poniedziałek, 20 listopada 2017

Co jeść na rajdzie turystycznym, czyli tradycyjna MIMOCHODKOWA micha

Witam wszystkich.
Dziś będzie o jedzeniu podczas rajdów turystycznych. Konkretnie o jednej potrawie, która nie ma swojej nazwy, jej przygotowanie jest dziecinnie proste i angażuje kilka osób. Tym samym to idealna potrawa integracyjna, którą przygotowujemy na rajdach UKT Mimochodek. 
Może suma podanych niżej składników nie będzie zniewalająca dla podniebienia, jednak po całodziennym chodzeniu zawartość misek niknie w oczach i do tej pory nikt nie narzekał. Potrawa składa się z tzw. "michy" i sałatki. 
Post napisałem za to pragmatycznie, gdyż z roku na rok przepis mi się gdzieś "zapodziewa" i muszę odtwarzać składniki z kilku źródeł.
Od dziś będę miał gotową ściągę. 




Przepis:

Porcja na osobę :
1. 100 g makaronu świderki/rurki etc
2. 80 g sera białego
3. 100 g boczku wędzonego

Dodatkowo:
Kapusta pekińska - 1 główka / 7 osób
Jogurt - 400 ml / 10 osób
Kukurydza - puszka 300 g / 7 osób
Cebula - 1 główka / 5 osób
Zioła prowansalskie -  1 torebka / 10 osób
Przyprawa do sałatek - 1 torebka / 15-20 osób
Sól -  torebka (saszetka 15 g )/ 15-20 osób
Pieprz - torebka 15/20 osób

Dodatkowo na grupę:
1. Butelka oleju 500 ml

Jeżeli gramatura produktu nie pozwala na dopasowanie ściśle wagi, to zaokrąglamy. 




Podsumowując, przykładowo, na grupę 30 osób kupujemy:
3 kg makaronu
3 kg boczku wędzonego
2,4 kg sera białego
4 główki kapusty pekińskiej
3 jogurty po 400 ml
Kukurydza - 4 puszki
6 główek celuli
3 torebki ziół prowansalskich
2 torebki soli
2. torebki pieprzu
2 torebki przyprawy do sałatek
Butelka oleju 500 ml




Sposób przygotowania:

1. micha:
Boczek kroimy w kostkę, smażymy na patelni, aż się zarumieni na oleju. Kroimy w kostkę i smażymy również cebulę, aż do "zeszklenia". Ser drobimy, np. widelcem. Makaron gotujemy. 
Po przygotowaniu poszczególnych składników mieszamy lub nakładamy kolejno - 1. makaron, 2 - ser, 3 - boczek. Doprawiamy solą, pieprzem, ziołami prowansalskimi wg uznania. 

2. Sałaka
Kapustę pekińską  drobno kroimy. Wsypujemy kukurydzę, dodajemy jogurty, dodajemy przyprawę do sałatek, odrobinę oleju, zioła prowansalskie. Całość dokładnie mieszamy.

Gotowe, enjoy :)

Pozdrawiam




wtorek, 7 listopada 2017

Wyprawa do Peru Cordilliera Blanca I Huascaran Sur- relacja - część IV - Vallunaraju i powrót z Raju :)

Tym razem ostania część relacji, dokumentująca wyprawę do Peru. Tym razem będzie o ostatnim górskim sukcesie wyjazdu i żmudnym powrocie do cywilizacji, Polski, domu :). Enjoy


6 lipca 2017 roku

Po śniadaniu i konsultacji z właścicielem Carooline Lodging plany mamy już właściwie sprecyzowane. Idziemy na trekking w doliny górskie leżące nieopodal, z zamiarem okrążenia szlakami wzgórza Churup (5498 m npm). Po sprawdzeniu listy obecności okazuje się, że Janek zostaje w Huaraz, a pozostali jeszcze mają chęć na wyjście. Pakujemy się bez pośpiechu i wychodzimy na miasto.



Znalezienie transportu do pobliskiej miejscowości Luppa zajmuje nam ponad godzinę i kończy się wynajęciem taksówki, która za 15 soli dowozi nas te kilka kilometrów. Z miejscowości idziemy już pieszo do początku parku narodowego i miejscowości Pitec, Droga upływa przyjemnie, możemy podziwiać lokalną kulturę oraz widoki migoczące w oddali - Huaraz i masyw Cordilliera Blanca. Niemniej jednak ponad dwa tygodnie noszenia plecaka męczy i pomimo relatywnie niewielkiego wysiłku, daje się on we znaki. Sam czuję ból pleców już po kilku godzinach marszu. Na granicy parku narodowego spotykamy miłego strażnika, o raz kolejny uzupełniamy formularze i disclaimer, po czym ruszamy w dalszą drogę. Jest już bardzo późno, nawet jak na nasz standard, gdyż dochodzi godzina 16:00.



Dodatkowo, gdy nad doliną świeci słońce i na niebie nie ma chmur, góry są całkowicie spowite mgłą i lada chwila możemy spodziewać się deszczu. Jesteśmy zdeterminowani i wychodzimy w kierunku doliny niemniej jednak, gdy nad nami robi się ciemno od chmur, a deszcz zaczyna padać, z podkulonymi ogonami wracamy do granicy parku i na parkingu postanawiamy robić namiot. Przy tym należy zaznaczyć, iż sytuacja moja i Janusza po ostatniej przygodzie z serem jest stabilna, o tyle Marcin męczy się dalej z problemami żołądkowymi już od kilku dni. Ma problem ze zjedzeniem czegokolwiek, a gdy już zje to organizm każe mu się tego pozbyć. Biegunka nie jest intensywna ale bardzo częsta i irytująca.



Zmiana planów trekingowych nie przeszkadza nam, aby było fajnie. W trzy osoby siedzimy w jednym namiocie Marcina, jemy co tu wnieśliśmy i rozmawiamy. Chmury na niebie i zachód słońca fundują nam znakomity spektakl przez co nie mamy powodu żałować, że się tu znaleźliśmy.






7 lipca 2017 roku

Wstajemy przed 8:00 i powoli organizujemy sobie dzień. Parking z każdą chwilą ożywa. A to przechodzą miejscowi w kolorowych strojach, pozdrawiając nas, a to pojawia się strażnik parku i kolejni turyści. Za namową miejscowych decydujemy się pójść w kierunku jezioro Churup, które położone jest nieopodal, u podnóża szczytu o tej samej nazwie. Miejsce okazuje się być bardzo popularne wśród turystów, a droga wiodąca do niego ma początkowo szerokość szosy samochodowej.



