wtorek, 22 maja 2018

Trekking w Gorganach śladami przedwojennej granicy II Rzeczpospolitej - relacja, opis

Kiedy w maju 2014 roku roku kończyłem wyjazd z UKT Mimochodek na przełęczy Legionów w Gorganach i schodziłem o Bystricy, wiedziałem, że prędzej czy później w te góry będę chciał wrócić. Przy tym marsz wzdłuż dawnej granicy II Rzeczpospolitej i Czechosłowacji, za kamiennymi słupkami miał dla mnie w sobie to "coś", ten klimat historii i swego rodzaju niepowtarzalność. 

Po całych czterech latach oczekiwania, w 2018 roku nastąpił pozytywny zbieg okoliczności, który zadecydował o moim powrocie na Ukrainę. Otóż zestawienie ustawowych dni wolnych we wtorek i czwartek pozwalały przy odrobinie szczęścia na wygospodarowaniu 9 dni urlopu. Prognozy pogody również zapowiadały się pomyślnie, co podczas majówki nie zdarza się często. Nie pozostało nic innego, jak wygospodarować tydzień z życia i jechać. Plan obmyśliłem bardzo prosty - należało jakoś dostać się do Bystricy i podjąć masz na zachód wzdłuż linii wyznaczonej śladami słupków granicznych. Co ciekawe w chwili obecnej linia podziału II Rzeczpospolitej i Czechosłowacji dziś rozgranicza dwa ukraińskie obwody - zakarpacki i iwanofrankowski, dlatego zaznaczona jest na większości map regionu. Już od połowy kwietnia chciałem zebrać na wyjazd jakieś towarzystwo. Niestety a to ktoś nie miał urlopu, a to zaplanował co innego i ostatecznie na placu boju zostałem sam z Anitą. Nie miałem jednak zamiaru rezygnować wyjazdu.


Dzień I

W celu zmaterializowania deklaracji wyjazdowych kilka dni wcześniej kupiliśmy bilety na autobus z Krakowa do Medyki (33 zł) oraz zaopatrzyliśmy się we niezbędny prowiant. 30 kwietnia o 2:20 rano już siedzieliśmy w autobusie. Pierwszym etapem było przetrwanie nocy z przesiadką w Rzeszowie. Wszystko poszło sprawnie, choć niewygodnie i ostatecznie przed przejściem granicznym znaleźliśmy się około 5:00-6:00 rano. Poza stałymi bywalcami z okolicy, tłumów nie było i wszystko przebiegło "maszynowo". W jednym z pierwszych kantorów po stronie ukraińskiej wymieniliśmy po 100 zł, po kursie ok. 0,13-014 hrywna(UAH)/PLN. W praktyce więc ceny produktów w lokalnej walucie należało dzielić przez 7 i to dawało realną ich wartość w złotówkach, jaką trzeba było zapłacić za produkt. Po dokonaniu wymiany waluty, w biegu złapaliśmy pierwszego busika jaki jechał do Lwowa za europejską cenę 49 UAH, za osobę. 



