środa, 4 października 2017

Wyprawa do Peru Cordilliera Blanca I Huascaran Sur- relacja - część II - dolina Ishinki

Dzisiejszy post poświęcony będzie II części wyprawy do Peru w masyw górski Cordilliera Blanca. Tym razem opiszę przebieg jednego z bardziej popularnych regionów - doliny rzeki Ishinki i zdobycie szczuytu Urus Este (5520 m npm ). Zapraszam.


24 czerwca 2017 roku

Rankiem wita nas kolejny piękny dzień w Peru. Z racji planowanego wyjścia i całej masy rzeczy do zabrania, nie mamy czasu do stracenia. Przepakowujemy się, zostawiamy część bagażu do depozytu, po czym z ciężkimi plecakami wyruszamy w miasto. U właścicieli hostelu uprzednio zasięgamy informacji o transporcie i jego cenach. Mamy wsiąść do busa jadącego do Caraz i ewakuować się z niego po drodze. Po obejrzeniu mapy ustalamy, że trzeba dojechać do miejscowości Tarika, a właściwie na jej przedmieścia. Znalezienie w mieście środka transportu nie jest trudne, gdyż to właściwie on szuka Ciebie poprzez "nawoływaczy". Instytucja "nawoływacza" to zaś bardzo ciekawy element kultury peruwiańskiego transportu. W busach, które obsługują podróżnych kierowca zajmuje się wyłącznie kierowaniem pojazdem. Pozostałe czynności obsługuje pomocnik, który nawołuje podróżnych, zbiera pieniądze, pakuje bagaże, zbiera zamówienia na przystanki, dysponuje wolnymi miejscami, etc.





W mieście musimy dokonać jeszcze jednego ważnego zakupu - w dniu wczorajszym sandały Janka wyzionęły ducha i pora zamienić je na na nowszy model. Niestety sandały sportowe są tutaj bardzo drogie, więc kupujący decyduje się na lokalne tzw. sandały wuja Alfreda za 40 soli. W perspektywie okazuje się, że to najlepszy zakup wyjazdu, który nie zawiódł nowego właściciela.
Z Huaraz wyjeżdżamy przed południem, płacąc 3 sole za transport do ww. Tariki. Możemy obserwować drogę krajową z prawdziwego zdarzenia, którą miejscowi dumnie nazywają "highway". Poza relatywnie dobrą jakością interesującym jest umieszczanie na drodze szybkiego ruchu progów zwalniających. Dochodzimy do wniosku, że bez nich zachowanie bezpieczeństwa na drodze byłoby prawie niemożliwe i kierowcy pędziliby tak szybko, jak tylko to możliwe, po przejechaniu kilku kilometrów zorientowaliśmy się, że jednak kultura jazdy jest dobra, a nawet dużo lepsza niż w krajach Europy Wschodniej czy Azji. Miejscowi pomimo dobrej jakości drogi nie pędzą na złamanie karku, nie wyprzedzają na trzeciego i pasażer czuje się  relatywnie komfortowo.



Niestety nie zawsze dobrze się dogadujemy, a w tym przypadku kierowca odwozi nas dwa kilometry za daleko od doliny. W konsekwencji musimy nadzorować wzdłuż drogi, co nie należy do przyjemności. Chociaż w cieniu jest chłodno, na otwartej przestrzeni słońce mocno operuje, nie ułatwiając marszu z ciężkimi plecakami. Po kilku postojach i pół godziny marszu lądujemy już na drodze szutrowej wgłąb doliny, którą jeżdżą jedynie taksówki. Czeka nas ok. 6 km podejścia przez wioski, które chcemy pokonać pieszo. Początkowo odbywa się to bardzo sprawnie, jednak słońce, kurz i ciężar zniechęcają nas od marszu. Po przejściu około 2 km zatrzymujemy taksówkę. Jedziemy upchnięci wraz z dwoma miejscowymi, a przejazd kosztuje  po 12 soli od osoby. Na lokalne warunki drogo, jednak obiektywnie niewiele. Kierowca dostarcza nas wprost pod ścieżkę wiodącą w kierunku parku narodowego.




Podchodzimy powoli w pięknych okolicznościach przyrody. Cywilizacja się kończy, a przed nami otwierają się skalne ściany wąwozu, który przechodzi w dolinę. Zdobywany wysokość niezbyt stromym podejściem, idąc wzdłuż potoku. Wkrótce niebo chmurzy się, co z racji podejścia przynosi nam ulgę. Decydujemy się na stopniową aklimatyzację i nocleg na wysokości około 3700 - 3800 m npm. Niestety wzdłuż potoku nie ma zbyt wielu miejsc i odpowiednią polanę nad rzeką znajdujemy dopiero na wysokości około 3900 m npm. Obserwując otoczenie dostrzegamy, że znajdujemy się w swego rodzaju skarłowaciałym lesie, którego głównym składnikiem są drzewa z cienką, warstwową korą, łuszczącą się jak papier. Wydaje się, że materiał ten świetnie będzie nadawał się do palenia, jednak gdy wieczorem rozpalamy ognisko okazuje się, że samo zapalenie nawet suchych jak wiór kawałków drewna jest trudne i problematyczne. Po kilku próbach udaje się to, zapewniając nam ciepły wieczór przy ognisku.










25 czerwca 2017 roku 

Pomimo niezbyt chłodnego poranka, rankiem na namiocie pojawia się szron. Budzimy się o 6:00 chociaż jeszcze panuje zmrok i powoli wstajemy. Pakowanie obozowiska trwa długo, jednak o 8:00 jesteśmy już gotowi do wyjścia. Zapowiada się piękny dzień, a słońce przebija się przez korony drzew. Przekraczając symboliczną bramę wchodzimy na teren parku narodowego, by po chwili znaleźć się w rozległej dolinie zakończonej lodowymi ścianami. Majaczy również charakterystyczny szczyt Tocllaraju, mierzący ponad 6000 m npm. Dalszy marsz do bazy to czysta przyjemność ze względu na chłodny wiatr i nieziemskie widoki.




Zakończeniem doliny, gdzie ulokowano obóz bazowy, jest rozłożysta polana ze schronem/schroniskiem położonym w jego centralnej części. Oboz zajmuje ogromną przestrzeń. My decydujemy się na biwak nieopodal brzegu rzeki, na początku polany. Rozpoczynamy rozbijanie namiotów, po czym przychodzi do nas strażnik parku. Trzeba kupić bilety kosztujące 65 soli z okresem ważności 21 dni. Bilety są imienne. Strażnik spisuje wszystkie nasze dane i przedstawia do podpisu ciekawe oświadczenia potwierdzające naszą wiedzę o niebezpieczeństwie regionu i zawierające zrzeczenie się roszczeń wobec Parku Narodowego Huascaran.



Płacimy i już więcej nikt nas nie niepokoi.  Po rozbiciu namiotów na wysokości 4350 m npm zwiedzamy kamienny schron, gdzie obozuje grupa niemieckojęzyczna. Warunki są tu naprawdę dobre, porównywalne do schroniskowych. Po nagraniu wody ze strumienia decydujemy się na wyjście aklimatyzacyjne w kierunku drogi na szczyt Ishinka (5530 m npm). W bazie zostaje Marcin, który nie czuje się zbyt dobrze. Pozostała trójka wychodzi na zbocze.



Początkowo podejście bez plecaków idzie sprawnie, jednak im wyżej, tym bardziej zaczynamy dyszeć, a tempo staje się coraz wolniejsze. Po pokonaniu uskoku, na wys. 4700 m npm rozpościera się kolejna polana. Kolejne metry idą już z uporem, a wycieczka kończy się na wys. 4900 m npm, nie osiągnąwszy zamierzonego jeziora do którego zamierzaliśmy dotrzeć. Głowa boli przy każdym kroku, tempo jest żałosne, wracamy. Zejście w dół pokonuję pół-biegiem, przy wspaniałych kolorach zachodzącego słońca. Janusz i Janek schodzą niedługo po mnie. Pomimo nadziei, że wysokościowy ból głowy i złe samopoczucie przejdą mi automatycznie wraz z utrata wysokości, niestety tak się nie dzieje. Czuję się źle, nie mogę jeść. Pierwszy raz od kiedy pamiętam po kilku łyżkach zostawiam liofila, aby go nie zwymiotować. Kładę się do namiotu. Zimowe wieczory w Peru są długie, więc to nie koniec opowieści. Po około dwóch godzinach jest lepiej, zaczynam pakowanie na jutrzejszy atak szczytowy. Choć nie mam pojęcia jakie będzie moje samopoczucie rano, nic nie mówię chłopakom i razem decydujemy się ruszyć na szczyt Urus (5420 m npm), położony dosłownie rzut kamienia od miejsca naszego biwaku. Ishinke zostawiamy sobie na dzień kolejny. 


26 czerwca 2017 roku 

Budzimy się o  4:00  rano. Okazuje się, że wczorajsze otępienie przeszło w niepamięć i dziś już czuję się dobrze. Oczywiście pomijając ból zatok, którego nabawiłem się kilka dni przed wyjazdem, stale próbowałem wyleczyć, i który towarzyszył mi aż do ostatniego dnia wjazdu i poważnie irytował. Choć szczyt zapowiada się bardziej skalny niż śnieżny zabieramy na ostatni odcinek cały sprzęt lodowcowy. Wychodzimy o 5:40, jeszcze w świetle czołówek, a pogoda zapowiada się wyśmienicie. Aby znaleźć drogę wejściową na Urus najpierw dochodzimy do kamiennego schronu, by następnie wspinać się wprost na strome, północne zbocze doliny, które stopniowo przechodzi e skalisty filar.



Podejście wiedzie niekończącymi się trawersami i jest bardzo nużące. Idziemy równo  sprawnie, przewodzi Marcin, który wyrwał mocno do przodu. W pierwszych promieniach słońca, po około dwóch godzinach podejścia docieramy do pierwszego wymagającego większego skupienia odcinka skalnego, do którego pokonania potrzeba użycia wszystkich czterech kończyn. Im wyżej, tym pojawia się również śnieg oraz przeplatane odcinki skalno-snieżne. Około godzinę później wychodzimy nad skały i przed nami rozpościera się ostatni odcinek śnieżny.



Teraz już związujemy się, wyciągamy raki i czekany. Podejście  w śniegu pokonujemy już w pełnym słońcu. Kopuła szczytowa ma formę grani poprzetykanej skałami, której przejście jest męczące, ale przysparza wiele satysfakcji. A porpos zmęczenia, to już od jakiegoś czasu daje się ono we znaki.  Od przekroczenia wysokości 5000 m npm oddechy są coraz szybsze, a głowy bolą tak jak w dniu poprzednim. Ostatnie kilkaset metrów podejścia pokonujemy z dużym wysiłkiem.









Około 10:20 stajemy na śnieżnym wierzchołku Urusa. Pogoda jest idealna, jednak nasze poczucie zniechęca do dłuższego pozostania na szczycie. Po około 20 minutach fotografowania, filmowania i obserwacji zaczynamy zejście. Zachowujemy przy tym skupienie gdyż każdy jest z męczony i o wypadek nietrudno. Po dojściu do odcinka skalnego ciągle trzymamy się razem. Najbardziej na zmęczenie narzeka Marcin i Janusz, który idzie ostatni. Obserwujemy siebie nawzajem, aż ściana zmienia się w normalną ścieżkę. Tam już idziemy każdym swoim tempem, choć kilkukrotnie czekam na chłopaków. Ścieżka w dół jest niezwykle nużąca. Pokonujemy ją bez żadnej przyjemności. Około 13:00 meldujemy się przy schronie wraz z Marcinem i Jankiem. Janusz przychodzi pół godziny później. Wszyscy są solidnie zmęczeni.



Po powrocie do namiotów najpierw przebieramy się i udajmy na krótką drzemkę. Przed zapadnięciem zmroku wspólnie robimy liofilizaty i omawiamy plan na następny dzień. Ja zgodnie z planem chcę iść na Ishinkę, jednak mój pomysł wspiera tylko Janek. Janusz i Marcin w dalszym ciągu czują się źle, ten pierwszy rozważa nawet opcję zejścia do cywilizacji. Dyskusja skończy się konsensusem w postaci kiblowania kolejnego dnia w bazie, gdzie nie musimy się męczyć, a samym siedzeniem zyskujemy aklimatyzację.





27 czerwca 2017 roku

Dziś "restujemy" cały dzień w bazie. Nie ma żadnego celu, planu ani obowiązku. Kilkukrotnie Marcin zapowiada, że wyjdzie się przejść w stronę Ishinki, jednak nic z tego nie wychodzi. bez konkretnego celu na horyzoncie niechęć ogarnia również mnie. W ciągu dnia czas upływa na krótkich spacerach, jedzeniu, spaniu i pisaniu. Dopiero wieczorem gromadzimy się w namiocie Marcina żeby pogadać o wszystkim i o niczym, ale w szczególności o dalszych planach. Po aklimatyzacji na szczycie powyżej 5 k decydujemy, że następnie wybierzemy się na jakiś sześciotysięcznik. Pada na Chopocalqui (6345 m npm), który jest szczytem relatywnie łatwym, ale i pięknym oraz z dobrym dojazdem. Przedtem jednak wracamy do Huaraz, którego to miasta już wszyscy nie mogą się doczekać.







28 czerwca 2017 roku

Budzimy się skoro świat i pakujemy. Przed nami długa droga w dół wzdłuż doliny. Na szczęście mamy plecaki lżejsze o jedzenie oraz motywację w postaci normalnych łóżek, ciepłego jedzenia i prysznica. Zwinięcie całego obozowiska trwa ponad dwie godziny, bo i nasze ruchy nie są zbyt żwawe. Dolina Ishinki funduje nam piękną pogodę kolejnego dnia i zejście przebiega raźno i wesoło. Po około godzinie zatrzymujemy się przy potoku i poświęcamy chwilę na gotowanie rosołu na kuchence gazowej.



Apetyt dopisuje i bulion w połączeniu z kabanosami smakuje wyśmienicie. Dalsza droga w dół to monotonne stawianie kroków i  kilkukrotne mijanie z turystami idącymi w górę. Już przy końcu ścieżki, prowadzącej do samochodowej drogi szutrowej czekamy na Janka. Okazuje się, że jest bardzo zmęczony, a tym samym jego tempo spada. Dochodząc do drogi szutrowej decydujemy, że nie skorzystamy już z taksówki, aloe dojdziemy kilka kilometrów do drogi głównej. Ja, wraz z Januszem i Marcinem idziemy sprawnie, gdy Janek odstaje za nami. Co prawda zatrzymujemy się do kilkaset metrów, ale jakimś sposobem Janek nam "ucieka" boczną drogą. Kompletnie nie mamy pojęcia dokąd poszedł i tracimy ponad godzinę na oczekiwanie, poszukiwanie, bez efektu. Dopiero po jakimś czasie umawiamy się telefonicznie na spotkanie przy drodze głównej. Nie ukrywam, że cała sytuacja i brak kontaktu ze strony Janka podczas naszego oczekiwania mocno mnie irytuje, i gdy po godzinie potykamy się wszyscy dochodzi między nami do niemiłej wymiany zdań. Z perspektywy czasu nie chcę osądzać, kto ponosi winę za rozdzielnie się całej czwórki, ale powstanie spięcia to niestety moja zasługa...



Spięcie nie trwa jednak długo, gdyż mimo wszystko dobrze się dogadujemy. Sytuację łagodzą zakupy z sklepie i rychły powrót do cywilizacji. Na zejściu pojawia się również forsowany przez Janusza pomysł zakupu miejscowego sera i pomidorów - prostych przekąsek które jedliśmy już w różnych rejonach świata. Początkowo oponuję obawiając się lokalnego jedzenia, jednak po jakimś czasie udaje się mu mnie namówić. Po powrocie busem do Huaraz odwiedzamy supermarket oraz bazar, a następnie wracamy do gościnnego Caroline Londging. Ponadto decydujemy się na gotowanie ziemniaków oraz produkcję sosu do nich z lokalnych warzyw. Taka prosta potrawa, a przygotowana własnoręcznie smakuje wyśmienicie. Spędzamy upojny wieczór opychając się jedzeniem i delektując cywilizacją...



--




Ciąg dalszy nastąpi :)


poniedziałek, 25 września 2017

Maraton na orientację KIWON - podsumowanie

Witajcie,
Gdy już opadł biegowy kurz, poniżej chciałbym zabrać głos w sprawie podsumowania.

Fot. Monika Tota



Maraton na orientację KIWON odbył się zgodnie z przewidywaniami. 16 września o godz. 9:00 wyruszyła trasa 50, następnie godzinę później trasa TP20. 
Pomimo, iż na bieg zapisały się 84 osoby, wystartowało 64 uczestników. Linię mety przekroczyli wszyscy, w tym 52 oosby z kompletem punktów kontrolnych. Zwycięzcy na trasie TP 20 pokonali dystans w 2:35 h, ostatnia osoba pojawiła się minutę przed limitem – po 8:59 h. Pierwsza osoba z kompletem punktów na mecie trasy TP50 zjawiła się po 6:07 h od opuszczenia bazy imprezy, ostatnia ponad godzinę po limicie, tj. 13 h. Trasa została określona jako „szybka” i „biegowa”.
Największą trudność sprawił uczestnikom pkt. 12 przy ambonie, który nie został znaleziony przez kilku uczestników. Pomimo tego większa części startujących osób, z którymi rozmawiałem wskazywała, iż bieg mógłby być trudniejszy orientacyjnie, co wezmę sobie do serca na przyszłość. 
Uczestnicy przynieśli ze sobą całą paletę historii, od „krwawej” walki na ostatnich kilometrach trasy, po „szarżujące kozy” i nawigację na podstawie kierunku, z którego słyszano pieśni kościelne ;). Osobom, które na drodze spotkały interesujące historie zapraszam do podzielenia się nimi. Tell me your story . 
Na stronie biegu oraz facebooku będą systematycznie pojawiały się materiały z biegu w postaci wideo, galerii i relacji uczestników. 
Przy okazji przypominam prośbę wypowiadaną podczas dekoracji zwycięzców – zachęcam do dzielenia się relacjami, proszę wszystkich o przesyłanie na adresy mailowe organizatorów galerii z imprezy, które będziemy mogli umieścić na stronie, a ponadto będę wdzięczny za udostępnienie jakiegokolwiek materiału filmowego z imprezy, nawet w formie krótkich urywków, które posłużą do sporządzenia ogólnego wideo promocyjnego. Możecie przyczynić się do rozwoju biegu i wnieść swój wkład w jego organizację. Zachęcam do nadsyłania materiałów.


Fot. Monika Tota


Zapowiadam, iż chcemy, aby impreza KIWON miała charakter periodyczny. Za rok planujemy replay, na który zapraszamy wszystkich dotychczasowych Uczestników, jak i osoby które nie brały udziału w imprezie. Mam nadzieję, że tytułowe kiwony was zaciekawiły i zachęciły do eksploracji Pogórza Karpackiego i Beskidu Niskiego, w której z pewnością Wam pomożemy. Powiadomcie znajomych, mam całą głowę planów na przyszły rok. ;)
Osoby, które zapłaciły wpisowe, ale nie mogły pojawić się na imprezie, są proszone o kontakt z organizatorami. Czekają na was do odbioru pakiety startowe, w tym pamiątkowe koszulki techniczne. 
Prywatnie powiem, że organizacja biegu była dla mnie niezwykle satysfakcjonująca. Pomimo angażu szeregu godzin, zaangażowanie zwraca się w zadowoleniu uczestników. Nie ma nic bardziej budującego niż zmęczone, ale zadowolone twarze, głosy, że impreza się podobała, że wrócą za rok. Serce roście, dziękuję :)

