wtorek, 11 września 2018

Duforspitze od strony Włoskiej - AD - relacja

Po nieudanej próbie zdobycia Matterhornu miałem ochotę się odegrać. Po prostu. Zejście bez podjęcia próby ataku szczytowego zmęczyło mnie psychicznie i mocno zdemotywowało. Potrzebowałem zrobić coś "większego", co przywróciłoby mi dobry nastrój. Postawiłem na Monte Rosę. Gdy rozważałem plan tegorocznego wyjazdu w Alpy, masyw ten zostawiłem na deser lub na tzw. wolny czas, który miał się pojawić, bądź nie. Jako, iż okazja jednak się nadarzył, jeszcze tego samego dnia wieczorem, w którym zeszliśmy z Matterhornu, zapakowaliśmy się w samochód i pojechaliśmy do doliny Gressoney, a dokładnie do ostatniej miejscowości na północ - Stafal, gdzie zaczynały się szlaki turystyczne prowadzące wgłąb ,masywu Monte Rosy. 


Jako, iż do miejscowości trafiliśmy gdy zapadał zmrok, do aktywności tego dnia pozostało jedynie przygotowanie jedzenia, przepakowanie plecaków i miejsca do spania. Noc spędziliśmy na parkingu. Prognoza pogody zapowiadała prawie dwa dni relatywnie dobrej pogody, które postanowiliśmy wykorzystać. 

Kolejnego dnia obudziliśmy się o 6:00, zjedliśmy śniadanie i szybko ruszyliśmy w kierunku szlaku. Co prawda z miejscowości do wysokości ok. 3200 można było dotrzeć kolejką linową, jednak wydanie 50 euro niezbyt nas kupiło. Zarzuciliśmy, więc plecaki na plecy i ruszyliśmy w głąb doliny prowadzącej wprost na północ.





Podejście przy dobrej pogodzie szło nam bardzo sprawnie. Pomimo dość ciężkich plecaków sprawnie gramoliliśmy się pod górę. Na drodze nie spotkaliśmy dosłownie nikogo - wszyscy wybrali opcję wjazdu kolejką. 





Teren z trawiastych dolin powoli stawał się coraz bardziej skalisty. Na wysokości ok.3000 m znaleźliśmy się na szerokim plateu, skąd była widoczna cała dolina oraz nasze dzisiejsze cele schroniska Citta di Mantova (3498 m n.p.m.). oraz Capanna Gnifetti (3647 m n.p.m.). Dojście do nich było trochę bardziej problematyczne, wiodąc przez piargi i śnieżny trawers i skalne podejście. Dopiero po południu zameldowaliśmy się na tarasie niższego ze schronisk. Jakież było nasze zdziwienie, gdy wokół roiło się od ludzi. Osiągniecie niższego ze schronisk rozpoczęło okres zastanawiania się nad opcjami noclegowymi. Opcje były trzy - nocujemy w okolicy schronika di Mantova, idziemy z namiotem wyżej do Gnifetti, bądź taszczymy cały bagaż do schronu bivacco Giordano na wys. 4100 m npm. Po długiej dyskusji wygrała opcja nr dwa i po chwili odpoczynku ruszyliśmy dalej - na długi trawers, prowadzący nieuszczelnionym lodowcem, aż przez barierę skalną, do schroniska. 







Ze względu na utrzymującą się aklimatyzację i dobre samopoczucie, 200 m w pionie dzielące nad od schroniska pokonaliśmy w mig. Droga była ciekawa, gdyż znalazł się tam nawet element wspinaczki po ubezpieczeniach, którymi zabezpieczone było skalne podejście. Po dotarciu na miejsce pojawiła się kolejna problematyczna kwestia. Okazało się, iż schronisko położone jest na wybitnej barierze skalnej, wciętej pomiędzy dwa jęzory lodowców, a tworzącej swego rodzaju wyspę. Jakkolwiek wyglądało spektakularnie, tak miejsca na namiot nie było w ogóle. Zaczęliśmy się zastanawiać i szukać. Dopiero po jakimś czasie okazało się, że na szczycie skalnej wyspy znajduje się idealna platforma, pozostawiona jakby dla nas. Miejsce okazało się niesamowicie widowiskowe, położone na cypelku, z trzech stron otoczonego lodowcem. Przed nami natomiast rozpościerała się panorama na masyw Piramidy Vincenta. Po rozstawieniu namiotu okazało się, że ten ledwie mieści się na platformie, a żeby wejść do środka trzeba uważać, gdyż po jednej i drugiej stronie wyzierała przepaść. Osoba siedząca w przedsionku mogła dosłownie machać nogami i zrucać kamyki ok. 50 m niżej. Piękne miejsce i do tego za darmo. Wrażenie estetyczne gratis. Uspokojeni już, że mamy gdzie spać, zaczęliśmy gotować obiad i podziwiać widoki. Z rozbiciem namiotu wstrzymaliśmy się do czasu, gdy ostatnie zespoły schodziły z lodowca, aby nie wzbudzać zbytniej sensacji. 










Wcześnie, gdyż około 21:00 poszliśmy spać, w trójkę, w dwuosobowym namiocie. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że jest całkiem komfortowo, choć gorąco. Temperatura na wysokości ponad 3600 m npm nie spadła nawet poniżej zera.  Na kolejny dzień zaplanowaliśmy napięty plan z głównym celem - Duforspitze - 4634m . Prognoza pogody zapowiadała stabilne warunki do 14:00, a resztę dnia jakoś mieliśmy zagospodarować. tego samego dnia chcieliśmy również zejść do samochodu, więc zapowiadało się aktywnie.

Aby zapewnić sobie rezerwę czasową obudziliśmy się o 3:30 rano, po czym szybko zebraliśmy najpotrzebniejsze rzeczy. Rozbity namiot pozostawiliśmy na biwaku. Po ciemku zeszliśmy do schroniska, potem na lodowiec. Tam związaliśmy się liną, założyliśmy raki i rozpoczęliśmy podejście. Już zaczęło się rozwidniać, gdy krok za krokiem poruszaliśmy się w górę lodowego jęzora. Pierwszy szedł Tytus, za nim ja i na końcu Robert. Poruszaliśmy się sprawnie, a kolejne metry na altimetrze upływały w szybkim tempie.




W marszu minęliśmy dwóch turystów, którzy wyruszyli długo przed nami. Gdy już zaczęło się przejaśniać dotarliśmy na rozległe plateau, na wysokości około 4200 m npm, skąd doskonale widoczny był cały masyw Monte Rosa. Pamiętam, że przytłoczył mnie swoją rozległością oraz ogromem przestrzeni.  Początkowo zastanawialiśmy się, czy w drodze na Duforspitze chcemy wchodzić również na inne czterotysięczniki - tj. Ludwigshöhe 4 341 m, Parrotspitze -  4 432 m, Signalkuppe 4 554 m, jednak realnie oceniając naszą sytuację odpuściliśmy i skierowaliśmy się na "Traverse of the Tops". Początkowo droga lekko obniżała się, aby długim podejściem prowadzić nas na przełęcz pomiędzy Signalkuppe i Zumsteinspitze. Powyżej 4000 m było mi już zimno. Tempo naszego zespołu było dobre, ale jak dla mnie niewystarczające, aby się rozgrzać. Czułem się poprawnie, ale oczekiwałem na słońce. 




Z przełęczy na szczyt Zumsteinspitze szliśmy wąską i śnieżną granią około stu-dwustu metrów. W końcowym odcinku pojawiła się bariera skalna, która nie była jednak trudna do wejścia. Na szycie - 4563 m n.p.m. zameldowaliśmy się około 7:00 rano, jednak zabawa dopiero się zaczynała. Z tej perspektywy doskonale była widoczna południowa grań masywu Duforspitze oraz niewyraźne ślady prowadzące w kierunku szczytu. Dominowa typowo mikstowy teren.. Trudno powiedzieć, czy więcej tam śniegu czy skały. Wiedzieliśmy, że szykuje się poważne wyzwanie. Zanim jeszcze przezbroiliśmy się na atak szczytowy, Robert oświadczył, że nie będzie nas opóźniał i poczeka na mnie i Tytusa w schronisku Martherita. Był to rozsądna decyzja, którą przyjęliśmy bez emocji. Z półwyblinki asekurowałem Roberta na zejściu z grani Zumsteinspitze, po czym związałem się złożoną na pół liną z Tytusem. Chociaż przydałyby się am w tym momencie friendy i ekspresy, niestety nie wzięliśmy ich z samochodu. Zdecydowaliśmy, że będziemy asekurować się z bloków skalnych, gdyż struktura grani na to pozwalała oraz prowizorycznie z punktów na taśmach i HMSach.






Południowa grań Duforspitze

Tytus poszedł pierwszy. Grań Zumsteinspitze okazała się trudniejsza niż wyglądała. Zejście było strome, poprzetykane skałami, zalodzone. Miejscami asekurowaliśmy się na sztywno. W dolnej części trzeba było pokonać miejsce za II, które do najprzyjemniejszych nie należało ze względu na oblodzenie i brak dobrych chwytów. 
Na wysokości samej przełęczy gran przechodziła w formację typowo śnieżną, z potężnymi nawisami, które odstraszały od wejścia. Z ostrożnością pokonaliśmy ten odcinek, po czym weszliśmy na właściwe podejście. Droga na Duforspitze od strony włoskiej jest wyceniane na AD i faktycznie ma taki charakter. Przenosząc na skalę tatrzańską grań w mojej ocenie ma na przeważającym odcinku trudność I, z elementami II i III. Najtrudniejszym elementem okazała skalna płyta, znajdująca się mniej więcej w 1/3 wysokości ściany o charakterze typowo wspinaczkowym, choć z dobrymi chwytami. Ponadto wejście w kopułę szczytową wymagało lawirowania pomiędzy iglicami. Generalnie przez całą drogę do góry należało zachować dużą uwagę i koncentrację. Grań szczytowa również nie należała do łatwych. Z obawą myślałem o powrocie tą samą drogą, w szczególności że żaden z dwóch zespołów, jakie szły przed nami nie schodził tą samą drogą. Na grań szczytową dotarliśmy około 10:00 i spędziliśmy tam kilka chwil. W telegraficznym skrócie jedzenie, picie, zdjęcia i w dół. 









Zdecydowaliśmy jednak, że po drodze nie było nic nadzwyczajnie trudnego jak na nasze możliwości, zaś piękna pogoda utrzymywała się. W dół prowadziłem ja badając dokładnie każdy chwyt i stopień. W szczególności należało uważać ze względu na strukturę śniegu, który zdążył już zmięknąć i przybrać postać kaszy. Aż do wspomnianej wyżej skalnej płyty, schodzenie szło powoli ale płynnie. Na wysokości tej formacji zdecydowaliśmy się na zjazd kilkunastu metrów poniżej trudności. Właściwie był to ostrożny zjazd, gdyż stały punkt stanowiskowy stanowiła taśma i hak, które nie budziły zupełnego zaufania. Poniżej teren okazał się już zdecydowanie łatwiejszy, trawersujący skalne formacje oraz nawisy śnieżne.  Pozostała jeszcze problematyczna kwestia pokonania podejścia na Zumsteinspitze. Droga w górę okazała się jednak łatwiejsza niż w dół. Trudniejsze miejsca pokonaliśmy na sztywno, łatwiejsze na lotnej. Zejście do przełęczy pod Signalkuppe pozostało jedynie kwestią czasu. Na szczęście, gdy schodziliśmy w dół Robert musiał wypatrzyć nas z okien Margherity, gdyż wyszedł nam naprzeciw. Uniknęliśmy w ten sposób stu metrów podejścia, które dzieliły nas od schroniska. Związaliśmy się we trójkę i puściliśmy w dół po stromym śnieżnym stoku. W międzyczasie, stabilna dotychczas pogoda powoli zaczęła się psuć. Prognozy sprawdzały się i w naszym interesie pozostało, aby jak najszybciej ulotnić się z gór. 
Nie zatrzymywaliśmy się więc, cała energię poświęcając na zejście. Jako, iż zbliżała się 14:00, im niżej tym struktura śniegu była mniej przyjazna dla piechurów. Chmury kłębiły się nad nami oraz wokół nas, miejscowo zasłaniając dalszą drogę. Poruszaliśmy się szybko. systematycznie tracąc na wysokości. Ostatecznie okazało się, ze pogoda jedynie nas straszy, zaś prawdziwa ulewa dopiero miała nadejść.  Przejściowe przepogodzenie wykorzystaliśmy, aby maksymalnie skoncentrować się na zejściu przez dolną szczęść lodowca. Szczeliny na tym odcinku, przecinające nasz drogę widzieliśmy już z noclegu. Po południu stan mostów śnieżnych nie budził naszego zaufania i podejrzane odcinki przeszliśmy z najwyższą koncentracją. 





Nasz zielony namiot w tle :)


Około 15:00 zameldowaliśmy się przy namiocie. Nie było chwili do stracenia, gdyż na horyzoncie ciągle wisiały czarne chmury. Około pół godziny zajęło nam zwijanie biwaku oraz przepakowanie, po czym bogatsi o kilkanaście kilogramów rozpoczęliśmy drogę w dół, która była bardziej walką o suchą skórę. Szliśmy, a nawet biegliśmy najpierw do schroniska Gnifetti, następnie przez zaśnieżony trawers i skalne plateau. Po dojściu do terenu trawiastego, droga powoli zaczęła się dłużyć. Tak jak na podejściu, podczas zejścia nie spotkaliśmy nikogo. My, tzn. ja z Robertem, gdyż Tytus został trochę w tyle i chciał zejść trochę inna drogą. Im bliżej byliśmy Stafal, tym nasze tempo spadało, a widmo ulewy oddalało się. Ostatecznie na parking dotarliśmy około 19:00, co najważniejsze - suchą stopą. Burza przyszła we właściwym czasie, gdy już umyliśmy się i zjedliśmy. 






Wejście na Duforspitze od strony włoskiej polecam każdemu, kto ma doświadczenie w górach wysokich oraz dobrze radzi sobie z terenem o trudności ok. II w warunkach zimowych. Należy przy tym pamiętać, iż trudność AD odpowiada teoretycznie naszemu III. Na drodze chyba nie ma chyba jednak miejsc, gdzie doświadczony górołaz nie dałby rady przejść przy dobrych warunkach pogodowych, jednak pokonanie całej drogi jest "globalnie" poważnym przedsięwzięciem. W szczególności, że w lipcu jest dużo śniegu i cała drogę przechodzi się w rakach, w wielu miejscach na ich przednich zębach. Doświadczenie zimowe jest więc konieczne. W zamian za przebycie trudności wejście na Duforspitze od południa daje wiele satysfakcji i bezcennego doświadczenia górskiego. Po pokonaniu drogi można faktycznie powiedzieć, że wspinało się powyżej 4500 m i chociaż po relatywnie łatwym terenie to jednak wspinanie, a nie stawianie kroku za krokiem na "przerośniętej Babiej Górze". 
Jeszcze raz serdecznie polecam.

wtorek, 28 sierpnia 2018

Matterhorn od południa, Lion grat - próba dobycia szczytu - relacja

Wtorek 17 lipca 2018 był dla mnie szczegółowym dniem. Nie tylko z tego powodu, że wyruszyłem wtedy na Matterhorn, ale ze względu, iż na ten termin przypadają moje urodziny. 



Jak już wspomniałem, na wtorek zaplanowaliśmy wyjście do schronu Carrel (3850 m npm) pod Matterhornem. Dzień wcześniej odpuściliśmy wyjście, gdyż prognozy pogody odstraszyły nas od ambitnych planów. Prognozowano deszcz, więc zamiast na ciężko uderzać na podbój góry, z małymi plecakami poszliśmy jedynie na rekonesans powyżej schroniska Abruzzi, przekraczając wysokość 3200 m npm i pozostawiając depozyt w postaci jedzenia. Wbrew opiniom z jakimi się spotkaliśmy, powyżej schroniska bez problemów można rozbić namiot, a nawet zostawić go na kilka dni. Decyzji pożałowaliśmy, gdy okazało się, że pogoda w poniedziałek była bardzo dobra i z żalem patrzyliśmy  na południową grań Matterhornu widoczną w oddali.



Kolejnego dnia, tj. we wtorek pogoda zapowiadała się wyśmienicie, tymczasem rewelacyjna nie była. Wstaliśmy o 3:00, w godzinę zebraliśmy się na podejście. Plan wyjścia obejmował dotarcie całej trójki do schronu, zaś na atak szczytowy miałem iść wyłącznie ja wraz z Robertem. Tytus miał czekać w schronie jako support i ubezpieczać nasze wyjście. Nie powitało nas jednak bezchmurne niebo jak oczekiwaliśmy, ale zachmurzenie i wiatr. Kopuła szczytowa Mattterhornu spowita była mgłą, a za chwilę zaczął padać deszcz, na szczęście na krótko. 
Chociaż plecaki mieliśmy zapakowane do pełna, szybko pokonaliśmy pierwsze 900 metrów podejścia do schroniska Abruzzi, docierając tam przed 7:00 rano. Ku mojemu zdziwieniu niemożliwym było zatrzymanie się w budynku, gdyż okazało się, że drzwi są zamykane na noc. 
Zjedliśmy więc po batonie na zewnątrz i niezwłocznie poszliśmy wyżej w kierunku przełęczy Lwa, gdyż robiło się chłodno. 





Podejście za schroniskiem początkowo wznosiło się łagodnie, prowadząc po skałach wyraźnie widoczną ścieżką. Na wysokości około 3100 m przechodziło się pierwsze pole śnieżne, które kończyło się skalnym, około 50 metrowym zacięciem. Dominował tam teren o trudnościach I, z elementem II, powyżej którego zwisała taśma, służąca do podciągnięcia się osobom mniej wprawionym we wspinaniu. Powyżej zacięcia zatrzymaliśmy się jedynie na chwilę, celem zapakowania depozytu zostawionego poprzedniego dnia. Słońce powoli wstawało, ale jakoś nie mogło się zdecydować. Gdy nad Breithornem panowała już ładna pogoda, Matterhhorn ciągle spowity był warstwą chmur. Do tego wiało, więc cały czas podchodziliśmy w kurtkach.  
Powyżej depozytu dominował łatwy teren skalny, który w pewnym momencie kończył się progiem. Powyżej niego zlokalizowany był kocioł wypełniony śniegiem, tworzący rozległe i strome pole śnieżne. Nie było innego wyjścia jak założenie raków i marsz na wprost, aż do grani na prawo, stanowiącej ograniczenie ściany. Ta formacja prowadziła wprost do góry, do ostatniego pola śnieżnego. Odcinek był również bardzo czujny i wymagał uwagi. Trawers był stromy, a stok poniżej kończył się przepaścią. Droga ciągle wiodła na północ, pokonując pole śnieżne. Podejście wiodące trawersem kończyło się pionową ścianą skalną, wzdłuż której prowadziła dalsza droga. Teren ponownie stał się mixtowy. Generalnie szliśmy wąską ścieżką, wydeptaną w śniegu i poprzetykaną skałami.Kilka razy trzeba było trawersować strome żleby wypełnione śniegiem. Nachylenie takiego stoku dochodziło do 70 stopni, więc trzeba było naprawdę bardzo uważać. Miejscami na ścianie wzdłuż której szliśmy dało się znaleźć spity, z których można asekurować partnera z pół wyblinki, bądź zakładać przeloty idąc "na lotnej". Po drodze do góry zdecydowałem, że w tym terenie czuję się pewnie i nie będę się wiązał. Za to związali się Tytus z Robertem. W efekcie powyższego bardzo sprawnie dotarłem na przełęcz. Chłopakom zajęło to trochę więcej czasu. 
Jeszcze przed samą przełęczą Lwa (ok. 3550 m npm) spotkaliśmy dwójkę Polaków wycofujących się ze ściany. Mówili, że wyszli jedynie kilkadziesiąt metrów powyżej schronu i ze względu na zalodzenie nie podjęli dalszej walki.







