pierwszy, zakładając po drodze przeloty. Jestem trochę zły, gdyż ze sztucznymi ułatwieniami droga nie przedstawia żadnych trudności. Poruszam się sprawnie, a ogranicza mnie jedynie lina. Na kominie Franza mamy lekki zator, gdyż akurat gdy wiszę na klamrach, Anita i Krzysiek ciągną za linę, mówiąc abym poczekał, tymczasem sytuacja nie należała do komfortowych i oczekiwaniu nie sprzyjała. Wspomniany komin Franza jest obity klamrami i zabezpieczony łańcuchami. W mojej ocenie ułatwień jest zdecydowanie za dużo.  Trzeba jednak przyznać, że formacja robi wrażenie, zaś wejście bez zabezpieczeń wyceniłbym powyżej sugerowanego poziomu II.  Za kominem Franca znajduje się jeszcze kilka łańcuchów, a za nimi kopuła szczytowa Łomnicy.
Szybko wchodzimy na szczyt, przekraczamy barierki i mijamy zdziwionych turystów. Jest godzina 14:00 i wejście od schroniska zajęło nam około 6 h.


W tle Durny Szczyt






Na szczycie Łomnicy w komplecie

Pomimo, iż nie padało, przez szczyt przewijały się chmury. Co jakiś czas z pomostu można  było podziwiać widoki, jednak cały widnokrąg spowity był chmurami. Na szczycie rozwiązaliśmy się i zaczęliśmy chować sprzęt do plecaków. W pewnym momencie do stolika, na którym się rozłożyliśmy przyszła anglojęzyczna dziewczyna, prosząc nas o pomoc. Okazało się, że będziemy brać udział w "akcji ratunkowej" a poszkodowanym jest telefon. Mianowicie okazało się, że chłopak dziewczyny, która do nas zagadała, robiąc zdjęcia na stalowej platformie znajdującej się na szczycie Łomnicy stracił telefon, który  poleciał ok. 50 m i zatrzymał się w skałach. Wraz z Krzyśkiem zdecydowaliśmy, że oczywiście pomożemy. Jako, iż nie zdążyliśmy jeszcze ściągnąć z siebie uprzęży, zabraliśmy tylko linę. Po krótkim rozpoznaniu terenu sporządziliśmy stanowisko na samym szczycie, po czym Krzysiek rozpoczął upuszczać mnie na linie w kierunku telefonu, leżącego ok. 50 m poniżej. Cała operacja nie była trudna, czy spektakularna, jednak wywoła niemałą sensację. Nasza dwójka skierowała na siebie wzrok całej szczytowej społeczności. Pomimo skrępowania szybko zostałem opuszczony, udało się znaleźć telefon po czym asekurowany wszedłem po skałach do stanowiska. Akacja trwała kilkanaście minut, po czym telefon wrócił do właściciela. Pomimo, iż nic nie chcieliśmy w zamian, Anglicy w ramach wdzięczności zapewnili nam kawę i herbatę w kawiarni na szczycie. Zrobiło nam się niezwykle miło, nawet nie z racji podarunku, ale że w jakiś sposób udało się wykorzystać swoje umiejętności, aby pomóc innym osobom.




Przed 15:00 opuściliśmy ciepły szczyt Łomnicy kierując się w stronę zejścia na stronę południową i Łomnickiej Przełęczy. Na zejściu szliśmy już niezwiązani, dyndając na łańcuchach i uważając na usuwające się spod nóg kamienie. Pomimo, iż siodło z oddali było doskonale widoczne i wydawało się znajdować na wyciągnięcie ręki, schodziliśmy długo. Jako, iż cale skupienie i napięcie opadło z nas na szczycie, w tym momencie zaczęliśmy odczuwać brak snu i znużenie. Marsz przeciągał się, zaś wizja samochodu była bardzo odległa. Niestety wokoło chmury nabrały koloru granatowego, zaś w dolinach widzieliśmy już smugi deszczu, świadczące o rychłym załamaniu pogody. Gdy już maszerowaliśmy kamienną ścieżką wzdłuż wyciągu, a poniżej Łomnickiej Przełęczy, od północy usłyszeliśmy grzmoty, które zmotywowały nas do działania. Od tego momentu pogoda psuła się z minuty na minutę. Gdy dotarliśmy do kosodrzewiny zaczął padać deszcz. Aby uniknąć ulewy puściliśmy się biegiem wraz z Anitą do górnej stacji kolejki, która była już nieopodal. Niebawem pojawił się Krzysiek i razem przeczekaliśmy opady.

Łańcuchy na zejściu

Chwilowe przejaśnienia na Łomnickiej przełęczy

Na szczęście deszcz był jedynie przelotnym straszakiem i po chwili kontynuowaliśmy już dalszą drogę. Przy Łomnickim Schronisku zmieniliśmy kierunek, kierując się czerwonym szlakiem w kierunku Schroniska Zamkovksiego, trawersując masyw górski, na południe od Zadniej Łomnickiej Czuby. Teraz już spieszyliśmy się, chcąc zdążyć przed burzą. Mieliśmy świadomość, że jeżeli przemokniemy to z kolejnego dnia w Tatrach nici. Tymczasem przed nami niebo szalało. Analogicznie pioruny przewijały się po całym widnokręgu. Do dziś dziwię się, że chyba jedynie nad nami nie padało. Szybko dotarliśmy do pierwotnej drogi wejściowej, choć było już po 18:00. Na tym znanym nam odcinku zrobiło się już nieco raźniej, szczególnie ze względu na Polaków, mijanych na każdym kroku.  Wraz z Anitą szedłem bardziej z przodu, Krzysiek szedł wolniej narzekając na odbite od kamieni stopy.  Na Hrebenioku zameldowaliśmy się przed zmrokiem i nie zatrzymując się pognaliśmy dalej. Przed nami szalała burza i jedynym celem było dotarcie suchą stopą do samochodu. W Starym Smokovcu znaleźliśmy się już po ciemku, nie wierząc jak to możliwe, że uniknęliśmy deszczu. Mogliśmy odetchnąć i skupić się sukcesie akcji górskiej i zmęczeniu, które niebawem dało o sobie znać.



Podsumowując, akacja górska zajęła nam ok. 14-15 godzin od parkingu do parkingu. Opcja bez noclegu, jaką wybraliśmy jest bardzo męcząca i wymaga nieco wytrzymałości. Trzeba również trafić z pogodą i mieć trochę szczęścia, jak my w tamtym momencie. Droga jest miejscami krucha, gdybym miał porównywać z drogą Martina na Gerlachu, jaką robiliśmy tydzień wcześniej, to według mnie jest bardziej krucho. Siląc się na kolejne porównania z powyższym, to "Jordanka" jest łatwiejsza od drogi Martina, ze względu na długość (jest znacznie krótsza) oraz sztuczne ułatwienia. Te ostatnie powodują, iż według mnie wrażenia są dużo mniejsze, zaś satysfakcja również nieporównywalna in minus. Chociaż ja najpierw robiłem drogę Jordana na Łomnicę, a dopiero następnie drogę Martina na Gerlach, początkującym radzę obrać odwrotną kolejność. Ta druga jest zdecydowanie krótsza, łatwiejsza, z ułatwieniami, daje lepsze możliwości wycofu. Ponadto nibagatelną role odgrywa górna stacja kolejki na szczycie Łomnicy. Można tam przeczekać ulewę, czy nawet zjechać jeżeli odechce się nam dalszej wycieczki.
Zdecydowanie polecam.

Pozdrawiam

Tomasz Duda