Przy znakomitej pogodzie, z relatywnie niezbyt ciężkimi plecakami, w sandałach, szybko zdobywamy wysokość. Początkowo zmierzamy odsłoniętym grzbietem, następnie trawersem wzdłuż zbocza, by wejść w dolinę górską. Następnie droga mocno staje dęba i zaczyna się etap wspinaczkowy, ubezpieczony stalowymi linami. Dla nas jest ot o tyle trudne, o ile mamy sandały na nogach, a nawierzchnia jeszcze po porannym przymrozku bywa miejscami zalodzona. Duże plecaki również nie pomagają w utrzymaniu równowagi, jednak nie mamy z nią większego problemu.



Wspinaczka wzdłuż wodospadu oraz potoku jest bardzo przyjemna i dostarcza wielu wrażeń. ścieżka następnie opada trochę, by po chwili zmienić znowu charakter i wprowadzić nas na spiętrzenie, które poprzedza bezpośrednio jezioro. Nad taflą wody nie brakuje turystów, przy tym najwięcej jest Azjatów i Amerykanów. Jezioro położone jest na wysokości 4560 m npm, przy czym można wyjść jeszcze 100 metrów wyżej, do mniejszego jeziorka. Janusz zostaje tutaj, ja zaś z Marcinem na lekko idziemy jeszcze wyżej. Droga wiedzie długim trawersem, a następnie wspina się na skaliste zbocze do wysokości 4700 m npm. Na górze spędzamy jedynie kilka minut, by po chwili skierować się do zejścia. Szybko docieramy do miejscu postoju Janusza, po czym idziemy w dalszą drogę w dół.



Błyskawicznie pokonujemy odcinek wzdłuż potoku, chwilę dyndamy na linach, by niewiele później schodzić już w kierunku granic parku narodowego. Na miejscu budzimy powszechne zdziwienie, gdy deklarujemy, że idziemy pieszo do najbliższej miejscowości, gdyż nie chcemy płacić za transport z Pitec dwukrotnie więcej. Do miejscowości Luppa, skąd de facto rozpoczęliśmy wycieczkę docieramy około 14:00. Na miejscu transport publiczny nie jeździ widocznie zbyt często, a w rezultacie niewiele myśląc decydujemy się na przejazd z lokalsem po 5 soli za osobę. Po powrocie do miasta spotykamy się z Jankiem i zaliczamy rutynową wycieczkę po sklepach i bazarach. Wieczorem standardowo gotujemy i smażymy. Snujemy też plany na ostatni podryg tego wyjazdu...


8 lipca 2017 roku 

Kolejny już, przedostatni przepak w Huaraz przed ostatnią akcją górską. Chociaż jesteśmy już zmęczeni i nie chce nam się, postanawiamy jeszcze powalczyć. Pada na górujący nad miastem szczyt Vallunaraju (5686 m npm) - szczyt leżący blisko, z dobrą logistyka i idealny jako podsumowanie działalności górskiej. Mamy do zagospodarowania dwa dni, gdyż na 10 lipca wieczorem zakupiliśmy już bilety powrotne do Limy. Po konsultacji z właścicielem dowiadujemy się, że jeżeli nie weźmiemy transportu prywatnego do Base Camp to potrzeba trzech dni, ale w dwa może się udać. Spróbujemy. 
Tym razem Marcin, którego nie odpuszcza biegunka zostaje w mieście, zaś Janek oferuje nam support w bazie, zastrzegając, iż nie idzie wyżej. Akcję górską mam przeprowadzić wraz z Januszem. Nie będę ukrywał przy tym, iż na Vallunaraju jedziemy trochę w ramach rewanżu, żeby odkuć się za Chpocalqui i Huascaran, żeby pokazać, że możemy. Tylko komu? Najprawdopodobniej sobie i tym samym poprawić nadwątlone morale. Marcin odprowadza nas do centrum miasta, gdzie znajdujemy publiczny transport do miejscowości Marian za 1 sol/osoba. Busik jedzie ciągle do góry, niemiłosiernie piłując. Sześć kilometrów w około pół godziny to wynik, jaki udaje mu się osiągnąć. Dla nas im wyżej tym lepiej, toteż opuszczamy maszynę na ostatnim przystanku. Dalej idziemy pieszo.



Droga wiedzie najpierw szutrówką (właściwie wszystkie drogi poza główną to szutrówki), by po chwili zmienić się w ścieżkę biegnącą grzbietem pomiędzy skałami. Niebawem trafiamy na otwartą przestrzeń, a przed nami pojawia się pasmo górskie, zakończone lodowo-skalnymi ścianami i otwartą gardzielą doliny, do której zmierzamy. Grzbiet, który pokonujemy jest całkowicie odsłonięty i słońce grzeje nas mocno. Na szczęście z racji temperatury nie jest przesadnie gorąco, ale optymalnie. Przy tej okazji muszę wspomnieć, że pogoda w Peru bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła w kontekście relatywnie niewielkich wahań temperatury. Gdy w Azji w dzień temperatura na lodowcu w słońcu sięga 30-40 stopni, w nocy zaś spada poniżej -10, tutaj codziennie termometr wskazuje nie mniej niż 18 i nie więcej niż 23 stopnie Celsjusza, a nie spada poniżej -10 , - 20. Po prostu funkcjonuje się przyjemnie i zmęczenie aż tak nie daje się we znaki, szczególnie w pełnym słońcu.






Toteż marsz pod Vallunaraju, mimo iż w pełnym słońcu oraz pod koniec wyjazdu, był znośny. W dolinie zrobiło się już chłodniej, jednak plecaki dawały się solidnie we znaki. Na domiar złego objawy mojej biegunki wróciły i miałem solidne obawy, czy uda mi się zaatakować górę. Na chwilę obecną celem było dotarcie do Base Camp położonego na końcu doliny, którą szliśmy około 10 kilometrów. Gdy dotarliśmy do bazy słońce schowało się już za wysoki horyzont i zrobiło się zimno. Miejsce położone na 4450 m npm okazuje się równocześnie schronem i centrum szkolenia przewodników górskich, z których kilku rezyduje w budynku. Co ciekawe, nieopodal zbudowano nawet toalety.





Z racji zmęczenia i temperatury niezwłocznie rozbijamy namiot, ubieramy najcieplejsze ubrania i rozpoczynamy przygotowywanie jedzenia. Wieczorne czynności kończymy spakowaniem plecaków szturmowych i całego sprzętu na jutro. Szykuje się ambitny plan do zrealizowania.


9 lipca 2017 roku

Dzień rozpoczynamy pobudką o 2:30. W nocy jest widno jak w dzień, gdyż księżyc mocno świeci po zboczach i lodowych ścianach. Ubieramy się, jemy, pakujemy. Niezwłocznie wychodzimy na podejście o 3:40.



