środa, 8 sierpnia 2018

Breithorn (4164 m) w jeden dzień bez aklimatyzacji - relacja

Dziś zacznę serię relacji z tegorocznego wyjazdu w Alpy. Tym razem postanowiliśmy, że uderzymy w okolice Doliny Aosty. Ogólny plan wyjazdu obejmował aklimatyzację na Breithornie (4164 m npm), atak na Matterhorn (4478 m) od południa i luźne dysponowanie resztą wolnego czasu, jaka zostanie z sześciu dni przeznaczonych na akcję górską. 



Z Krakowa wyjechaliśmy dość późno, gdyż o 20:00,  w piątek 14 lipca. Najpierw wraz z Robertem wyruszyliśmy samochodem do Kędzierzyna-Koźla, skąd w dalszą podróż mieliśmy jechać wraz z Tytusem. Na miejsce dotarliśmy przed 23:00 i wszyscy przepakowaliśmy się z Forda Focusa do Forda Galaxy, który pomieścił nasza trójkę oraz całą masę sprzętu i jedzenia. Przed północą wyruszyliśmy w drogę na południowy wschód. Trasa, wiodąca przez Niemcy, Austrię, Szwajcarię i Włochy miała zaprowadzić nas wprost do Doliny Aosty. Realizacja zajęła niestety więcej czasu, niż się spodziewaliśmy - do Cervini - tj. miejsca docelowego dotarliśmy dopiero po godz. 21 w sobotę ze względu na panujące dosłownie wszędzie korki. 



Po dotarciu na miejsce okazało się, że pogoda nie jest dobra, zaś po chwili zaczął padać deszcz. Jedyną aktywnością, jaką podjęliśmy było ugotowanie obiadu i przepakowanie na kolejny dzień.



15 lipca, celem aklimatyzacji ruszyliśmy na Breithorn, niewidoczny z miejscowości Cervinia. Na szczęście wypogodziło się i wszystko zapowiadało udane wyjście. Ruszyliśmy na lekko, choć ambitnie - mając przed sobą ponad 2000 m podejścia. Na nogi przywdzialiśmy podejściówki, a plecaku taszcząc ciężkie buty pod automaty. 



Chociaż nie znałem oficjalnego przebiegu szlaku na Breithorn, wiedziałem jakich punktów należy się trzymać i do nich dopasować marsz.  Obraliśmy kierunek północno-wschodni, kierując się na stoki nieczynnego w sezonie letnim kompleksu narciarskiego. Stoki pocięte były szeregiem szlaków i dróg, co ułatwiało marsz. Pokonując 500 m podejścia trafiliśmy na pierwszy "punkt kontrolny" - Plain Maison, gdzie dociera kolejka wyruszająca z Cervinii. Następnie poruszaliśmy się od jednych zabudowań wyciągu narciarskiego do kolejnych. Powyżej wysokości 2700 m npm okolica zgubiła właściwie całą zieleń, zaś trzysta metrów wyżej zaczynały się płaty śniegu, które należało pokonać w drodze na przełęcz Teodulo (3295 m) . Pomimo, iż godziny upływały, a słońce wznosiło się nad horyzont, pogoda okazała się dla nas łaskawa, gdyż niebo lekko zamgliło się i mogliśmy uniknąć palących promieni. Przed południem dotarliśmy więc na przełęcz oraz zatrzymaliśmy się w schronisku o tej samej nazwie. Tam zmielimy buty na sztywne i zostawiliśmy podejściówki. Po chwili odpoczynku ruszyliśmy dalej. Idąc bez aklimatyzacji, powoli zacząłem odczuwać skutki wysokości, objawiające się bólem głowy i krótkim oddechem. 







Wychodząc na grzbiet śnieżnego masywu znaleźliśmy się w otoczeniu zimowego kurortu narciarskiego. Wyznaczony przez nas szlak wiódł wielkim łukiem początkowo wzdłuż jednego stoku narciarskiego, omijając schronisko Testa Grigia, by następnie przeciąć linie wyciągu, wdrapując się wprost na ramię Klein Matterhorn (3 883 m). 



Obserwując otoczenie byłem zaskoczony mrowiem turystów i narciarzy. Okazuje się, że pomimo letniej pory wielu narciarzy nie rezygnuje z szusowania o lodowcu. Około południa przemieszczaliśmy się powoli w górę, idąc pomiędzy rozpędzonymi narciarzami. Na trasie minęło nas również wielu turystów i przewodników wracających już ze szczytu Breithornu. Pomimo dość późnej godziny zdecydowaliśmy się kontynuować marsz. Jeżeli chodzi o zespół to odczucia związane z brakiem aklimatyzacji były różne. Najlepiej czuł się Tytus, który, jak sam wspominał, wysokości nie odczuł. Robert mocno dyszał, ale utrzymywał, że samopoczucie jest w porządku. Ze mną natomiast dobrze nie było i narastająca wysokość mocno dawała mi się we znaki. Narastały oznaki nudności oraz brak apetytu.  O godzinie 13:00 osiągnęliśmy wysokość 3800 m npm, wyznaczającą rozległe pole śnieżne przed szczytem Breithornu, na wysokości Klein Matterhornu.  W tym miejscu założyliśmy uprzęże i związaliśmy się liną. Łagodny stok Breithornu z tej perspektywy wyglądał na bardzo odległy, zaś do góry zmierzało kilka łańcuszków ludzkich. Moje samopoczucie i opadające tempo nie wróżyło rychłego wejścia na szczyt. Zasugerowałem chłopakom, że w sumie cel aklimatyzacyjny już osiągnęliśmy i nie musimy wchodzić na szczyt, jednak widziałem, że Robert jest zmotywowany do wejścia na szczyt i ewentualny wycof raczej nie wchodzi w grę. 