Do miasta przetoczyliśmy się bardzo szybko, względem czasu, jaki standardowo liczyłem na podróż. Zajęła ona około 2 godzin. Niestety nie wiedząc czemu busik stanął na obrzeżach miasta, przy obwodnicy, zaś ludzie zaczęli wysiadać. Nie znając powodu również wysiedliśmy na przystanku, aby po chwili złapać pierwszy bus jadący do centrum. Tutaj zapłaciliśmy 5 UAH i po kilkunastu minutach, ok. 9:30 czasu lokalnego ( + 1 h ) byliśmy już na dworcu kolejowym we Lwowie. Rozpoczęło się poszukiwanie dalszego środka transportu do Iwanofrankowska. Najpierw pytaliśmy o pociąg, jednakże tanie bilety zostały już wykupione, a zostały jedynie miejsca po 280 UAH za osobę.
Przemieściliśmy się więc na dworzec autobusowy. Tam,  już za skromne 113 UAH zakupiliśmy bilety na autobus do Stanisławowa, na który trzeba było czekać do 10:40. W międzyczasie temperatura sporo się podniosła i zaczęło robić się gorąco. W autobusie panowała sauna. Przy tym środek transportu nie wiedząc dlaczego nie jechał główną drogą wiodącą wprost na Iwanofrankowsk, ale skierował się najpierw drogą na Kijów, a następnie skręcił w podrzędną i dziurawa asfaltówkę prowadzącą na Halicz. Podróż przez 120 km Ukrainy trwała ponad 3,5 h,. a po drodze mogliśmy przekonać się o tragicznym stanie lokalnej nawierzchni. Dominowały dziury wielkości studzienek ściekowych, kierowca jechał slalomem oboma pasami ruchu i poboczem, lawirując pomiędzy dziurami, niczym na serze szwajcarskim. Ostatecznie ok 14:10 wylądowaliśmy na dworcu w Stanisławowie, zaś jedna ze współpasażerek poprzedniego autobusu pomogła nam w znalezieniu kolejnego środka transportu - do Nadwornej (Nadvirna). Gdy autobus się zapełnił, od 15:00 ruszyliśmy już lepszej jakości drogą do miasta oddalonego o około 30 km na południowy zachód. Cena przejazdu to 30 UAH za osobę. Do Nadwornej dojechaliśmy bardzo sprawnie, po kilkudziesięciu minutach. Na miejscu okazało się, że busy do Bystricy jadą z innego miejsca, na które trzeba było się przemieścić. Gdy zaś tam dotarliśmy, usłyszałem, że bus własnie pojechał, a następny będzie za 2 godziny. Nie pozostało nic innego, jak czekać i jeść lokalne przysmaki za niewielkie pieniądze. Szczerze polecam. 





O godzinie 18:00 kolejna marszrutka się zapełniła i ruszyliśmy w dalsza drogę. Przejazd 30 km kosztował znowu 30 UAH i zapewnił nam szereg atrakcji. Droga prowadząca przez kolejne miejscowości była zdezelowana tak, że prawie nie było na niej asfaltu. Właściwie to nie potrafię powiedzieć, czy jechaliśmy po szutrze czy po asfalcie. Wiem jednak, że niemiłosiernie trzęsło, a zewsząd unosił sie kurz. Busik poruszał się z prędkością ok 20-30 km na godzinę, gdyż cały odcinek 30 km pokonaliśmy w 1:30 h. 






Po pasjonującej podroży w ciągu całego dnia pokonaliśmy z Lwowa ok 180 km, lądując o 19:30 w Bystricy. Na miejscu zakupiliśmy jeszcze po lodzie i ruszyliśmy w góry szukać miejsca na nocleg. Zdecydowałem, że nie będziemy pokonywać drogi wiodącej na przełęcz Legionów, którą schodziliśmy w 2014 roku ze względu na monotonię i brak miejsca obozowego. Postanowiłem, że wejdziemy szlakiem zielonym, prowadzącym bezpośrednio na grzbiet, a tam przetniemy linię dawnej granicy. Wieczorem przeszliśmy więc przez miejscowość i skierowaliśmy się na wschodnie stoki Gorganów. Planowaliśmy podejść do pierwszego miejsca oznaczonego na GPS znaczkiem biwaku. Niestety okazało się, że miejsce jest zupełnie nietrafione i położone głęboko w lesie. Pomimo zapadającego zmroku zdecydowaliśmy się podejść wyżej, do kolejnego biwaku. W zapadających ciemnościach szliśmy śladami ścieżki dydaktycznej, która musiała zostać sporządzona bardzo niedawno. Do kolejnego miejsca biwakowego na wys. ok. 1200 m npm dotarliśmy już po zmroku. Chociaż posiadało ono rozwiniętą infrastrukturę (ogrodzone, ławeczki, tablice, miejsce na ognisko, wiaty) to okazało się bardzo nietrafione. Źródełko, które zostało tam zlokalizowane było zaglonowane, więc musieliśmy obyć się z wodą, którą przynieśliśmy ze sobą. Ponadto wbrew pozorom, paradoksalnie trudno było znaleźć miejsce na namiot. Twórcy biwaku bowiem poprzestali na wyrównaniu terenu z grubsza buldożerami i wstawieniu kilku wiat. Generalnie porażka, z której chcąc - nie chcąc musieliśmy skorzystać. 


