poniedziałek, 11 grudnia 2017

Łomnica drogą Jordana (II)

Już podczas powrotu z wyjazdu na Gerlach, w sierpniowy sobotni wieczór, w samochodzie wywiązała się rozmowa o kolejnym szczycie z listy Wielkiej Korony Tatr - Łomnicy.
Bodajże Marcin, choć na 100% nie jestem kto, rzucił w pewnym momencie hasło, że chociaż na ten szczyt nie ma szlaku, to można dostać się tam stosunkowo łatwą drogą wspinaczkową, tzw. drogą Jordana. W tamtej chwili nazwę słyszałem po raz pierwszy i bardzo mnie ona zaciekawiła.
Zacząłem szukać informacji już następnego dnia, ściągać opisy i przewodniki WKP i w głowie powoli zaczął krystalizować mi się plan co do wyjazdu na ten drugi co do wysokości tatrzański szczyt (2634 m npm), na który nie prowadzi żaden szlak turystyczny. To by dopiero było coś! 



Przeglądając mapę Tatr spostrzegłem przy tym, iż  w masywie Łomnicy znajduje się również inny wierzchołek korony Tatr - Durny Szczyt ( 2623 m npm) - czwarty z kolei, co do wysokości. Plan więc w głowie już mi wykiełkował - próba upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu.



W najbliższą sobotę rano zabraliśmy się za wykonanie. W Tatry jechałem wraz z Anitą i Krzyśkiem. Tym razem wyjechaliśmy nieco później i około 5:00 wysiedliśmy z samochodu w Starym Smokovcu. Jako, iż okolicę odwiedzaliśmy dwa tygodnie wcześniej nie było problemu z dobraniem parkingu i znalezieniem wyjścia na szlak. Wraz ze wstającym słońcem ruszyliśmy do góry, w kierunku Hrebenoka i Rainerovej Chaty. Następnie skierowaliśmy się do schroniska Zamkowskiego, skracając szlak ścieżką dla tragarzy. Na miejsce dotarliśmy po ok. 1:20 h trekkingu oraz zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę i śniadanie. Turystów właściwie nie było, a wszystko niewątpliwie z powodu wczesnej pory.



Po odpoczynku raźno ruszyliśmy dalej szlakiem zielonym, wiodącym przez Dolinę Małej Zimnej Wody do schroniska Teryho. Zapowiadał się piękny dzień. Chociaż prognozy standardowo na popołudnie zapowiadały załamanie, póki co byliśmy pełni optymizmu i gotowi do działania. Przed 8:00 wygrzewaliśmy się już przed schroniskiem, w promieniach poranka i z panoramą Doliny Pięciu Stawów Spiskich. Tutaj panował już większy ruch i sporo turystów nocujących w schronisku szykowało się do wyjścia na szlak. Jako, iż na naszej trasie był to ostatni punkt, skąd można dobrze obejrzeć planowaną drogę, rozejrzeliśmy się dokładnie wyznaczając palcem na niebie trasę i domniemany Klimkowy Żleb, do którego chcieliśmy trafić.





Po przestudiowaniu zdjęć i opisu poszliśmy w kierunku północno-wschodnim szukając wydeptanej ścieżki. Ku naszemu zdziwieniu ta była całkiem wyraźna, przez co nie mieliśmy problemu ze znalezieniem właściwej drogi. Trzeba było po prostu uważnie patrzeć pod nogi. Bez pośpiechu doszliśmy pod ścianę, a właściwie pod rynnę żlebu. Tam założyliśmy kaski i uprzęże, jako iż Klimkowy żleb podobno należy do kruchych. Mieliśmy za to problem z trafieniem na właściwą drogę, tzn początek żlebu wydawał się zdecydowanie trudniejszy niż zapowiadane O+. Po chwili znudziło nam się jednak szukanie i weszliśmy w formację skalną w pierwszym lepszym miejscu. Dalej już maszerowaliśmy/wspinaliśmy się żlebem. Niespiesznie, sprawnie, przyjemnie. Formacja do trudnych nie należała, toteż systematycznie zdobywaliśmy wysokość. Z opisu żleb w jednym momencie miał być zdecydowanie trudniejszy, jednak niczego takiego nie stwierdziłem. Po drodze spotkaliśmy za to kilka "rozgałęzień" obawiając się, że nie trafimy we właściwe. Mimo obaw udało się to bez problemu. Zapowiadana kruszyzna owszem była, jednak bez tragedii i przy uważnym chodzeniu udało się uniknąć spadających kamieni.

W Klimkowym żlebie



Szybko wygrzebaliśmy się na rzełęcz, gdzie zrobiliśmy krótki postój. Jako, iż niebawem zaczęło wiać, nie posiedzieliśmy długo, szybko kierując się granią na południe. Jakiś czas nie było wydeptanych śladów, ale wkrótce przecięliśmy właściwą drogę na Durnej Grani. Szliśmy niezwiązani, gdyż teren nie był trudny. Może trudniejszy niż w Żlebie, ale za to mniej kruchy i bardziej pewny. Droga prowadziła intuicyjnie, a nieraz jako prowadzący kierowałem się intuicją. Przez pewien czas szedłem drogą, jakiś czas nie, aby niebawem spotkać ją znowu. W pewnym momencie wpakowałem nasza trójkę trochę trudniejszy teren typu II, jednak z dobrymi chwytami. Niebawem usłyszałem z tyłu głos Krzyśka, że pora się związać. Jako, iż dosłownie kilkadziesiąt metrów dzieliło nas od Durnego Szczytu, zaproponowałem aby na nim zaplanować dalsze działania.