 W świetle czołówek szukamy ścieżki, ale nie jest to trudne. Zbocze jest bardzo strome i nie ma wielu wariacji do poprowadzenia dróżki. Tempo mamy bardzo dobre i szybko zdobywamy wysokość. Szlak wiedzie początkowo bardzo stromo w górę, a następnie łagodniejszym już trawersem w kierunku moreny i skał poniżej lodowca. Szlak jest znakomicie oznaczony i widoczny z powodu księżycowego światła i bezchmurnej pogody. Około 5:00 docieramy do Moraine Camp (4950 m npm), gdzie rozstawionych jest kilka namiotów. Po krótkiej przerwie i zjedzeniu batona idziemy dalej, tym razem wspinając się przez barierę skalną. Przed 6:00 docieramy do podstawy lodowca.



W majaczącym wschodzie słońca i zachodzie księżyca, następujących równocześnie, "szpeimy" się. Na lodowcu przed nami widzimy co najmniej trzy zespoły. Jako, iż posuwamy się dobrym tempem po kilkunastu minutach mijamy przewodnika wraz  klientem. Dalej idzie się coraz ciężej, a tempo spada wprost proporcjonalnie do wzrastającej wysokości. Mimo wszystko jest lepiej niż się spodziewałem. Trzymamy odległość długości liny lecz teren nie jest szczególnie uszczeliniony. Kilkukrotnie przechodzimy przez mosty śnieżne. Droga jest widoczna i wydeptana, prowadząc pomiędzy charakterystyczne "rogi" Vallunaraju.






Kilkukrotnie pokonujemy miejsca bardziej czujne, jednak generalnie teren nie sprawia nam trudności. Pogoda jest znakomita, a im dłużej idziemy, tym robi się cieplej. W międzyczasie próbuję skontaktować się z Jankiem prze krótkofalówkę, jednak jest to niemożliwe. Gdy wychodzimy na przełęcz pomiędzy wierzchołkami dociera do nas słońce, które mocno grzeje. Grań szczytowa nie jest długa i pokonujemy ją bardzo sprawnie. Na szczycie meldujemy się około 8:00 rano, spotykając dużą grupę z lokalnym przewodnikiem. Robimy kilka zdjęć, podziwiamy spektakularny widok i po przegryzieniu batona ruszamy w dalszą drogę w dół.




Ze szczytu bardziej zbiegamy niż schodzimy, gdyż chcemy jak najszybciej przejść niebezpieczne odcinki, zważywszy że słońce już mocno operuje na niebie. Robi się ciepło, miejscami nawet gorąco. Zbiegamy w godzinę do podstawy lodowca i na skałach już rozwiązujemy się. Dalej schodzimy skałami, przez obóz moraine camp. Stamtąd kontaktujemy się z Jankiem i zapowiadamy rychłe zejście do bazy. Na trawersie rozwijamy dużą prędkość, którą tracimy dopiero na stromym zejściu w dół zbocza, gdyż robi się niebezpiecznie. Niedaleko dna doliny spotykamy grupę turystów, która mozolnie brnie do góry. Dobijamy do bazy ok. 10:50, gdzie czeka Janek z ugotowana zupą i liofilem.




 Okazuje się, iż cała akcja górska zajęła nam 7 h. 10 min. Pożywiamy się trochę w biegu i jednocześnie niemal przebieramy, suszymy ubrania i pakujemy obozowisko. Nie jesteśmy zbytnio zmęczeni, toteż sprawnie uwijamy się z całym wyposażeniem. Po 12:00 opuszczamy bazę i sprawnie maszerujemy w dół doliny. Droga dłuży się trochę i po jakimś czasie robi się monotonnie i śpiąco. Przy tym im niżej, tym cieplej.




O 14:30 docieramy do wsi Marian, ale z racji niedzieli nie spodziewamy się na szybki transport. Ku naszemu zdziwieniu po kilkunastu minutach oczekiwania na horyzoncie pojawia się busik, który za 1,5 sol/osoba dowozi nas do centrum Huaraz. Jako, iż wszystkie górskie cele mamy już zrealizowane,  przełamujemy strach przed lokalnym jedzeniem  i zajadamy się szaszłykami z kurczaka, serwowanymi na lokalnym bazarze (2 sole/sztuka). Próbujemy również lokalnych specjałów, tj. herbat z alkoholem, precli z rusztu, prażonej kukurydzy czy sałatki tak ostrej, że nie sposób jej przełknąć. Jest w czym wybrać, a przekąski kosztują dosłownie grosze. Wieczorem kupujemy również lokalne owoce. Te ciekawsze, których próżno szukać w Europie. Najedzeni rezygnujemy tym razem ze wspólnego gotowania.




10 lipca 2017 roku

Ostatni dzień w Huaraz spędzamy raczej standardowo. Jemy śniadanie, wstępne pakujemy plecaki, które odkładamy do depozytu i idziemy na miasto. Celi mamy co najmniej kilka, a najciekawszym jest sprzedaż sprzętu wspinaczkowego. Marcin opowiada, iż poprzedniego dnia, gdy my walczyliśmy na Vallunaraju, on chodził po mieście i udało mu się sprzedać kilka rzeczy, które tak czy inaczej planował wymienić. Postanawiamy na wszelki wypadek też zabrać ze sobą co niego i spróbować sprzedać. Ponadto każdy chce wymienić lokalna walutę na coś powszechnie akceptowalnego i kupić pamiątki dla bliskich.



 Największe wyzwanie mamy z pierwszym zadaniem. Chodzimy od sklepu do sklepu i próbujemy sprzedać co mamy zbędnego. Generalnie targi kończą się bardzo dobrze i kończą się sprzedażą szeregu elementów wyposażenia za dobre pieniądze. Podsumowując powiem, że do kraju wracałem bez górskich butów, gdyż cena za jaką je sprzedałem była co najmniej zadowalająca. Następnie od sklepu do sklepu szukamy pamiątek - kubków, biżuterii, pocztówek, etc. Swetry i czapki z alpaki cieszą się dużą popularnością. Postanawiamy spróbować także lokalnej kuchni, która okazuje się niebywale tanie. Za 10 soli kupujemy munu dnia, na które składają się dwa dania, przystawka, deser i napój. Drobne wydajemy również w inny sposób, próbując lokalnych lodów oraz świeżych soków, które sprzedawane są niemal na każdym rogu.