Do schronu zostało nam jedynie niecałe 300 metrów, jednak teren przed nami wyraźnie stawał dęba. Dodatkowo pogoda, która na wspomnianym trawersie wydawała się poprawiać, na powrót pogorszyła się i zmieniła diametralnie. O ile niżej było lato, to powyżej przełęczy panowała zupełna zima. Poza temperaturą wiatr zaczął wiać odczuwalnie mocniej, dając się nam we znaki. Początkowa nasza droga prowadziła przez uskok skalny (trudność ok. II), następnie przechodziła w piarg, który kończył się już poważniejszą barierą skalną. 




Przed wejściem w trudności związaliśmy się w trójkę, rozpoczynając pozostałą część wycieczki. Ja powadziłem, chłopaki szli za mną. Wybrałem jakiś trudniejszy wariant bardziej na zachód od drogi, w którym trudności oscylowały w okolicach II-III. Nie pomagał również fakt, iż naprawdę mocno wiało, zaś skały popruszone były śniegiem i miejscami pokryte cienka warstwa lodu. prowadziło się naprawdę trudno,. ale szedłem szybko, aby nie zmarznąć. Po około stu metrach doszedłem do pierwszego odcinka połogich płyt, ubezpieczonych liną. Prowadzenie nie było trudne. Następnie dotarłem do trudniejszego III - kowego pionowego kominka, ubezpieczonego gruba liną. Pokonanie go poszło sprawnie, w stanowisku nad nim wpiąłem się i zacząłem asekurację Roberta i Tytusa. Poza mną do metalu przypięta była trójka innych Polaków, którzy  schodzili z góry. Oni zjeżdżali, my wchodziliśmy. Trochę się mieszaliśmy przy stanowisku, ale jakoś musieliśmy sobie poradzić. Pożegnaliśmy się i prowadziłem dalej przez kolejny uskok zabezpieczony liną. Za nim znowu wpiąłem się do stanowiska i stanąłem przed pionową, a w górnym odcinku przewieszoną formacją skalną, zabezpieczona liną. 





Ze względu na swoje niedyspozycje fizyczne oddałem prowadzenie Robertowi, który miał prowadzić właśnie odcinki ubezpieczone linami. Zamieniliśmy się sprzętem i choć niepewnie - poszedł. Niestety wyglądało to niezbyt dobrze, choć Robert powoli, ale zdobywał wysokość. W pewnym momencie, tuż pod samym, uskokiem nie wiem co się stało, ale powoli zaczął się osuwać, aż zawisł na linie i przelocie. Nie był to żaden lot, ale chyba po prostu opadł z sił i osunął, przekręcając się głową w dół. Co gorsze, stała lina zabezpieczająca odcinek zaplątała mu się wokół czekana przy plecaku, więc wisiał i nie mógł się ruszyć. Ani w górę, ani w dół. Sytuacja raczej bezpieczeństwu nie zagrażała, ale wyglądała źle. Dopiero po kilku minutach zjeżdżający w dół Belgowie pomogli odczepić line od czekana Roberta, abym mógł opuścić go na dół. Po takich akrobacjach Robert nie miał siły na nic. Plusem było jednak, że prawie do końca odcinka założył przeloty, tak że wspinający się po nim Tytus częściowo był asekurowany na wędkę. Ten jednak nie miał żadnych problemów z poprowadzeniem odcinka. Przeszedł go i założył stanowisko. Przez całe około pół godziny, jakie asekurowałem chłopaków, pod skałą strasznie zmarzłem, aż tak że idąc na drugiego nie mogłem sprawnie chwycić liny. Podchodziłem wiec do ściany dwa razy. Przed tym drugim musiałem solidnie rozgrzać się, ściągnąć rękawicę i dopiero mogłem przystąpić do dzieła. Wszedłem, ściągając po drodze ekspresy. Za mną wygramolił się Robert. Po felernym odcinku było już łatwiej, ale nie banalnie. Teren był ciągle niebezpieczny. Najpierw należało przebić się przez barierę skalną, by następnie wyjść na strome pole lodowo-śnieżne bezpośrednio poniżej schronu Carrell. 
Znowu poprowadziłem ten odcinek. Od szybkiego przejścia blokowała mnie lina, która chwilami zatrzymała mnie w trudnych miejscach na środku śnieżnego stoku. Po dotarciu do pierwszego stałego punku asekurowałem ze stanowiska Roberta i Tytusa. Około 14:00 wylądowaliśmy w schronie.






