poniedziałek, 18 września 2017

Wyprawa do Peru Cordilliera Blanca I Huascaran Sur- relacja - część I - aklimatyzacja

Witam wszystkich.
Dzisiejszy wpis rozpoczyna serię postów dotyczących relacji z tegorocznego wyjazdu do Peru, w góry Cordilliera Blanca. Celem ponad 20-dniowego wyjazdu pod szyldem Hola Cordilliera 2017 była eksploracja niesamowicie pięknego masywu górskiego i zdobycie najwyższego wierzchołka Peru - Huascaran Sur - 6786 m npm. Dziś część pierwsza - aklimatyzacja. 



20 czerwca 2017 roku

Dziś wyjeżdżam do Peru. Plecak już dawno spakowany, lista sprawdzona. Ekipa lubelska w osobach Janka i Marcina wyjechała wczoraj wieczorem do Warszawy. Dziś około 8:00 ruszają dalej - do Berlina, gdzie się spotkamy. Mój transport startuje o 11:15 i czeka mnie upojna dniówka w autobusie. Na dworzec odprowadza mnie Anita bo i sam miałbym problem, aby zabrać się z trzema plecakami. Żegnamy się, po czym zostawiam Kraków za sobą, modląc się, iż nie zapomniałem niczego ważnego. Droga upływa szybko i bezproblemowo.



Około 19:00 dojeżdżam do Berlina, gdzie już czeka Janek, Janusz i Marcin. Na miejscu dzielimy się sprzętem i wyruszamy pieszo na lotnisko Tegel. Google pokazuje 5 km. Plecaki mamy ciężkie, ale czasu aż nadto, więc zbytnio nie spieszymy się, robiąc po drodze kilka postojów. Taszcząc na plecach i w rękach po 30 kg każdy przechodzimy odcinki po ok. 1 km, po czym robimy odpoczynki. W pewnym momencie po drodze spotykamy wesołego Polaka, który z własnej inicjatywy oferuje się zaprowadzić nas na lotnisko. Droga jest nieco myląca, jednak nieskomplikowana. Przed zmierzchem docieramy na miejsce.



Pożegnawszy się robimy rekonesans na lotnisku. Terminale powoli pustoszeją, a ostatni lot zapowiada się na godzinę 23:00. Obawiamy się, że noc przyjdzie nam spędzić na świeżym powietrzu, jednak po konsultacji z pracownikami obiektu okazuje się, że lotnisko pozostaje otwarte na noc. Uspokojeni szukamy zacisznego miejsca na biwak. Odpowiednim wydaje się korytarz niedaleko punktu Lufthansy. Tam też rozkładamy nasz wszechobecny bagaż. Dalszą część wieczoru poświęcamy na przepakowanie do odprawy. Kładziemy się spać dopiero około 1 nad ranem.




21 czerwca 2017 roku

Wstajemy około 5:00, obolali po noclegu na ławkach i podłodze. Za dwie godziny mamy zaplanowany wylot. Zaspani niespiesznie udajemy się do odprawy 100 metrów dalej. Bagaże mieszczą się w limicie, bez komplikacji więc wylatujemy.



W pierwszej kolejności do Londynu. Na małym lotnisku London City meldujemy się po niespełna dwóch godzinach lotu. Tutaj zaczyna się zabawa, gdyż musimy odebrać cały bagaż i wraz z dobytkiem dyslokować się 40 km dalej - na lotnisko Gatwick. Pierwszy etap eskapady rozpoczyna się i nie jest łatwy. Każdy taszczy wielki plecak główny i mały podręczny. Przy tym metro jest niebywale zatłoczone i pełne ludzi. Kupujemy bilety za 4,9 funta za sztukę, po czym z trudem udaje nam się przecisnąć z całym tym dobytkiem. Po przesiadce dojeżdżamy do przystanku Victoria, gdzie zamieniamy środek transportu na pociąg. Bielaty kupiliśmy około tydzień temu w sieci, wyszły po około 12 funtów. Całkiem przyzwoicie. Pociąg wiezie nas ponad pół godziny bezpośrednio na lotnisko. Tutaj nie ma już tłoku i jest bardzo przyjemnie. Transport przez Londyn pomimo obaw odbywa się bez przeszkód i po odprawie bagażu zostało nam jeszcze ponad dwie godziny do odlotu. Spędzamy je wyjadając "ciężki prowiant" z plecaków i gapiąc się w ścianę.






Po południu wsiadamy do samolotu, który zmierza na południową półkulę globu.
Podróż z  British Airways jest długa, ale komfortowa na tyle, na ile to możliwe. Obsługa biega, ile tylko mogła, aby tylko pasażerowie byli zadowoleni.



Do Limy docieramy po około 12 godzinach lotu. Jest 20:00 czasu lokalnego, więc zaginamy czasoprzestrzeń o 7 godzin, przedłużając naszą dobę do 30 godzin. Na zewnątrz panuje już ciemność, a my po analizie sytuacji zastanawiamy się nad dalszymi krokami. Terminal autobusowy odległy o kilka kilometrów jest zamykany o 22:00. Wtedy też odjeżdżał ostatni autobus do Huaraz.







Istnieje ryzyko że nie zdążymy, że autobus będzie pełen i w konsekwencji zostaniemy na noc w środku peruwiańskiej stolicy, czyli z ręką w nocniku. Bilans zysków i strat okazuje się niekorzystny. Postanawiamy zostać na lotnisku.



22 czerwca 2017 roku


Na lotnisku rozbijamy koczowisko w jednym z korytarzy, który wydaje się najbardziej przyjazny do spania. Co prawda w środku nocy ekipa sprzątająca nieco nas niepokoi, jednak w miarę komfortowo udaje się spędzić noc.



Rankiem wychodzimy szukać taksówek. Ceny są sztywne 40 sol/15 dolarów. Przy tym 1 sol = 1.11 zł. Niestety nie posiadamy lokalnej waluty i musimy podporządkować się gorszej cenie w dolarach. Do Gran Terminal Terestre docieramy po kilkunastu minutach.




Miasto w okół jest szare i ponure. W końcu panuje tu zima. Kierowca otrzymuje dolary, przestrzega nas przez niebezpieczeństwem i odjeżdża. Na dworcu z racji wczesnej pory musimy trochę odczekać, po czym wymieniamy część pieniędzy na lokalną walutę i kupujemy bilety autokarowe. Cena takiego przejazdu to 40 soli w klasie VIP. Do tego trzeba odliczyć 5 soli tytułem haradżu za korzystanie z dworca (ciekawy rodzaj "podatku" jak nam tłumaczono). 
Na dworcu pracownik zabiera bagaże i wysyła nas do poczekalni. Przed południem opuszczamy terminal. Piękna miasta nie dostrzegam. Peruwiańska stolica jest szara i paskudna. Wkoło najbardziej wzrok przyciągają niewykończone budynki i slumsy. Wkrótce miało się okazać, że standard miasta w budowie jest najlepszym określeniem dla każdego ośrodka urbanizacyjnego w Peru. Nieotynkowane ściany z czerwonego pustaka i druty wystające z ostatniego piętra budynku na każdym kroku. Wykończony dach posiada 1 na 10 budowli. Te wystające druty okazują się najbardziej charakterystycznym elementem okolicznego budownictwa. Taka ekspektatywa rozbudowy.



Po wyjeździe z miasta krajobraz zmienia się, a aura wypogadza. Jedziemy wzdłuż wybrzeża, mając z prawej stronie góry, a z lewej ocean. Po kilku godzinach autobus kieruje się o 90 stopni na wschód. Stromymi zboczami wjeżdżaliśmy w góry, mijając po drodze osuwiska i kamienie leżące na jezdni. Autobus jest bardzo wygodny - dużo miejsca,leżące siedzenia, toaleta,wifi( nie działało)  i nawet poczęstunek. Do tego działające telewizory, w których jeden za drugim lecą filmy z Dwayne Johnson'em, aż do znudzenia. No i to wszystko, łącznie z przejazdem 400 km kosztuje około 50 zł. Gorąco polecam. Klimatu przejazdowi dodają lokalne "przekupki", które na każdym przystanku wstawiają głowy do autobusu i zachęcają do zakupu kurczaka z gromkim okrzykiem "Pollos".