Fot. Monita Tota


Po Maratonie chciałbym już oficjalnie podziękować osobom zaangażowanym w jego organizację, dzięki którym zorganizowanie imprezy stało się możliwe.
Dziękujemy:
- Partnerowi głównemu Fundacji PZU za bezpośrednie finansowe wsparcie imprezy biegowej;
-Patronowi Honorowemu Poseł na Sejm RP Barbarze Bartuś, za pomoc w propagowaniu walorów turystycznych regionów, za opiekę nad projektem, wsparcie w procesie poszukiwania partnerów imprezy, wstawiennictwo u podmiotów trzecich, jak również zagrzewanie Uczestników przed biegiem;
- Wójtowi Gminy Lipinki Panu mgr inż. Czesławowi Rakoczemu za udostępnienie szkoły Podstawowej w Rozdzielu, oraz zapewnienia innej aprowizacji.
- członkom Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Lipińskiej Jastrzębiec za wszelkie działania podjęte w celu pomocy w organizacji Rajdu, w tym koordynowanie współpracy z osobami trzecimi, pomoc w przygotowaniu imprezy;
- prezesowi Towarzystwa Ziemi Lipińskiej Jastrzębiec – p. Piotrowi Popielarzowi za pomoc w koordynacji imprezy na miejscu, zaangażowanie niemal na każdym aspekcie Maratonu, w tym osobistą współpracę z podmiotami trzecimi oraz stawiennictwo na miejscu imprezy, w tym wytrwałe czuwanie na pkt. Nr 9 na Ostrej Górze;
-Monice Tota za dzielną i piękną obsługę fotograficzną biegu;
- Magurskiemu Parkowi Narodowemu za udostępnienie materiałów promocyjnych i upominków dla Uczestników, które zasiliły pakiety startowe;
- wszystkim osobom, które pomogły nam merytorycznie w przygotowaniu imprezy, w szczególności podziękowania dla Huberta Puki i Dariusza Czechowicza.
- uczestnikom Maratonu, którzy pomimo pesymistycznych prognoz pogody stawili się na imprezie, przemierzyli okolicę w poszukiwaniu punktów i stworzyli atmosferę miejsca;
Tomasz Duda
Sędzia Główny

Fot. Monika Tota


poniedziałek, 18 września 2017

Wyprawa do Peru Cordilliera Blanca I Huascaran Sur- relacja - część I - aklimatyzacja

Witam wszystkich.
Dzisiejszy wpis rozpoczyna serię postów dotyczących relacji z tegorocznego wyjazdu do Peru, w góry Cordilliera Blanca. Celem ponad 20-dniowego wyjazdu pod szyldem Hola Cordilliera 2017 była eksploracja niesamowicie pięknego masywu górskiego i zdobycie najwyższego wierzchołka Peru - Huascaran Sur - 6786 m npm. Dziś część pierwsza - aklimatyzacja. 



20 czerwca 2017 roku

Dziś wyjeżdżam do Peru. Plecak już dawno spakowany, lista sprawdzona. Ekipa lubelska w osobach Janka i Marcina wyjechała wczoraj wieczorem do Warszawy. Dziś około 8:00 ruszają dalej - do Berlina, gdzie się spotkamy. Mój transport startuje o 11:15 i czeka mnie upojna dniówka w autobusie. Na dworzec odprowadza mnie Anita bo i sam miałbym problem, aby zabrać się z trzema plecakami. Żegnamy się, po czym zostawiam Kraków za sobą, modląc się, iż nie zapomniałem niczego ważnego. Droga upływa szybko i bezproblemowo.



Około 19:00 dojeżdżam do Berlina, gdzie już czeka Janek, Janusz i Marcin. Na miejscu dzielimy się sprzętem i wyruszamy pieszo na lotnisko Tegel. Google pokazuje 5 km. Plecaki mamy ciężkie, ale czasu aż nadto, więc zbytnio nie spieszymy się, robiąc po drodze kilka postojów. Taszcząc na plecach i w rękach po 30 kg każdy przechodzimy odcinki po ok. 1 km, po czym robimy odpoczynki. W pewnym momencie po drodze spotykamy wesołego Polaka, który z własnej inicjatywy oferuje się zaprowadzić nas na lotnisko. Droga jest nieco myląca, jednak nieskomplikowana. Przed zmierzchem docieramy na miejsce.



Pożegnawszy się robimy rekonesans na lotnisku. Terminale powoli pustoszeją, a ostatni lot zapowiada się na godzinę 23:00. Obawiamy się, że noc przyjdzie nam spędzić na świeżym powietrzu, jednak po konsultacji z pracownikami obiektu okazuje się, że lotnisko pozostaje otwarte na noc. Uspokojeni szukamy zacisznego miejsca na biwak. Odpowiednim wydaje się korytarz niedaleko punktu Lufthansy. Tam też rozkładamy nasz wszechobecny bagaż. Dalszą część wieczoru poświęcamy na przepakowanie do odprawy. Kładziemy się spać dopiero około 1 nad ranem.




21 czerwca 2017 roku

Wstajemy około 5:00, obolali po noclegu na ławkach i podłodze. Za dwie godziny mamy zaplanowany wylot. Zaspani niespiesznie udajemy się do odprawy 100 metrów dalej. Bagaże mieszczą się w limicie, bez komplikacji więc wylatujemy.