Dzień 2

Rano obudziliśmy się o 7:00 czasu polskiego. Miejsce nie zachęcało do dłuższego postoju toteż zjedliśmy śniadanie, zwinęliśmy biwak i poszliśmy w dalszą drogę. Dzień zapowiadał się bardzo pogodnie i ciepło. Nasz trasa prowadziła grzbietem aż do pierwszego szczytu o wysokości 1499 m npm. Na początku okolica wyglądała wiosennie. Dopiero powyżej 1400 m npm pojawiły się trudności, które towarzyszyły nam już do końca wyjazdu. Mianowicie mowa tu o śniegu, kosodrzewinie i wiatrołomach. Porównując warunki z rokiem 2014 okazało się, że aktualnie są one dużo gorsze. Pomimo, iż w dolinach wiosna przyszła około dwa tygodnie wcześniej niż zwykle, to w górach pozostało dużo więcej śniegu i połamanych drzew. Zima w okolicy musiała być bardzo surowa.






Trudności drogowe nie przeszkadzały jednak w kontynuowaniu wycieczki. Wiatrołomy należało cierpliwie obejść, a łaty śnieżne ostrożnie pokonać. W tych warunkach doszliśmy do szczytu Podini (1499 m npm) a bezpośrednio za nim przecięliśmy już linię granicy II RP i Czechosłowacji. Następnie szlak prowadził przez kosówkę stromo w dół i ponownie w górę na szczyt wzgórza Tawpisz (1451 m npm). za nim na przełęczy i połoninie po tej samej nazwie znaleźliśmy wreszcie źródełko przy którym mogliśmy zjeść i napełnić naczynia na wodę. 
Za połoniną Taupisz zaczęło się kolejne podejście, wyprowadzające na grzbiet w kierunku Sywuli. Szliśmy nim dość długo, pokonując po drodze kolejne wiatrołomy i mijając słupki graniczne z 1923 roku.





Na połoninie poniżej masywu Sywuli około 13:00 zorganizowaliśmy dłuższy postój. Do tej pory droga była bardzo dobra, a wzdłuż grzbietu prowadziła leśna droga. Na rozległej połoninie poniżej Sywuli znajdował się prawdziwy zbieg źródełek, woda biła prawie z każdej strony. Nie sposób było z niego nie skorzystać. Pierwotnie zakładaliśmy opcję wejścia na Sywule, jednak ostatecznie z tego zrezygnowaliśmy trzymając się stricte planu granicznego. Pozostanie pretekst, żeby wrócić w Gorgany ponownie.

Od tego miejsca droga zmieniała kierunek, z północnego na zachodni i południowo - zachodni. Powoli zaczęło robić się coraz bardziej dziko. Około 16:00 przez wysokie łaty śnieżne i przecinkę w kosówce dotarliśmy do szczytu Konec Gorganu (1581 m npm). Do końca dnia przeszliśmy jeszcze około dwóch kilometrów. Około 17:00 dotarliśmy na przełęcz położoną na polanie, na wysokości około 1350 m, m npm. W oddali płynął potok, sporządzone były również miejsca na ogniska. Pomimo wczesnej pory zdecydowaliśmy, że zostaniemy tam na nocleg. Możliwość komfortowego biwaku, z miejscem na ognisko i możliwość umycia się zwyciężyły. Szybko, na początku załatwiliśmy sprawy higieniczne, po czym rozbiliśmy namiot, ugotowaliśmy jedzenie i mogliśmy w spokoju podziwiać zachód słońca. To był idealny wieczór w górach.