Emocji po przejściu było sporo, ale wyjście mocno mnie usatysfakcjonowało.  Nie robiłem nigdy trudniejszego podejścia pod sam schron w górach i takie nowe doświadczenie okazało się bardzo ciekawe. Trudności techniczne w niesprzyjających warunkach pogodowych okazały się poważną przeszkodą, chociaż byłem optymistycznie nastawiony do tematu. Najgorsze w perspektywie na poprzedni dzień było oblodzenie, które na trudnościach technicznych dało się mocno we znaki. Dodatkowo za schronem dalsza droga od razu stawała dęba, zaś z góry zwisał gruby sznur, za pomocą którego trzeba było pokonać felerny odcinek. 



Schron Carrell jak na budynek położony na 3850 m npm sprawiał bardzo dobre wrażenie. W środku dwa pomieszczenia - jedno sypialne, drugie - kuchnia, wygodne miejsca noclegowe z kocami, dostęp do gazu i kuchenki gazowej. nawet toaletę z czeluścią pod nogami udało się tam zamontować. Prawie jak schronisko, gdzie jedyną niedogodnością była konieczność wychodzenia po śnieg w celu topienia wody. Na szczęście jego było pod dostatkiem. 
Topiliśmy wiec wodę i jedliśmy w najlepsze. Opłata za nocleg to 20 euro płatne do skrzynki wiszącej na ścianie. Gdy zarezerwowaliśmy prycze na nocleg nie było już powodu do pośpiechu. Mogliśmy topić wodę na śnieg, jeść i obserwować jak schron powoli się zapełnia. Z rekonesansu terenów powyżej szczytu wracało również dwóch Polaków, którzy szykowali się na jutrzejsze wyjście. 





Zamieniłem z Robertem kilka zdań, ale wydawał się on być rozkojarzony i przejęty dzisiejszą drogą do schronu. Pomimo tego zasugerowałem, aby się przepakować na jutrzejsze wyjście. W odpowiedzi Robert powiedział że musi się zastanowić czy w ogóle idzie w kierunku szczytu. Dało mi to do zrozumienia, że atak szczytowy stoi pod znakiem zapytania. Nie ukrywam, że taką odpowiedzią i zwątpieniem byłem bardzo zaskoczony. W efekcie doszło do niemiłej wymiany zdań, która niczego nie zmieniła. Robert zdecydował, że nie idzie, a ja zmusić go nie mogłem. Przez głowę przyszła mi jeszcze myśl, żeby atakować szczyt z Tytusem, ale ostatecznie zrezygnowałem. Miałem iść z Robertem, to nie będę teraz szukał partnera na siłę - pomyślałem. Czułem się źle. Nie w moim stylu jest wycofywanie się, zupełnie bez podjęcia próby ataku na szczyt przy dobrych warunkach.Chyba nigdy mi się to nie zdarzyło. Byłem zdenerwowany i przygnębiony gdyż zupełnie nie spodziewałem się takiego obrotu sytuacji. Żeby bardziej się nie dobijać poszedłem spać. 