Sama droga, przez egzotyczny skądinąd kraj, jest również ciekawa. Najpierw doliną pniemy się w górę, następnie przemierzamy płaskowyż położony powyżej 4000 m npm, by powoli zjechać do początku doliny, w której położone jest miasto. HUARAZ, bo o nim mowa, pięknem nie zachwyca. jest to klasyczne miasto w budowie, o którym mówiłem, jednak ma w sobie coś szczególnego. O tym  napiszę później. Do miasta, położonego nota bene na 3100 m npm docieramy pod wieczór, kręcąc się w kółko i nie wiedząc, w którą stronę się udać. Znamy za to cel - hostel Caroline, o którym dobre opinie w sieci wyszukał Marcin.



Przy pomocy GPS przemierzamy miasto i docieramy na miejsce. Panuje przyjemna temperatura, świat w koło jest nam całkowicie nowy. Czujemy się dobrze. Trzeba uważać tylko, żeby nie zagapić się i nie skręcić przypadkiem nogi na krawężniku.



W hostelu witają nas przyjaźni właściciele - Paul i Anita i proponują niedrogi nocleg. Pokoje od 15 soli od osoby (zbiorowe bez łazienki), 20 soli zbiorowe z łazienką, ze śniadaniem w cenie. Choć jakoś sanitariatu i tych łazienek jest różna, czas pokazał, że zawsze kupowaliśmy te droższe, a właściciele hostelu zawsze szli nam na rękę. Dostawaliśmy pokoje na cztery osoby, nie przydzielali nam tam nieznajomych. Ponadto w hostelu spędziliśmy kilka nocy, a przez cały wyjazd zostawialiśmy tam część niezbędnego sprzętu. W mojej ocenie Caroline Lodging jest przyjazny m hostelem dla specyficznego grona odbiorców. Jeżeli liczycie na wysoką jakoś usługi, to trzeba szukać czegoś innego. Jeżeli zależy wam na klimacie i na tym, aby nie czuć się jak skarbonka z pieniędzmi to miejsce dla Was. My się z nim zaprzyjaźniliśmy. Niemniej jednak przy okazji trzeba wspomnieć o specyficznym obowiązku meldunkowym w Peru. Przy każdym noclegu musieliśmy wpisywać wszystkie swoje dane wraz z nr paszportów. To samo przy zakupie biletu autobusowego czy nawet biletu wstępu do parku narodowego. Paranoja, jednak nie byliśmy u siebie i trzeba było się przyzwyczaić. 
Pierwszego wieczoru w Huaraz nie próżnujemy. Zaraz po otrzymaniu kluczy od pokoju i złożeniu bagażu ruszamy w miasto. Szybko uświadamiamy sobie, że jest bardzo żywe, kolorowe i intrygujące. W szczególności jeżeli chodzi o ludzi. O czym dane nam było się przekonać niebawem, Huaraz jest stale aktywne. Od wczesnych godzin porannych do później nocy ludzie kręcą się w centrum, jak i na obrzeżach. Rano jest mniej tłoczno, ale odbywają się przeróżne obchody i uroczystości (w Huaraz impreza ciągle trwa, czy to państwowa, czy lokalna). Ludzie pracują do późnej nocy, nie wiadomo czy znając nawet czym jest prawo pracy. Przy tym, pomimo naszych początkowych obaw o bezpieczeństwo, szybko uświadamiamy sobie, że w mieście jest bezpiecznie, a ludzie przyjaźni. Przy tym nie mam wrażenia, iż patrzą na nas jak na ludzi z innej planety, ale zachowują się całkiem normalnie. No i najważniejsze, nie są natrętni, co jest charakterystyczne dla krajów arabskich czy azjatyckich. Ludzie robią wrażenie przyjacielskich, ale zdystansowanych. Pomogą, ale nie zawracają głowy i nie namawiają na siłę. No i nie traktują jak skarbonkę. Przynajmniej taka sytuacja panowała w Huaraz. Inne opinie słyszałem np o rejonie Mchu Picchu, ale to zapewne jest związane z przesytem turystów. 
Pomijając dygresję, podczas nocnej eskapady po Huaraz robimy my zakupy na dzień kolejny. Odwiedzamy lokalny supermarket oraz bazar. Cieszymy oczami wszystkimi wspaniałościami, nie ruszając póki co niczego z obawy o problemy żołądkowe.
Wieczorem zapoznajemy się z mieszkańcami hostelu. Większość z nich stanowią Francuzi, bo i właściciel Paul pochodzi z zachodu Europy. Integracyjne zapraszamy mieszkańców starego kontynentu na wspólne picie lokalnego trunku - Pisco, który kupujemy oczywiście prewencyjnie, jako panaceum przeciwko problemom żołądkowym. Pomimo wysokości kwalifikującej się już do choroby wysokościowej, każdy z nas czuje się dobrze.




23 czerwca 2017 roku

Rankiem zbieramy się niespiesznie, zajadając śniadanie przygotowane przez właścicieli hostelu.



Milutkie lokalne bułeczki z margaryną i dżemem kawa, herbata, a ponadto coś ekstra, jak omlet, koktajl, czy naleśnik . Podziwialiśmy również niesamowity widok rozpościerający się z dachu hostelu i przedstawiający panoramę całych Cordilliera Blanca. Widać zarówno charakterystyczne wierzchołki Vollunaraju, jak i masyw Huascaran. Pogoda zapowiadała się wspaniale. W ramach aklimatyzacji postanowiliśmy odwiedzić pobliską miejscowość Willkawain, gdzie znajdują się starożytne grobowce i przy okazji wdrapać do jeziora Ahuac - 4680 m npm.



Pierwszy raz mamy przy tym przyjemność spotkać się z lokalnymi busami. Ten środek transportu jest niezwykle popularny i tani. Przejazd do miejscowości kosztuje nas 1 sol, przy tym większym benefitem pozostaje możliwość bezpośredniego poznania miejscowych sposobów podróży. Busiki są małe, idealne do przewozu niskich osobników z okolicy. Przy tym płacimy za miejsce i plecaki trzeba trzymać na kolanach, albo płacić za dodatkowe miejsce.
Wyjeżdżając z Huaraz możemy przekonać się, że w mieście droga jest, a poza nim się kończy. Po wyjeździe poza zwartą zabudowę trafiamy na dziurawe szutrówki. Kilka kilometrów i ok. 500 m pod górę jedziemy około pół godziny. Na miejscu kupujemy bilety po 5 soli/osoba, zwiedzamy starożytne grobowce i jemy drugie śniadanie. Pogoda jest nieziemska, na niebie nie ma ani jednej chmurki.




Obejrzawszy dokładnie lokalne ruiny, z lekkimi plecaczkami wychodzimy do góry. Ścieżka jest oznaczona, szeroka i wyraźna. Początkowo wiedzie przez zarośla, by następnie powoli wspinać się na zbocze górskie. Otoczenie mogę określić jako rajskie, jesteśmy niezwykle zaciekawieni całym otoczeniem. Wszystko wkoło jest odmienne od standardów znanych nam z Europy, czy nawet Azji. Inne rośliny, drzewa, które rosną wokoło. Jedne wydzielają specyficzny zapach, inne posiadają ciekawie wyglądające kwiaty. Można by wprost spacerować i obserwować samo otoczenie.




Podchodząc wyżej napawamy się szersza perspektywą łańcuchu górskiego, która rozpościera się teraz przed nami. Droga szybko zmienia się w kamienne schody i wije slalomem wśród skał. Oddechy stają się cięższe, a wysokość daje we znaki. U mnie nastrój nie jest najgorszy, jednak chłopaki powoli zaczynają narzekać. Najgorzej wysokość wpłynęła na Janusza, który zazwyczaj aklimatyzuje się bardzo dobrze. Po kilkuset metrach w pionie wszyscy już jesteśmy zmęczeni, a nastroje się pogarszają. Uznajemy jednak, że chcemy się zaaklimatyzować i wejść nad jezioro. Po kilku postojach, grubo po południu udaje się osiągnąć zbiornik wodny położony wśród skał na wysokości 4680 m npm. Jezioro Ahuac jest niesamowicie pięknie ulokowane wśród skał, w oddali rozpościerają się góry, w tym rogaty, charakterystyczny wierzchołek Vollunaraju. Przy jeziorze wybudowano też schron.




Przewyższenie rzędu 1500 m npm względem noclegu z minuty na minutę wpływało na nas niekorzystnie. Początkowo zakładam, że przy jeziorku spędzimy trochę czasu, jednak na miejscu nikt już nie ma na to ochoty. Pierwszy ewakuuje się Janusz, następnie pozostali. Idziemy szybko w dół, a słońce powoli chyli się ku linii horyzontu. Mimo temperatury w Peru jest aktualnie zima, a słońce wschodzi po godzinie 6:00 i zachodzi około 18:00. Do miejscowości docieramy przed wieczorem i wsiadamy do busika. Teraz folklor jest jeszcze większy. Podróżujemy ze starszymi paniami ubranymi w charakterystyczne kolorowe ubrania i kapelusze. Wiozą ze sobą dosłownie wszystko, począwszy od worka ziemniaków po naręcze zieleniny kończąc. Rozmawiają również o nas. Przy okazji warto wspomnieć o możliwościach językowych naszego zespołu. Ja i Marcin o języku hiszpańskim nie mamy pojęcia. W rozmowach przoduje Janusz, który załatwia 80% spraw z lokalsami. Pozostałe 20% obrazuje możliwości językowe Janka, który choć zaprzecza, że rozumie język to jednak w drobnych sprawach potrafi się dogadać.



Busikiem docieramy z powrotem do Huaraz. Przed powrotem do hostelu zaopatrujemy się w markecie i na targu. Wieczór upływa na rozmowie i wspólnym gotowaniu. Przyrządzamy spaghetti.
Plan na jutro obmyślony - po zastanowieniu podejmujemy decyzję o aklimatyzowaniu się w dolinie Ishinki i podjęciu próby zdobycia dwóch 5 tysięczników.

Więcej zdjęć w GALERII


Ciąg dalszy nastąpi :)

poniedziałek, 17 lipca 2017

I Maraton na Orinetację "KIWON" - 16.09.2017 r. - serdecznie zapraszam na bieg !!!

Witam wszystkich.

Z nieukrywaną radością zapraszam wszystkich czytelników bloga, znajomych bliższych lub dalszych oraz sympatyków biegania na I Maraton na Orientację KIWON , który odbędzie się w dniach 15-17 września 2017 roku w Rozdzielu - gmina Lipinki (województwo małopolskie). 
Już od jakiegoś czasu, mniej lub bardziej poważnie, pojawił się u mnie pomysł organizacji biegu. Jako, iż do tej pory byłem jedynie uczestnikiem imprez biegowych, a organizacja wyjazdów nie jest mi obca, postanowiłem sprawdzić, jak to jest znaleźć się "po drugiej stronie" i zmierzyć z organizacja prawdziwej imprezy biegowej. 

Wraz z Anitą (małej Wielkie podróże) przemyśleliśmy temat i padło na maraton na orientację, jako iż imprezy tego typu darzymy największym uczuciem, a i najwięcej doświadczenia mamy w temacie.  Teren również nie został wybrany przypadkowo - przedgórze Beskidu Niskiego, a więc ziemia gorlicka i jasielska. Szczerze, byłem przeciwnikiem organizowania niejako "na siłę" kolejnej imprezy w samym Beskidzie Niskim. Tam biegów nie brakuje, a i ww. tereny dla organizacji imprezy na orientację nie są wcale korzystne. Przede wszystkim Magurski Park Narodowy ogranicza spektrum działania imprezy, które istotą jest brak ustalonej trasy. Ponadto w Beskidzie Niskim nie ma zbyt wielu miejsc widokowych, a im ich więcej na biegu, tym moim zdaniem ciekawiej. W konsekwencji postanowiliśmy zorganizować bieg "tuż obok", w terenie zapewniającym i swobodę w konstruowaniu przelotów i spektakularne widoki na Beskid Niski. :)

W organizacji biegu, wraz z Anitą, mamy przyjemność działać pod szyldem Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Lipińskiej "Jastrzębiec", które jest oficjalnym organizatorem biegu wraz z Wójtem Gminy Lipinki – mgr inż. Czesławem Rakoczym.
Patronat honorowy nad przedsięwzięciem objęła - Poseł na Sejm RP Barbara Bartuś.

Partnerem głównym imprezy jest FUNDACJA PZU 

W ramach biegu przygotowujemy dwie trasy - 20  km dla początkujących i chętnych spróbować swoich sił w bieganiu na orientację i klasyczne 50 km dla starych wyjadaczy oraz znawców tematu. 
Trasa będzie relatywnie łatwa nawigacyjnie. Przewyższeń również nie ma dużo, przy optymalnym wariancie około 1500-2000 m. 

Zapisy do I Maratonu KIWON ruszyły, więc tylko przypomnę, że do końca lipca jest najniższe wpisowe :) A świadczeń wręcz odwrotnie - najwięcej !:) 
Dzięki naszemu partnerowi głównemu Fundacji PZU, mamy  atrakcyjny pakiet startowy. Na każdego czeka okolicznościowa koszulka techniczna bardzo dobrej jakości, medal, dyplom, a dla najlepszych zawodników puchary i nagrody :) 
Zapraszamy do rejestracji na http://kiwon.towarzystwojastrzebiec.pl Kto pierwszy, ten lepszy :).

Wszystkie niezbędne informacje dotyczące biegu znajdziecie w mediach:
Z chęcią odpowiem również na wszystkie nurtujące Was pytania, piszcie śmiało :)



Pokrótce przedstawię jeszcze to, co dla zawodnika najważniejsze -  ŚWIADCZENIA STARTOWE

⦁ Dwa noclegi w Bazie Maratonu w warunkach turystycznych (należy posiadać własny śpiwór i karimatę),
⦁ Jeden ciepły posiłek regeneracyjny w Bazie Maratonu,
⦁ Opieka organizatorów w Bazie, na trasach, na mecie w trakcie trwania Maratonu (a także zdalnie przed i po),
⦁ Komplet map (kolorowe, w foliowym worku strunowym) i materiałów startowych,
⦁ Opracowane trasy Maratonowe wraz obsługą Punktów Kontrolnych na trasie,
⦁ Możliwość pozostawienia bagaży, toalety, prysznice w Bazie Maratonu,
⦁ Parkingi dla samochodów w okolicy Bazy Maratonu,
⦁ Komunikat techniczny,
⦁ Okolicznościowy numer startowy;
⦁ Wrzątek do celów spożywczych wraz z zestawem kawa, herbata, dodatki, kubki (dostępne na stołówce szkolnej),
⦁ Koszulka techniczna,
⦁ Dyplom i medal dla każdego, niezależnie od uzyskane wyniku na trasie,
⦁ Puchary i nagrody dla najlepszych zawodników z podziałem na trasy oraz płeć
⦁ Inne materiały w miarę napływu świadczeń,
⦁ Całodobowa opieka nad Bazą Maratonu (zabezpieczenie sanitarne: sprzątanie, wywóz śmieci, prąd, woda bieżąca).
⦁ Woda na jednym z punktów kontrolnych (samoobsługa),
⦁ Ubezpieczenie NNW na czas Maratonu (16 września 2017 roku – sobota),
UWAGA! Przy dokonaniu zapisu po dniu 31 sierpnia 2017 roku Organizator nie gwarantuje wszystkich świadczeń.