Wieczorem żegnamy się z właścicielami hostelu, których długo zapamiętamy. Pani właścicielka na pożegnanie tytułuje nas jako "chicos montañeros", które to stwierdzenie bardzo nam się podoba. Około 20:30 trafiamy na dworzec autobusowy i czekamy na nasz transport. W tym miejscu warto powiedzieć, iż w Peru, a szczególnie w Huaraz nie ma czegoś takiego jak standardowy wspólny dworzec autobusowy. Nie wiem, czy działa tu transport publiczny, zaś z pewnością większość kursów obsługują podmioty prywatne. Przy tym każdy z nich ma odrębne stoisko w innej części miasta. Takie stoisko zaś jest swego rodzaju prywatnym dworcem. Aby kupić bilet należy trafić do stoiska konkretnego przewoźnika i dokonać zakupu.





Autobus mamy wykupiony na godzinę 22:00, ale spóźnia się i przyjeżdża dopiero 40 minut później. Po tym incydencie wszystko idzie już zgodnie z planem. Dostajemy swoje miejsca, po czym bezceremonialnie kładziemy się spać.


11 lipca 2017 roku

Budzimy się w Limie o 5:00 rano, jeszcze w nocy. Pogoda jest taka sama, jak w momencie, gdy opuszczaliśmy miasto - szara, wilgotna, zimna i smętna. Po opuszczeniu autobusu nie mamy woli walki i przebijania się przez ciemne miasto na lotnisko. Ulegamy namowie taksówkarza i za 50 soli jedziemy na miejsce.




Na lotnisku w znajomym miejscu rozbijamy koczowisko. Jemy, śpimy, gapimy się w ścianę. Wszystko po to aby przeczekać te kilka godzin do 11:15, kiedy ma rozpocząć się nasz lot. Po rozpoczęciu procedury odprawy nasza sytuacja nabiera tempa. Szybko meldujemy się w samolocie Iberia Airways, w którym mamy spędzić następne kilkanaście godzin. Tym razem usługi okazują się być dużo gorszej jakości, niż standard do którego przyzwyczaiło nas British Airways. W locie pijamy strefy czasowe i zaliczamy ekspresowo szybką noc, po czym o świcie docieramy do Madrytu.


12 lipca 2017 roku

Na tamtejszym lotnisku mamy już trochę zabawy, gdyż musimy przemieszczać się pomiędzy poszczególnymi sektorami, oddalonymi oo kilka kilometrów i połączonych metrem. Podczas odprawy również jesteśmy celem dokładnego badania służb celnych , którzy kontrolują nas widocznie  w poszukiwaniu narkotyków. Nikt nie zostaje jednak zatrzymany do dokładniejszej kontroli. Chwila niepewności pojawia się jedynie w jednym momencie, gdzie Marcin ma problem, aby automatyczny czytnik wykrył podobieństwo jego zarośniętej trzytygodniową brodą twarzy do tej zamieszczonej na paszportowym zdjęciu. Jest to jednak smaczek wzbudzający uśmiech, a nie realny problem.



W kolejny samolot do Berlina wsiadamy o godzinie 8:45 aby przed południe dotrzeć na miejsce. Niestety, pomimo słonecznej pogody w Hiszpanii, Berlin wita nas deszczem i chmurami. 5 kilometrów dzielących nas z lotniska na dworzec autobusowy pokonujemy oddzielnie - ja z Marcinem pieszo, Janek z Januszem autobusem. Spotykamy się na miejscu, robiąc po drodze zakupy w Lidlu. Na transport do Polski przychodzi nam czekać do wieczora. Godziny wleką się w nieskończoność, a spędzamy je w lokalnej poczekalni, która powoli zapełnia się ludźmi.
Mój transport wyrusza o godzinie 19:00, przy tym trochę się opóźnia. Żegnamy się z chłopakami licząc na rychły kontakt. Oni wyjeżdżają również polskim busem za niespełna pół godziny, do Warszawy.


13 lipca 217 roku

Dużą część podróży przesypiam, budząc się dopiero przed Krakowem. Docieram na mieszkanie po godzinie 4:00 rano i w tym momencie moja ponad dwudziestodniowa podróż kończy się. Janusz kończy swoją przed godziną 8:00, zaś Janek i Marcin przekraczają progi domów przed południem. Powyższe akcenty kończą epopeję "Hola Cordilliera".


Podsumowanie

"Hola Cordilliera" to wyjazd stanowiący podsumowanie ponad dwuletnich przygotowań. Chociaż główny cel wyprawy nie został osiągnięty, z pewnością czas spędzony w Peru nie poszedł na marne. Poza zdobyciem doświadczenia górskiego spędziliśmy tam wspaniałe wakacje. Cordilliera Blanca to region niezrównanie piękny i egzotyczny dla przeciętnego europejczyka. Góry, choć mogłoby się wydawać, że wszędzie są takie same, tutaj mają swój specyficzny charakter, tworząc miejscami specyficzne kształty i formy. Chociaż nie są relatywnie wysokie, posiadają niepowtarzalny, wysokogórski charakter. Jeżeli chodzi o trudności  techniczne to w mojej ocenie stanowią idealny cel dla ekip średniozaawansowanych i zaawansowanych. Poza kilkoma szczytami trekkingowymi w większości przypadków drogi klasyczne na bardziej popularne szczyty mają już większą wycenę i wymagają umiejętności wspinaczkowych. Niemniej jednak osoby posiadające umiejętności znakomicie odnajdą się w tym regionie.
Z drugiej strony Cordilliera Blanca to góry znakomite pod względem transportu i komunikacji. Wzdłuż masywu ciągnie się główna droga krajowa i komunikacją publiczną dojedziemy na dowolną jej wysokość. W poszczególne doliny dowiozą na za to taksówki za naprawdę śmieszne pieniądze. Poza stosunkowo kosztownym biletem lotniczym Peru to raj dla ludzi, którzy nie chcą wydawać dużo pieniędzy (no chyba, że koniecznie chcą odwiedzić Machu Picchu). Tanie jest jedzenie, transport, zakwaterowanie. Poza ogólnym permitem do parku narodowego nie potrzebujemy innych przepustek. Nawet transport ekwipunku osłem czy z pomocą tragarza nie wychodzi drogo, w porównaniu do np. Kirgistanu.
Przy tym po raz kolejny powołuję się na egzotykę miejsca, która jest ciekawa sama w sobie. Dal mnie w Peru dosłownie wszystko było "inne" od tego co znałem do tej pory. Język, ludzie, kultura, pogoda, etc. To samo dotyczy flory - nieraz przypatrywałem się poszczególnym roślinom, drzewom, chłonąłem rajską atmosferę miejsc, w których byliśmy. Choćby dla tej "nowości i egzotyki" warto tu było przyjechać. Region jest mało popularny wśród turystów z Polski - świadczy o tym choćby fakt, że gdy ostatniego Polaka spotkaliśmy w Berlinie przed wylotem, to kolejnego dopiero po trzech tygodniach w Madrycie. Miejscowi też mówili, że Polaków raczej nie spotykają.
W okolicach jest bezpiecznie. Dla niektórych może to brzmieć niezbyt przekonująco, ale naprawdę takie wszyscy mili wrażenie. Nie mówię tutaj o Limie, gdyż byliśmy uprzedzeni do tego miasta i poza lotniskiem czy dworcem, w otwarte przestrzeni nie spędziliśmy tam nawet pół godziny. Po przyjeździe do Huaraz również zachowaliśmy dystans, jednak w perspektywie okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Już po kilku dniach czuliśmy się tutaj zupełnie swobodnie.
Przy tym, już przy kilku rozmowach przywołuję ogólną sylwetkę statystycznego Peruwiańczyka, która bardzo przypadła mi do gustu. Ludzie są bowiem jednocześnie mili, jak i zdystansowani. Nie zaczepiają, nie namawiają na siłę. Nikt nie miał przy tym nieprzyjemności ze strony miejscowych, policji, służb. Nikogo nie okradziono (co w Kirgistanie okazało się regułą). To bardzo miłą odmiana w stosunku np. do krajów azjatyckich, gdzie na skutek natarczywości miejscowych można nabrać do nich wręcz wrogiego podejścia.

Góry mają minus w postaci relatywnie dużego skumulowania zagrożeń obiektywnych w postaci seraków. Niemal każda droga wiedzie fragmentem po odcinkach niebezpiecznych, gdzie ryzyko wypadku, czy element "rosyjskiej ruletki" jest stosunkowo wysoki.
Minusem jest również brak typowych górskich służb ratunkowych. Właściciel hotelu mówił, że w okolicy nie ma śmigłowca, zaś jeżeli już lata w celach ratunkowych to z Limy, co zajmuje mu kilka godzin. Przy tym warunkiem uruchomienia śmigłowca jest uprzednie wpłacenie "kaucji" w Limie na poczet ewentualnej akcji w kwocie 10.000 USD. Dla mnie zabrzmiało to abstrakcyjnie.

Podsumowując Cordilliera Blanca oferują miłośnikom wypraw górskich cały ogrom wraże. Przy tym pozytywne aspekty zdecydowanie przeważają nad negatywnymi i osobiście mam nadzieję, że niebawem będę miał okazję tu wrócić.

Relację skierowałem dla osób, które chciałby wybrać się w te rejony. Mam nadzieję, że ten opis ten da Wam jakiś mglisty obraz tego, czego możecie się spodziewać. Prosze o pytania w komentarzach.

Pozdrawiam


GALERIA











niedziela, 29 października 2017

Wyprawa do Peru Cordilliera Blanca I Huascaran Sur- relacja - część III - Chopocalqui i Huascaran

Tym razem wpis o próbie przekroczenia magicznego pułapu 6.000,00 m npm, jaką podjęliśmy po aklimatyzacji w dolinie Ishinki. Zmagania z naturą, pogodą i naszymi żołądkami.
Zapraszam


29 czerwca 2017 roku


Kolejny ze standardowych dni w Caroline Lodging hostel. Pobudka przed 8:00, przepakowanie, śniadanie i ruszamy w miasto, w poszukiwaniu transportu, pożywienia oraz nowej przygody. Jeszcze dwa dni temu podczas leniwego dnia w bazie w dolinie Ishinki obmyślaliśmy plany i obiektywna kalkulacja pokazała, że mamy jeszcze czas na dwie akcje górskie. Zakładając przy tym, że głównym celem jest Huascaran Sur, postanawiamy dobrze się zaaklimatyzować uprzednio na nieco niższym sześcio-tysięczniku -  Chopocalqui (6354 m npm). Aby zrealizować ten cel uprzednio musimy udać się do miasteczka Yungay, które okryte jest złą sławą. W latach 70-tych ubiegłego wieku trzęsienie ziemi, które spustoszyło ten region, spowodowało usunięcie się mas ziemi i błota z masywu Huascaran, a te dosłownie zmiotły miasteczko z powierzchni ziemi, grzebiąc pod sobą większą część jego mieszkańców. Zdarzenie to zostało jeszcze do dziś w pamięci lokalnej.
Aby dostać się do miasteczka po raz kolejny przychodzi nam zapakować się z ładunkiem do małego busika i zapłacić tym razem po 5 soli. Jeszcze przed podróżą w Huaraz zaopatrujemy się w kartusze gazowe (230 g można kupić za 20 soli - warto wiedzieć) oraz dwie szable śnieżne (po 20 soli sztuka , robione an miejscu z kątowników aluminiowych). O ile do Yungay dojechać nie jest trudno, o tyle dalej musimy  kombinować. Co prawda książkowy przewodnik mówi o transporcie lokalnym w głąb gór, o tyle wszyscy spotkani na miejscu ludzie wspominają jedynie o taksówkach. Pierwszy kierowca za przejazd chce od nas bagatela - 200 soli, a konkurencyjnej ceny nie ma. Ciężkie targi doprowadzają do redukcji ceny o połowę. 100 soli staje się kwotą akceptowalną za przejazd ok. 25 km. Droga wiedzie na wschód, szutrową drogą. Kurz jest wszechobecny, a z każdym kolejnym kilometrem solidnie zyskujemy na wysokości. Przy przekraczaniu granic parku musimy się wylegitymować z naszych biletów. po czym wycieczka trwa dalej. Im głębiej wjeżdżamy w góry tym pogoda psuje się bardziej. Przy tym prognozy nie należą do optymistycznych, a kolejne dni zapowiadają się niepewnie.



Po dwóch godzinach ostrożnej jazdy kierowca podwozi nas wąską drogą wiodącą nad przepaściami na wysokość 4200 m npm. Aż trudno uwierzyć, że droga prowadzi na jeszcze 500 metrów wyżej i przecina Cordilliera Blanca na dwie części. Trudno również uwierzyć, ze droga oznaczona jako główna droga krajowa ma skalistą, nierówną nawierzchnię i szerokość ok. 3 metrów.



Zatrzymujemy się więc na przełęczy i odsyłamy kierowcę, umawiając się z nim jednocześnie na odbiór nas za cztery dni, o 14:00. Po posiłku szybko wychodzimy w kierunku szlaku wiodącego do bazy, gdyż zegarki wskazują już godzinę 14:00. Na zieloną polanę usłaną namiotami trafiamy po pół godziny marszu, spotykając na miejscu ekipę, której nie udało się wejście na szczyt. Młody, lokalny przewodnik udziela nam rzeczowych informacji, życzy powodzenia i pokazuje dalszą drogę do obozu na morenie, którego jeszcze nie widać. Jego postawą jesteśmy mile zaskoczeni. Pomimo późnej pory postanawiamy zaryzykować dalszy marsz.