Nawet sen nie przychodził łatwo bo w schronie było gorąco i relatywnie duszno. W nocy szereg osób wychodziło na atak szczytowy, co irytowało mnie jeszcze mocniej.  Ocknąłem się dopiero rano, relatywnie późno przed 8:00. Niewiele osób pozostało już w Carellu. Bez słowa zjedliśmy śniadanie, ubraliśmy się i zaczęliśmy zmierzać w kierunku zejścia. Pogoda była bajeczna - błękitne niebo bez jednego obłoku na niebie. 




Przed nami były jeszcze co najmniej dwie ekipy, zaś świadomość konieczności zjeżdżania zapowiadała oczekiwanie w kolejce na mrozie. Nie spieszyłem się więc. Gdy chłopaki zeszli po stalowych schodach montować stanowisko, ja jeszcze wygrzewałem się na słońcu. Teren poniżej schronu nie zachęcał do zejścia. Jednocześnie trochę zbyt połogi do zjazdu, a jednocześnie zbyt stromy i zalodzony do bezpiecznego zejścia. Z dwojga złego wybraliśmy jak nasi poprzednicy - bezpieczeństwo i zjechaliśmy. Niestety lina 30 m nie wystarczyła do kolejnego stanowiska - trzeba było jeszcze parę metrów zejść po stromych śniegach. Chłopaki zjechali i zeszli pierwsi, ja za nimi. W konsekwencji do likwidowania stanowiska zostałem sam i zwijałem linę, stojąc na zalodzonym stoku, co niezbyt mi się podobało. Natomiast na kolejnym stanowisku było bardzo tłoczno. Trójka bodajże Anglików przejeżdżająca przed nami bardzo się ślimaczyła i trzeba było na nich czekać. Dopiero gdy lina była wolna ruszyliśmy dalej. Na szczęście pogoda była wspaniała i oczekiwanie wraz z obserwacją otoczenia zupełnie nam nie przeszkadzało. Dopiero po ponad godzinie, około 150 metrów niżej udało się nam wyminąć Anglików, zjeżdżając własnym wariantem na piargi z bloku skalnego. 







Do przełęczy lwa szliśmy rozwiązani, by ponownie asekurować się dopiero na trawersie. Jako, iż zbliżało się południe, śnieg na trawersie, jaki musieliśmy pokonać nie był już twardy, ale wyjeżdżał spod nóg. Asekurowaliśmy się więc ze stałych punktów, z pół wyblinki. Poszedłem pierwszy, uważnie stawiając kroki. Dodatkowych atrakcji dostarczały manewry związane z wymijaniem się, gdyż z przeciwka szły dwa kolejne zespoły. Po pokonaniu trawersu rozwiązaliśmy się, nie chcąc ryzykować działania tzw. trójki samo bójki. Poszedłem pierwszy szybko pokonując śnieżny stok, następnie skalne żebro i znowu długi śnieżny stok zalegający w skalnym kotle. Tym samym znaleźliśmy się na wysokości około 3300 m npm. 
Tam mogłem wreszcie oswobodzić się ze sprzętu, i poczekać na Tytusa i Roberta, którzy pojawili si za kilka minut. Następnie razem zeszliśmy do schroniska Abruzzi, by potem rozdzielić się. Tytus chciał wracać asfaltem, Robert zamierzał zobaczyć jeden z pobliskich wodospadów, ja zaś jak najszybciej chciałem znaleźć się na dole. Popędziłem więc samotnie szlakiem do samochodu, by około 15:00 wreszcie dotrzeć na miejsce. 





W palącym słońcu, na parkingu w Cervini tegoroczna przygoda z Matterhornem zakończyła się. Co by tu dużo pisać - góra wygrała. Wyjazd nie poszedł na marne, gdyż nawet na samym podejściu do Carrela zdobyliśmy dużo doświadczenia. Niemniej jednak pozostał niedosyt i chęć rywalizacji. Góra nie ucieknie, a poczeka na mnie rok czy lat kilka. Najważniejsze to trafić pogodę i ruszyć w sezonie, który od południowej strony Matterhornu zaczyna się w sierpniu. 



Pozdrawiam