Podsumowując:

DATA: 15-17.09.2017 ( 16-wrz., 08:00 – start trasy TP50 oraz 09:00-start trasy TP20 )

START, META I BAZA ZAWODÓW: Szkoła Podstawowa w Rozdzielu (gmina Lipinki)

ZAPISY: http://kiwon.towarzystwojastrzebiec.pl/zapisy/

OPŁATY STARTOWE: sprawdź w  REGULAMIN 

ORGANIZATOR: Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Lipińskiej „Jastrzębiec”, Wójt Gminy Lipinki – mgr inż. Czesław Rakoczy

PARTNER GŁÓWNY: FUNDACJA PZU

PATRON HONOROWY: Poseł na Sejm RP Barbara Bartuś


Jeszcze raz serdecznie zapraszam i do zobaczenia na imprezie :)

Projekt współfinansowany jest ze środków Fundacji PZU.

Pozdrawiam
Tomasz Duda



środa, 10 maja 2017

Słowacki Raj – co warto wiedzieć przed wyjazdem

Słowacki Raj – co warto wiedzieć  przed wyjazdem





Dziś publikuję nowy post dzięki uprzejmości Anity Gurbisz. Tematem będzie Słowacki Raj, gdzie spędziliśmy tegoroczną majówkę.

Kiedy najlepiej pojechać: Zimą park jest popularny wśród lodowych wspinaczy, przy właściwych mrozach, z wodospadów tworzą się piękne lodowe kaskady. Od razu uprzedzam że nie jest to legalne, ale bardzo popularne zważając uwagą na ilość wpisów w internecie. Ja jeszcze nie próbowałam;) Najczęściej w Parku bywałam w okresie świąt wielkanocnych, a wiec w kwietniu. Wtedy Słowacki Raj jeszcze ma krajobraz bardziej zimowy niż wiosenny ale ogromnym plusem jest bardzo mała ilość osób. Od maja zaczyna się już właściwy sezon, zwłaszcza w majówkę na parkingach szybko zauważymy że to Polacy są głównymi turystami.

Opłaty w Słowackim Raju w roku 2017: Przy każdym większym węźle szlaków znajdziemy duży parking – 3 euro na dzień/osobówka, bilet wstępu 1,5 euro/ 1 dzień; 3,5 euro/3 dni. Rozsądna mapa 4,5 euro.




Co zabrać do Słowackiego Raju: Oprócz podstawowego wyposażenia jak górskie buty, lub inne z solidną podeszwą buty, plecaka- im mniejszy tym lepiej, kurtki przeciwdeszczowej- w górach nigdy nic nie wiadomo, to polecam zabranie rękawiczek (rowerowych, żeglarskich albo ogródkowych ;). Jest w nich zdecydowanie przyjemniej trzymać się łańcuchów i metalowych drabinek. Jeśli ktoś posiada polecam zwłaszcza w zimniejszych miesiącach nie przemakalne skarpety. Dobrym rozwiązaniem jest też kamerka go pro, gdyż nie zawsze będzie nam łatwo wyciągnąć aparat.

Na co zwrócić uwagę:
Opady deszczu- poziom wody szybko się podnosi i przejście określonych tras wydłuża się nieraz dwukrotnie. Trasy poprowadzone wzdłuż strumieni są w większości zalane, czasami Park decyduje się na zamknięcie pewnych odcinków, zostaniemy o tym poinformowani przy kasie. Ponadto drewniane schodki i belki po opadach są bardzo śliskie i trzeba uważać aby zbyt często się nie wykąpać ;)

Lęk wysokości: zdecydowanie nie polecam osobą z lękiem wysokości tras pieszych z pionowymi drabinkami, trasy piesze bez drabinek i stupaczek oraz rowerowe jak najbardziej.
Nowości: W cieśniawie Kyseľ pod Klaštoriskiem od 19.08.2016 udostępniono trasę via ferratę. Jeszcze nie byłam, ale będę zwłaszcza po  się filmików.




Jak tam trafić? Obieramy żółty szlak-  rozdroże przy niebieskim szlaku (Kláštorisko – Suchá Belá, záver) – vodopady – Kyseľ, rázcestie.
Nasz nocleg: jeśli macie ochotę na “dzikie” rozbicie namiotów pod lasem ze źródełkiem polecamy naszą miejscówkę- punkt na mapie powyżej miejscowości HRANOVNICA. Dla bardziej wyrafinowanych turystów jest sporo agroturystyk i campingów przy każdej miejscowości w Słowackim Raju: Podlesok, Vernar, Spisska Nova Ves, Spiske Tomasovce

Anita Gurbisz.

Podobał Wam się tekst?

Więcej postów znajdziecie na blogu: https://malejwielkiepodroze.blogspot.com/

Ponadto propozycje wycieczek - https://malejwielkiepodroze.blogspot.com/2017/05/sowacki-raj-co-warto-zobaczyc-trasa-na.html

Pozdrawiam

Tomasz Duda


piątek, 3 marca 2017

Adidas Response Trail 21 - test recenzja opinia

Po moim ostatnim teście Salomon Speedcross 3 do terenowych butów biegowych zostałem uprzedzony i od epizodu z nimi związanym, przy wyborze następnych starałem się nie sugerować ogólnym wrażeniem, ale zrobić.głębszy research tematu.
Ostatecznie padło na Adidas Response 21 Trail i nie ukrywam, że chodziło przede wszystkim o cenę. Poza tym opinie o butach były dobre, a model nie dublował błędów Salomona w postaci zbyt delikatnego bieżnika i analogicznie kruchego materiału wierzchniego. W czerwcu 2015 kupiłem więc Adidas Response Trail 21, a czas pokazał, iż był to strzał w dziesiątkę.
Buty moim zdaniem są ładne, sprawiają wrażenie solidnych. System sznurowania w porównaniu do Salomona pierwotny, jednak bardziej wytrzymalszy i zupełnie mi wystarczał. Wkładki bardzo wytrzymałe i wygodne. Buty posiadają relatywnie agresywny bieżnik, ale w porównaniu do Salomona złożony ze struktury większych i mniej wystających elementów. Warstwa wierzchnia buta składa się w praktyce z dwóch odpornych warstw siatki.Czub buta wzmocniony gumowanym materiałem.








Użytkowanie
Buty używam przeważnie w terenie górskim typu beskidzkiego. Do treningów i startów na dystansach od 0 do 120 km. Nadmienię tylko,iż przede wszystkim biegam na orientację na dystansie 50 km. W butach biega się bardzo wygodnie przez cały rok. Latem upał szczególnie nie doskwiera. System sznurowania działa bez rewelacji, ale poprawnie, stopa czuje się komfortowo. Przemoczony but szybko schnie, na 100 km biegu stopa nieraz mokła i schła kilkukrotnie. Buty nie powodują otarć, pęcherzy, obitych paznokci. Miałem z tym problem przy używaniu Salomonów, z Adidasem jest o niebo lepiej. Podeszwa jest uniwersalna na tyle, na ile powinna być. Najlepiej trzyma na leśnych ścieżkach i błocie. Na śniegu też nie najgorzej. Nie umiem wypowiedzieć się, jak sprawuje się na kamieniach. Mojej ocenie podeszwa jest zadowalająca dla przeciętnego użytkowanika. W porównaniu z testowanymi Salomonami Speedcross 3, Adidas Response 21 dużo bardziej mi odpowiada. Prawie dwuletni test wykazał, iż podeszwa dużo mniej się ściera i lepiej zachowuje się na asfaltowej nawierzchni. Biegnąc w Salomonach po asfalcie miałem dziwne uczucie niestabilności. Biegając w butach Adidasa jest o niebo lepiej.  Cholewa buta jest wytrzymała. Co prawda po kilkuset kilometrach z jednej strony buta materiał się przedarł, jednak wydaje mi się, że było to spowodowane mechanicznie. Co więcej, jak wspomniałem, cholewka jest dwuwarstwowa i nie miało to wpływu na używanie butów. Porównując - w przypadku Salomonów jednocześnie pękły one w czterech miejscach, z dziurami na wylot.
Jedyną różnicę na niekorzyść, w porównaniu Adidas Response Trail 21 a Salomon Speedcross 3 zauważyłem w trzymaniu kostki. Buty biegowe Adisasa są po prostu niższe i nie czuje się takiej stabilnej konstrukcji. Początkowo obawiałem się o to, jednak czas pokazał, iż zupełnie bezpodstawnie. Taka konstrukcja buta jest całkowicie bezproblemowa