Dzień 3

Jako, iż poprzedniego dnia wcześniej skończyliśmy, 2 maja obudziliśmy się już o 6:00 rano. Po raz kolejny pogoda zapowiadała się dobrze, chociaż na niebie pojawiały się chmurki pierzaste, zapowiadając rychłą zmianę. Po sprzątnięciu biwaku, przed 8:00 rano ruszyliśmy w dalszą drogę.  Odcinek, jaki zaplanowaliśmy do przejścia tego dnia zapowiadał marsz zalesionym  grzbietem na niedużej wysokości ok. 1200-1300 m npm, z kulminacyjnym wejściem na grzbiet ok 1600 - 1700 m npm, który skądinąd chcieliśmy przejść i rozbić namiot na przełęczy poniżej.






Początkowo realizacja zamiarów zapowiadała się prosto i poza wiatrołomami w lesie szło się bardzo dobrze. Las osłaniał od wiatru, zaś grzbiet gwarantował, że podejść nie było zbyt dużo. Do południa wzdłuż słupków granicznych prowadziła również leśna droga, więc marsz był czystą przyjemnością. Również z naszych wstępnych wyliczeń wynikało, że powinniśmy wyrobić się z trasą do końca dnia. Dopiero przy pierwszym poważnym podejściu na Małą Kieputę pojawił się problem. Słupki nagle zniknęły gdzieś w odmętach lasu, zaś droga odbiła całkiem na północ. Uznałem, że mimo wszystko trzeba trzymać się grzbietu i postanowiłem skierować dalsze kroki wprost na podejście. Niestety początkowo nie znaleźliśmy słupków, za to wpakowaliśmy się na linię starych wiatrołomów na podejściu. Musieliśmy zawrócić i zaatakować szczyt w innym miejscu. Zaczęliśmy podchodzić według GPS wprost do grzbietu. Ze względu, iż nie prowadziła tędy żadna ścieżka porządnie się namęczyliśmy, zanim osiągnęliśmy najwyższy punkt około godziny 14:00. Na miejscu postanowiliśmy odpocząć i coś zjeść. W międzyczasie uświadomiliśmy sobie, że pogoda szybko się psuje, zaś niebo przed nami, na południu widnokręgu, jest granatowe. Z tamtej strony dochodził również odgłos grzmotu. W myślach modliłem się, aby tylko burza nie zastała nas w najwyższym punkcie trasy.

Poszliśmy szybko dalej, gdyż w tym punkcie innego wyboru nie było, żadnych ścieżek alternatywnych, a cywilizacja znajdowała się około dwudziestu kilometrów przedzierania się przez lasy. Niestety, wkrótce również mogliśmy zaobserwować, że ścieżka, którą idziemy dramatycznie się skurczyła, zaś przed nami wyrosło morze kosodrzewiny, które rozpościerało się aż po horyzont. Pomimo powyższego miałem nadzieję, że tak, jak do tej pory, przez kosówkę prowadzi szeroka ścieżka. Następne godziny pokazały, jak bardzo się pomyliłem. Ścieżka okazała się wąskim przesmykiem ginącym co chwila w gąszczu kosówki, gdzie trzeba było walczyć o każdy metr. Nasze tempo i morale spadło na łeb, jednak poza torowanie drogi w wąskim korytarzu, nie mieliśmy i innego wyboru. Kilkukrotnie gubiliśmy drogę , kluczyliśmy i denerwowaliśmy się. Około 16:00 osiągnęliśmy pierwszy szczyt wzgórza - Wielka Kieputa (1607 m npm), przechodząc w ciągu ostatnich dwóch godzin około dwóch kilometrów, ale pokonując de facto najgorszy odcinek na trasie.








