piątek, 16 maja 2014

Czerwony wyżynny szlak turystyczny, część zachodnia Kazimierz Dolny – Lublin, marszobiegiem

Czerwony wyżynny szlak turystyczny, część zachodnia Kazimierz Dolny – Lublin, marszobiegiem



          Szlak wyżynny zachodni prowadzi dolinami rzek Czechówki, Bystrej, Grodarza oraz wierzchowinami. W swoim biegu przecina Płaskowyż Nałęczowski wkraczając na obszar Równiny Bełżyckiej. Jest to jeden z najbardziej popularnych szlaków turystycznych okolic Lublina, ze względu na przebieg przez historyczne miejscowości i urozmaicony krajobraz lessowy. Liczy 60,8 kilometrów długości.
Pomysł przemierzenia szlaku czerwonego nie ma głębokiej ideologii. Już jakiś czas temu nosiłem się z tym zamiarem, ale nigdy nie było wystarczającej motywacji do podjęcia takiego dużego wysiłku. Kilka lat temu nawet przemierzyłem tenże szlak odcinkami, ale nigdy w całości. W tym roku przyświeciła mi nowa motywacja i zapalenie biegami przygodowymi. Po co iść, kiedy można wykonać szybki marszobieg i nie tracić zbyt wiele czasu? Wiedziałem, że jest to wykonalne bez większych problemów, nauczony doświadczeniami tegorocznego „Skorpiona” i „Rajdu Dolnego Sanu”. W zamiarze wykonania takiego przejścia przyświecała mi także idea konsekwencji treningu wytrzymałościowego. Takie przejście było wymagane pod względem utrzymania cyklu comiesięcznych treningów przygotowujących do majowego „Kieratu” i tegorocznego wyjazdu do Kirgistanu na Khan Tengri. Przygotowań konkretnych nie czyniłem, gdyż z uwagi na znikomą rangę przedsięwzięcia nie były one wymagane. Skończyło się na tym, iż wieczorem przed wyjazdem namówiłem Janusza i Janka oraz spakowałem malutki plecak. Reszta całodziennego treningu miała się jakoś wykrystalizować.


Początek szlaku dla naszej trójki zaczął się w Kazimierzu Dolnym, gdyż świadomość zmniejszającej się odległości od mieszkania miała skuteczne działać motywacyjnie. Do miasta nad Wisłą dotarliśmy około godziny 9:30 i bez zwłoki udaliśmy się w kierunku południowym, opuszczając słynną kazimierską starówkę. Na obrzeżach Kazimierza przepakowaliśmy się i od marszu rozpoczęliśmy nasz trening.
Pierwsze kilometry podejmujemy spokojnie. Trzeba powoli wdrożyć ciało w ruch, aby nie wypalić się na długim podejściu. Szlak słabo oznaczony, systematycznie wiedzie nas na wschód i wyprowadza łagodnie z doliny Wisły. Pogoda dopisuje, co naocznie stwierdzamy mijając ukwiecone sady okolic Kazimierza. Kwitnie akurat wiśnia, a okolica wyglądała naprawdę przepięknie.



Na prostych odcinkach i z górki przechodzimy w powolny i stabilny trucht. Towarzyszy nam kwietniowe słońce, chłodny wiatr i temperatura w okolicach dwudziestu stopni powyżej zera. Warunki idealne. Trasa wiedzie przez drogi gruntowe i świeże asfaltówki, z racji porannej pory jeszcze opustoszałe. Za Rąblowem, po minięciu pomnika partyzanckiego zagłębiamy się w las. To jeden z przyjemniejszych odcinków, który pokonujemy pomiędzy zieleniącymi się drzewami. Wychodząc z lasu zmierzamy asfaltową drogą na wschód mijając wiejskie zabudowania.  W oddali widać już wieżę kościoła w Wąwolnicy, która majaczy na horyzoncie. W kierunku miejscowości przemieszczamy się drogami polnymi, a ten fragment szlaku kończymy efektywnym zbiegiem przez wąwóz lessowy.



Za Wąwolnicą szlak wiedzie na północ od drogi wojewódzkiej odcinkiem wyżynnym. Te kilka kilometrów dzielące nas od Nałęczowa w większości maszerujemy. W uzdrowiskowym mieście zatrzymujemy się przy sklepie w celu uzupełnienia płynów i posiłku. Pogoda trochę się pogarsza, a słońce zasnuwa się wysokimi chmurami. Mimo wszystko jesteśmy zadowoleni z pokonania ponad dwudziestu kilometrów – jednej trzeciej trasy.



` Po krótkim postoju w Nałęczowie zmierzamy dalej, na południe od miasta. Po kilku kilometrach szlak prowadzi wzdłuż doliny rzeki Bystrej. To chyba jeden z najbardziej malowniczych odcinków, który działa na nas bardzo motywacyjnie. Przemierzamy go w większości biegiem po miękkim podłożu. Wychodząc z doliny rzecznej, wiejskimi drogami asfaltowymi zmierzamy w stronę Wojciechowa. Na horyzoncie z oddali widać charakterystyczną XVI wieczną wieżę ariańską, która odcina się od płaskiego krajobrazu. W miejscowości po raz kolejny zatrzymujemy się przy sklepie, nie wiedząc gdzie spotkamy kolejny punkt uzupełnienia żywności. W miejscowości kończy się moja mapa i musze posługiwać się zdjęciem szlaku zrobionym około godziny wcześniej.



W Wojciechowie daje o sobie znać słabe oznaczenie szlaku, które sprawia że nadrabiamy kilkaset metrów. Po wyjściu z miejscowości szlak biegnie mniej urozmaiconym terenem – w większości polnymi drogami ciągnącymi się po horyzont. Nie odpuszcza również wiatr wiejący nam prosto w oczy tumanami lessu, który zalega na polnych drogach. Pogoda staje się gorsza z godziny na godzinę, ale mamy nadzieję, że deszcz dziś nam odpuści. W monotonnym odcinku miłą odmianą jest leśny fragment szlaku, prowadzący nieopodal Radawca.



Od wyjścia z  lasu, ostatnie kilkanaście kilometrów szlak biegnie w całości drogami utwardzonymi asfaltem i szutrem. W Motyczu prowadzi nawet wzdłuż popularnej drogi wyjazdowej z Lublina, gdzie mijają nas rozpędzone samochody. Ten odcinek wspominam najmniej przyjemnie. W Motyczy odłącza się od nas Janek, który uznaje, że stamtąd pójdzie bezpośrednio do domu i oszczędzi tym samym na czasie.
Od tego momentu wraz Januszem niemal bez przerwy biegniemy, czując rezerwy siły, jakie pozostały nam po marszu. Odcinki podejść pokonujemy szybkim marszem, ale im bliżej Lublina, tym rzadziej przerywamy bieg. Około dziesięciu kilometrów od miasta zatrzymujemy się na ostatni postój i posiłek, aby ten fragment szlaku pokonać bez przerw.



Gdy docieramy do granic miasta czeka nas niemiła niespodzianka. Nie docieramy do pierwotnego końca szlaku pod Muzeum Wsi Lubelskiej, gdyż nieopodal trwa budowa nowej drogi szybkiego ruchu. Musimy okrążać cały ten teren i gonić po osiedlach w poszukiwaniu przejścia do ulicy Nałęczowskiej. Gdy docieramy tam, drogę do domu mamy już prostą.



Szlak czerwony kończymy pod blokiem, po około 9,5 godzinach marszobiegu. Pomimo iż Endomondo nie chciało współpracować i cały szlak nie został zapisany, to jednak z mapy wynika, iż pokonaliśmy około 64 kilometrów. Kiedyś przyjdzie pora na wschodnia cześć szlaku, ale to inna bajka i większy kilometraż. Hej 
Pozdrawiam
Tomasz Duda

środa, 7 maja 2014

Karczówka i świętokrzyski trail vol. 2

Karczówka i świętokrzyski trail vol. 2

Sentyment do Gór Świętokrzyskich po raz kolejny obudził się we mnie podczas ostatniego pobytu w domu rodzinnym. Wszystko przyszło spontanicznie, ale odrobiną siły woli udało mi się zamienić zwykły wyjazd na wycieczkę krajoznawczą.
Wszystko zaczęło się w przedświąteczną środę, kiedy zostałem poproszony o pełnienie roli kierowcy do Kielc. Jako iż nie często ostatnio miałem ku temu okazję, prowadzić lubię  i lepszymi zajęciami jakoś nie grzeszyłem, przyjąłem taką propozycję z zadowoleniem.  Następnego dnia, przed południem wyjechałem. Droga zajęła około godziny, a czas ten upłynął w mgnieniu oka. Pogoda klarowna, wkoło kwitnący krajobraz i piękne widoki rodzinnych stron.
Dotarłszy do miejsca przeznaczenia, okazało się że dysponuję dłuższą chwilą wolnego czasu. W pewnym momencie mój wzrok obserwujący horyzont zatrzymał się na sylwetce kościoła na wzgórzu, górującego nad okolicą ponad kilometr dalej. Od razu skojarzyłem – przecież jestem niedaleko wzgórza Karczówki, na południowy zachód od centrum Kielc.
Karczówka to przede wszystkim wzniesienie wysokości 340 m npm, najwyższe w Paśmie Kadzielniańskim Gór Świętokrzyskich. Tu umiejscowiono rezerwat krajobrazowy o tej samej nazwie, stanowiący swoistą enklawę w centrum miasta. Do obiektu prowadzi żółty szlak spacerowy z Kielc, tu również początek swój bierze pieszy szlak czerwony.














Okolica porośnięta jest lasem sosnowym, a na szczycie stoi budowla sakralna.  To kościół pw. Karola Boromeusza i klasztor powstały na początku XVII wieku, jako wotum za ominięcie miasta przez zarazę. Zespół początkowo zarządzany przez bernardynów, prezentuje mieszankę stylów architektonicznych – późnego renesansu i wczesnego baroku. Dziś pod opieką księży pallotynów, jest poddawany pracom renowacyjnym. Kościół aktualnie funkcjonuje…













Pomijając walory architektoniczne budowli Karczówka to moim zdaniem przede wszystkim bardzo urokliwe miejsce. Ze wzniesienia rozpościera się piękna panorama Kielc, przy czym jednocześnie panuje tu sielanka i spokój. Enklawa w środku wojewódzkiego miasta ma w sobie coś specyficznego, co charakteryzuje miejsca podobnego typu - przeskok z miejskiego zgiełku w spokój rezerwatu krajobrazowego.



Miejsce to chciałem odwiedzić już jakiś czas temu, kiedy zainteresowałem się nim, jadąc busem w kierunku Strawczyna. Zalesione wzniesienie w centrum miasta, na szczycie kościół. Od pierwszego spojrzenia przyciągnęło moją uwagę, a zainteresowanie pobudzał fakt, że kompletnie nie wiedziałem co to za miejsce i mimo częstych wizyt w Kielcach nie miałem o nim pojęcia. We wspomniany, przedświąteczny czwartek postanowiłem konstruktywnie spędzić wolny czas w Kielcach. Nie znając ułożenia ulic, instynktownie skierowałem się w kierunku wzgórza. Sylwetka kościoła bardzo dobrze wskazywała drogę. Niespełna pół godziny później byłem już na szczycie i byłem bardzo zadowolony ze spaceru. Choć czas pozwolił mi tylko na pobieżne obejrzenie rezerwatu i zespołu sakralnego, mam nadzieje rychle to wrócić i zachęcam do odwiedzenia tego miejsca.



Podczas powrotu z Kielc postanowiłem skorzystać natomiast z okazji i „złapać” jeszcze trail w malowniczych okolicznościach przyrody. Za obszar eksploracji obrałem Chęciny i o wizytę w tej miejscowości przedłużyłem sobie drogę do domu.  Zatrzymałem się na parkingu „Biedronki”, kilometr od centrum miasta, przebrałem i trochę nierozważnie bo bez rozgrzewki rozpocząłem wolny trucht w kierunku górującego nad miejscowością zamku.




Za pierwszy cel obrałem sobie znalezienie żółtego szlaku turystycznego, który miał stać się główną osią biegu. Zamiast podążyć do remontowanego centrum Chęcin skręciłem bardziej na lewo i skierowałem się ku budynkowi kościoła niezbyt stromym podbiegiem.  Od budowli skręciłem w kierunku wzgórza i po chwili natknąłem się na żółte znaczki. Szlak początkowo prowadził trawersem, a następnie wzdłuż granicy lasu wspinał się na wzgórze zamkowe. Nastromienie było dość znaczne i najbardziej odczułem je w palących mięśniach ud. Kilka minut później, stałem już przed bramą charakterystycznego zamku „kazimierzowskiego”, skąd roztaczała się wspaniała panorama na kwitnącą okolicę. Do klimatycznej budowli nie miałem zamiaru dziś wchodzić – w środku byłem nie raz, a tego dnia nie chodziło o zwiedzanie.  Zatrzymałem się tu na kilkadziesiąt sekund, zrobiłem parę zdjęć i ruszyłem w dalszą drogę.



Ze wzgórza zamkowego (355 m npm) szlak żółty schodził prosto w dół. Nie sprzyjało to bieganiu, ale krótki odcinek po skałkach pokonałem dość szybko. Gdy teren stał się bardziej płogi, bieg nabrał prawdziwego znaczenia. Początkowo lasem, następnie drogą pokonywałem kolejne odcinki. Niebawem skręciłem w prawo, tym razem biegnąc za wskazaniami zielonej ścieżki edukacyjnej. Tu po przelotnym pobycie w lesie, czekał mnie coraz bardziej stromy podbieg na górę Rzepkę (357 m npm). Wzniesienie w większości  zadrzewione, od wschodniej strony zakończone jest malowniczym urwiskiem, stanowiącym pozostałość po kamieniołomie. Ze szczytu rozpościera się piękna panorama na południowe pasma Gór Świętokrzyskich i dolinę Białej Nidy. Zobaczyłem stąd mój kolejny cel, czyli niewysokie pasmo Chrostyni.




Z góry Rzepki zbiegłem na południe, długim i niezbyt stromym stokiem, podziwiając rozległe widoki zielonej doliny. Niebawem dotarłem do zabudowań miejscowości Korzecko, dbając o to żeby trafić za nielicznymi oznaczeniami i klucząc obok zabudowań.  Czwarty kilometr rozpocząłem już na podbiegu kolejnego pasma wzniesień. Ścieżka najpierw kryła się w lesie, następnie biegła trawersem wśród drzew, aby wreszcie łagodnym terenem znaleźć się na grzbiecie wzniesień. Pierwszym wzgórzem jakie minąłem były Glinianki (335 m npm). Szlak prowadził dalej drogą po grzbiecie i wśród lasu. Sucha, miękka ścieżka, zieleniące się drzewa po drodze i intensywne słońce przebijające się przez korony drzew. Te okoliczności stanowiły wspaniałe otoczenie po pokonywania kilometrów.



Pasmem biegłem jeszcze kilka minut , a zawróciłem niedługo po osiągnięciu siódmego kilometra, gdy szlak zaczął schodzić w dół z głównego grzbietu.
Powrotna droga okazała się równie przyjemna. Pasmo pokonałem bardzo szybko i biegnąc po znanej ścieżce, dotarłem do miejscowości osiągnąwszy drogę, którą teraz kierowałem się do Chęcin. W drodze powrotnej nie biegłem już przez górę Rzepkę, ale stricte za znakami szlaku żółtego. Zaczął się długi podbieg, który choć łagodny przypomniał mi, że jednak ponad dziesięć kilometrów pokonałem już po naturalnym i pagórkowatym terenie.




Od rozpoczęcia biegu minęła już ponad godzina, gdy dotarłem do podnóża góry Zamkowej. Okolica ciągle poddawana pracom remontowym była trochę opustoszała. Za ostatni podbieg zabrałem się niespiesznie, truchtając wśród lasu. Kilkadziesiąt metrów skalistego odcinka do bramy zamkowej w górę pokonałem przeskakując po skałach. Zadowolony ale szczęśliwy spojrzałem ostatni raz na panoramę wieczornych Gór Świętokrzyskich. Chwilę później pędziłem na złamanie karku w kierunku północnym. Najpierw do zamku, następnie w kierunku centrum i do samochodu, pod Biedrę :).








Opisaną przeze mnie trasę w okolicach Chęcin proponuję każdemu miłośnikowi traili, którzy dysponuje odrobiną wolnego czasu. Pokonany przez mnie odcinek mierzy 14 kilometrów i niecałe 300 m różnicy wzniesień, wiedzie urozmaiconym i suchym terenem. Po drodze wspaniałe widoki, klimatyczne otoczenie i zabytki architektury. Warto.
Pozdrawiam.

Endomondo:



sobota, 26 kwietnia 2014

Rajd Wiosenny 2014 UKT Mimochodek Pogórze Ciężkowickie, Pogórze Rożnowskie - relacja

Rajd Wiosenny 2014 UKT Mimochodek Pogórze Ciężkowickie, Pogórze Rożnowskie - relacja

W drugiej dekadzie kwietnia, jak co roku odbył się Rajd Wiosenny Uczelnianego Klubu Turystycznego „Mimochodek”. Jako iż miałem okazje go prowadzić, chciałbym przedstawić skrótową relację z tego wydarzenia.
Teren tegorocznej eksploracji wybrany został jeszcze w zimie. Zdecydowaliśmy się podjąć marsz przez tereny do tej pory nieznane klubowi z Lublina – pogórza. Choć tereny te nie są zbyt wybitne (w sensie dosłownym), a szlaki w dużej mierze prowadzą już asfaltowymi drogami postanowiliśmy zaryzykować i postawić na nowatorstwo. Pomysłowi przewodziła idea, aby po raz kolejny nie drążyć tematu Bieszczadów czy innych pasm Beskidów, schodzonych na Rajdach Jesiennych wzdłuż i wszerz. Wybraliśmy Pogórze Ciężkowickie i Rożnowskie, oraz przewidzieliśmy limit miejsc na 20, który szybko udało się zapełnić.  Sam zająłem się zaplanowaniem trasy i mając w pamięci ubiegłoroczny szybki marsz, w tym roku postanowiłem nieco wydłużyć kilometraż – 27 km do przejścia jednego dnia i 21 km drugiego.



Sobota 12ego kwietnia rozpoczyna się dla każdego uczestnika rajdu skoro świt, a właściwie jeszcze w nocy. Wyjazd o 6:00 rano i kierunek południe – Rzeszów, Pilzno, Ryglice. Przejazd przebiega właściwie bez kłopotów. Na ostatnich kilometrach GPS kierowcy wodzi nas wprawdzie po leśnych ścieżkach, ale o 11:00 udaje się go poskromić i wreszcie dotrzeć do Ryglic, a nawet dwa kilometry dalej, na podejście. Z busa wychodzimy przy przejmujących wietrze i niezbyt ciekawej aurze. Termometr nie dochodzi do 10 stopni powyżej zera.

Postój pod Ostrym Kamieniem

Początkowo niemrawo, ale wkrótce coraz szybciej zaczynamy marsz i rozgrzewamy się. Idziemy wąskimi drogami za szlakiem niebieskim na południe. Po wejściu w las szlak zbacza, a my podążamy dalej drogą. Za kilkaset metrów skręcamy na zachód i na szlak żółty – osiągamy Ostry Kamień (527 m npm). Tam urządzamy pierwszy śniadaniowy postój, a posiliwszy się zaczynamy marsz Pasmem Brzanki. Okolica jest bardzo urokliwa. Na drzewach znać już ślady wiosny i ptaki śpiewają, tylko pogoda zdaje się być niepewna, a chmury ciemne. Przechodzimy przez malowniczo położony przysiółek Ratówki i po chwili osiągamy najwyższe wzniesienie pasma – Brzankę (534 m npm). Tam zatrzymujemy się na kolejny postój. Niektórzy kupują w schronisku ciepły posiłek, inni okupują wieże widokową usytuowaną kilkadziesiąt metrów dalej, właściwie każdy ma zajęcie. Miłą atmosferę trzeba jednak wkrótce przerwać, bo już po południu, a przed nami prawie 20 km do przejścia.

Widok z wieży na Brzance


Z Pasma Brzanki schodzimy szlakiem niebieskim, który będzie towarzyszył nam już cały dzień. Niebawem docieramy do Jodłówki Tuchowskiej, gdzie oznaczenia marszruty nie pokrywają się z mapą. Widocznie niedawno zostały zmienione i aż do Rzepiennika prowadzą drogą biegnąca na zachód w stosunku do pierwotnego szlaku. Dominują drogi utwardzone i urozmaicony krajobraz.  Z Rzepiennika Strzyżewskiego idziemy dalej w kierunku zachodnim przez las, skrywający cmentarze z czasów II wojny światowej – żydowski i partyzancki w wiosce Dąbry. Kilometr dalej, przy drodze do Ciężkowic usytuowany jest kolejny cmentarz – tym razem z I wojny światowej.  Na tym etapie szlak zbacza z drogi głównej i prowadzi wąską dróżką. Nią docieramy do Ciężkowic, choć przed nami jeszcze ponad 3km szlaku.

Rzepiennik Strzyżewski


Niedawno minęła siedemnasta, a asfalt każdy już odczuł w podeszwach, toteż entuzjazm kształtuje się na umiarkowanym poziomie. Jednak najbardziej atrakcyjna wizualnie część trasy przed nami. Niebawem wchodzimy pomiędzy domy i na podejściu zagłębiamy się w lesie. Szlak wiedzie teraz mocno urozmaiconym terenem, prowadząc przez doliny potoków i wspinając się po ich zboczach. W pewnym momencie wyrastają przed nami twory skalne i malutki strumyczek cieknący po twardym podłożu. Dotarliśmy do tzw. Wodospadu Ciężkowickiego, który tworzy kilkadziesiąt metrów swego rodzaju kanionu skalnego. Wygląda to naprawdę imponująco jak na lokalne pagórki, do tego jest wiele ścieżek wśród skał. Urządzamy postój, a  większość wykorzystuje go na aktywne spędzanie wolnego czasu, chcąc dotrzeć do źródła wodospadu.


Wodospad Ciężkowicki


Po kilkunastu minutach idziemy dalej, a szlak powoli wyprowadza nas z doliny. Teraz kolej na Rezerwat Skamieniałe Miasto, który właśnie przemierzamy. Przy pierwszej „Skale z Krzyżem” zatrzymujemy się dłużej i podziwiamy panoramę miasta, widoczną jak na dłoni. Większą cześć Rezerwatu przechodzimy jednak nie zatrzymując się już dłużej przy obiektach. W Rezerwacie ścieżka jest dobrze oznaczona i wydeptana, a skalne twory oznaczone zwyczajowymi nazwami. To zdecydowanie dobre rozwiązanie zapraszające do dłuższej kontemplacji i  nakierowujące nieco wyobraźnię na wizje autora, z którą nie musimy się zgadzać. Granicę Rezerwatu witamy przy drodze wojewódzkiej prowadzącej do Ciężkowic. Centrum miasta osiągamy około dziewiętnastej, przy ostatnich minutach światła dziennego.



Skamieniałe Miasto


Na miejscu wytwarza się dziwna sytuacja i możemy stwierdzić,  że PTSM w którym mieliśmy nocować jest zamknięty, a do właściciela nie można się dodzwonić. Nie mając lepszego wyboru korzystamy z wiadomości tubylców, którzy bez problemów identyfikują posiadłość Pana X.  Po wizycie właściciel PTSM znajduje się i przekazuje nam klucze do obiektu. Nawiasem mówiąc jest to niezbyt przyjemny człowiek, zdający się winić nas za niedziałający telefon i brak jakiegokolwiek kontaktu. W krótkich słowach wyrzucam mu co sądzę o sytuacji, czym jednak niebyt się przejmuje, a i pozostaje obojętny. Najważniejsze, że przekazuje klucze, zbiera pieniądze i opuszcza budynek. Mamy wreszcie spokój i po całodziennym marszu możemy skupić się na sporządzaniu jedzenia i opróżnianiu szkła.



Ciężkowice



W leniwą niedzielę 13 kwietnia, wbrew obawom o pogodę, budzi nas słońce, którego właściwie nikt, a przede wszystkim meteorolodzy,  się nie spodziewał. Choć wieczór był imprezowy i skończył się parę godzin temu, rozbudzanie towarzystwa idzie bardzo sprawnie. Szybka toaleta, sprzątanie i śniadanie, a kilka minut po dziewiątej możemy już wychodzić na trasę. Dzisiaj znowu instynktownie szukamy niebieskiego szlaku i przekraczamy Rzepiankę w marszu na zachód. Stosunkowo ruchliwa droga po kilometrze kończy się, nieopodal dworku Ignacego Paderewskiego w Kąśnie Dolnej.  Nieopodal  malowniczo położonej budowli widnieją kolejne znaczki szlaku, które wyprowadzają nas na podejście. Ścieżka wiedzie przez park i las, by doprowadzić nas do asfaltowej dróżki wśród pól.  Nią zmierzam na zachód, idąc grzbietem niebyt wypiętrzonego pasma wzniesień. W oddali widzimy wieżę widokową w Styrkach, do której docieramy kilkadziesiąt minut później. W tym miejscu zatrzymujemy się na dłużej i odpoczywamy przy akompaniamencie promieni słonecznych.

Styrki
Wiosna ;)


Następnie podążając za niebieskimi oznaczeniami mijamy Bruśnik i wędrujemy długim podejściem  na kolejne wzniesienie. Z drogi którą podążamy rozpościera się znakomity widok na całą dolinę i sąsiednie wzniesienia, choć twarda nawierzchnia szybko nudzi się obutym stopom. W Bukowcu dajemy odpocząć nogom i korzystamy z ostatnich słonecznych chwil tego dnia. Niebo systematycznie się chmurzy, aż wreszcie staje się szare.  Przez Bukowiec maszerujemy w psującej się pogodzie. W miejscowości zmieniamy szlak na zielony i kierunek na północny, po czym niebawem docieramy do pięknego drewnianego kościoła pw. Niepokalanego Serca NMP i Rezerwatu Diable Skały. Oba obiekty , zarówno naturalny i architektoniczny robią na nas duże wrażenie.

Widok z wieży w Styrkach

Już grupo po południu, a znaki wskazują jeszcze godzinę marszu do Jamnej. Niebawem ruszamy w drogę, która w większości prowadzi nieutwardzonymi gruntami leśnymi. Po niemal całym dniu deptania asfaltu to bardzo miłe urozmaicenie i odpoczynek dla stóp. Samą miejscowość osiągamy kilkadziesiąt minut później. Okolica jest położona bardzo malowniczo – położona wśród lasów na wzgórzu. Nie zatrzymujemy się, ale kierujemy za znakami wskazującymi bacówkę PTTK. Niebawem docieramy do obiektu, który niestety jest zamknięty. Nie mając lepszego wyjścia, zadowalamy się odpoczynkiem w zabudowaniach knajpy leżącej 200 metrów dalej. Pogoda nie wróży nic dobrego, a większość z nas kontempluje niebo w oczekiwaniu na realizacje zamówień kulinarnych.   Po telefonie do kierowcy i upływie niepełnej godziny, z pełnymi brzuchami szukamy szlaku żółtego, który ma wyprowadzić nas do doliny. Zejście z niemal 500 metrowego wzniesienia zajmuje około 20 minut. Z lasu wychodzimy prosto na parking w miejscowości Paleśnica Potoki. Zgrywamy się idealnie, mogąc od razu wsiąść do oczekującego naszego przyjścia busa. Niemal dokładnie wtedy zaczyna kropić drobny deszcz, który z upływem czasu przybiera na sile. Jak na życzenie zdążamy uchronić skórę i w stanie suchym możemy dojechać do Lublina przed dwudziestą drugą.

Kościół Bukowiec

Rezerwat Diable Skały


Tegoroczny Rajd Wiosenny UKT Mimochodek okazał się przedsięwzięciem nader udanym. Trasa, choć wydłużona, została zrealizowana w całości i we właściwym czasie. Asfalt trochę dał znać o sobie stopom, ale taka jest właśnie specyfika pogórzy – urbanizacja pociąga za sobą utwardzanie ścieżek. Na eksploracje tych terenów zdecydowanie polecałbym rower. Okolica jest bardzo ciekawa. Pomijając oczywiście kwestie widokowe, na uwagę zasługuje lokalna architektura sakralna i rezerwaty przyrody z różnorodnymi formacjami skalnymi. Po prostu jest na co popatrzeć. Mnie się bardzo podobało, z pewnością kiedyś tu wrócę. Mam nadzieję, że uczestnikom również.
Pozdrawiam
Tomasz Duda


niedziela, 20 kwietnia 2014

Asics Gel Trounce - buty na 500 km, recenzja opinia

Asics Gel Trounce - buty na 500 km, recenzja, opinia
Foto producenta


W listopadzie 2013 nabyłem nowe buty biegowe. Przypomnę, że Asics Gel Trounce znalazły się w moim posiadaniu w wyniku uznanej reklamacji Asics Gel Pulse 4 i wymiany na nową parę.
Za buty zapłaciłem 219 zł w lubelskim Go Sport i miały stać się one moim podstawowym obuwiem do biegania w mieście i po nawierzchniach utwardzonych.

Jak postanowiłem, tak też się stało. Asics Gel Trounce towarzyszyły mi podczas codziennych treningów późną jesienią i zimą. Gdy śnieg pojawił się na chodnikach, przejściowo poszły w odstawę na rzecz bardziej przyczepnych Salomonów Speedcross 3. Niemniej jednak opadów wielkich nie było i buty szybko z powrotem zagościły na moich nogach.
Jeśli miałbym porównywać je do poprzedników (Gel Pulse 4) to moja opinia będzie bardzo zbliżona. Buty wygodnie, dobrze trzymające nogę, zero docisków, otarć czy problemów. Po prostu wygodne. Kolorowa stylistyka trochę trąciła tandetą i wiejskim targiem, ale co zrobić. Biegało mi się w nich dobrze, choć czułem minimalną różnicę jeśli chodzi o amortyzację i oddychalność. Te dwie cechy były ewidentnie domeną Gel Pulse 4.

Buty po 500 km


W odróżnieniu od poprzedników, Asisc Gel Trounce traktowałem przykładnie. Nie biegały ze mną po terenie, nie brudziły się nadmiernie. Nie zaliczyły nawet żadnego startu w zawodach. Można rzec, iż w podręcznikowym stylu przebiegłem w nich 500 km zgodnie z przeznaczeniem.

Dziura i rozpruty szew

Właściwie od połowy tego dystansu zacząłem zauważać, że buty się zużywają w tych samych miejscach co Asics Gel Pulse 4. Siatka na wysokości dużego palca zaczęła się przecierać od środka. Jeszcze w okolicach 400 km nie pękła, ale przetarcie było widoczne i szew łączący siatkę z tworzywem zdawał się pękać. Dopiero kilka treningów później przyszedł punkt kulminacyjny. W siatce zrobiła się dziura, przez którą przezierał mój duży palec, a szew puścił zupełnie. Po dokładnej obdukcji butów, na jaw wyszły jeszcze inne wady - przetarcia wewnątrz buta, na wysokości pięty.