W pierwszej kolejności do Londynu. Na małym lotnisku London City meldujemy się po niespełna dwóch godzinach lotu. Tutaj zaczyna się zabawa, gdyż musimy odebrać cały bagaż i wraz z dobytkiem dyslokować się 40 km dalej - na lotnisko Gatwick. Pierwszy etap eskapady rozpoczyna się i nie jest łatwy. Każdy taszczy wielki plecak główny i mały podręczny. Przy tym metro jest niebywale zatłoczone i pełne ludzi. Kupujemy bilety za 4,9 funta za sztukę, po czym z trudem udaje nam się przecisnąć z całym tym dobytkiem. Po przesiadce dojeżdżamy do przystanku Victoria, gdzie zamieniamy środek transportu na pociąg. Bielaty kupiliśmy około tydzień temu w sieci, wyszły po około 12 funtów. Całkiem przyzwoicie. Pociąg wiezie nas ponad pół godziny bezpośrednio na lotnisko. Tutaj nie ma już tłoku i jest bardzo przyjemnie. Transport przez Londyn pomimo obaw odbywa się bez przeszkód i po odprawie bagażu zostało nam jeszcze ponad dwie godziny do odlotu. Spędzamy je wyjadając "ciężki prowiant" z plecaków i gapiąc się w ścianę.






Po południu wsiadamy do samolotu, który zmierza na południową półkulę globu.
Podróż z  British Airways jest długa, ale komfortowa na tyle, na ile to możliwe. Obsługa biega, ile tylko mogła, aby tylko pasażerowie byli zadowoleni.



Do Limy docieramy po około 12 godzinach lotu. Jest 20:00 czasu lokalnego, więc zaginamy czasoprzestrzeń o 7 godzin, przedłużając naszą dobę do 30 godzin. Na zewnątrz panuje już ciemność, a my po analizie sytuacji zastanawiamy się nad dalszymi krokami. Terminal autobusowy odległy o kilka kilometrów jest zamykany o 22:00. Wtedy też odjeżdżał ostatni autobus do Huaraz.







Istnieje ryzyko że nie zdążymy, że autobus będzie pełen i w konsekwencji zostaniemy na noc w środku peruwiańskiej stolicy, czyli z ręką w nocniku. Bilans zysków i strat okazuje się niekorzystny. Postanawiamy zostać na lotnisku.



22 czerwca 2017 roku


Na lotnisku rozbijamy koczowisko w jednym z korytarzy, który wydaje się najbardziej przyjazny do spania. Co prawda w środku nocy ekipa sprzątająca nieco nas niepokoi, jednak w miarę komfortowo udaje się spędzić noc.



Rankiem wychodzimy szukać taksówek. Ceny są sztywne 40 sol/15 dolarów. Przy tym 1 sol = 1.11 zł. Niestety nie posiadamy lokalnej waluty i musimy podporządkować się gorszej cenie w dolarach. Do Gran Terminal Terestre docieramy po kilkunastu minutach.




Miasto w okół jest szare i ponure. W końcu panuje tu zima. Kierowca otrzymuje dolary, przestrzega nas przez niebezpieczeństwem i odjeżdża. Na dworcu z racji wczesnej pory musimy trochę odczekać, po czym wymieniamy część pieniędzy na lokalną walutę i kupujemy bilety autokarowe. Cena takiego przejazdu to 40 soli w klasie VIP. Do tego trzeba odliczyć 5 soli tytułem haradżu za korzystanie z dworca (ciekawy rodzaj "podatku" jak nam tłumaczono). 
Na dworcu pracownik zabiera bagaże i wysyła nas do poczekalni. Przed południem opuszczamy terminal. Piękna miasta nie dostrzegam. Peruwiańska stolica jest szara i paskudna. Wkoło najbardziej wzrok przyciągają niewykończone budynki i slumsy. Wkrótce miało się okazać, że standard miasta w budowie jest najlepszym określeniem dla każdego ośrodka urbanizacyjnego w Peru. Nieotynkowane ściany z czerwonego pustaka i druty wystające z ostatniego piętra budynku na każdym kroku. Wykończony dach posiada 1 na 10 budowli. Te wystające druty okazują się najbardziej charakterystycznym elementem okolicznego budownictwa. Taka ekspektatywa rozbudowy.



Po wyjeździe z miasta krajobraz zmienia się, a aura wypogadza. Jedziemy wzdłuż wybrzeża, mając z prawej stronie góry, a z lewej ocean. Po kilku godzinach autobus kieruje się o 90 stopni na wschód. Stromymi zboczami wjeżdżaliśmy w góry, mijając po drodze osuwiska i kamienie leżące na jezdni. Autobus jest bardzo wygodny - dużo miejsca,leżące siedzenia, toaleta,wifi( nie działało)  i nawet poczęstunek. Do tego działające telewizory, w których jeden za drugim lecą filmy z Dwayne Johnson'em, aż do znudzenia. No i to wszystko, łącznie z przejazdem 400 km kosztuje około 50 zł. Gorąco polecam. Klimatu przejazdowi dodają lokalne "przekupki", które na każdym przystanku wstawiają głowy do autobusu i zachęcają do zakupu kurczaka z gromkim okrzykiem "Pollos".