Zmęczeni zadawaliśmy sobie pytanie, ile trudu kosztowało wniesienie i zamontowanie tutaj słupków granicznych. Przed nami niebo grzmiało. Z drugiej, północnej strony również szalały burze. W obecnej sytuacji burza oznaczałaby dla nas katastrofę. Na szczęście póki co nie padało. Zawierucha szalała wszędzie, tylko nie w naszym morzu krzaków. Po odpoczynku rozpoczęliśmy dalszą walkę o drogę, podczas której odrapaliśmy mocno nogi i ręce, pobrudziliśmy ubrania i straciliśmy mnóstwo sił. O 17:30 osiągnęliśmy przełącz pomiędzy dwoma wzgórzami kosówkowego odcinka. Choć ryzyko, że dalej przed zmrokiem nie znajdziemy miejsca było bardzo wysokie, nalegałem na dalszy marsz, wiedząc, że im więcej tego tragicznego odcinka przejdziemy w ciągu fatalnego już dnia, tym lepiej. Sytuacja w kosodrzewinie jednak nie poprawiała się, a ja próżno wyszukiwałem polany, która nie byłaby pokryta śniegiem i była odpowiednia do rozbicia namiotu. Przeszliśmy pierwsze podejście i wdrapaliśmy się na przedwierzchołek wzgórza Busztuł (1691 m npm). Polanę znaleźliśmy dopiero kilkaset metrów dalej, około 19:30 i niezwłocznie rozbiliśmy namiot. Nasza kondycja psychiczna po kilku godzinach w kosodrzewinie nie była dobra. Ja tylko cieszyłem się, że pogoda naprawdę nas oszczędziła. Gdyby nad nami przeszła burza, sytuacja byłaby o wiele gorsza.



Do nastrojów przywrócił nas dopiero palnik, ciepła herbata i jedzenie. Mieliśmy nadzieję na lepsze warunki kolejnego dnia. Zdawałem sobie sprawę, że było trudno i niewygodnie, jednak dobrze było przejść ten odcinek szlaku granicznego. Poczułem, że faktycznie ukraińskie góry mogą być dzikie i uczyć szacunku. Zobaczyłem też cos nowego, gdyż jeszcze nie miałem okazji iść aż tak długiego odcinka w tak gęstej i uciążliwej kosodrzewinie. Wiedziałem też, że ten odcinek to raczej coś, co robi się tylko raz w życiu i drugi raz nie chciałbym go powtarzać.


Dzień 4


Pomimo, iż niebo w środę wieczorem mieniło się granatem i fioletem, rano po zachmurzeniu nie było śladu. Zapowiadała się bajeczna pogoda. Nauczeni po wczorajszej lekcji, aby zakończyć około dwukilometrowy odcinek w kosodrzewinie ubraliśmy się odpowiednio, w długie spodnie i kurtki. Pocięte wczoraj nogi i ręce już wystarczająco piekły w nocy, aby kolejny raz pozwolić sobie na podobną przyjemność po raz drugi. Po zwinięciu biwaku, około 7:30 wyruszyliśmy ponownie przez gąszcz. Na tym odcinku było już lepiej, chociaż pomimo wyraźniejszej ścieżki kilkukrotnie musieliśmy zastanawiać się, którędy pójść. Odcinek do wzgórza Busztuł (1691 m npm) i dalej w dół pokonaliśmy bez większych problemów. Dopiero około godziny 10:30 zeszliśmy poniżej 1600 i linii kosodrzewiny, mając nadzieję, że takie przyjemności szybko nam się ponownie nie przydarzą. Po wyjściu z gęstwiny dotarliśmy na przełęcz i rozległą polanę, gdzie urządziliśmy dłuższy postój. Tutaj mogliśmy przebrać ubrania na krótkie i przygotować się na pełne słońce, które od rana świeciło niesamowicie mocno.







Dalsza droga wzdłuż słupków granicznych wchodziła jeszcze na jeden szczyt powyżej 1500 npm (Probita - 1518 m npm) po czym drastycznie traciła na wysokości. Do znakowanego szlaku turystycznego, który opuściliśmy dwa dni wcześniej, dotarliśmy dopiero kilka kilometrów dalej - na Niemieckiej Przełęczy (1177 m npm). Tam też, przy rozpadającej się wiacie turystycznej urządziliśmy dłuższy postój. "Nasi" tu byli i niestety, co przyciągnęło naszą uwagę, zostawili po sobie śmieci z rodzimymi (polskimi) etykietami. Zniesmaczeni poszliśmy dalej, niosąc nasze śmieci w plecaku. Pomimo, iż od tamtej chwili co jakiś czas na drzewach pojawiały się biało-niebieskie znaczki, to charakter szlaku z grubsza się nie zmienił. Podążaliśmy teraz na północ gęstym lasem, z którego zieleń aż kipiała. W powietrzu czuło się prawdziwie wiosenny klimat.






Na horyzoncie zaś rysował się nasz cel, czyli kolejny masyw Gorganów pokryty polami gołoborzy - rezerwat przyrody "Grofa". Dotarliśmy do niego dopiero po kilku godzinach marszu. Gdy podejście na prowadzące na stoki Pietrosa (1702 m npm) zaczęło robić się bardziej strome opuściliśmy linię słupków granicznych, by trawersować w kierunku zachodnim stoki pobliskiego wzgórza i przełęczy. Szlak był poprowadzony w ten sposób, gdyż wejście bezpośrednio na wprost z powodu stromizny było raczej wykluczone. Na trawersie, jaki przechodziliśmy i którym wiodła ścieżka, wbrew pozorom również towarzyszyły nam wiatrołomy. Nie tylko tegoroczne, ale również stare, powalone drzewa, które stały się elementem krajobrazu. Nieraz kłody o średnicy pół metra sprawiały poważny problem do rozwiązania. Najpierw podążaliśmy przez las, następnie wyszliśmy na gołoborza, z których rozpościerał się piękny widok na całą naszą dzisiejszą drogę. Na szczęście w ciągu dnia poruszaliśmy się w cieniu, gdyż temperatura na otwartej przestrzeni wzrastała gwałtownie, a marsz starał się nieznośny. Z gołoborzy ścieżka wchodziła w kosodrzewinę. Na szczęście to pasmo było już bardziej popularne, przez co w kosówce utworzone były ścieżki, którymi marsz przebiegał relatywnie komfortowo.






Na przełęczy spędziliśmy dłuższą chwilę, planując dalszą drogę. Z racji godziny 15:30 nie pozostało niż innego, jak skierować się na czerwony szlak na północny zachód, wiodący do Osmołody. Na nocleg chcieliśmy dotrzeć do miejsca biwakowego u podnóża grzbietu, którym schodziliśmy, przy rzece Pietros. Na miejsce dzieliło nas około 8 kilometrów.
Dalsza droga z przełęczy w 99% wiodła przez kosodrzewinę korytarzem ciągnącym się po horyzont. Po kilku kilometrach spotkaliśmy pierwszego i ostatniego na czterodniowej trasie turystę z Polski, który zmierzał w przeciwnym kierunku. Wymieniliśmy kilka zdań i poszliśmy dalej. Jeszcze przed szczytem Pietrosa natknęliśmy się z powrotem na ostatni słupek graniczny na naszej trasie nr 64. Pożegnaliśmy go z sentymentem. Jeszcze długi czas jakoś nieswojo będziemy się czuli nie spotykając ich po drodze.






Po wejściu na wspomniany szczyt Pietros, szlak czerwony kierował się na północ i zaczął tracić na wysokości. Pokonywaliśmy kolejne połacie kosówki, mając nadzieję szybko ją opuścić. Problem rozpoczął się, gdy musieliśmy pokonywać strome stoki śnieżne. Trzeba było uważać żeby nie ześliznąć się z nich kilkadziesiąt metrów w dół i jednocześnie schodząc trafić we właściwy korytarz w kosodrzewinie. Nie zawsze było to oczywiste i parę razy kosztowało nas trochę nerwów.
Dopiero po opuszczeniu kosówki ścieżka stała się bardzo wyraźna i ciekawym grzbietem prowadziła do doliny. Niemniej jednak czas nieubłaganie leciał, a im niżej, tym robiło się chłodniej. Dodatkowo od spotkanego turysty uzyskaliśmy informację , że poranny bus z Osmołody do cywilizacji odjeżdża o 9:30 rano, a kolejny jest dopiero wieczorem. Pomyśleliśmy, że dobrze byłoby zdążyć na godzinę poranną. W końcu, gdy około 20:00 dotarliśmy do rzeki, zdecydowaliśmy, że pójdziemy jeszcze do pobliskiej miejscowości Ryzarnia, położonej 6 km dalej. Według mapy znajdowało się tam miele dogodnych miejsc biwakowych. Wspomniany odcinek wiódł szeroką drogą szutrową, przeznaczoną dla samochodów wożących drewno. Przy bolących nogach i gasnącym dniu atmosfera stała się nieciekawa, zaś marsz zaczął się dłużyć. Do zabudowań przysiółku dotarliśmy już po 21:00, po zmroku. Wybór miejsca nie był przy tym oczywisty i za moją sugestia poszliśmy nie na polane przy drodze za leśniczówką, ale na zadrzewione miejsce przy rzecze. Na domiar złego, pod koniec dnia jeszcze pokłóciliśmy się i z fatalnymi nastrojami poszliśmy spać.