Widok z Durnego szczytu, w tle Łomnica


Durny Szczyt zaoferował nam piękną panoramę, w szczególności na Łomnicę, która zdawała się być dostępna na wyciągnięcie ręki. Analogicznie monumentalne wrażenie robił Lodowy Szczyt, który zdawał się być najwyższy ze wszystkich okolicznych wierzchołków. Pogoda jeszcze dopisywała, ale Łomnica do jakiś czas pokrywała się chmurami i zachmurzenie wyraźnie rysowało się na horyzoncie.
Tu również odpuściliśmy jeszcze wiązanie się, zważywszy, że niebawem zapowiadały się zjazdy. Idąc z Durnego Szczytu w kierunku Klimkowej Przełęczy schodzimy dosłownie kilkadziesiąt metrów, po czym znajdujemy opisywany w przewodnikach ring zjazdowy. Pierwszy zjazd jest krótki - około kilkunastu dwudziestu metrów. Jadę, pierwszy, za mną Krzysiek i Anita. Po zjeździe na półkę kilka metrów dalej jest kolejne stanowisko tym razem z taśm i repów, połączonych stalowym karabinkiem. Ten zjazd jest już dłuższy i liczy około 40 metrów w pionie. Pokonujemy go w analogicznej kolejności. Nieopodal już czeka nas Klimkowa Przełęcz, tj najniższy punkt grani i droga Jordana.

Zjazd z Durnego Szczytu
Właściwie cały przebieg drogi Jordana ze ściany Durnego Szczytu




Na przełęczy związujemy się liną i Jordanka idziemy już dalej na lotnej. W oddali widać kilka zespołów, które pną się w kierunku kopuły szczytowej Łomnicy. Na szczycie gromada ludzie ciekawie przygląda się turystom na drodze Jordana i Grani Wideł, gdzie również widać dwa wspinające się zespoły. Przemierzamy powoli kolejne metry, zaliczając po drodze Durną Turniczkę, Zębatą Turnię i schodzimy na Wyżnią Poślednią Przełączkę. Zaczynają się pierwsze stalowe ułatwienia, w postaci klamer i łańcuchów, które częściej lub rzadziej towarzyszyć nam będą już do samego szczytu. Idę pierwszy, zakładając po drodze przeloty. Jestem trochę zły, gdyż ze sztucznymi ułatwieniami droga nie przedstawia żadnych trudności. Poruszam się sprawnie, a ogranicza mnie jedynie lina. Na kominie Franza mamy lekki zator, gdyż akurat gdy wiszę na klamrach, Anita i Krzysiek ciągną za linę, mówiąc abym poczekał, tymczasem sytuacja nie należała do komfortowych i oczekiwaniu nie sprzyjała. Wspomniany komin Franza jest obity klamrami i zabezpieczony łańcuchami. W mojej ocenie ułatwień jest zdecydowanie za dużo.  Trzeba jednak przyznać, że formacja robi wrażenie, zaś wejście bez zabezpieczeń wyceniłbym powyżej sugerowanego poziomu II.  Za kominem Franca znajduje się jeszcze kilka łańcuchów, a za nimi kopuła szczytowa Łomnicy.
Szybko wchodzimy na szczyt, przekraczamy barierki i mijamy zdziwionych turystów. Jest godzina 14:00 i wejście od schroniska zajęło nam około 6 h.


W tle Durny Szczyt






Na szczycie Łomnicy w komplecie

Pomimo, iż nie padało, przez szczyt przewijały się chmury. Co jakiś czas z pomostu można  było podziwiać widoki, jednak cały widnokrąg spowity był chmurami. Na szczycie rozwiązaliśmy się i zaczęliśmy chować sprzęt do plecaków. W pewnym momencie do stolika, na którym się rozłożyliśmy przyszła anglojęzyczna dziewczyna, prosząc nas o pomoc. Okazało się, że będziemy brać udział w "akcji ratunkowej" a poszkodowanym jest telefon. Mianowicie okazało się, że chłopak dziewczyny, która do nas zagadała, robiąc zdjęcia na stalowej platformie znajdującej się na szczycie Łomnicy stracił telefon, który  poleciał ok. 50 m i zatrzymał się w skałach. Wraz z Krzyśkiem zdecydowaliśmy, że oczywiście pomożemy. Jako, iż nie zdążyliśmy jeszcze ściągnąć z siebie uprzęży, zabraliśmy tylko linę. Po krótkim rozpoznaniu terenu sporządziliśmy stanowisko na samym szczycie, po czym Krzysiek rozpoczął upuszczać mnie na linie w kierunku telefonu, leżącego ok. 50 m poniżej. Cała operacja nie była trudna, czy spektakularna, jednak wywoła niemałą sensację. Nasza dwójka skierowała na siebie wzrok całej szczytowej społeczności. Pomimo skrępowania szybko zostałem opuszczony, udało się znaleźć telefon po czym asekurowany wszedłem po skałach do stanowiska. Akacja trwała kilkanaście minut, po czym telefon wrócił do właściciela. Pomimo, iż nic nie chcieliśmy w zamian, Anglicy w ramach wdzięczności zapewnili nam kawę i herbatę w kawiarni na szczycie. Zrobiło nam się niezwykle miło, nawet nie z racji podarunku, ale że w jakiś sposób udało się wykorzystać swoje umiejętności, aby pomóc innym osobom.




Przed 15:00 opuściliśmy ciepły szczyt Łomnicy kierując się w stronę zejścia na stronę południową i Łomnickiej Przełęczy. Na zejściu szliśmy już niezwiązani, dyndając na łańcuchach i uważając na usuwające się spod nóg kamienie. Pomimo, iż siodło z oddali było doskonale widoczne i wydawało się znajdować na wyciągnięcie ręki, schodziliśmy długo. Jako, iż cale skupienie i napięcie opadło z nas na szczycie, w tym momencie zaczęliśmy odczuwać brak snu i znużenie. Marsz przeciągał się, zaś wizja samochodu była bardzo odległa. Niestety wokoło chmury nabrały koloru granatowego, zaś w dolinach widzieliśmy już smugi deszczu, świadczące o rychłym załamaniu pogody. Gdy już maszerowaliśmy kamienną ścieżką wzdłuż wyciągu, a poniżej Łomnickiej Przełęczy, od północy usłyszeliśmy grzmoty, które zmotywowały nas do działania. Od tego momentu pogoda psuła się z minuty na minutę. Gdy dotarliśmy do kosodrzewiny zaczął padać deszcz. Aby uniknąć ulewy puściliśmy się biegiem wraz z Anitą do górnej stacji kolejki, która była już nieopodal. Niebawem pojawił się Krzysiek i razem przeczekaliśmy opady.

Łańcuchy na zejściu

Chwilowe przejaśnienia na Łomnickiej przełęczy

Na szczęście deszcz był jedynie przelotnym straszakiem i po chwili kontynuowaliśmy już dalszą drogę. Przy Łomnickim Schronisku zmieniliśmy kierunek, kierując się czerwonym szlakiem w kierunku Schroniska Zamkovksiego, trawersując masyw górski, na południe od Zadniej Łomnickiej Czuby. Teraz już spieszyliśmy się, chcąc zdążyć przed burzą. Mieliśmy świadomość, że jeżeli przemokniemy to z kolejnego dnia w Tatrach nici. Tymczasem przed nami niebo szalało. Analogicznie pioruny przewijały się po całym widnokręgu. Do dziś dziwię się, że chyba jedynie nad nami nie padało. Szybko dotarliśmy do pierwotnej drogi wejściowej, choć było już po 18:00. Na tym znanym nam odcinku zrobiło się już nieco raźniej, szczególnie ze względu na Polaków, mijanych na każdym kroku.  Wraz z Anitą szedłem bardziej z przodu, Krzysiek szedł wolniej narzekając na odbite od kamieni stopy.  Na Hrebenioku zameldowaliśmy się przed zmrokiem i nie zatrzymując się pognaliśmy dalej. Przed nami szalała burza i jedynym celem było dotarcie suchą stopą do samochodu. W Starym Smokovcu znaleźliśmy się już po ciemku, nie wierząc jak to możliwe, że uniknęliśmy deszczu. Mogliśmy odetchnąć i skupić się sukcesie akcji górskiej i zmęczeniu, które niebawem dało o sobie znać.



Podsumowując, akacja górska zajęła nam ok. 14-15 godzin od parkingu do parkingu. Opcja bez noclegu, jaką wybraliśmy jest bardzo męcząca i wymaga nieco wytrzymałości. Trzeba również trafić z pogodą i mieć trochę szczęścia, jak my w tamtym momencie. Droga jest miejscami krucha, gdybym miał porównywać z drogą Martina na Gerlachu, jaką robiliśmy tydzień wcześniej, to według mnie jest bardziej krucho. Siląc się na kolejne porównania z powyższym, to "Jordanka" jest łatwiejsza od drogi Martina, ze względu na długość (jest znacznie krótsza) oraz sztuczne ułatwienia. Te ostatnie powodują, iż według mnie wrażenia są dużo mniejsze, zaś satysfakcja również nieporównywalna in minus. Chociaż ja najpierw robiłem drogę Jordana na Łomnicę, a dopiero następnie drogę Martina na Gerlach, początkującym radzę obrać odwrotną kolejność. Ta druga jest zdecydowanie krótsza, łatwiejsza, z ułatwieniami, daje lepsze możliwości wycofu. Ponadto nibagatelną role odgrywa górna stacja kolejki na szczycie Łomnicy. Można tam przeczekać ulewę, czy nawet zjechać jeżeli odechce się nam dalszej wycieczki.
Zdecydowanie polecam.

Pozdrawiam

Tomasz Duda




poniedziałek, 4 grudnia 2017

Scarpa Phantom 6000 - test, recenzja, opinia po 4 sezonach użytkowania

Witam wszystkich.

Dziś przedstawię test/ recenzję/ opinię jednych z moich butów wysokogórskich. Co więcej, będzie to relacja moich najbardziej profesjonalnych, ekstremalnych, ekspedycyjnych butów, w których przechodziłem 4 sezony, po czym zbyłem w lipcu bieżącego roku, w Peru...
Wypada również wspomnieć, że to najdroższe buty, jakie kupiłem w życiu.

Brzmi fajnie, a mowa o butach Scarpa Phantom 6000.


Zdjęcie poglądowe producenta


Pochodzenie
Buty nabyłem w 2013 roku, przed wyjazdem na Pik Lenina, za relatywnie niewysoką cenę. Nowa para kosztowała mnie 1470 zł.  Kupiłem rozmiar 46, czyli teoretycznie o jeden numer większe od butów biegowych i dwa numery większe od butów codziennych. dziwnym trafem okoliczności, wkładka z botku wewnętrznym była oznaczona nr 44 (wydaje mi się, że błędnie).  Jeżeli chodzi o przeznaczenie, to góry obuwie miało służyć typowo na wyjazdy w góry wysokie tj. powyżej 5000 m npm.  Zanim je nabyłem przeszukałem szereg konkurencyjnych egzemplarzy, jednak Scarpa Phantom 6000 wydawały mi się najlepsze. A dlaczego były konkurencyjne? Oto kilka punktów, na które zwracałem uwagę przy zakupie:
1. Waga - wolałem dołożyć trochę grosza i kupić buty ekspedycyjne niż np typowe skorupy;
2. Tzw. getry zewnętrzne oraz konstrukcja zamykana za zamek błyskawiczny;
3. Ciepłe, a jednocześnie nie typowo "himalajskie" obuwie (za taki typ uważam buty z ochraniaczem sięgającym niewiele poniżej kolana);
4. Podeszwa typu D, sztywna, ale jednocześnie elastyczna, pozwalająca na używanie obuwia do trekingów.
Scarpy spełniały wszystkie te warunki i wydawały się strzałem w dziesiątkę. 
Przy okazji napiszę, że buty kupiłem wraz z trzema kolegami, dlatego mam dość szeroki ogląd na sprawę i w tym poście napiszę również, jak zachowywały się ich buty.

Kirgistan 2013, Buty na pierwszym wyjeździe na Pik Lenina
Kirgistan 2013, sznurowanie



Wykonanie, materiały
Buty wykonane są solidnie i dokładnie. Nie stwierdziłem odklejających się elementów, czy wystających nitek. Scarpa Phantom 6000  sporządzono właściwie w całości z materiałów sztucznych. No może poza dosłownie marginalnymi wykończeniami (chociaż nie jestem w stanie stwierdzić, czy są one skórzane, czy to imitacja). Fani naturalnego charakteru mogą czuć się zniesmaczeni, jednak ja to całkowicie popieram, a nawet powiem, że jest to zdecydowanie lepsze rozwiązanie, gdyż pozwala na minimalizację absorbowania wody przez mokre buty i redukcję wagi. W efekcie w każdych warunkach obuwie naprawdę jak na swoje gabaryty są lekkie. 
Wewnętrzny botek niestety jest bardziej delikatny. Na szczęście ma podgumowaną podeszwę i ostrożnie można w nim poruszać się na biwaku, czy po ośnieżonym obozie. Ma przy tym budowę cienkiego nieprzepuszczalnego termosu, od wewnątrz podklejonego materiałem odbijającym ciepło. Nie oddycha, ale to chyba jest regułą w butach ekspedycyjnych.

Tatry 2014, po biwaku



Użytkowanie, czyli trudna współpraca

Najpierw opiszę spektrum użytkowania buta. Jest ono ekstremalnie szerokie. W butach walczyłem w Tatrach zimą, latem w Kaukazie, Pamirze, Ten-Szanie i w Andach. Znajomi, którzy kupowali ze mną Phantomy i mają je do dziś, używali ich również w Alpach latem. 
Warto przy tym wskazać, że buty służyły mi nie tylko "pod raki" i do człapania pomiędzy obozami w czasie ekspedycji, ale również sporo dosłownie PRZESZŁY. Wraz ze znajomymi uużywaliśmy butów niezgodnie z przeznaczeniem i nieraz celem minimalizacji wagi plecaka, szliśmy w nich kilka, kilkanaście, czy kilkadziesiąt kilometrów zanim wreszcie znaleźliśmy się w bazie. Co więcej, podczas wyprawy na Khan Tengri w butach pokonaliśmy trekking ponad 60 km z Mayda Adir do Base Camp w ciągu pięciodniowego marszu po lodowcu. Był to niesamowity sprawdzian, szczególnie dla tego typu obuwia. 
Do typowej wspinaczki lodowej Scarpa Phantom 6000 nie używałem i nie chcę się wypowiadać, jak mogą służyć do tego celu (inni polecają :)). 

Kirgistan 2014, Trekking w kierunku Khan Tengri


Zacznijmy test od używania butów do celu, do jakiego nie były stworzone - trekkingu. Patrząc obiektywnie na to zastosowanie, nie jestem na buty obrażony, jednak zadowolony również nie bardzo. Przede wszystkim trzeba przyznać, że są one wytrzymałe, zarówno cała konstrukcja, jak i podeszwa, która znakomicie zniosła trekking w trudnym terenie. Wiem, że buty ekspedycyjne bywają robione typowo pod lód i śnieg, zaś na skałach mocno się niszczą. U mnie by się takowe rozleciały. Tymczasem Scarpa Phantom 6000 dały radę, i biorąc pod uwagę, że buty przeszły w sumie na pewno ponad 300 km, podeszwa po 4 sezonach była w naprawdę dobrym stanie. 
Co do komfortu trekkingu, to trzeba się przyzwyczaić, ze jest niewygodnie. Przy tym ja i moi znajomi mamy w tym temacie mieszane odczucia. Podczas trekkingu do BC pod Khan Tengri Phantom 6000 strasznie mnie obtarły. Co więcej, zawsze wykazywały tendencję, aby doprowadzać moje pięty do zagłady. Co ciekawe, koledzy w takich samych butach nie mieli tego problemu.  Być może to przez kształt mojej pięty, który nie jest kompatybilny z modelowym kształtem stopy forsowanym przez Scarpę. Nie wiem. Osobiście fakt obcierania przy trekkingu uważam za dużą, ale to bardzo dużą wadę. 
Kilometry trekkingu nauczyły mnie pewnej taktyki używania butów, którą się podzielę. Mianowice, komfort jest dużo większy, a obtarcia mniejsze, gdy co dwie godziny zatrzymujemy się, zdejmujemy buty i suszymy stopy i skarpety. 
Niemniej jednak trzeba przyznać,  że pomimo niewygody buty spełniały swoją rolę i nie zawiodły mnie w czasie marszu. Biorąc pod uwagę, że nie do tego zostały stworzone. 