Chociaż plecaki są ciężkie, a niebo już ciemnieje, idzie się bardzo dobrze. Obóz tzw. "Morain Camp" ma być zlokalizowany na wysokości ok 4800-4900 m npm. Po drodze pokonujemy kolejne moreny. Marsz bardzo się wydłuża, lecz ścieżka jest dobrze widoczna i wiedzie prosto do góry. Wkrótce robił się ciemno, wyciągamy czołówki, a obozu nie widać. Choć nie daję znać po sobie, przychodzi mi do głowy, że obóz możemy zostawić gdzieś z boku po drodze, gdyż jego mieszkańcy mogą po prostu już spać. W okolicach 20:00, po osiągnięciu bagatela 5.000,00 m, solidnie już zmęczeni docieramy na miejsce. Tzn. ja, Janusz i Marcin. Janek trochę osłabł i odstawał. W obozie szybko znajdujemy platformy na namioty, po czym ja z Januszem wyruszamy w poszukiwaniu wody do poziomu lodowca. W zupełnych ciemnościach nie jest to łatwe, gdyż ścieżka staje się niewyraźna, a teren miejscami robi się stromy. Przy tym wchodzimy na 5.000,00 m npm, więc zmęczenie jest duże i bardziej snujemy się, niż idziemy, a zmęczenie robi swoje. Z pełnymi butelkami wracamy do obozu, rozbijamy namioty i zabieramy się za gotowanie. Każdy je przy tym porcję liofila i tak naładowani idziemy spać. Każdy jest zadowolony .....






30 czerwca 2017 roku


... Do czasu. Chwilę po północy budzę się i czuję, że mój żołądek walczy z pokarmem. Niewiele sobie z tego robię, jednak słyszę, że z namiotu obok wychodzi Janusz i narzeka na problemy żołądkowe, wymioty, biegunkę. Przychodzi mi na myśl, że miał pecha i czymś musiał się zatruć. Wracam do snu lecz nie na długo. Wkrótce bóle brzucha rozbudzają mnie na dobre. Żołądek się poddał, a ja muszę szybko uciekać z namiotu zwrócić całą jego zawartość. Rozpoczyna się zabawa z biegunką i wymiotami. Szybka akcja na zewnątrz, powrót do namiotu i tak co kilkadziesiąt minut. Istny koszmar. Przy tym w zabawie zmieniam się z Januszem, który biega z namiotu obok. Takie tortury trwają aż do rana. Przy tym, mimo iż solidnie się odwadniam, nie mogę przyjąć żadnego płynu, gdyż wszystko kończyło na ziemi.



Rano jestem ledwie przytomny i niedolny do niczego. Żołądek się nieco unormował, ale ciągle obawiam się przyjmować jakiegokolwiek jedzenia i picia. Nad ranem problemy żołądkowe zaczęli mieć również Janek i Marcin, jednak nie są one tak intensywne, jak moje, czy Janusza. Cały dzień przesiaduję w namiocie, nie ruszając się nigdzie, na zmianę siedząc, leżąc i śpiąc. Przy tym pogoda nie zachęca do wyjścia, niebo jest zachmurzone, czasem pada śnieg. Któryś z chłopaków proponuje zejście, jednaka ja mocno za tym oponuję. Prawda jest taka, że nie mam siły na nic i nie wyobrażam sobie samego chodzenia, a co dopiero noszenia czegokolwiek. Wiem, że moje samopoczucie na tej wysokości może się jeszcze pogorszyć, jednak wiem, że może być też lepiej. Postanawiam zaryzykować i namawiam chłopaków różnymi argumentami, abyśmy zostali. Zostajemy. Dzień jest ciężki. Staram się powoli nawadniać. W pewnym momencie do naszego namiotu przychodzi lokalny przewodnik z Amerykaninem, którzy podrzucają nam Laremid i liście koki na herbatę. Z wdzięcznością przyjmujemy podarunki i wegetujemy do wieczora. Dziś po wodę idą Marcin i Janek. Każdego z nich kosztuje to niesamowitą ilość wysiłku. Wysokość i zatrucie mocno daje w kość. Siedząc w namiocie dochodzimy przy tym do wniosku co było podstawą naszego rozstroju żołądków, który niemal jednocześnie nas rozłożył. Z pewnością sytuację spowodowało przyjęcie poprzedniego dnia 1,5 kg lokalnego sera, który wcinaliśmy jeszcze na podejściu. Jestem trochę rozżalony, trochę zły na siebie, gdyż już nauczony Kirgistanem powinienem być bardziej asertywny w odmawianiu lokalnego jedzenia. Niestety... W obawie o stan żołądka nie jem nic cały dzień. Kuracja okazuje się skuteczna. Spokojnie przesypiam następną noc.




1 lipca 2017 roku

Rano czuję się już lepiej,  jednak dla bezpieczeństwa w dalszym ciągu nic nie jem. Pogoda nie poprawia się, lecz przynajmniej z tego powodu łatwiej nam przyjąć decyzję o zejściu. O wychodzeniu wyżej nie ma nawet mowy - jesteśmy na to zbyt słabi. W padającym śniegu zbieramy namioty i pakujemy się. Następnie schodzimy.





 Podczas zejścia okazuje się, że nie jestem jednak aż taki słaby jak mi się wydawało. Stawiam kroki raźno i nie męczy mnie to szczególnie. Za to najgorzej idzie Jankowi, którego problemy żołądkowe dotknęły najpóźniej i niedawno opuściły. Musimy kilkukrotnie na niego czekać, choć dla nas to nie problem, a bardziej wytchnienie. Około południa docieramy do Base Camp, gdzie spotykamy grupę turystów z Niemiec z przewodnikami. Zatrzymujemy się tu jedynie na chwilę, chcąc jak najszybciej dotrzeć do drogi i szukać transportu w dół. Gdy stajemy przy szutrówce zaczyna solidnie padać deszcz. Nie mamy innego wyboru jak czekać na przejeżdżające samochody, które toczą się z prędkością 5-10 km/h. Pierwszy przejeżdżający busik jest w pełni zapchany, jednak przy kolejnych mamy już więcej szczęścia. Za nim jadą dwa samochody terenowe, a jeden z kierowców samochodu typu pick-up oferuje nam przejazd za darmo, ale z tyłu na tzw "pace". Oczywiście korzystamy z oferty i chociaż przejażdżka jest niemiła i bolesna, cieszymy się, że dojedziemy bezproblemowo do Yungay. Towarzystwo po drodze zatrzymuje się dwa razy nad jeziorami, na sesje fotograficzne, a my w tym czasie podziwiamy okolicę.  Do miasteczka przybywamy ok. 16:00 i tam rozstajemy się z naszymi kierowcami. Jak mówią - dalej jest "Highway" i nie wolno tak przewozić ludzi. Korzystamy więc z tradycyjnego transportu i wracamy do Huaraz po raz kolejny. Pogoda podczas ostatnich dwóch godzin zmieniał się diametralnie. Gdy w górach nie można było liczyć na żadne przejaśnienia, w dolinie jest czyste niebo i wspaniała popołudniowa atmosfera. Po prostu inny świat od ponurego górskiego krajobrazu.