Dzień 5


Rankiem, ostatniego dnia w dziczy nie traciliśmy czasu. Zdziwiliśmy się, gdyż przy rzece w dolinie panował nieprzyjemny chłód, od którego odzwyczaiła nas inwersja i ostatnie noclegi na wysokości powyżej 1200 m npm. Przy śniadaniu i zwijaniu namiotu zmarzliśmy lecz działało to na nas tylko motywująco. Od Osmołody dzieliło nas zaledwie około 4 km, które pokonaliśmy jeszcze zanim oświetliło nas słońce. Dobra pogoda stała się przyjemna regułą, do której szybko przywykliśmy.





Pomimo, iż już o 9:00 byliśmy w miejscowości, wokoło panowała swego rodzaju pustka. Miejscowych kręciło się niewielu, zaś po drodze jeździły jedyne samochody wiozące drewno z lasu. Miejscowość za to, w odróżnieniu od Bystricy, z której wyszliśmy  wydawała się relatywnie bogata. Szczególnie uwagę przykuwały pokaźnej wielkości domy wykonane w całości z drewna (nawet piętrowe). Widocznym jednak było, że jesteśmy tutaj ewidentnie przed sezonem i miejscowość nie obudziła się jeszcze ze snu zimowego. Zapytany po drodze miejscowy za to sprecyzował posiadane przez nas informacje, które teraz okazały się prawdziwe. Bus kursuje na trasie Osmołoda - Kałusz dwa razy dziennie: z Osmołody o godz 10:40 rano  i  bodajże o 17:40 , z Kałusza o 7:00 rano  i 14:00. Podaję ta informację, gdyż jest istotna pod kątem logistycznym.



Chociaż pomiędzy punktami jest około 50 km, bus jedzie około 3,5 h po drodze dziurawej jak żółty ser i kosztował 65 UAH.  Podróż była bardzo długa i niewygodna. Szutrowa droga kurzyła niesamowicie, a kierowca do jakiś czas rozpylał wodę przeciwko kurzowi unoszącego się w busie. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełnił fakt, że około 10 km przed Kałuszem busik "nawalił" i musieliśmy się po prostu ewakuować.  Znajdowaliśmy się na szczęście na drodze głównie pomiędzy miastami Dolina i Kałusz. Następnie wraz z trójką Polaków, który również wracali z Gorganów złapaliśmy kolejnego busika, który jechał do Bolechowa. Uznaliśmy , że stamtąd mimo wszystko jest bliżej do Lwowa i dla nas to lepsze rozwiązanie niż stać pod Kałuszem. Zapłaciliśmy po 30 UAH i pojechaliśmy około 30 km. W Bolechowie ruch był duży, ale autobusów wbrew pozorom przejeżdżało niewiele. Od Lwowa dzieliło nas około 100 km.  Tak blisko i tak daleko - w zależności od drogi - od trzech do czterech godzin.  Wyczekiwanie niestety nie było komfortowe, gdyż nie mieliśmy żadnego rozkładu i trzeba było czekać na przystanku i zatrzymać bus, jeżeli się taki pojawi. Na szczęście takowy pokazał się dość szybko - tj. około pół godziny później i co najlepsze - jechał bezpośrednio do Lwowa. Zapłaciliśmy również relatywnie niewiele - tj. 65 UAH. Przed 16:00 dotarliśmy do Lwowa.