Kirgistan 2014, Efekt trzech dni trekkingu w Scarpach
Kirgistan 2014, Tradycyjne suszenie stóp, co dwie godziny


Teraz przejdźmy do typowego użytkowania butów w warunkach śniegowo-lodowych. Tak jak wcześniej napisałem, na podejściach buty obrabiają pięty. Owszem, jeżeli działamy na zasadzie przejście od obozu do obozu i działamy jedynie przez kilka godzin w ciągu doby, to nie ma problemu, jednak już przy całodziennym marszu nawet po lodowcu, pięty dostają za swoje i już kolejnego dnia jeżeli zaserwujemy im podobny wysiłek, dostaniemy w nagrodę trwałe obdarcia skóry. Tak jak wskazałem, stopień oddziaływania butów na nogi zależy od predyspozycji konkretnego osobnika. Przy tym wypada mi wspomnieć, iż w przypadku innych butów nie mam problemu z obcieraniem pięt, w tym w innych twardych butach z podeszwami typu D. 
Scarapa Phantom 6000 kupiłem po to, aby w górach wysokich było mi ciepło, ze względu na predyspozycję moich stóp do marznięcia. Niestety, pod tym względem bardzo się zawiodłem. Przede wszystkim przy atakach szczytowych rozpoczynanych w nocy, nawet podczas podejścia nogi mi marzły. Stosowałem przy tym właściwie wszystkie metody, jakie zna himalaistyczno-alpinistyczny świat aby wyeliminować ten stan. Trzymałem botki i wkładki w śpiworze, a skorupy w namiocie, ogrzewałem przed założenie skorupy nad palnikiem, stosowałem podwójne skarpety z workiem foliowym.... I nie byłem zadowolony. Co więcej, mój atak szczytowy na Khan Tengri zakończył się właśnie z powodu utraty czucia w stopach i braku możliwości jego przywrócenia. Nie wiem jaki wpływ na powyższe ma kwestia rozmiaru, jednak z perspektywy czasu kupiłbym rozmiar większe, tj 47. Z tej perspektywy osobom, które decydują się na kupno Scarpa Phantom 6000 doradzam nabycie rozmiaru większego o dwa numery, od butów, które używacie standardowo.

Kirgistan 2014 - Obóz I pod Khan Tengri
Scarpa w akcji - Gruzja 2015, szczyt Tetnuldi


Buty znakomicie pracują na podejściach. Przede wszystkim podeszwa jest sztywna, a jednocześnie elastyczna, więc nie ma problemu z wybijaniem stopni w śniegu, ale również maszerowaniem. Buty dobrze radzą sobie na twardym śniegu i wspaniale współpracują z rakami. Co do tego nie mam zarzutów. 
Użytkowanie pokazało, że materiały są odporne na działanie śniegu, piachu, skał, ale również i raków ;) Materiałowego ochraniacza nie udało mi się zniszczyć. Przy tym ochraniacz nie jest zbędnym elementem. Zdecydowanie przydaje się podczas marszu w śniegu, gdzie po nałożeniu spodni na buty i zamknięciu całości ochraniaczem dostajemy solidny monolit odporny na wodę i śnieg, a przy tym trzymający nasze spodnie "w kupie". 
Zaznaczenia wymaga, że buty dobrze spisują się na skale. Podeszwa ma głęboki protektor, który nie ślizga się i pozwala na komfortową wspinaczkę. Twardość podeszwy daje możliwość zaczepienia rantu buta nawet w niewielki stopień.

Mont Blanc 2016 - Janusz w Scarpach Phantom 6000
Peru 2017, Buty w czasie 4 sezonu użytkowania



Uwagi użytkownika

Najsłabszym elementem Scarpa Phantom 6000 okazał się botek wewnętrzny. Według mnie jest zdecydowanie zbyt delikatny. Na szczecie ma gumową podeszwę i można wykorzystać go do czynności obozowych co często robiliśmy.
Fakt, iż buty obcierają pięty, wpływa także niekorzystnie na botki, które to zużywają się w zastraszającym tempie. Mój po dwóch sezonach był do wymiany i został wymieniony. Trochę polubownie, a trochę przy interwencji rzecznika konsumentów, sprzedawca zdecydował się uwzględnić reklamację i otrzymałem nową parę. Niestety kolejne botki również się wycierały, chociaż nie aż w takim stopniu jak poprzednie. 
Kilkustopniowy system zapinania butów, jest według mnie bardzo efektywny. Phantomy sznuruje się i zakłada szybko, zważywszy na fakt, że trzeba założyć de facto dwie pary butów na siebie. Analogicznie ze zdejmowaniem. 
Przy zakupie obuwia każdy otrzymał tubkę smaru do smarowania zamków błyskawicznych butów. Niestety chyba wszyscy ww. smar zgubili. Bez smarowania zamki działają zdecydowanie gorzej niż na początku, tzn. trudniej je rozpiąć. 
Posiadany przede mnie egzemplarz Scarpa Phantom 6000 sprzedałem po zakończeniu tegorocznej wyprawy do Peru. Nie było to spowodowane faktem, że nie byłem z butów zadowolony, ale otrzymałem za nie po prostu wysoką cenę, której w Polsce z pewnością bym nie dostał.

Peru 2017 - Scarpa Phantom na Urus Este



Podsumowanie

Mam nadzieję, że krytyczną ocenę butów nie zraziłem potencjalnych chętnych do ich nabycia. To naprawdę dobre obuwie i przede wszystkim funkcjonalne i praktyczne. Co więcej, pomimo moich również negatywnych doświadczeń, gdybym miał okazję zakupu Scarpa Phantom 6000 w atrakcyjnej cenie, to kupiłbym. Szczególnie ciekawi mnie najnowsza III wersja (testowane buty do II wersja), jednak zważywszy jej cenę, to nie grozi mi na razie jej nabycie. 
Jestem zwolennikiem poglądu, że buty do wszystkiego to buty do niczego. Niemniej jednak czasem potrzebujemy właśnie takiego typu obuwia - który nie boi się trekkingu po lodowcu, jak również  szczytów 7000 m npm. Scarpa jest w tym przypadku dobrym wyborem. 
Z doświadczenia powiem, że testowane buty najlepiej użytkować w wyprawach na szczyty przedziału  5000 - 7000 m npm. Poniżej jest zbyt ciepło, powyżej trzeba kupić już poważniejsze obuwie. 
Oczywiście nie jest to reguła i tak jak wskazałem, w Tatrach zimą również sobie poradzą. 
Tym samym, jeżeli ktoś poszukuje relatywnie uniwersalnych butów i celuje wyprawy w góry wysokie, ale nie najwyższe - polecam.
Dodam tylko, że dwóch moich znajomych, których powoływałem kilkukrotnie do chwili obecnej użytkuje przedmiotowe obuwie i ma się z nim dobrze. Na tyle dobrze, że w odróżnieniu ode mnie nie chciała sprzedawać butów w Peru. 

Kirgistan 2014, na biwaku poruszamy się w botkach


Peru 2017 , w Scarpach na Vallunraju


OCENA
Konstrukcja – 4/5
Funkcjonalność – 4/5
Wygoda – 3/5
Wykonanie – 4/5
Trwałość/Niezwodność - 3/5

Będę wdzięczny za komentarze. 
Dziękuję i pozdrawiam
Tomasz Duda

poniedziałek, 27 listopada 2017

Gerlach drogą Martina (II)

Witajcie,
Dziś opowiem Wam, jak w pewną sierpniową sobotę zdobyłem Gerlach (2655 m npm) - najwyższy szczyt Tatr. Była to zarówno pierwsza moja wycieczka na ten szczyt, jak również i pierwsza droga taternicka (skądinąd), jaką udało mi się pokonać. Łojanci powiedzą, że nie ma się czym chwalić, dla mnie była to jednak wspaniała przygoda i doświadczenie. 



Od początku,
Wizja zdobycia Gerlacha narastała w mojej głowie co najmniej od roku 2013. Miała paść droga żlebem Karczmarza, na który już kilka lat ostrzyłem sobie zęby. Jednakże wejście powyższym szczytem wariantem jest specyficzne. Tzn. specyficzne o tyle, że do zrobienia najlepiej w zimie i to przy minimalnym zagrożeniu lawinowym.  Niestety takich warunków, w korelacji z wolnym czasem nie udało się na przestrzeni ostatnich lat osiągnąć. 
Koniec końców moje taternicko-tatrzańskie ambicje odrodziły się lego lata. W znajomym gronie padła propozycja jedziemy na Gerlach. Znalazł się nawet wolny termin. Jedziemy!
... Gorzej było natomiast z pogodą, która jak wiadomo - w Tatrach nie rozpieszcza. 
Sobota, jaka była jedynym logicznym terminem na wyjazd zapowiadał się przygodowo. Mianowice - do 12:00 ładna pogoda, po południu  mżawka, po 14:00 ulewa i załamanie trwające następnych kilka dni. Postanowiliśmy zaryzykować. 


Było nas trzech - ja wraz z Marcinem i Krzyśkiem oraz Anita, która supportowała całą akcję z dołu. Z Krakowa wyjechaliśmy o 1:30 w sobotę, zaś o 4:00 już wytoczyliśmy się z samochodu w Tatranskiej Polance. Pomimo iż wokoło panowała jeszcze noc, na szlak ruszyło oprócz nas co najmniej kilka czołówek. Niebawem zaczął wstawać świt. Od strony Popradu bezchmurne niebo dobrze nam wróżyło, niestety nad tatrzańskimi szczytami niebawem szybko zaczęły zbierać się chmury. 
Przy tym temperatura była podejrzanie wysoka, no chyba że dla kogoś 18 stopni Celsjusza o 4:00 rano w Tatrach do niska temperatura. Nie wróżyło to dobrze, gdyż zapowiadało się załamanie. Przyznam, iż spina czasowa motywowała mnie i demotywowała jednocześnie. W czwórkę wystrzeliliśmy błyskawicznie do przodu, mijając po drodze turystów idących do góry. Szybko dotarliśmy do Śląskiego Domu (1670 m npm ), z którego przed chwilą wyruszali przewodnicy z klientami, po czym błyskawicznie skierowaliśmy się w stronę przełęczy. Do tego momentu poruszałem się wraz z Anitą, a Krzysiek z Marciniem przyspieszyli kroku przed nami. Od hotelu poszedłem już szybciej i zacząłem samotnie gonić chłopaków, z uwagi na presję czasową. Anita miała zejść przez przez Zbójnicką Chatę do Starego Smokovca.





Ścieżka wiodąca na przełęcz była w bardzo dobrym stanie, zaś nawierzchnię stanowiły równo ułożone granitowe płyty. Bezpośrednio przez ostatnim podejściem dogoniłem Marcina i Krzyśka i już wspólnie wdrapaliśmy się po łańcuchach na Polski Grzebień (2200 m npm). Była godzina 6:30, zaś nad Gerlachem kłębiły się ciemne chmury burzowe. Zaczęliśmy się obawiać, że prognoza może ulec przesunięciu niekorzystnie dla nas, jednak pomimo niekorzystnie wyglądającego nieba postanowiliśmy zaryzykować. Ubraliśmy uprzęże, kaski i w bojowym nastroju zaczęliśmy poruszać się na zachód, w kierunku początku grani.




Początkowo grań przejawiała łagodny charakter, dominowały skały z domieszką odcinków trawiastych. Pierwsza wspinaczka rozpoczęła się na ścianie Wielickiego Szczytu. Nie były to jednak żadne trudności, wiele możliwość obejścia i duże, wygodne chwyty. Po prostu przyjemnie. Zaobserwowaliśmy, że co najmniej dwie osoby związane liną poruszają się przed nami. Po zejściu z wierzchołka Wielickiego Szczytu, na stanowisku z wielu taśm tam pozostawionych zjechaliśmy szybko ok. 10 metrów w kierunku przełęczy.




Dalsza droga w kierunku Litworowego Szczytu była bardzo łatwa i również częściowo trawiasta. Po obserwacji całego masywu Gerlachu wydawało się, że Litworowa Przełęcz była ostatnim miejscem, gdzie można bez większego problemu zejść w kierunku Doliny Wielickiej. O schodzeniu nie było jednak mowy, bo pomimo silnego wiatru szło się wyśmienicie, a pogoda paradoksalnie zaczęła się poprawiać.




Od Litworowego szczytu teren stał się nieco trudniejszy, ale jak na moją ocenę, idąc bez asekuracji czułem się psychicznie bezpieczny. Wraz z Marcinem szliśmy z przodu, Krzysiek zaczął nieco odstawać. W pewnym momencie nawet straciliśmy go z oczu i czekaliśmy na niego dłuższą chwilę. Przy spotkaniu powiedział, że zgubił ścieżkę i wpakował się w trudniejszy teren. Zasugerował przy tym mocno, że trzeba się związać. Jakkolwiek ja nie widziałem takiej potrzeby, z uwagi na samopoczucie całego zespołu związaliśmy się i zaczęliśmy iść na lotnej. Od tego momentu tempo dramatycznie spadło. Marsz w zespole trójkowym na lotnej asekuracji w mojej ocenie nie był ani bezpieczny, ani szybki, a czas leciał ....  Subiektywnie powiem, że bezpieczniej czułem się niezwiązany.





Do przełęczy przed Lawinowym Szczytem dotarliśmy przed południem. Właściwe równolegle z nami szedł dwuosobowy zespól słowacki - przewodnik z klientem. Dójka przed nami nie wchodziła na Lawinowy i Zadni Gerlach, ale zamierzała obejść go ścieżką od zachodu. Sam nie wiem dlaczego, zamiast iść granią zdecydowaliśmy się pójść za nimi. Była to zła decyzja. Dwójka szybko nam jednak znikła z pola widzenia, tak samo jak ścieżka, którą podążali. Zostaliśmy w kruchym terenie pozostawieni sami sobie, nie widząc dobrego wyjścia z sytuacji. Postanowiliśmy wrócić na grań jednym z przyjaźniej wyglądających żlebów. Prowadziłem nasz zespół, próbując wygramolić się na górę. Nie było to ani przyjemne, ani bezpieczne. Kamienie w żlebie były luźne i co jakiś czas chłopaki za mną musieli uważać na te spadające. Z powrotem osiągnęliśmy grań na wysokości Jurgowskich Czubów. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę. Trzeba było się spieszyć, gdyż po ładnej pogodzie nie zostało ani śladu. Zrobiło się cieplej, niebo zasnuły chmury i co jakiś czas przez grań przechodziły mniejsze lub większe mżawki.




Trawersowaliśmy Zadni Gerlach nieopodal szczytu. Stąd było widać już znakomicie przełęcz Tetmajera i wierzchołek głównego Gerlachu. Ściana robiła imponujące wrażenie, na drodze było również kilka zespołów. Na samej przełęczy spędziliśmy tylko chwilę, chcąc za wszelką cenę zdążyć przed ulewą. Krzysiek szybko przekazał mi sprzęt zebrany po drodze, po czym zabrałem się znowu do prowadzenia. Teoretycznie najtrudniejszy fragment na całej drodze (II) był dla mnie bardzo przyjemny i łatwy technicznie. Grań stanęła dęba, jednak droga była dobrze widoczna i znaczona dużymi chwytami. Wspinało się naprawdę łatwo i przyjemnie. Z racji, iż czułem się bezpiecznie, zaś chciałem odcinek pokonać za jednym razem, z rzadka zakładając przeloty. Gdy już teren wypłaszczył się, droga przybrała postać poszarpanej grani, zakończonej skalnymi głazami i ostańcami.  Założyłem tu kilka punktów na taśmach, jednak głównie operowałem liną pomiędzy skałami, gdyż już właściwie cały sprzęt asekuracyjny mi się skończył. Grań przeszedłem bardzo sprawnie. Po chwili okolica nieco się zamgliła i czasem nie widziałem końca liny i chłopaków idących za mną. Po kilku minutach jednak w oddali zamigotał charakterystyczny krzyż. Niebawem byłem na szczycie i przyasekurowałem towarzyszy.