Weszliśmy więc w rozlegle pola śnieżne, wyprowadzające długim trawersem na południowy stok Breithornu i snuliśmy się krok za krokiem - pierwszy szedł Tytus, za nim ja i na końcu Robert. Początkowo tempo było relatywnie dobre, jednak zaczęło sukcesywnie spadać, w miarę wzrostu nachylenia stoku. Systematycznie sprawdzałem wysokość na zegarku i oznajmiałem o pokonaniu każdych kolejnych 100 metrów. Po osiągnięciu 4000 m npm szło się już bardzo ciężko. Mimo, iż nie inicjowałem postojów, to zatrzymaliśmy się często i nie ukrywam że odpoczynki były mi potrzebne. W końcu Robert oznajmił, że zatrzymujemy się co 200 kroków. Było to dobre rozwiązanie. Pogoda w oddali powoli zaczęła się psuć i mój altimetr w zegarku pokazywał już 4200 m npm, zaś szczyt nie było widać. Dopiero po kilku minutach teren zaczął się wypłaszczać, zaś na szczycie spotkaliśmy grupę Anglików wracających z przeciwnego kierunku. Breithorn osiągnęliśmy okolo 14:40. Wzmógł się wiatr, szczyt zasnuła mgła oraz zaczął padać śnieg. Jeżeli o mnie chodzi to czułem się źle i chciałem jak najszybciej zejść, poganiałem chłopaków.







 O ile w gore wlekliśmy się krok za krokiem to droga w dół płynęła wprost błyskawicznie. Zła pogoda jedynie zachęcała do wysiłku. Szybko opuściliśmy trawers kopuły szczytowej oraz dotarliśmy do rozległych pól śnieżnych pomiędzy Klein Matterhornem, a Breithornem, brnąc we mgle niczym przez lodowa pustynię. Wyciągi były już nieczynne, zaś nasz trójka poruszała się pomiędzy pracującymi ratrakami. Im niżej, tym każdy z nas czuł się lepiej. Powoli nudności zaczęły ustępować, zaś apetyt powrócił. Poprawiła sie również pogoda, na lodowcu po chwili zapanowała temperatura jak w piekle. Po południu warunki trakcyjne znacznie się jednak pogorszyły. Stoki znacznie rozmiękły i poruszanie się po nich stało się bardzo niewygodne. O ile jeszcze w dół jakoś się szło, to już po płaskim terenie i pod gorę nogi ześlizgiwały się w różnych kierunkach. 






Solidnie zmęczeni dotarliśmy do schroniska Teodulo, tuż przed załamaniem kapryśnej dziś pogody. Kiedy siedzieliśmy już w środku, a zewnątrz zaczął padać ulewny deszcz. Udało się nam, gdyż po chwili zza chmur znowu wyszło słońce i  mogliśmy suchą stopą ruszyć w dalszą drogę. Po zejściu poniżej płatów śniegu ponownie założyliśmy podejściówki. Wysokości szybko ubywało, ja zaś z każdym metrem niżej czułem się lepiej. We trojkę sprawnie minęliśmy Plain Maison, a zabudowania Cervini stawały się coraz większe.





Wokoło wprost roiło się od świstaków. W relacji koniecznie muszę o nich wspomnieć, gdyż wokół Cervinii jest ich tyle, że wyraźny gwizd słychać z parkingu w ciągu całego dnia. 
Na miejsce rezydencji, czyli parking obok pola golfowego dotarliśmy około 19:00. Byliśmy zmęczeni, szczególnie w kość dało nam ostatnie kilkaset metrów zejścia do miejscowości, które było bardzo strome i męczące. 
Po przybyciu na miejsce nie mieliśmy ochoty na nic. Widmo jutrzejszego wyjścia o 4:00 rano do schronu Carrel nie bawił nas jak dziś rano. Po prostu zbyt mocno wymęczyliśmy się aby kolejnego dnia być w pełni sił do marszu na 3800 m npm. Powyższe zgrało się nie bez znaczenia z prognozami pogody na poniedziałek, które były bardzo pesymistyczne. Zapowiadano opady deszczu, a wyżej śniegu. Biorąc pod uwagę te dwa czynniki zdecydowaliśmy, że kolejnego dnia zrobimy tylko rekonesans do schroniska Abruzzi, zaś do Carrrela pójdziemy we wtorek. 

Cała akcja na Breithornie zajęła nam około 11 godzin. 

Ciąg dalszy nastąpi :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz