wtorek, 2 kwietnia 2013

Psy pasterskie i Karpaty Rumuńskie - jak radzić sobie z zagrożeniem


 Psy pasterskie i Karpaty Rumuńskie - jak radzić sobie z zagrożeniem


Pies –  jak przyjęło się mowić  – najlepszy przyjaciel człowieka. Wierny, posłuszny, spokojny – powiedzą miłośnicy i właściciele czworonogów.
Co jednak, gdy ta ikona spokoju stanie na naszej drodze/szlaku w górach, w pozycji ofensywnej, odsłaniając przed nami całą paletę zębów?
O tym właśnie będzie temat. 
Laik po przeczytaniu pierwszych zdań może podrapać się po głowie i zastanowić. No w jaki sposób pies będzie zagrażał nam w górach? Przecież to tereny dzikie, niedostępne i nieprzyjazne dla tego typu zwierząt, chcąc, nie chcąc – udomowionych.
Po kilku latach przebywania w polskich(wyłącznie w polskich)  górach przyklasnąłbym takiej opinii i wyśmiał autora tekstu.  Jednak wraz  z rozszerzeniem horyzontów podróżniczych poza teren naszego kraju, mam nieco odmienne  zdanie.
Otóż bracie, mylisz się – odrzeknę. Pies to realne zagrożenie w wielu pasmach Karpat.  Jeśli nawet nie zaatakuje potrafi solidnie uprzykrzyć życie.  Na myśli mam  głównie pasterskie. To owczarki strzegące stad na wysokich połoninach będą istotą problemu.

Na jakich terenach możemy spodziewać się zagrożenia ze strony psów – moje doświadczenia. 

Jak już wyżej nadmieniłem, nasz kraj możemy od razu pominąć. To trochę generalizowanie, jednak w Polsce problem jest marginalny.  W terenie górskim możemy spotkać pojedyncze egzemplarze, najczęściej wyglądające, jak ten obok (Szklarska Poręba), nie stanowiące dla nas zagrożenia.






Ukraina – mimo tendencyjnie powtarzanych opinii o dzikości i prymitywizmie tego kraju,  tam  z niebezpiecznymi czworonogami stykałem się rzadko.  A przemierzyłem całe Ukraińskie Karpaty i myślę, że mogę być obiektywny. Mimo powszechnego wypasu, raz  licznych stad,  w większości pasterze rezygnują z takiej formy ochrony owiec.  Niemiej pewnego razu, na Borżawie spotkałem z kolegą  trzy takie „kajtki”, odrastające od ziemi jakieś 30cm, które  na wezwanie „juhasa” uciekły. 
Autentyczne zagrożenie czułem tylko raz. Był to ostatni odcinek połoniny Kuk i dwa wysokie, smukłe owczarki przy bacówce.  Wtedy w temacie radzenia sobie z tymi zwierzętami byłem całkiem zielony i na szczęście szybka interwencja pasterza zażegnała problem. Do końca wycieczki mieliśmy spokój.

Rumunia –tu szkopuł jest zasadniczy  i właśnie po odwiedzinach w tym kraju zdecydowałem się na napisanie tekstu. 
Podczas mojego  pierwszego wyjazdu do Rumunii nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że wszędzie można spotkać psy. W parku, nad morzem, w mieście i oczywiście w górach.  Odwiedziłem wtedy „Fagarasze” i mogłem przypatrzeć się czworonogom z bliska. Masywne, dostojne psy pasterskie, strzegące wielkich stad owiec. Tak je zapamiętałem. Żadne incydenty się nie zdarzały. Szedłem w większej grupie, przez najbardziej znane z rumuńskich gór i to nie pozwoliło poznać prawdziwej istoty zagadnienia.
Rok później robiłem już przejście całych Karpat Południowych. Jeszcze przed wyjazdem  znajomy przestrzegał mnie i uczulał, że  tych okolicach pies to realny problem i nie można go lekceważyć.  Mówił o nim bardzo dosadnie, z przekonaniem i według mnie trochę przesadzał.  W odpowiedzi postanowiłem posłuchać, i nie zlekceważyć kwestii. Zakupiłem gaz pieprzowy, przygotowałem się psychicznie.
To, co zastałem przerosło jednak moje wyobrażenie.  Już drugiego dnia po wejściu w góry, zaczęły dręczyć mnie psy pasterskie. Szedłem wtedy znowu, z  kolegą we dwójkę i już nie czułem się tak pewnie, jak rok wcześniej. Psy atakowały nawet po kilkanaście razy w ciągu dnia, skutecznie uprzykrzając życie i szargając nerwy. Przeważnie pasterze próbowali interweniować, jednak często owczarki ich nie słuchały lub ludzie znajdowali się zbyt daleko.
Zaobserwowałem, że problem jest większy, im dziksze są góry, które przemierzamy. Tam czworonóg nienawykły do widoku człowieka i traktuje go jak agresora i przeciwnika.   Przede wszystkim w pasmach  Cernei, Godenau, Reteraz i  Lotrului. Także w Fagaraszach nieraz musiałem się od nich opędzać, co bardzo mnie zaskoczyło, biorąc pod uwagę zeszłoroczne doświadczenia.


Realia ataku pasterskiego psa (na przykładzie Rumunii)

Podczas przemierzania rumuńskich połonin utkwiła mi w myślach pewna prawidłowość. Właściwie każda dolina ma „swoje stado” owiec.   Nie wiem w jaki sposób wyklarował się ten podział – tak po prostu jest.
Stada są stosunkowo duże. Rzędu kilkuset sztuk i każdego strzeże „wataha” 4-9 owczarków.  Stąd też częstotliwość ataków, od kilku do kilkunastu razy dziennie (sic!) . W moim przypadku bywały takie okresy, że wchodząc w dolinę byłem „witany” przez psy, które „odprowadzały” mnie za kolejne wzniesienie  i przekazywały następnej grupie zwierząt. Wyda się to niezbyt groźne, jednak rzeczywistość jest zupełnie inna. Jeśli cały dzień słyszymy szczekanie i warczenie wkoło siebie, to siada psychika, motywacja zostaje zdruzgotana  i nie ma przyjemności z dalszej wycieczki. Mimo iż fizycznie możemy wyjść bez szwanku, to  atak pozostawia ślady.
 Psy są  prawie zawsze wyrośnięte (około 65cm w kłębie), masywne i dobrze zbudowane.  Nie mamy co liczyć na pardon – jeśli chodzimy po dzikich górach – na 95% aktywnie się nami zainteresują.
Owczarki wyczują nas wcześniej niż zdążymy je zobaczyć, czy usłyszeć. Chyba, że wiatr wieje w naszą stronę, a czworonogi  są po drugiej stronie wzniesienia. Wzrok również mają sokoli i nawet  jeśli znajdują się od nas kilkaset metrów – kilometr, przynajmniej będą szczekać.  
Zawsze atakują grupą.  Najpierw zaczyna szczekać jeden, później kolejne i po chwili wszystkie psy w stadzie stawiane są na nogi.  Nie jest to atak chaotyczny. Co prawda zbliżają się z jednego kierunku, jednak bez względu na liczbę próbują nas otoczyć . Na otwartym terenie udaje im się to zawsze.  Zamykając nas w takim okręgu, ujadając i warcząc, zbliżają się coraz bardziej, aż znajdzie się najodważniejszy, który zaatakuje bezpośrednio.
Wszystko to -od zauważenia nas do otoczenia trwa maksymalnie minutę.

Jeśli widzimy stado z daleka, to możemy mieć pewność, ze gdzieś znajdują się jego stróże i zaraz ich usłyszymy.
Często mówi się, że jeśli trzymamy się z dala od owiec, to pies nie zaatakuje. Otóż nie. Na własnej skórze przekonałem się, że to mylna opinia. Zazwyczaj  owczarki „fatygują się” do nas nawet  kilkaset metrów pod górę, mimo iż stado zostało w dolinie, a my nie stanowimy żadnego zagrożenia.
Nie możemy bezgranicznie liczyć na pasterzy. Przeważnie, jeśli są blisko – pomagają. Zdarza się jednak, że „juhas” pójdzie sobie gdzieś, albo zadrwi z naszego losu i interweniował nie będzie.
Nawet po działaniu pasterza, pies nieczęsto poprzestanie na  biernej obserwacji. Stare i doświadczone zwierzę z reguły zrozumie, że jesteśmy niegroźni,  choć  gros doświadczeń wskazuje, że szczekanie nie ustąpi.  Bywa i tak, że pasterz odgoni psy, które po dłuższej chwili przybiegną do nas ponownie.


Jak zapobiegać i radzić sobie z atakiem psa

Ten aspekt trzeba podzielić na dwa podpunkty
1.       Unikanie konfrontacji i prewencja
2.       Reagowanie w niebezpiecznej sytuacji

Ad. 1.  Ze wszystkich sposobów działania najlepszym jest oczywiście wyeliminowanie bądź zminimalizowanie zagrożenia.
W tym celu w czasie wycieczki musimy zachować szczególną uwagę, nadsłuchiwać i obserwować.  Priorytetem jest, aby z daleka zobaczyć dane stado i w miarę możliwości ominąć je, bądź przeczekać, aż zejdzie z naszej drogi.  Owce nigdy nie stoją w jednym miejscu, a przemieszczają się stosunkowo szybko i plynnie. Oprócz używania wzroku – nadsłuchujemy krzyków pasterzy czy dzwoneczków towarzyszących takiej liczbie zwierząt.
Obserwacja i wcześniejsze wyśledzenie stada jest szczególnie ważne, aby przygotować się na ewentualny atak owczarków. Obojętnie jak zareagujemy, to mamy gwarancję, że nie zostaniemy zaskoczeni. Jednym z najmniej przyjemnych wypadków jest,  sfora psów wypadająca  na nas z kosówki lub załamania terenu w bliskiej odległości.  Po prostu możemy nieźle się przestraszyć. 
Gdy mimo usilnych starań  owczarki nas wyśledzą , teoretycznie pozostaje ucieczka. Teoretycznie, gdyż praktycznie z kilkunastokilogramowymi plecakami daleko nie pobiegniemy.  Wyrzucenie ich także nie rozwiązuje sprawy. ;)  Czasami jednak szczęście dopisze. Znajdując się blisko skał czy wyniosłego elementu otoczenia jak głaz lub drzewo możemy na niego wejść i przeczekać aż czworonogom się znudzimy bądź pasterz zacznie działać.
Prewencja.  W aspekcie materialnym dotyczy posiadania środków, które choć w minimalnym zakresie pomogą w razie ataku. W najgorszym razie wywołają tylko efekt placebo.
Ja  przed wyjazdem zaopatrzyłem się w gaz pieprzowy przeznaczony właśnie na takie stworzenia i zawsze nosiłem go w przy sobie. Nie w klapie plecaka, czy w kurtce pod jedzeniem.  Ma być zawsze w kieszeni, błyskawicznie dostępny.  Z definicji – obezwładni zmysły psa i zniechęci do ataku. Kłopotem mogą być jego parametry. Mały zasięg ( do 3m, a w prkatyce do 1m) , konieczność uwzględnienia wiatru ograniczają skuteczność gadgetu. Osobiście na szczęście nie potrzebowałem z gazu  korzystać.
W kieszeni można mieć także jeden kamień lub więcej. A po co on – poniżej.
Poruszamy się z kijkami trekingowymi.  Oprócz ułatwienia marszu zawsze mamy coś do obrony, a i psy wychowane przez pasterzy dzierżących 2 metrowe drągi, zapewne też wiedzą, co znaczy kij w ręku człowieka.
A aspekcie psychicznym prewencja polegać będzie na zachowaniu świadomości, że psy pasterskie zainteresują się nami, będą szczekać czy próbować atakować. Trzeba się na to przygotować, aby w razie zaskoczenia nie stracić zimnej krwi.
Zagrożone atakiem psów pasterskich są przede wszystkim osoby przemierzające góry samotnie i we dwójkę. Stanowią łatwy cel.  Trzy, cztery osoby już mogą czuć się względnie pewnie, a większej grupie właściwie nic nie grozi.

Ad.2.   Czasami mimo usilnych prób, konfrontacji ze sforą owczarków nie da się uniknąć.  Jeśli mamy świadomość, że nie uciekniemy,  musimy reagować.
Jak wspomniałem – pozostaje na to około minuty. Dużo czasu, jeśli wiadomo, co robić.
Wykorzystamy najprostszy z możliwych sposobów, którego nauczył mnie rumuński pasterz w minione wakacje.
Mianowicie, jeśli z oddali usłyszymy szczekanie, bądź zobaczymy biegnące owczarki, szukamy kamieni. Jeśli prewencyjnie mamy takowy w kieszeni , punkt dla nas.  Kamienie mogą być jakiekolwiek, ważne, abyśmy mogli nimi ciskać.
Gdy psy podbiegają w zasięg naszych kamieni- rzucamy. Nie ważne czy daleko, blisko, czy celne. Po prostu rzucamy.  Robimy to widowiskowo, wręcz zamaszyście. Ważne, aby psy zobaczymy gest. I tak zachowując czujność, torujemy sobie dalsza drogę, bądź liczymy na zniechęcenie psów.  Rzut wykonujemy jedną ręka, dla pewności trzymając w drugiej kijek trekingowy.
Powiecie, iż problem zaczyna się, gdy nie możemy znaleźć kamieni? Niekoniecznie. Wtedy po prostu udajemy. Energicznie wykonujemy gesty, w których schylamy się po kamień i pozorujemy rzut.  W ten sposób  również torujemy sobie drogę. Z plecakiem wymaga to wprawy i pewności siebie.
Kto przeczyta o podanym sposobie może „zrobić wielkie oczy” bądź zacząć się śmiać. Przed wyjazdem taka byłaby i moja reakcja.  Jednak skuteczność takiego odstraszania psów sprawdziłem i byłem wprost zaskoczony. W Karpatach Południowych około 95% owczarków reaguje wycofaniem na rzucany kamień, a około 60-70% zatrzymuje się na sam gest. Kilka powtórzeń z reguły je zniechęca. Myślę, że w pozostałych częściach kraju skuteczność metody jest tożsama.  Ważne, żeby zacząć ciskać lub przynajmniej udawać przed samym atakiem, bo pędzący na nas, rozjuszony w amoku pies, może się już nie zatrzymać w małej odległości.
Z tego punktu pozostaje tylko zastanowić się, ile razy przykładowy owczarek  musiał oberwać kamieniem, żeby uciekać na sam gest podnoszenia go z ziemi. :D
Metoda ta – prosta i banalna rozwiązuje prawie wszystkie problemy.  
Jednak zdarzyć się mogą sytuacje, w których nam nie pomoże. Wyobraźmy sobie scenariusz, iż psy wypadają z bliska, bądź nie reagują na kamienie.
W zasobach Internetu możemy przeczytać, iż w starciu z psem najlepiej stać do niego bokiem. Tylko jak, skoro z reguły jesteśmy przez nie otaczani ?   No raczej odpada.
Jeśli idziemy samodzielnie, mamy zadanie utrudnione. Najlepszym rozwiązaniem byłoby nie dać się otoczyć, gdyż naszym celem jest obserwacja  zachowań wszystkich psów, bez spoglądania w oczy zwierząt .  Możemy stanąć tyłem do przepaści (tylko uważać gdzie się stawia kroki ;) ), czy oprzeć się o skały.  Nie zawsze jest to wykonalne.
We dwójkę i w grupie mamy łatwiej. W miarę, jak zostajemy otaczani, odwracamy się do siebie plecami, a kijki ustawiamy „na sztorc” w „jeża”. 
Zrzucenie plecaka  to kwestia sporna. Jeśli krępuje nas, to lepiej się go pozbyć, zwracając uwagę, aby nie zawadzał pod nogami.
Od razu przestrzegę, że hałas nie pomaga.  Psy nie boja się stukotu menażek, krzyków. 
W tej sytuacji zostaje nam tylko wołanie o pomoc.  
-Pomocy, psy !!!    -  ażutor kyine!!!   (tak się czyta po rumuńsku)
Do paradoksalnej sytuacji może dojść , gdy owczarki otoczą nas po przeciwnej stronie wzniesienia niż urzędują pasterze…..   Dlatego odsyłam do punktu nr. 1 i bacznej obserwacji, aby nie dopuścić, do tego typu scenariusza.
Gdy pies bezpośrednio zaatakuje, pozostaje bronić sie kijkiem. Jest szansa, że na nim poprzestanie.  Koniecznie trzeba  zrzucić plecak. Nim także może się zainteresować i zostawić nas w spokoju.
W wypadku nieskuteczności podanych  sposobów pozostaje skulić się w kłębek i chronić najważniejszych części ciała, jak szyja, twarz, brzuch.  Najlepiej ubraniem, ale wiadomo jak bywa latem, gdy ubieramy krótkie i przewiewne ciuchy,  a kurtki mamy pochowane w plecaku. Z racji występowania z zasady większej grupy psów,  w walce z nimi mamy nikłe szanse.


Wierzę , że tekst pomoże komukolwiek w planowaniu wycieczki w rumuńskie góry i uświadomi o nieprzyjemnościach, jakie mogą czekać ze strony psów pasterskich w tych górach.  Pisałem go w oparciu o własne doświadczenia, dlatego inne osoby mogą  mieć swoje spostrzeżenia w tej kwestii. W paru sprawach posiłkowałem się artykułem z portalu psy.pl .
Jeśli chcecie się podzielić swoimi odczuciami, doświadczenimi lub zdaniem w temacie – czekam na komentarze.

Pozdrawiam
Tomasz Duda

20 komentarzy:

  1. Dziękuję za tekst, przyda się.

    Pozdrawiam !

    OdpowiedzUsuń
  2. Heh, bardzo ciekawy post!
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za słowa uznania. Jeśli wybieracie się w bardziej dzikie góry Rumunii naprawdę proszę potraktować temat poważnie.

      Usuń
  3. Swieta racja - psy w wiekszosci boja sie oberwania kamieniem, wiec nawet jak sie go nie ma w zasiegu reki, czasami sam zamach potrafi odstraszyc. Natomiast co moge dodac od siebie: Na pewno najgorsza z mozliwych opcji jest ucieczka, tym bardziej z plecakiem, chyba ze psy sa daleko a my mamy w zasiegu kilku sekund cos za czym mozemy sie realnie schowac, albo na cos wejsc.

    OdpowiedzUsuń
  4. Raczej sporadyczne sa przypadki ze psy atakuja z marszu, czy raczej z biegu - ale jesli uciekamy pewne jest ze z automatu chwyca nas za lydke, jesli tylko dogonia. Zwykle jesli staniemy - zatrzymaja sie 2-3 metry od nas - o ile nas nie otocza mozna sie powoli wycofywac - ale caly czas bedac przodem do nich - i nie robic tego za szybko. Nie mozna pokazac ze sie boimi, kij, albo kamien w rece moze dodac nam rzeczywiscie pewnosci. Nalezy bacznie tez obserwowac psa. Generalnie wiekszosc owczarkow nie ma celu rozszarpania nas na strzepy, tylko ochrone owiec. Jesli po prostu szczeka - jest ok - mozna wtedy do niego starac sie cos mowic - niewazne w jakim jezyku, wazne zeby czuc bylo spokoj w glosie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie zawsze sie to sprawdza - mi jednak kilkakrotnie nawet udalo sie w ten sposob z takimi psami zaprzyjaznic - m.in. w Fogaraszach, gdy szedlem sam. Mozna probowac rzucic im cos do żarcia - zwykle sa tak głodne ze własna kupę jedza. Zdarza sie jednak ze pies jest aspoleczny i na taka probe kontaktu nie reaguje - wtedy nie mozna pozwolic na podejscie blizej niz 2m. Czasami pies wlasnie powoli skraca zasieg i nim sie spotrzezemy ze zaczyna warczec i szczerzyc kly - w tym momencie trzeba sie szczegolnie skupic bo atak moze nastapic jednym skokiem, jedyne co go powstrzymuje to, to ze on nas tez sie boi. Nie mozna panikowac - albo samemu skorzystac z posiadanego kamienia lub kija - albo starac sie odzyskac bezpieczny dystans symulujac atak - zwykle pies wtedy sam odskakuje 2m i nawet jak warczy to z wiekszym szacunkiem. Wtedy tez mozna samemu kawalek sie wycofac zanim pies ochlonie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Rzeczywiscie najgorsza z mozliwych sytuacji to jest otoczenie przez kilka psow. Najlepiej temu zapobiegac. Zwykle psy biegna z jednego kierunku - wtedy nalezy uzyc kamieni i celowac glownie w te ktore chca nas zajsc od tylu.
    Pozniej jedyne co mozemy zrobic to stac w miejscu i dawac im od zrozumienia ze zanim ugryza to same oberwia - kij w reku jest tu dobrym narzedziem. I czekac az jakis pasterz nas zauwazy - nie spotkalem sie jeszcze z tym zeby ktorych biernie sie patrzyl jak psy turystow obracaja. Jesli jestesmy w 2-3 osoby - mozemy krok po kroczku przemieszczac sie w pozadanym kierunku - majac jednak na widelcu wszystkie psy.
    Natomiast na moj gust metoda polecam przez policje np dzieciom - czyli zwiniecie sie w klebek i zakrycie glowy i brzucha rekami - jest dyskusyjna w tym przypadku. To na pewno sprawdza sie i maksymalizuje szanse przezycia dziecka ktore nie ma specjalnie szans w konfrontacji z psem ważącym tyle co ono, albo wiecej i ktory często nie byl wychowany do ochrony owiec ale do gryzienia. Wtedy pies pogryzie - ale najczesciej po kilku minutach da spokoj a pomoc zwykle nastapi w ciagu godziny.
    Ale my mowimy o gorach. Nie probowalem takiej opcji nigdy - ale moim zdaniem jesli zwiniemy sie w klebek to pies na pewno nas zaatakuje. Jesli przegryzie nam tetnice, zanim odstapi od ataku, my mozemy stracic przytomnosc, a nikogo moze nie byc w poblizu kto zablokuje nam krwawienie. Nawet jesli bedziemy mieli wszystkie konczyny i nie zemdlejemy - wedrowka do najblizszego medyka moze byc ciezka, albo wrecz niemozliwa.
    I nie jestesmy dziecmy. Najczesciej wazymy co najmniej 2-3 razy tyle co pies - wiec naprawde mamy szanse na przezycie nawet przy ataku kilku psow.
    Generalnie - zagrozenie rzeczywiscie jest - wszedzie tam gdzie jest wypas owiec, czy bydla - w naszym zasiegu - Bałkany, Kaukaz, i trzeba to brac pod uwage przy planowaniu trekingu. Wyruszajac w takie gory warto isc we dwojke co najmniej - im wieksza ekipa tym generalnie bezpieczniej. I to nie tylko z powodu psow. Warto tez trzymac sie razem - w szczegolnosci pilnowac - aby jakas osoba, w szczegolnosci slabsza nie zostala z tylu. Psy moga puscic grupe a czepic sie wlasnie tego co idzie 500m z tylu - moze go nie zjedza - ale stresu bedzie mial na caly wyjazd.
    Czasami warto tez zaplanowac sobie treking w okresie kiedy pasterze sie juz zwineli, np w Fogaraszach mozna sobie spokojnie wedrowac po polowie wrzesnia - jest jeszcze zwykle cieplo - ale owce spedzone nizej - i generalnie spokoj z psami, przynajmniej wysoko.
    Nie demonizowalbym tez specjalnie tego zagrozenia. Nie slyszalem jeszcze zeby psy pasterskie kogos zagryzly. Mialem stycznosc z nimi wielokrotnie, raz zetknalem sie z psim psychopata w Gruzji - i wtedy troche sie przestraszylem, ale zaden nigdy mnie nie ugryzl - ani nie zaatakowal. Natomiast zdarzylo mi sie to pare razy na zwyklej wiosce w lubelskim, gdy jako szczyl wracalem z wiejskiej dyskoteki po nocy. Wtedy gdybym nie sprzedal psu solidnego kopa - to bym mial jego zeby w nodze. Bo wlasnie pogryzienia czesciej sie zdarzaja w Polsce na zwyklych wioskach, czy nawet miastach, gdzie pupil chowany w domu pogryzie dziecko pod nieobecnosc rodzicow, albo burek spuszczony z lancucha na noc wyrwie sie za ogrodzenie i chce pokazac przypadkowym przechodniom kto tu rządzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarze, Mundek.
      Jak wspomniałem, przedstawiłem swój subiektywy punkt widzenia na problem poparty doświadczeniem prawie 500 km marszu przez Karpaty Południowe.
      Zanim nie pojechałem w góry bardziej dzikie niż Fagarasze, nie widziałem w psach jakiegokolwiek problemu. Tak było na wyjeździe z Mimochodkiem w 2011. Ot - poszczeka i przestanie. Pamiętam, jak mnie Jacek na psy uczulał, to się bardziej z niego śmiałem, niż słuchałem.
      Zmieniło się to gdy połaziłem gdzie indziej - w Cernei, Lotrului, Godenau.

      Psów nie demonizuję. Nie twierdzę, że mają kogokolwiek zagryźć. Wystarczy, że taki piesek capnie nas za nogę.
      Jesteśmy w rumuńskich górach.
      1.Nie wiadomo, co pies żre, gdzie iść po lek na wściekliznę, jak się z Rumunami dogadać żeby zastrzyki dostać, co mówić jeśli nie mamy ubezpieczenia, a co znowu, żeby uznali ubezpieczenie i nie kazali płacić.
      2.Wiemy za to, że taki pies wałęsa się po górach, ma kontakt z dzikimi zwierzętami i z pewnością nie był szczepiony. W takiej kompilacji faktów, raczej trzeba zejść do miasta i wziąć prewencyjne medykamenty, bo chyba głupio ryzykować zarażenia wścieklizną.
      To wiąże się z problemami powyżej, a również z przerwaniem wycieczki i posypaniem planów/urlopu.

      Od samego ataku psa, ważniejsze jest natomiast samo uprzykrzanie wyjazdu. To chciałem właśnie w tekście podkreślić. Gdy kilkanaście razy na dzień otacza Cię taka banda to albo Cie to irytuje, albo gnębi, a najczęściej jedno i drugie.
      Wtedy raczej nie ma czasu na zaprzyjaźnianie się z nimi.

      Jak pisze, to moja subiektywna opinia, potwierdzona obserwacjami.

      A co do zwijania w kłębek to potraktowałem to jako ostateczność. Tak radzą się zachowywać ludzie, którzy niby trochę doświadczenia z tymi zwierzętami mają - nie wziąłem tego z powietrza. Sam - podzielam twoje zdanie - nie miałem nigdy okazji w taki pasywny sposób bronić się przed psem i raczej nieprędko z tego rodzaju prewencji skorzystam. Choć komuś, kto boi się akurat obrony aktywnej - może się przydać.
      Pozdro

      Usuń
  7. No widzisz - wiem ze sporo roznych gor przeszedles - ale mimo tych 500km i niezlego wnerwa - nic Ci sie fizycznie nie stalo. To pokazuje ze jesli jest sie we 2 osoby -tak min. 130kg zywej wagi razem wziete - to raczej uszczerbek na zdrowiu fizycznym nam nie grozi.
    Nie kaze sie nikomu zaprzyjazniac z napotkanymi psami, ale nasza postawa wobec nic ma na prawde duze znaczenie. Oczywiscie ze irytuja, oczywiscie ze moga przestaszyc, a nawet ugryzc. Trzeba byc ostroznym, ale zwykle na strachu sie konczy.
    A jesli ktos sie boi psow, albo nie ma jakiejs sensownej wagi (zauwaz ze nawet te psy uwazane za niebezpieczne - czesciej atakuja osoby slabsze albo dzieci), to za nic w swiecie nie powinien sie w takie gory wypuszczac sam, albo odstawac od grupy. Zreszta dla nikogo samotne wedrowki po takich gorach nie sa bezpieczne. Moze znacznie rzadsze zagrozenie, ale tam wystepuja tez zwykle niedzwiedzie i wilki. Raczej unikaja ludzi i grupy 4 i wiecej osob na pewno nie zaatakuja - tym bardziej w lecie gdy specjalnie glodne nie sa. Ale kogos wedrujacego w pojedynke... roznie to z tym moze byc.

    Nie twierdze ze zwijanie w klebek wziales z powietrza - to znany i polecany sposob. Tylko ze wlasnie w gorach ja osobiscie nigdy bym czegos takiego nie zrobil i nikomu nie polecil. Wlasnie ze wzgledow co wspomniales wczesniej - ze jak juz ugryzie to trudno o medyka - a taka bierna postawa tylko bardziej zacheci psa do ugryzienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to ugryzienie, to już dla mnie uszczerbek na zdrowiu, a kłopot jeszcze większy.
      Nie wiem czy dobrze zrozumiałeś przekaz tego tekstu.
      Nie chciałem nim nikogo zniechęcić do wyjścia w góry, czy napisać o psach - mordercach, ale nakreślić ludziom, którzy się w takie góry wybierają, z czym mogą się spotkać i jak próbować sobie z tym radzić.
      Gdybym rok temu taki tekst dostał do czytania, to zupełnie inaczej bym się czuł podczas pierwszych dni wyjazdu.

      Usuń
  8. Czyli w takim razie lepiej własnego owczarka (niemieckiego) nie zabierać w Karpaty rumuńskie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bym się bał o pieska. Niekoniecznie psy pasterskie musza mu co robić, jednak mogą. Na obcego czworonoga zwierze zwraca większą uwagę niż na człowieka, bo traktuje go jak konkurenta na swoim terenie.
      Myślę, iż więcej z niego będzie fatygi niż pożytku, a w najlepszym wypadku pies naje się strachu.

      Usuń
    2. słuchajcie te psy są od odpędzania wilków i niedźwiedzi także branie własnego psa skazuje go raczej na niechybną śmierć lub ciężkie okaleczenie

      Usuń
    3. atak na obcego psa -PEWNY!

      Usuń
  9. Schylenie się "kamień" i zamach działa wszędzie. Przez tysiące lat nic się nie zmieniło.Tak samo skuteczne wszędzie tam gdzie sa ludzie, psy i wieś.

    OdpowiedzUsuń
  10. Pozwolę sobie podzielić się moimi, zupełnie innymi doświadczeniami. Wędrowaliśmy przez Fogarasze we troje, czyli ja, moja córka i pies. Było dokładnie tak, jak w opisie powyżej. Dochodzimy do granicy lasu, a tu wita nas sfora psów. Najpierw jeden, dwa, potem w ciągu kilku, kilkunastu sekund, nie wiadomo skąd zrobiło się ich, jak policzyłem 21. Pojawiały się zewsząd, jakby wyrastały spod ziemi. Oczywiście otoczyły nas, tworząc krąg o promieniu 2- 3 m. Szef stada, ten najodważniejszy pokazał nam, że stomatologa nie potrzebuje, a jego zęby prezentują się okazale. W odpowiedzi na to, moja córka zdjęła plecak i wyciągnęła z niego tak zwane psie ciasteczka, czy cukierki, jak kto woli. Wyciągnęła do Herszta Stada rękę z przysmakiem, przywołując brytana do siebie. Basior poczuł się skonsternowany. Trochę zgłupiał. Ale przecież, jako przywódca, nie może stchórzyć. Podszedł trochę bliżej. Na to córka, ostrożnie, żeby Go nie spłoszyć, delikatnym ruchem, praktycznie tylko nadgarstka, rzuciła mu ciasteczko pod nogi. Spróbował. Trochę się zdziwił. Takiego czegoś jeszcze nie jadł. Córka zauważyła jego zakłopotanie, więc sięgnęła po zwykłą psią chrupkę. Do niej już nieco śmielej podszedł. A za nim kolejny i kolejny pies. Jak się okazało, nie o chrupki im chodziło. O wiele większą atrakcją było smyranie za uszkiem. Potem, po jakimś kwadransie psiaki się rozeszły do pracy. I tu znowu się zgadzam z przedmówcą. Chyba przekazywały sobie nasze dane, bo później już nie było tego typu "kontroli". Dodam, że również w stosunku do naszego psa - suki, zachowywały się dżentelmeńsko.

    OdpowiedzUsuń
  11. 3 krotnie byłem w Karpatach południowych i pieski naprawde potrafią zaleźć za skórę.Jeżdżąc na moto miałem z nimi problemy.Wolałbym nie weryfikować scenariusza 1 kontra 4 psy.Dzieki za przydatne info.Pzdr

    OdpowiedzUsuń
  12. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  13. HEJ

    A czy ktoś z as próbował petard hukowych w takich okolicznościach? czy to działa?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć. Nie miałem okazji próbować. Być może będą działać, jednak użycie takiej petardy wymaga czasu, którego w przypadku ataku psów najzwyczajniej nie ma...

      Usuń