Na szczyt dotarliśmy przed 14:00 i przed załamaniem pogody. Posiedzieliśmy tu kilkanaście minut. Napięcie częściowo minęło, trzeba było jednak jeszcze zejść. Szliśmy ciągle na linie, szukając wyraźnej ścieżki. Nie znając drogi do Doliny Wielickiej, zaczęliśmy schodzić w kierunku widocznej Doliny Batyżowieckiej, przez Batyżowiecką Próbę. Słyszeliśmy, że ktoś idzie przed nami. Nie minęło kilkanaście minut, gdy zaczęło padać. Najpierw słabo, po pewnym czasie nastała ulewa i burza z piorunami. Sytuacja zrobiła się nieciekawa, teren śliski, jednak zamiast martwić się tym, byliśmy raczej zadowoleni, że bezpiecznie opuściliśmy grań. Początkowo szliśmy żlebem, który jednak opuściliśmy po kilkunastu minutach, idąc czymś w rodzaju "grzędy". Po chwili intensywnych opadów, żleb, którym niedawno schodziliśmy z minuty na minutę zamienił się w rwący potok. Początkowo wydawało się, że droga jest łatwa, jednak im niżej, tym bardziej robiło się stromo i ślisko. W kilku miejscach teren był pionowy, a co jakiś czas przytwierdzono klamry i punkty do asekuracji. Ciągle prowadziłem i jeden taki trudny odcinek udało mi się zejść. Chłopaki zdecydowali się na zjazd.  Przy kolejnym ubezpieczonym i trudniejszym odcinku dogoniłem grupkę Słowaków, której wyposażenie wyglądało "radośnie". Musiałem jednak czekać na chłopaków, którzy zostali z tyłu. Przemokłem cały i było mi zimno, toteż z dłuższego oczekiwania nie byłem szczęśliwy. Cieszyłem się za to, że chwilowo przestało padać. Dolina wydawała się być niedaleko, chociaż teren nie pozwalał na przyspieszenie. Trzeba było szczególnie uważać na połogie, śliskie skały, które nie dawały odpowiedniego oparcia butom. Na relatywnie płaskim gruncie stanęliśmy dopiero około  godziny16:00.






Tutaj po raz kolejny dogoniliśmy Słowaków, oswobodziliśmy się ze sprzętu, po czym rozpoczęliśmy już spokojnie zejście w łatwym terenie. Około pół godziny zajęło nam nam dotarcie do czerwonego szlaku pod Batyżowieckim Plesem. Dalej już poszło dosłownie z górki, choć droga trochę się dłużyła. Najpierw szlakiem czerwonym do żółtego, następnie żółtym do zielonego, którym szliśmy rano do góry. Zmęczenie dawało się już we znaki. Gdy w pewnym momencie zatrzymaliśmy się z Marcinem, aby poczekać na Krzyśka, zasnąłem siedząc na kamieniu. Zielony szlak wiódł drogą asfaltową, która dosłownie wlekła się jak flaki z olejem. Dodatkowo pogoda przypominała o sobie, gdyż w drodze do parkingu deszcz zlał nas jeszcze kilkukrotnie.



Do samochodu dotarliśmy ok. 18:00, po 14 godzinach akcji górskiej. Było to już chyba wystarczające dla każdego. Jako, iż swoją wachtę za kierownicą pełniłem w nocy, teraz to Marcin prowadził. Większą cześć drogi powrotnej przespałem.

Podsumowując, jak wskazałem, cała akcja górska na Gerlach drogą Martina "od samochodu do samochodu" zajęła nam 14 godzin.
W tym przejście drogi od Polskiego Grzebienia do szczytu zajęło nam 6 godzin, co o ile dobrze pamiętam oddaje czasy opisywane w przewodnikach i relacjach na przejście tej drogi.
Osobiście bardzo mi się podobało. Droga Martina jest w mojej ocenie idealnym polem do ćwiczeń dla osób, które ze szlaków turystycznych gotowe są na wejście szczebelek wyżej i poznanie czegoś nowego. Konieczne jest obycie ze skałą, obycie z wysokością i tzw "lufą". Tego nie brakuje. Jednak nie potrzebne są umiejętności wspinaczkowe, a wskazane zdolności do sprawnego napierania. Przejście całej drogi bez liny jest moim zdaniem możliwe, na relatywnie bezpiecznym poziomie, jednak wymaga wskazanego obycia. Przejście całości w zespole związanym liną byłoby wręcz niecelowe.  Na odcinkach gdzie idziemy z liną w grę wchodzi przy tym tylko właściwie asekuracja lotna ze względu na oszczędność czasu. Asekuracja sztywna na drodze Martina wydaje się zbędna.

W razie jakichkolwiek pytań proszę o komentarze.

Pozdrawiam