W Huaraz decydujemy się w końcu zrobić neutralne, gotowane jedzenie. Jeżeli o mnie chodzi to już mija druga doba, gdy nie jem nic, ale w mieście mając niedaleko zaplecze sanitarne mogę zaryzykować, gdyż i organizm domaga się posiłku. Kupujemy produkty i hostelowej kuchni sporządzamy warzywny sos z ziemniakami. Lokalnego mięsa nikt nie chce ryzykować, a warzyw nie brakuje. Korzystamy więc z tego, co najlepsze. W hostelu po raz kolejny wita nas miła atmosfera i właściciele, którzy widocznie interesują się naszym losem, w szczególności oferując leki żołądkowe. W tym miejscu wypada wspomnieć, iż o ile hostel Caroline Lodging pod względem wygód delikatnie mówiąc "nie powala", to obsługa zasługuje, aby na akomodacje wybrać właśnie to miejsce. Gospodarze służą pomocą, miłym słowem i można na nich liczyć w wielu kwestiach.



lipca 2017 roku

Na dzisiejszy dzień zaplanowaliśmy szeroko pojęty rest. Chociaż wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem gorącym przeciwnikiem szeroko pojętego siedzenia w miejscu, to jednak tym razem po ostatniej przygodzie po prostu należy to zrobić. Wstajemy późno, jemy wolno śniadanie, w okolicach południa idziemy na zakupy. Stan naszych żołądków, a raczej ich kurczenie się łatwo zaobserwować. Pierwszego dnia po przyjeździe do Huaraz śniadanie w hostelu było dla nas niewielkie i trzeb było jeszcze przed wyjściem dożywić się na własna rękę. Natomiast po przygodzie pod Chpocalqui tej samej ilości pożywienia nie możemy zmieścić. Taki stan utrzymuje się już do końca wyjazdu. Robimy więc solidne zakupy i robimy obiad, który okazuje się być obiadokolacją. Jedzenie ciężko się przyjmuje po dwóch dniach głodówki. Obmyślamy wspólnie plany na dzień następny, po czym każdy "zagrzebuje" się w swoich sprawach. Wieczorem wstępnie przepakowujemy się przed głównym celem wyjazdu.






3 lipca 2017 roku

Po dwóch dniach od przykrego incydentu żołądkowego budzimy się już prawie w pełni sił. Jemy śniadanie, po czym pakujemy się na Huascaran, gdzie planujemy spędzić 5 dni. Uzupełniamy zakupy, wsiadamy w bus do Youngay, jednak opuszczamy go nieco wcześniej, w miejscowości Mancos. Stamtąd taksówką przemieszczamy się w góry, na wschód, do miejscowości Musho (15 soli/4 osoby). Nad okolicą rozpościera się monumentalna postać GÓRY. Masywna, obła sylwetka Huascaran jest widoczna jak na dłoni i wygląda naprawdę monumentalnie, niby tak samo, a zupełnie inaczej niż na zdjęciach. Po opuszczeniu taksówki zostajemy przejęci przez miejscową starszą Panią, która prosi nas o podanie danych i nr paszportu, gdyśmy mieli nie wrócić, etc.





Choć nie wiemy, jaka jest jej funkcja, kobieta wydaje się przejęta swoim zadaniem, Po wylegitymowaniu sie wobec babci możemy iść dalej, ścieżką wiodącą wzdłuż potoku, do bazy pod Huascaran. Przy tym w okolicy nie widać żadnych turystów ani wspinaczy i w porównaniu do odwiedzonych do tej pory miejsc, jest po prostu pusto. Podążamy za niezbyt wyraźną ścieżką po szlaku, jaki mam zapisany na GPS. droga wiedzie przez niewysoki las i jest bardzo monotonna. Nie ma zbyt wielkich przewyższeń, ale krajobraz nie zmienia się  stawianie kroku za krokiem dłuży się po jakimś czasie. Z miejscowości wychodzimy dość późno, co ostatnimi czasy mamy w zwyczaju. Późno, gdyż biorąc pod uwagę zachód słońca po godzinie 18:00, to wyjście o 14:00 do wczesnych nie należy. Kolejnymi trawersami idziemy więc do wieczora, by przez zmierzchem wyjść na otwartą przestrzeń trawiastego grzbietu. Mamy nadzieję, że baza jest tuż-tuż, jednak czeka nas jeszcze dwieście metrów podejścia w zupełnych ciemnościach. W miejscu base camp (ok. 4200 m npm) spotykamy jedynie krowy, których oczy świecą się w świetle czołówek. Okolica jest zupełnie pusta, a znalezienie źródła wody zajmuje nam dłuższą chwilę. Baza znaczy przy tym ostatnią polane na trasie, gdyż wyżej zaczynają się wypolerowane skały.  W ciemnościach rozbijamy namioty, po czym jemy liofile i idziemy spać.





Położenie bazy na swego rodzaju platformie nad doliną powoduje, że ciągle mamy zasięg telefoniczny, zaś światła migoczące w oddali robią niesamowite wrażenie.


4 lipca 217 roku

Wstajemy po wschodzie słońca, jest zimno. Po wewnętrznej stronie namiotów zgromadził się szron. Zanim słońce rozświetli nasze obozowisko, panuje zimowa aura i siedzimy solidnie opatuleni. Po śniadaniu jest już przyjemniej, chociaż nie spieszy nam się zbytnio i wychodzimy około 11:00 ubrani w membranowy ubiór i górskie buty.