Przetarcie


Następnego dnia oddałem buty do reklamacji w Go Sport. Po pięciu dniach ta została rozpatrzona pozytywnie, a ja zgłosiłem się po nowe buty do sklepu. Ceny regularne odstraszały, a promocyjne modele był wybrakowane. Nie chciałem kupować już Asics'a, ale właściwy brak konkurencji zmusił mnie do tego. Wziąłem mocno podstawowy model Asics Galaxy 7 za 189 zł. Wiem, że można kupić je taniej w sieci, ale wolałem dołożyć. Dwadzieścia czy trzydzieści złotych więcej, a zyskałem pewną możliwość reklamacji. Biorąc pod uwagę dwa poprzednie przypadki, nie łudzę się, że buty wytrzymają długo. Pewnie następne kilkaset kilometrów. Wtedy przyda się możliwość reklamacji w ogólnopolskiej sieci sklepów.

Podeszwa po 500 km


O ile o butach można mówić różne opinie to z tego miejsca chciałbym zarekomendować serwis sklepów Go Sport. Przed pierwszą reklamacją naczytałem się o nim wiele nieprzyjaznych opinii. Muszę zdementować te pogłoski. Może kiedyś serwis działał słabo i pozytywnych reklamacji było niewiele, ale od tego momentu jakość sklepu chyba się poprawiła. Mój przykład może być tego potwierdzeniem. Dwie pozytywnie rozpatrzone reklamacje, dobry kontakt i wzorowa obsługa. Serwis polecam.

Tomasz Duda

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

We Khan do it!

We Khan do it!

Jak co roku, także i w te wakacje wraz  z kolegami przygotowuję wyprawę na "większą" skalę. Urzeczeni pięknem przyrody i monumentalnością szczytów Pamiru, po raz kolejny postanowiliśmy polecieć do Kirgistanu. Tym razem zmieni się diametralnie obszar naszej eksploracji.
Będą nim góry Tien Shan - pasmo leżące w północno-wschodniej części tego azjatyckiego kraju. W trakcie wyprawy zmierzymy się ze szczytem Kahn Tengri, o wysokości 6995/7010 m npm (wierzchołek skalny/czapa lodowa), usytuowanym na granicy kirgisko-kazachsko-chińskiej. Wyzwaniem będzie samo dotarcie pod szczyt, które pokonamy kilkudniowym marszem przez ok. 70 km jednego z najdłuższych lodowców na świecie bez korzystania ze zorganizowanej pomocy agencji turystycznych (tzw. pakiety).



Będzie się działo, choć akcja górska dopiero w wakacje. Czas pozostały do odlotu wykorzystujemy na solidne przygotowania. Bogaci o doświadczenia poprzedniej wyprawy "Pik Lenin 2013" organizujemy się w uporządkowany sposób, choć i tak zajęć nam nie brakuje. Niespełna miesięczny wyjazd to ogrom prac logistycznych, technicznych i przede wszystkim kondycyjnych.

Aby informować na bieżąco o naszych perypetiach, utworzyliśmy skromne zaplecze medialne w postaci
- bloga We Khan do it
- strony Facebook.
Rok temu wsparcie wszystkich odwiedzających i śledzących naszą wyprawę mocno zmotywowało nas do wytężonego wysiłku i pomogło w realizacji wyjazdu. Liczymy ponownie na Waszą pomoc. Odwiedzajcie nasze skromne media, udzielajcie się i udostępniajcie znajomym. Każda aktywność
jest dla nas pomocna, gdyż ułatwia uzyskanie ewentualnego wsparcia zewnętrznego.
We Kahn do it!

Tomek
Janek
Janusz
Marcin

czwartek, 10 kwietnia 2014

Bielizma termoaktywna Brubeck Merino Extreme – test, recenzja, opinia

Bielizma termoaktywna Brubeck Merino Extreme – test, recenzja, opinia


Dane producenta
Bluza męska typu 1st layer z długim rękawem z wełny pochodzącej z owiec merynosów wykonana w technologii bezszwowej, z dwuwarstwowej, oddychającej dzianiny. Warstwa zewnętrzna wykonana jest w 100% z wełny merynosów, z których pozyskuje się puszystą wełnę o cienkich włóknach. Wełna charakteryzuje się bardzo wysoką termoizolacyjnością, dzięki temu bardzo dobrze chroni przed wyziębieniem organizmu, także w bardzo niskich temperaturach. Ma właściwości antybakteryjne, pochłania promieniowanie UV, może wchłonąć wilgoć odpowiadającą 1/3 jej własnej masy, nie sprawiając wrażenia mokrej w dotyku. Wewnętrzna warstwa poliamidowa szybko odprowadza wilgoć od skóry, dzięki czemu skóra pozostaje sucha, nawet podczas intensywnego wysiłku. Struktura siatki w miejscach o wzmożonej potliwości (pod pachami) podnosi komfort użytkowania oraz wspomaga odprowadzanie wilgoci. W porównaniu ze zwykłą wełną, wełna merynosów nie „gryzie" jest miękka i przyjemna w dotyku. Strefy RIB wzdłuż linii talii zapewniają idealne dopasowanie do sylwetki i gwarantują swobodę ruchów. Bezuciskowe ściągacze przy nadgarstkach, szyi oraz na biodrach ograniczają ryzyko przedostawania się zimnego powietrza pod dzianinę. Dzianina antystatyczna - nie elektryzuje się, antyalergiczna - nie powoduje uczuleń i podrażnień oraz bakteriostatyczna - nie wchłania brzydkich zapachów. Polecana do sportów zimowych lub aktywności w ekstremalnie niskich temperaturach.