Sama droga, przez egzotyczny skądinąd kraj, jest również ciekawa. Najpierw doliną pniemy się w górę, następnie przemierzamy płaskowyż położony powyżej 4000 m npm, by powoli zjechać do początku doliny, w której położone jest miasto. HUARAZ, bo o nim mowa, pięknem nie zachwyca. jest to klasyczne miasto w budowie, o którym mówiłem, jednak ma w sobie coś szczególnego. O tym  napiszę później. Do miasta, położonego nota bene na 3100 m npm docieramy pod wieczór, kręcąc się w kółko i nie wiedząc, w którą stronę się udać. Znamy za to cel - hostel Caroline, o którym dobre opinie w sieci wyszukał Marcin.



Przy pomocy GPS przemierzamy miasto i docieramy na miejsce. Panuje przyjemna temperatura, świat w koło jest nam całkowicie nowy. Czujemy się dobrze. Trzeba uważać tylko, żeby nie zagapić się i nie skręcić przypadkiem nogi na krawężniku.



W hostelu witają nas przyjaźni właściciele - Paul i Anita i proponują niedrogi nocleg. Pokoje od 15 soli od osoby (zbiorowe bez łazienki), 20 soli zbiorowe z łazienką, ze śniadaniem w cenie. Choć jakoś sanitariatu i tych łazienek jest różna, czas pokazał, że zawsze kupowaliśmy te droższe, a właściciele hostelu zawsze szli nam na rękę. Dostawaliśmy pokoje na cztery osoby, nie przydzielali nam tam nieznajomych. Ponadto w hostelu spędziliśmy kilka nocy, a przez cały wyjazd zostawialiśmy tam część niezbędnego sprzętu. W mojej ocenie Caroline Lodging jest przyjazny m hostelem dla specyficznego grona odbiorców. Jeżeli liczycie na wysoką jakoś usługi, to trzeba szukać czegoś innego. Jeżeli zależy wam na klimacie i na tym, aby nie czuć się jak skarbonka z pieniędzmi to miejsce dla Was. My się z nim zaprzyjaźniliśmy. Niemniej jednak przy okazji trzeba wspomnieć o specyficznym obowiązku meldunkowym w Peru. Przy każdym noclegu musieliśmy wpisywać wszystkie swoje dane wraz z nr paszportów. To samo przy zakupie biletu autobusowego czy nawet biletu wstępu do parku narodowego. Paranoja, jednak nie byliśmy u siebie i trzeba było się przyzwyczaić. 
Pierwszego wieczoru w Huaraz nie próżnujemy. Zaraz po otrzymaniu kluczy od pokoju i złożeniu bagażu ruszamy w miasto. Szybko uświadamiamy sobie, że jest bardzo żywe, kolorowe i intrygujące. W szczególności jeżeli chodzi o ludzi. O czym dane nam było się przekonać niebawem, Huaraz jest stale aktywne. Od wczesnych godzin porannych do później nocy ludzie kręcą się w centrum, jak i na obrzeżach. Rano jest mniej tłoczno, ale odbywają się przeróżne obchody i uroczystości (w Huaraz impreza ciągle trwa, czy to państwowa, czy lokalna). Ludzie pracują do późnej nocy, nie wiadomo czy znając nawet czym jest prawo pracy. Przy tym, pomimo naszych początkowych obaw o bezpieczeństwo, szybko uświadamiamy sobie, że w mieście jest bezpiecznie, a ludzie przyjaźni. Przy tym nie mam wrażenia, iż patrzą na nas jak na ludzi z innej planety, ale zachowują się całkiem normalnie. No i najważniejsze, nie są natrętni, co jest charakterystyczne dla krajów arabskich czy azjatyckich. Ludzie robią wrażenie przyjacielskich, ale zdystansowanych. Pomogą, ale nie zawracają głowy i nie namawiają na siłę. No i nie traktują jak skarbonkę. Przynajmniej taka sytuacja panowała w Huaraz. Inne opinie słyszałem np o rejonie Mchu Picchu, ale to zapewne jest związane z przesytem turystów. 
Pomijając dygresję, podczas nocnej eskapady po Huaraz robimy my zakupy na dzień kolejny. Odwiedzamy lokalny supermarket oraz bazar. Cieszymy oczami wszystkimi wspaniałościami, nie ruszając póki co niczego z obawy o problemy żołądkowe.
Wieczorem zapoznajemy się z mieszkańcami hostelu. Większość z nich stanowią Francuzi, bo i właściciel Paul pochodzi z zachodu Europy. Integracyjne zapraszamy mieszkańców starego kontynentu na wspólne picie lokalnego trunku - Pisco, który kupujemy oczywiście prewencyjnie, jako panaceum przeciwko problemom żołądkowym. Pomimo wysokości kwalifikującej się już do choroby wysokościowej, każdy z nas czuje się dobrze.




23 czerwca 2017 roku

Rankiem zbieramy się niespiesznie, zajadając śniadanie przygotowane przez właścicieli hostelu.