 Już kilkadziesiąt metrów za bazą rozpoczyna się bariera skał, którą będziemy się przemieszczać. Początek nie rokuje dobrze, gdyż podczas pierwszego odcinka wspinaczki, Janek na płaskiej skale chwieje się, upada i zjeżdża po jej tafli ok 10 metrów w dół. Skała na szczęście kończy się płaskim terenem i poza zadrapaniami nie odnosi kontuzji. Niem niej jednak dzień rozpoczyna się od chwili strachu. W skalistym terenie manewrujemy poszukując kamiennych kopczyków. Przeważnie nie ma z tym problemów, ale czasami się gubimy. Przy tym trzeba iść za ścieżką, aby nie wpakować się w trudny teren. Należy również uważać na sposób chodzenia po nachylonych płytach, aby nie zsunąć się, jak Janek na początku. Wyobrażamy sobie, że gdy jest mokro zejście musi być przygodowe. W niektórych miejscach odcinki są ubezpieczone łańcuchami. Widać również dużo samych spitów po łańcuchach. Wydaje mi się, że ścieżka kiedyś była lepiej ubezpieczona, ale lokalni przewodnicy zapewne postanowili uczynić ją bardziej niedostępną.




Po południu w oddali pojawia się sylwetka schronu Refugio Huascaran, która jest znakomicie widoczna na tle skał. Na miejsce (4800 m npm) docieramy po godzinie marszu. Ku naszemu zupełnemu zdziwieniu wielkie i nowe schronisko jest puste. Na miejscu nie ma zupełnie nikogo. Zamknięte drzwi i okna, otwarty jedynie winterraum, chociaż w takim stanie, że nie zachęca do korzystania. Nasza sytuacja zmienia się diametralnie i nie wiemy co robić.





Spodziewaliśmy się na miejscu co najmniej kilku ekip, a tym samym chociaż pozorów bezpieczeństwa. Dzisiejszy plan zakładał co prawda dojście do C1 ok 400 m wyżej, jednak nie wiem czy go zrealizujemy. Faktem jest, że pod góra pozostajemy zupełnie sami, a o naszym wyjściu poza właścicielami hostelu w Huascaran nie wie zupełnie nikt. Służb ratunkowych w okolicy nie ma, a w braku turystów zupełnie nikt nie będzie wiedział o jakimkolwiek wypadku. Pod Refugio Huascaran zrzucamy plecaki i zatrzymujemy się na dłuższą przerwę. Rozmyślamy nad dalszymi krokami, rozmawiamy. Choć decyzja przeciąga się i nie jest łatwa, to postanawiamy nie ryzykować samotnego wejścia, biorąc pod uwagę niepewne prognozy pogody. Czytelnikowi może wydawać się to dziwne, jednak biorąc pod uwagę statystyki wypadków na Huascaran i teren im sprzyjający, samotne wyjście byłoby obarczone dużym ryzykiem. Zbyt dużym jak dla nas i niepotrzebnym. Ostatecznie decydujemy, że w górę nie ma sensu iść, jeżeli w obozie pierwszym nie będzie nikogo. Decydujemy się pozostać przy schronie na noc, a rankiem pójść na rekonesans do C1. Na wypłaszczeniu nieopodal rozbijamy namioty i zajmujemy się aktywnościami biwakowymi. Zachód słońca u stóp Huascaran wygląda wspaniale. Góra migocze czerwienią i fioletem. Po zachodzie słońca świeci natomiast odbitym światłem księżycowym. Wygląda to wprost bajkowo.




5 lipca 2017 roku

Budzimy się przed świtem, pakujemy w małe plecaki i wychodzimy około 8:00. Idę wraz z Jankiem i Januszkiem. Marcin decyduje się na wartę w obozie. W trójkę podchodzimy więc pochyłymi płytami, które zdają się nie mieć końca. Przed świtem trzeba uważać, gdyż miejscami płyty są zalodzone, co powoduje konieczność zachowania wzmożonej czujności. Przemieszczamy się szukając kamiennych kopczyków. Problem pojawia się, gdy jest ich zbyt dużo i nie wiadomo, w którą stronę się skierować. Droga ma charakter "czujny", ale ciągle trekingowy.




Po drodze jest tylko kilka nietrudnych momentów wspinaczkowych. Po około 1-2 h marszu docieramy pod lodowiec i znajdujemy stare ślady.  Stare, tzn. ok. sprzed tygodnia. Związujemy się, zakładamy raki, wyciągamy czekany i idziemy.



W stosunku do zdjęć, lodowiec jest bardziej nachylony, a kolejne 200  jakie pokonujemy lodowcem dłuży się trochę. W oddali nie widać ani śladów namiotów, ani ludzi. Przed południem dochodzimy na teren obozu pierwszego na 5200 m npm, jednak nikogo tu nie ma. Teraz definitywnie postanawiamy zrezygnować ze zdobywania góry, w szczególności, że dalsza część podejścia nie zachęca, strasząc złowrogo wiszącym serakiem.






Na miejscu obozu I robimy kilka zdjęć, po czym bezceremonialnie schodzimy. Najpierw lodowcem, następnie skałami. Do Marcina docieramy około południa. Razem pakujemy namioty, zwijamy sprzęt i zaczynamy schodzić. Przed nami kawał drogi, choć postanawiamy zejść trochę innym wariantem, z pominięciem base camp. Droga wiedzie stromo w dół, ale wydaje się sporo krótsza. W dolnej części podejścia spotykamy trójkę Hiszpanów wraz z lokalnym tragarzem. Życzymy im powodzenia, ale rozwiewamy wyobrażenie o otwartym schronie i jakimkolwiek towarzystwie. Wydają się nie być z tego powodu zadowoleni i trudno im się dziwić.



Nasza czwórka tymczasem kontynuuje żmudne zejście, które dłuży się niemiłosiernie. Im niżej tym słońce bardziej zaczyna przypiekać i męczyć nas jeszcze bardziej. W pewnym momencie zbaczamy z właściwej drogi i nadrabiamy około kilometra zbędnego trawersu, tracąc jednocześnie ponad pół godziny. Winę za to ponoszę osobiście, gdyż prowadzę towarzystwo, a moje gapiostwo kosztuje wszystkich.



Mimo, iż nie znamy drogi i nie mamy jej na GPS po kilku godzinach udaje się nam trafić do wsi. Słońce już zachodzi, gdy docieramy do pierwszych zabudowań. Na szczęście z transportem nie ma problemu, gdyż chętnych do podwózki nie brakuje. Tum razem płacimy 10 soli i zjeżamy do dna doliny i drogi głównej. Im niżej tym lepiej, gdyż transportu po drodze nie brakuje, I chociaż busik jest bardzo zatłoczony, a przejechanie 50 km z plecakiem na kolanach nie jest najprzyjemniejsze, to jednak z radością w duchu przemierzamy kolejne kilometry, z myślą o Huaraz i noclegu pod dachem.
Do miasta docieramy już w nocy. Robimy tradycyjne zakupy i zastanawiamy się, jak najlepiej zagospodarować kolejne dni.

Ciąg dalszy nastąpi

GALERIA