Dzień obecny
Buty mam do chwili obecnej i na bieżąco w nich biegam. Na ostatnim biegu warunki terenowe i atmosferyczne odbiły się na nich fatalnie. Cholewa butów popękała w kilku miejscach, jednak nigdzie na wylot. Dodam, iż wystąpiło to dopiero po około 1500-1800 tys kilometrów, bo na tyle buty wyceniam na chwilę obecną. W porównaniu Salomony przybrały postać zwłok w dużo gorszym stanie po około 800 km. Przy tym but pomimo takiego przebiegu nie stracił na wygodzie czy amortyzacji. Ja przynajmniej tego nie odczułem.
Kilka dni temu kierując się chęcią ratowania butów pobawiłem się w krawca i efekt możecie obserwować na zamieszczonych zdjęciach. Pomimo reanimacji mam świadomość, iż życie tego obuwia się kończy, a ja mogę go podsumować.





Tym samym serdecznie polecam wszystkim te buty, są bardzo uniwersalne i dadzą radę w szerokiej palecie zastosowań, przede wszystkim w niskich górach. Wygodne, stabilne, a przede wszystkim wytrzymałe. Użytkownikowi mniej biegającemu posłużą pewnie przez długie lata. Jeżeli chodzi o moją prywatną ocenę to chyba najlepszym będzie wskazanie, iż następne moje buty biegowe z pewnością kupię od tegoż producenta.




Obym się nie przeliczył.

Pozdrawiam serdecznie

środa, 31 sierpnia 2016

Alpy 2016 - Mont Blanc zdobyty, próba na Piz Bernina - relacja z wejścia CZĘŚĆ II

26 lipca

Wstaliśmy o 6 rano nie będąc przez nikogo niepokojeni. Pomimo, iż wkoło stało kilka samochodów, parking o tej godzinie zdawał się jeszcze wymarły. Spakowaliśmy się szybko i wyruszyliśmy w stronę Chamonix. Do miasta dotarliśmy szybko, by zatrzymać się nieopodal pobliskiego Carefourra. Odczekaliśmy jeszcze pół godziny zanim ten został otwarty i zakupiliśmy produkty żywnościowe. Jednocześnie zjedliśmy śniadanie oparte na lokalnych bagietkach i serze pleśniowym, które po kilku dniach jedzenia wyprawowego żarcia wydawały się darem z nieba.  



Po zapełnieniu brzuchów i samochodu regionalnymi produktami udaliśmy się w kierunku Les Houches, skąd wiodą szlaki na Mont Blanc. Po drodze można było lepiej przyjrzeć się dolinie, która z tej perspektywy robiła piorunujące wrażenie. Od kilku lat jeżdżę po świecie, jednak do tej pory nigdzie nie miałem wrażenia podobnego monumentalizmu gór i ich wybitności. Z Chamonix szczyt Mont Blanc widoczny jest na horyzoncie, a cały masyw zdaje się być na wyciągnięcie ręki. Wprawne oko zauważy większą część przebiegu drogi normalnej wiodącej na szczyt, schronisko Gouter i schron Valout. Spływający z gór lodowiec zdaje się niemal wpływać do doliny, a seraki wydają się wisieć tuż nad głową. Dodatkowo od rana panowała piękna pogoda, a słońce wisiało nad poszarpanymi iglicami Aquille du Midi. W takich okolicznościach przyrody nogi niemal rwały się do marszu. 



W Les Housches zostawiliśmy samochód na parkingu (2 euro/doba) i po krótkim przepakowaniu wyruszyliśmy na szlak. Pomimo stosunkowo późnej już pory (minęła 11:00), postanowiliśmy dziś powalczyć i osiągnąć schronisko Tete Rousse na 3150 m npm. Perspektywa wchodzenia ponad 2100 metrów w pionie z ciężkimi plecakami, w piekącym słońcu trochę nas zniechęcała, jednak pełni zapału rozpoczęliśmy mozolną wędrówkę krok za krokiem. Szlak na szczęście oszczędził nam trochę wysiłku, a ścieżka prowadząca w cieniu lasu upłynęła całkiem znośnie. Podejście miejscami było bardzo strome, jednak nie sprawiało trudności. Gdy wyszliśmy na otwartą przestrzeń i grzbiet masywu, na wysokości niemal 2000 m npm temperatura nieco spadła, a marsz nawet w słońcu był całkiem przyjemny. Na grzbiecie odpoczęliśmy pół godziny w towarzystwie holenderskiego małżeństwa. W dalszą drogę ruszyliśmy szlakiem, prowadzącym wszak przed wszystkie lokalne wzniesienia bardzo stromym podejściem. Po drodze sowicie obdarowaliśmy założyciela szlaku wieloma epitetami, które wyrażały naszą opinię o pokonywanych trudnościach. Ze szczytu wzniesienia 2150 m npm roztaczał się widok na trasę kolejki zębatej oraz dalszy trawers wzniesienia i wiodący szlak. Aby dotrzeć do miejsca przecięcia szlaku z torami, ku swojej rozpaczy musieliśmy zejść kilkadziesiąt metrów w dół. 







Widzieliśmy wiele osób, które do góry i w dół przemykały po torach kolejki, jednak według oficjalnej tablicy jest to zabronione. Po krótkim zastanowieniu postanowiliśmy, że obierzemy z pewnością dłuższą, ale bardziej efektowną drogę pierwszych zdobywców prowadzącą wąską ścieżką, stromymi trawersami wspinającą się na skalny grzbiet. Nie zawiedliśmy się, gdyż droga ta dostarczyła nam wielu doznań wizualnych i emocji. Początkowo niezliczonymi trawersami osiągnęliśmy teren tajemniczych ruin Les ruines na wysokości 2500 m npm. Pogoda zaczęła powoli się psuć, choć powiew wiatru i zachmurzenie ja podejściu tylko nas rozpieszczały. Wraz z Marcinem i Januszem trzymaliśmy się z przodu, zaś Janek podążał kilkaset metrów za nami - niezbyt szybko, ale zdecydowanie sprawniej niż w okolicach Piz Bernina. 





Prawdziwe trudności drogi pierwszych zdobywców rozpoczęły się od wysokości 2500 m npm i przyszły wraz z mgłą oraz odgłosem grzmotów dochodzących z oddali. Szlak zaczynał stawać dęba oraz prowadzić bardziej eksponowanymi odcinkami, ubezpieczonymi stalowymi linami i łańcuchami. Miejscami pojawiały się rozmiękłe płaty śniegu, które przechodziliśmy niepewnie. Pomimo niewielkiej odległości do grzbietu przed końcem niebezpiecznego odcinka poczekaliśmy na Janka, który pojawił się po kilkunastu minutach. 





Pokonując jeszcze ostatnie trudności i stalową drabinkę, wyszliśmy na skalny grzbiet około 17:00. W niecce nieopodal widniała bryła murowanego schronu zbudowanego z inicjatywy mieszkańców Les Housches. Grzmot, mgła i deszcz skutecznie sprowokowały nas do wejścia. Schronisko Tete Rousse znajdowało się na skalnym grzbiecie 300 m wyżej. W czasie postoju zaczęliśmy się zastanawiać. Plan teoretycznie zakładał wejście wyżej i na wys. 2776 m npm właściwie nie aklimatyzowaliśmy się. Jednak nocleg w komfortowych warunkach i niepewna pogoda zadecydowały, że zostajemy. W schronie towarzyszyło nam kilku przyjaznych Czechów, którzy zajmowali pomieszczenie obok. Mając świadomość całodziennego marszu,  niebawem zabraliśmy się do gotowania jedzenia i wody. Jedną z największych wad schronu był brak wody pitnej, dlatego trzeba było ją pobierać z płata śniegu lezącego poniżej.







Korzystając z wygody noclegu po dachem położyliśmy się spać około 22:00. Myśl, iż rankiem nie trzeba będzie zwijać namiotów nastrajała nas bardzo optymistycznie.


27 lipca

Pobudkę urządziliśmy na 6:00, a po śniadaniu spakowaliśmy się. Wygodny schron rozleniwia i wychodzimy dopiero po półtorej godziny krzątania się. Od rana zapowiadała się wspaniała pogoda i pokaźne grupy ludzi widoczne były na całej długości ścieżki prowadzącej skalnym żebrem. Doga do schroniska Tete Rousse na 3150 m npm zajmuje nam około półtorej godziny.  Z tablicy dowiedzieliśmy się, że to jedyny legalny biwak w masywie Mont Blanc. 





Obóz około trzydziestu namiotów znajdował się nieopodal schroniska na śnieżnej polanie. Gdy dotarliśmy do miejsca bardzo zdziwiło mnie, iż większość namiotów stoi na śnieżnym plateau, gdy na skałach obok znajdują się równe i wygodne platformy śnieżne. Większość osób tu przybywających kieruje się chyba poczuciem ciekawości noclegu na śniegu i korzysta właśnie z tej możliwości. Niemniej jednak my nauczeni, że rozbijanie się na śniegu to konieczność, a nie przyjemność, z satysfakcją skorzystaliśmy z wolnych platform skalnych. Janusz z Marcinem bez problemu postawili namiot, zaś ja z Jankiem musieliśmy dołożyć trochę starań, aby nasza platforma pomieściła całe schronienie. Około 10:00 biwak już stał, a cała czwórka przygotowywała się do wyjścia aklimatyzacyjnego do schroniska Gouter na wysokości 4000 m npm. Przyznam, iż osobiście bardzo nie chciało mi się wychodzić z perspektywą, że następnego dnia drugi raz trzeba będzie przemierzać tą samą drogę. Niemniej jednak wiedziałem, że aklimatyzacja przyda się każdemu i ze względu na to trzeba było zmusić się do wysiłku. Postanowiłem, że na podejściu warto trochę się pomęczyć i spróbować pokonać 850 m przewyższenia w relatywnie krótkim czasie. 





Zabraliśmy więc wszystko co niezbędne i krok za krokiem zaczęliśmy wchodzić na śnieżny stok. Pierwszym miejscem przestoju był tzw. Grand Couloir, w który kilka chwil wcześniej zaczęło świecić słońce. Żleb przechodziliśmy po kolei, uprzednio obserwując jego początek znajdujący sie kilkaset metrów wyżej. Co jakiś czas sypały się po nim kamienie, jednak liczba wypadków w tym miejscu wynika bardziej z liczby zmierzających tu ludzi i rachunku prawdopodobieństwa. Odcinek ten przysporzył każdemu jednak trochę emocji i wyostrzył przytępioną czujność. 





Następnie droga wiodła typowo skalnym terenem. Stosunkowo często pojawiały się elementy wspinaczkowe, które bez elementów sztucznych ubezpieczeń byłyby trudne do pokonania. Wraz z Januszem wyszliśmy pierwsi z całej czwórki i narzuciliśmy dość szybkie tempo. Minęliśmy po drodze wiele turystów, choć największy problem sprawiały trzyosobowe zespoły z przewodnikami, skutecznie tamujące ruch w kluczowych momentach. Trasa była bardzo widokowa, urozmaicona i przyjemna. Miejscami pomiędzy skałami droga rozchodziła się na kilka mniejszych, jednak kierując się na wiszący na skale budynek nietrudno było znaleźć drogę.  Jak wspomniałem narzuciliśmy mocne tępo i po 1:30 h od wyjścia z namiotów zameldowaliśmy się przy dawnym schronisku Gouter.








 Dopiero tutaj założyliśmy raki, kierując się do nowego, futurystycznego budynku. W środku odpoczęliśmy oczekując na Janka i Marcina. Schronisko wyglądało bardzo profesjonalnie, a w środku kotłowała się cała gromada ludzi. Biorąc po uwagę, że weszliśmy na 4000 m samopoczucie każdemu dopisywało. Chłopaki pojawili się około pół godziny później, zaś Janek wdał się w rozmowę z grupą, która dziś wychodziła jeszcze na górę. Po krótkiej analizie nabuzowani energią uznaliśmy, że i my możemy jeszcze zaatakować szczyt. Nawet ubraliśmy się bojowo i wyszliśmy na małą grań przy schronisku, jednak w tym miejscu przejrzeliśmy na oczy. Pogoda mogła wkrótce się zepsuć, a my pomimo późnej pory nie mieliśmy nic lepszego do jedzenia niż 3 batony. Ponadto wydawało mi się, iż szczyt jest dużo dalej niż wzniesienie widoczne na  linii horyzontu. Ochłonąwszy trochę zrezygnowaliśmy z przedsięwzięcia. 







W dół schodziliśmy sprawnie, ale bez pośpiechu. W godzinach popołudniowych zmierzały tędy już mniejsze tłumy i można było bardziej komfortowo  poruszać się po skałach. Tymczasem grzejące słońce osłabiło strukturę wielkiego kuluaru i w tych godzinach stał on się nadal aktywny. Co kilka minut fruwały nim małe kamienie, a nieraz i "telewizory" zmiatające wszystko na swojej drodze. W drodze powrotnej prowadziłem wraz z Marcinem, który po skalach w dół poruszał się jak kozica. Trudno było mi za nim nadążyć, niemniej jednak przed Grand Couloir znaleźliśmy się razem. Przejście od tej strony żlebu jest w mojej ocenie zdecydowanie bardziej niebezpieczne niż w drodze do góry, gdyż nie ma możliwości obserwowania  górnej części żlebu, gdzie rozpoczynają swój bieg kamienne lawiny. Zdecydowałem, że pójdę pierwszy i nie słysząc stukotu nadlatujących kamieni pobiegłem na drugą stronę. Po chwili przebiegł za mną Marcin. Tutaj zdecydowaliśmy się poczekać na Janusza i Janka, którzy byli już relatywnie niedaleko. W międzyczasie spadła potężna lawina kamieni, która sprawiła, że wraz z Marcinem kurczowo przylgnęliśmy do skały.  Chłopaki przeszli przez kuluar bez przeszkód. Przed 15:00 byliśmy z powrotem w namiotach. 



Czas wolny spędziliśmy na pakowaniu i obmyślaniu strategii na dzień następny. Marcin zorientował się, że gdzieś musiał zgubić czołówkę i trzeba było wymyślić, w jaki sposób będzie działał w godzinach nocnych, przed świtem. Tymczasem  pogoda jak zwykła w górach po południu, popsuła się permanentnie i zaczął padać deszcz ze śniegiem. Burza przechodziła kilkukrotnie, ale wieczorem dzień pożegnał czerwony zachód słońca. Ze względu na konieczność nocnej pobudki, położyliśmy się po 19:00. W nocy jeszcze kilkukrotnie mocno padało. W pewnym momencie ulewa musiała podmyć namioty leżące na śniegu, bo w obozie obok słychać było wyraźne zamieszanie.  Będąc w półśnie myślałem, że już nici z ataku szczytowego i przyjdzie czekać do następnego dnia.






28 lipca

O 1:00 rano zadzwoniły budziki. Okazało się, że burzowe chmury odeszły, a na zewnątrz panują idealne warunki - mróz i bezchmurne niebo. Bez zwłoki zaczęliśmy jeść śniadanie i pakować się. Wychodząc zobaczyliśmy już sznur czołówek zmierzający w kierunku Gran Couloir. Jeszcze przed żlebem wyprzedziliśmy kilka osób i po drodze nie musieliśmy oczekiwać w kolejce na przejście. Nie założyliśmy raków, mimo śnieżnego odcinka uznając, że przed Gouterem to tylko strata czasu. Przed kuluarem wyciągnęliśmy za to czekany. Kuluar milczał i choć zmrok nie pozwalał na obserwację, przeszliśmy go pojedynczo, relatywnie bezpiecznie. Szliśmy w dwóch grupach. Ja, wraz z Januszem i Marcinem, a za nami Janek, którego tempo z dnia na dzień było coraz lepsze. Jak wspomniałem, Marcin nie miał czołówki, dlatego poruszał się pomiędzy mną i Januszem, przy tym, dlatego, że szedłem pierwszy, co kilka kroków odwracałem się i oświetlałem Marcinowi chwyty. Światło z tyłu miał natomiast od Janusza. Opis naszej grupy brzmi trochę jak "prowadził ślepy kulawego, ale w praktyce szliśmy bardzo sprawnie. Nie spieszyliśmy się, ale tempo było szybkie i na tym odcinku trochę daliśmy Marcinowi w kość, a ten chcąc - nie chcąc zdany był na nasze czołówki i raźno maszerował w górę. Na skalnym odcinku byliśmy pierwsi, a sznur czołówek został z tyłu. Wspinaczka była bardzo przyjemna - cisza, skały i rozgwieżdżone niego za plecami. Pomimo, iż po opadach obawiałem się oblodzenia na skałach, lód pojawił się dopiero poniżej samego Goutera. Przy starym schronisku urządziliśmy postój na batona oraz założenie raków. Ja wraz z Januszem związaliśmy się liną, chłopaki uznali to za zbyteczne. Powyżej Goutera było już widniej i Marcin bez czołówki dawał sobie radę. Na śnieżnym zboczu Janusz przejął prowadzenie, wyminęliśmy Marcina i krok za krokiem zdobywaliśmy wysokość. Narzuciliśmy przy tym wysokie tempo, tak że co jakiś czas mijaliśmy kolejne zespoły linowe. Krótki postój na batona urządziliśmy już przed świtem, zatrzymując się na batona i złapanie oddechu. Zatrzymaliśmy się nieopodal schronu Valout na 4300 m npm, dostrzegając pierwsze światła czołówek tuż nieopodal kopuły szczytowej. 



Po krótkiej chwili postoju zrobiło się przeraźliwie zimno, a my jako iż byliśmy lekko ubrani, temperaturę ciała utrzymywaliśmy jedynie dzięki ruchowi mięśni. Ruszyliśmy w dalszą drogę, lecz po chwili marsz przerwała scena tocząca się obok. Niewiadomo skąd nagle około 30 metrów od nas desantował śmigłowiec, który zabrał kilka postaci na pokład. Z późniejszych opowiadań dowiedzieliśmy się, że helikopter zabrał dwóch alpinistów, których na ścianie Blanca zastała nocna burza. Akcja trwała niewiele ponad minutę, a jej precyzja i automatyzm zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Kilka minut od jej rozpoczęcia na niebie nie było nawet śladu po helikopterze. Przez te kilka chwil solidnie zmarzłem i nawet szybkie tępo marszu zbytnio mnie nie rozgrzało. Niebawem wokoło rozbudził się dzień, a grań szczytowa masywu wyglądała spektakularnie w porannym słońcu. 







W miarę wyostrzania się grani zaczęły się jednak kolejki, które wymogły na nas miejscowe zwalnianie, to znów przyspieszanie kroku. Minęliśmy jeszcze kilka osób, ale wahania tępa zmęczyły nas tak, że przed szczytem byliśmy już bardzo zmęczeni. 





Na wierzchołku Mont Blanc stanęliśmy punktualnie o godzinie 7:00 co wskazywało, iż 1650 m przewyższenia od namiotów pokonaliśmy w 4 h 50 minut. Nie był to spektakularny sukces, jednak dawał podstawy do zadowolenia. Na szczycie spędziliśmy kilka minut fotografując i podziwiając rozległy widnokrąg. Było jednak zimno, a palce w butach już dawno przestały odczuwać jakikolwiek bodźce. 





Szybko ruszyliśmy w drogę powrotną, zachowując uwagę i przepuszczając kolejne osoby idące w kierunku szczytu. Spotkaliśmy też Marcina i idącego za nim Janka, którym do szczytu pozostało kilkadziesiąt minut marszu. Szybko doszliśmy do Valota, jednak przy pierwszym małym wzniesieniu poczuliśmy całkowity brak energii, dosłownie powłócząc nogami. Dopiero w tym momencie zorientowaliśmy się, że właściwie nic nie jedliśmy i najzwyczajniej nie mamy energii. Na niewielkie wzniesienie wdrapaliśmy się z trudem, ale po chwili zrobiliśmy postój na kolejnego batona. Kilka minut później wznowiliśmy marsz, a całe zmęczenie uleciało. Dalsza okazała się formalnością.




 Poranne wyjście pozwoliło natomiast na relatywnie bezpieczne zejście kuluarem, który rankiem nie był jeszcze oświetlony przez słońce. O godzinie 10:00 zameldowaliśmy się przy namiocie, kończąc akcję górską, trwającą łącznie 8 godzin. Niezwłocznie przystąpiliśmy do przepakowania i suszenia ubrań. Marcin i Janek wrócili około 11:40 do namiotów i od razu zabrali się za pakowanie. Jako, iż wcześniej zaczęliśmy już zbierać rzeczy, namioty szybko zostały złożone, a plecaki zapełnione. Szybko zeszliśmy też po skałach do schronu, w którym spaliśmy dwa dni temu. Zdecydowaliśmy się zostać tam na noc i wyjść wczesnym rankiem. Szybko rozłożyliśmy ekwipunek i zabraliśmy się za gotowanie. Schron szybko zapełnił się ludźmi. Około 20:00 położyliśmy się spać.







29 lipca

Wstaliśmy o 4:00 rano i po ciemku spakowaliśmy plecaki. Jeszcze przed świtem wyruszyliśmy w kierunku stacji kolejki zębatej, chcąc uniknąć spiekoty dnia. Schodziło się bardzo szybko, najpierw ścieżką wśród skał, następnie wzdłuż torów kolejki. Około 6 rano byliśmy już w miejscu, w którym weszliśmy na drogę pierwszych zdobywców. W porównaniu do mozolnego wspinania się po skałach, droga wzdłuż kolejki była banalnie prosta. Z perspektywy czasu jestem bardzo zadowolony, iż nie poszliśmy na łatwiznę zmagając się z drogą pierwszych zdobywców. 



Na wysokości 2000 m npm znaleźliśmy się przed 7:00 rano, a słońce dostarczyło nam spektakularnych widoków. Docierając do linii lasu wiedzieliśmy już, że słońce nam mocno nie dotyczy. Po drodze rozmawialiśmy o jedzeniu, a właściwie co kupimy, gdy wrócimy do Chamonix.





 Około 8:30 zeszliśmy do Les Houches. Na kempingu zapłaciliśmy na zaległy parking oraz kemping - 27 euro za 4 osoby, dwa namioty. Następnie bez jakiegokolwiek rozpakowania, wsiedliśmy w samochód, kierując się do Carrefoura. W sklepie kupiliśmy prowiant na śniadanie i pozostałe dni. 
Dopiero najedzeni wróciliśmy na kemping, gdzie rozłożyliśmy wielkie obozowisko, zajmując kilkadziesiąt metrów kwadratowych. Pogoda rozpieszczała, a słońce świeciło idealnie jak na odpoczynek po akcji górskiej. 