Drga jakoś upłynęła, natomiast stan dróg krajowych prowadzących do miasta zaskoczył mnie zupełnie. Na niekorzyść oczywiście. O tym, że drogi na Ukrainie są fatalne wiedziałem, ale miałem nadzieję, że odnosi się to jedynie do dróg niższego rzędu. Do tej pory nie miałem okazji podróżować  szosami po tym kraju, gdyż w większości poruszałem się koleją, bądź zwiedzałem Lwów. Tak też w mojej ocenie ukraińskie drogi widzi statystyczny Polak - jako złe, ale nie tragiczne. Z moich obserwacji wynika jednak, że w rzeczywistości jest gorzej nawet niż się wydaje. Na drodze krajowej z Kałusza do Lwowa, na pewnych odcinkach dziur jest więcej niż asfaltu. Samochody jeżdżą slalomem różnymi pasami ruchu. Na odcinkach wybitnie dziurawych po obu stronach pobocza wyrobione są dodatkowe pasy ruchu w poboczu, którymi poruszają się samochody omijając wyboistą drogę. Pierwsza myśl rodząca się w głowie - trzeci świat. Druga - w jakim pięknym i nowoczesnym kraju mam okazję żyć. Nic dziwnego, że 200 kilometrową podróż odbywa się cały dzień.

Wracam jednak do opowieści. Wylądowawszy na dworcu we Lwowie poszliśmy od razu na kawę, kwas i jedzenie. Nie spieszyliśmy się, gdyż z tego miejsca zawsze odjeżdżały marszrutki do granicy. Jakież było nasze zdziwienie, gdy już po jedzeniu poszliśmy w znajome miejsce i pomimo poszukiwań nie znaleźliśmy żadnego transportu poza taksówkami. Również nie łatwo było uzyskać informację gdzie mamy szukać transportu. Dopiero jeden z przechodniów wskazał, że busy do Szehini są teraz na obrzeżach miasta na zachodnim dworcu niedaleko METRA (dopiero na miejscu dowiedziałem się, że chodzi o supermarket). Powyższe okoliczności z oczywistej sytuacji wygenerowały problem. Nie wiedziałem gdzie iść, ale na głównej ulicy po prostu wsiadłem do autobusu i zapytam. Miejscowi okazali się bardzo pomocni, a i ja miałem trochę szczęścia, że trafiłem akurat pojazd, który jechał tam, gdzie potrzebowałem. Po pół godziny jakoś udało się przebić przez korki i przed 18:00 dotarliśmy do dworca zachodniego, który znajdował się przy samej obwodnicy miasta (5 UAH). Bus na granicę akurat odjeżdżał, gdy do niego wsiadaliśmy. Zapłaciliśmy po 50 UAH i pojechaliśmy. Przed 20:00 dotarliśmy do granicy i zrobiliśmy tradycyjne zakupy. Przejście poszło bardzo sprawnie i zajęło około pół godziny. W drodze powrotnej nie udało się zarezerwować autobusu i musieliśmy wracać transportem łączonym przez Przemyśl. O 21:39 wyjechaliśmy w stronę Krakowa (45 zł). Do miejsce zamieszkania dotarliśmy już kolejnego dnia o 2:00 rano, po dokładnie pięciu dniach od wyjścia z mieszkania. To była wspaniała i męcząca podróż. Właśnie tego mi już od kilku miesięcy brakowało.



Podsumowując cały wyjazd, warto było na Ukrainę pojechać. W szczególności dlatego, że pogoda udała się wyśmienicie. Należy jednak pamiętać, że podróż w Gorgany nie będzie wycieczką dla każdego. Wyjazd kosztuje sporo nerwów i czasu. Trzeba przestawić się na wschodni styl, gdzie nic nie robi się szybko i na wszystko jest czas. W konsekwencji podróż trwa minimum cały dzień w jedną stronę, zaś przejazd składa się z kilku mniejszych podróży, który ch czasu nie sposób przewidzieć. Trudy rekompensuje jednak kurs hrywny i niesamowita atmosfera oraz dzikość gór, której próżno szukać w Polsce, czy na zachodzie Europy. Jeżeli ktoś lubi mój niekonwencjonalny sposób podróżowania i wygody mu nie potrzebne, z pewnością będzie zadowolony. Polecam

Tomasz Duda