Milutkie lokalne bułeczki z margaryną i dżemem kawa, herbata, a ponadto coś ekstra, jak omlet, koktajl, czy naleśnik . Podziwialiśmy również niesamowity widok rozpościerający się z dachu hostelu i przedstawiający panoramę całych Cordilliera Blanca. Widać zarówno charakterystyczne wierzchołki Vollunaraju, jak i masyw Huascaran. Pogoda zapowiadała się wspaniale. W ramach aklimatyzacji postanowiliśmy odwiedzić pobliską miejscowość Willkawain, gdzie znajdują się starożytne grobowce i przy okazji wdrapać do jeziora Ahuac - 4680 m npm.



Pierwszy raz mamy przy tym przyjemność spotkać się z lokalnymi busami. Ten środek transportu jest niezwykle popularny i tani. Przejazd do miejscowości kosztuje nas 1 sol, przy tym większym benefitem pozostaje możliwość bezpośredniego poznania miejscowych sposobów podróży. Busiki są małe, idealne do przewozu niskich osobników z okolicy. Przy tym płacimy za miejsce i plecaki trzeba trzymać na kolanach, albo płacić za dodatkowe miejsce.
Wyjeżdżając z Huaraz możemy przekonać się, że w mieście droga jest, a poza nim się kończy. Po wyjeździe poza zwartą zabudowę trafiamy na dziurawe szutrówki. Kilka kilometrów i ok. 500 m pod górę jedziemy około pół godziny. Na miejscu kupujemy bilety po 5 soli/osoba, zwiedzamy starożytne grobowce i jemy drugie śniadanie. Pogoda jest nieziemska, na niebie nie ma ani jednej chmurki.




Obejrzawszy dokładnie lokalne ruiny, z lekkimi plecaczkami wychodzimy do góry. Ścieżka jest oznaczona, szeroka i wyraźna. Początkowo wiedzie przez zarośla, by następnie powoli wspinać się na zbocze górskie. Otoczenie mogę określić jako rajskie, jesteśmy niezwykle zaciekawieni całym otoczeniem. Wszystko wkoło jest odmienne od standardów znanych nam z Europy, czy nawet Azji. Inne rośliny, drzewa, które rosną wokoło. Jedne wydzielają specyficzny zapach, inne posiadają ciekawie wyglądające kwiaty. Można by wprost spacerować i obserwować samo otoczenie.




Podchodząc wyżej napawamy się szersza perspektywą łańcuchu górskiego, która rozpościera się teraz przed nami. Droga szybko zmienia się w kamienne schody i wije slalomem wśród skał. Oddechy stają się cięższe, a wysokość daje we znaki. U mnie nastrój nie jest najgorszy, jednak chłopaki powoli zaczynają narzekać. Najgorzej wysokość wpłynęła na Janusza, który zazwyczaj aklimatyzuje się bardzo dobrze. Po kilkuset metrach w pionie wszyscy już jesteśmy zmęczeni, a nastroje się pogarszają. Uznajemy jednak, że chcemy się zaaklimatyzować i wejść nad jezioro. Po kilku postojach, grubo po południu udaje się osiągnąć zbiornik wodny położony wśród skał na wysokości 4680 m npm. Jezioro Ahuac jest niesamowicie pięknie ulokowane wśród skał, w oddali rozpościerają się góry, w tym rogaty, charakterystyczny wierzchołek Vollunaraju. Przy jeziorze wybudowano też schron.




Przewyższenie rzędu 1500 m npm względem noclegu z minuty na minutę wpływało na nas niekorzystnie. Początkowo zakładam, że przy jeziorku spędzimy trochę czasu, jednak na miejscu nikt już nie ma na to ochoty. Pierwszy ewakuuje się Janusz, następnie pozostali. Idziemy szybko w dół, a słońce powoli chyli się ku linii horyzontu. Mimo temperatury w Peru jest aktualnie zima, a słońce wschodzi po godzinie 6:00 i zachodzi około 18:00. Do miejscowości docieramy przed wieczorem i wsiadamy do busika. Teraz folklor jest jeszcze większy. Podróżujemy ze starszymi paniami ubranymi w charakterystyczne kolorowe ubrania i kapelusze. Wiozą ze sobą dosłownie wszystko, począwszy od worka ziemniaków po naręcze zieleniny kończąc. Rozmawiają również o nas. Przy okazji warto wspomnieć o możliwościach językowych naszego zespołu. Ja i Marcin o języku hiszpańskim nie mamy pojęcia. W rozmowach przoduje Janusz, który załatwia 80% spraw z lokalsami. Pozostałe 20% obrazuje możliwości językowe Janka, który choć zaprzecza, że rozumie język to jednak w drobnych sprawach potrafi się dogadać.



Busikiem docieramy z powrotem do Huaraz. Przed powrotem do hostelu zaopatrujemy się w markecie i na targu. Wieczór upływa na rozmowie i wspólnym gotowaniu. Przyrządzamy spaghetti.
Plan na jutro obmyślony - po zastanowieniu podejmujemy decyzję o aklimatyzowaniu się w dolinie Ishinki i podjęciu próby zdobycia dwóch 5 tysięczników.

Więcej zdjęć w GALERII


Ciąg dalszy nastąpi :)