Po myciu, praniu i jedzeniu po raz kolejny zdecydowaliśmy się na wyjazd do Chamonix. Spacerowaliśmy po miasteczku, Marcin kupił czołówkę i cieszyliśmy się wolnymi chwilami. Po sprawdzeniu pogody okazało się, że ta nie zapowiada się rewelacyjnie, a nawet straszy dużymi opadami. Z braku lepszych rozwiązań postanowiliśmy, że celem będzie masyw Monte Rosy, a jako już zaaklimatyzowani, będziemy lawirować pomiędzy jego szczytami. Wykonanie planu zostawiliśmy do dnia następnego, gdyż dzień odpoczynkowy trwał w dalszym ciągu. Po powrocie z Chamonix jeszcze lepiej rozgościliśmy się na parkingu,  degustując zakupione specjały. Wieczór spędziliśmy na integracji we własnym gronie. Kemping w tym czasie po brzegi zapełnił się Polakami. Położyliśmy się spać około 22:00









30 lipca

Wstaliśmy o 7:00 rano i powoli zaczęliśmy pakowanie. Rano było dość chłodno, gdyż słońce miało problem z przebiciem się przez pierzaste chmury. Na niebie pojawiły się cirrusy, zapowiadające zmianę pogody. Przed 9:00 wyjechaliśmy z kempingu, pierwszy postój urządziwszy w Chamonix. W supermarkecie dokupiliśmy brakującą żywność, mającą nam zapewnić egzystencję w górach na kolejny tydzień. Tak wyładowani wyruszyliśmy w dalszą drogę. Ruch na trasie prowadzącej w kierunku granicy szwajcarskiej gęstniał z godziny na godzinę. Jeszcze w Chamonix natknęliśmy się na korek. Ruch zgęstniał jeszcze 9 kilometrów dalej, w miejscowości Argentiere, gdzie odbywała się jakaś impreza okolicznościowa. Przed miejscowością utknęliśmy w kilkukilometrowym korku, ciągnącym się aż do miasteczka. W pewnym momencie prowadzący samochód Janek zauważył, że świeci się kontrolka sugerująca niedobór płynu w chłodnicy i za jakiś czas będziemy musieli się zatrzymać. Nie minęła minuta, gdy spod maski zaczął wydobywać się dym, a my błyskawicznie zjechaliśmy na dróżkę prowadzącą do pobliskiej posesji. Po otwarciu maski okazało się że przerwany został przewód doprowadzający wodę z chłodnicy do silnika. Przed wyjazdem wykupiliśmy ubezpieczenie assistance na 200 km z którego trzeba było skorzystać. Porozumienie z ubezpieczycielem było bardzo problematyczne. Gdy to się udało, trzeba było jakoś porozumieć się z kierowcą lawety, który jak prawdziwy Frnacuz językiem angielskim się w życiu nie skalał. Na szczęście z pomocą przyszła nam francuska rodzina, która zamieszkiwała posesję, nieopodal, przy której zepsuł się nasz samochód. Francuzi rozmawiali po angielsku i na wszelkie sposoby starali się nam pomóc - dzwonili po znajomych starając się ustalić problem, pytali miejscowego mechanika o pomoc, czy dogadali się z kierowcą lawety i grali rolę tłumaczy. W pomoc mniej lub bardziej zaangażowała się cała rodzina. Miejscowy mechanik nie podjął się naprawy pojazdu. Dopiero, gdy przyjechała laweta mogliśmy oględnie dowiedzieć się o szkodach, jakie wystąpiły. Początkowo mechanik wskazywał, iż trzeba wymienić urwany element, jednak to możliwe będzie dopiero po kilku dniach i jego zamówieniu. Następnie, na skutek naszych próśb zaczął prowizorycznie naprawiać uszkodzony element. Gdy po kilkudziesięciu minutach wydawało się, że całość jest już naprawiona, mechanik nagle stwierdził, iż na 99 % uszkodzony jest silnik pojazdu i taniej będzie odstawić go do Polski. Cała sytuacja trwała kilka godzin, ale nam upłynęła bardzo szybko i emocjonalnie. Zdecydowaliśmy, że jakoś zorganizujemy transport pojazdu do kraju. Francuzi pomogli nam w odwiezieniu Audi na najbliższy parking, pożegnaliśmy się, pozostawiając pomocnej rodzinie 0,5 l nalewki w podzięce. W międzyczasie zaczęło lać, a atmosfera stała się bardzo przygnębiająca. Siedząc w samochodzie dyskutowaliśmy o bieżącej sytuacji, a Janek wykonał setki telefonów do znajomych. Jeden z nich ofiarował się przyjechać za relatywnie nieduże pieniądze z lawetą i zaholować nas do kraju. Nie mając nic lepszego do roboty, po przeczekaniu deszczu wyruszyliśmy wraz z Marcinem i Jankiem do miejscowości. Miejsce było dość oblegane przez turystów, klimatyczne i malownicze. Do samochodu wróciliśmy szlakiem, biegnącym wzdłuż lasu, do Chamonix. Wieczór spędziliśmy bardzo leniwie. Przy pomocy jednego z przyjezdnych przestawiliśmy samochód na jeden z większych parkingów nieopodal.
Po kolacji rozbiliśmy biwak wypróbowanym już sposobem - ja z Januszem w samochodzie, Janek i Marcin rozbili obok namiot.






31 lipca

Choć nie mieliśmy żadnej ramy czasowej, obudziliśmy się po 7:00 rano. Pogoda zapowiadała się fatalnie. Chmury szczelnie zasłoniły niebo, a padający od nocy deszcz nie miał zamiaru przestać. Janek poinformował nas, iż kierowca będzie dziś wieczorem. Nie pozostało nic innego jak oczekiwanie na niego i zorganizowanie sobie jakoś niedzieli. Około 10:00 deszcz przestał padać i wymyśliliśmy, że przejdziemy się do Chamonix szlakami wiodącymi wzdłuż lasu. Ścieżka biegnąca na południe od drogi  była bardzo klimatyczna i przyjemna, po drodze mijaliśmy wielu turystów korzystających z weekendu oraz francuskie wioski wyglądające na zadbane i eleganckie. Szło się za to leniwie i melancholijnie, próbując nie myśleć o całej sytuacji.
W Chamonix długo nie zabawiliśmy. Właściwie zadowoliliśmy się spacerem po mieście. Drogę powrotną obraliśmy wzdłuż północnego stoku doliny ciągnącej się od Chamonix po granicę szwajcarsko-francuską. Pogoda, która chwilowo się poprawiła zdecydowała ponownie spłatać nam figla i w czasie powrotu owocowała sowitą ulewą. Schroniliśmy się pod kolejowym mostem, by do samochodu dotrzeć już po ustaniu deszczu, wieczorem. Parking, na którym przymusowo staliśmy ściągał przyjezdnych i alpinistów. Siedząc i czekając kilkukrotnie zmieniało się nasze towarzystwo. W międzyczasie otrzymaliśmy wiadomość, że przyjazd lawety opóźni się do nocy. Na domiar złego wieczorem zaczęło padać, co zmusiło nas do siedzeniu w ścisku w środku samochodu. 










Agonia została przerwana o 2:00 w nocy, już 1 sierpnia, kiedy przyjechała laweta. W deszczu trudziliśmy się z załadowaniem samochodu, by po pół godziny ruszyć w drogę do kraju. Trasa wiodła przez Francję, i Niemcy, licząc prawie 2000 km. Do Krakowa dojechaliśmy o 4 rano dnia następnego. Tam pożegnaliśmy się z Jankiem, który dotarł do Lublina około 8:00 rano. Alpelska przygoda skończyła się....