Spodnie męskie typu 1st layer z długą nogawką z wełny pochodzącej z owiec merynosów wykonane w technologii bezszwowej, z dwuwarstwowej, oddychającej dzianiny. Bezuciskowe ściągacze przy kostkach oraz w pasie ograniczają ryzyko przedostawania się zimnego powietrza pod dzianinę.
Skład: 61% wełna, 37% poliamid, 2% elastyn









Dlaczego Brubeck Merino Extreme?  
Od kiedy pierwszy raz usłyszałem o wełnie z merynosów i jej używaniu przy produkcji odzieży górskiej, byłem nieco sceptyczny. W miarę upływu czasu i czytania opinii, że jednak to ma sens, a materiał posiada więcej cech pozytywnych niż negatywów, zacząłem nabierać zaufania. Pomagały mi w tym krótkie, ale za to wielorakie opinie użytkowników. Prawdziwy szał na merino zbiegł się akurat w czasie z zapotrzebowaniem u mnie na zimową bieliznę. Zacząłem więc poszukiwania w celu zakupu odpowiedniego kompletu. Wymagania miałem niezbyt wyśrubowane – produkt przede wszystkim miał by relatywnie tani (to ten bardziej rygorystyczny wymóg), w kroju dopasowany  i powinien posiadać w składzie domieszkę syntetyku. Dlaczego ten ostatni wymóg – zapytacie? Otóż w opiniach często spotykałem się z przeświadczeniami o słabej trwałości 100 % wełny. Domieszka syntetyku miała dodawać materiałowi elastyczności i zwiększać rozciągliwość i właściwości szybkoschnące bielizny (wełna sama z siebie schnie powoli i nie jest zbyt elastyczna). W pewnym momencie przeglądania, wybór mój padł na produkty firmy Brubeck, której bieliznę już użytkowałem (test Brubeck Thermo). Nie zastanawiałem się zbyt długo i znalazłszy stosowna promocję, zaryzykowałem zakup w zimie 2011/2012 r. Wielu moich znajomych zrobiło podobnie.


Warunki używania bielizny
Brubeck Merino Extreme miała stać się moją podstawową bielizną zimową, z preferencją na ujemne temperatury. Miałem w niej nie przede wszystkim nie zmarznąć i czuć komfort po kilku dniach użytkowania. Mając na względzie ekspedycyjne użytkowanie bielizny, a co z nim się wiąże – intensywne używanie, często bez możliwość jej prania przez ponad tydzień, kupiłem właśnie produkt typu merino. Jednym z większych plusów tego materiału jest właśnie antybakteryjność i redukcja przykrych zapachów, co znacznie zwiększa komfort użytkowania i użytkownika jednocześnie. Brubeck Thermo Extreme używałem przede wszystkim w Tatrach zimą, na Grosslockenerze, Kazbeku i podczas wyprawy na Pik Lenina. Myślę, że tym samym mogę być reprezentatywny w swoich opiniach.


Materiał, wykonanie
Po trzech sezonach używania bielizny muszę przyznać – z pewnością wełna merynosów jest mniej odporna na zużycie od syntetyków. Jak producent wspomina, spodnie i bluza wykonane są z kilku rodzajów materiału, a stosunek wełny do syntetyku to około 60%. Mało? Według mnie – wystarczająco.  Ogólnie kilka rodzajów materiału poprawia funkcjonalność, ale każdy z nich ma różne cechy – jedne lepsze inne gorsze. Wełna jest z definicji przede wszystkim ciężka. Bielizna waży tym samym więcej niż analogicznej grubości komplet syntetyczny. Materiał z zasady charakteryzuje się grubym splotem – nie jest tak spójny jak syntetyk, ale pozwala na lepsze dopasowanie do sylwetki. Zewnętrzna warstwa,  według producenta  w 100% z wełny ma tendencję do mechacenia się i kudłacenia.

I tak jak wspomniałem – jedne elementy bielizny mechać się bardziej niż inne, co ująłem na zdjęciu. Do tej pory w materiale nie powstała żadna dziura, ale przy większym stosunku wełny wydaje mi się to bardzo prawdopodobne. Producent twierdzi, iż materiał „nie gryzie”. Po części ma rację – mi w zupełności odpowiada, ale nie każdemu musi. Niektórzy mniej „gruboskórni” znajomi narzekają na materiał, z którego jest wykonana bielizna Brubeck Merino Extreme. Według nich jest on niewygodny i właśnie „drapiący”. Sztuczny emblemat „merino extreme” jest bardzo nietrwały. Już w tym momencie popękał i zaczął odchodzić od materiału. Wkrótce zapewne zniknie.





























Wygoda, funkcjonalność, czyli Brubeck Merino Extreme w praktyce
Bielizna jest stosunkowo wygodna i dobrze dopasowana. Materiał, o czym już wspomniałem, jest bardzo rozciągliwy i nie ma problemu aby dobrze wybrać rozmiar. Preferowane są zdecydowanie szczupłe sylwetki, które podkreśla. Na mój wzrost 184 i 75kg wagi, wybrałem rozmiar L i jestem z tego powodu bardzo zadowolony. W każdym wymiarze trafia on w moją budowę sylwetki i dobrze się dopasowuje. Również i spodnie, które nie uciskają w pasie, nie są zbyt długie ani za krótkie. Wysoki kołnierz prawidłowo opina szyję, rękawy nie uciekają do góry (przypadłość Brubeck Thermo) i mają odpowiednią długość. Bluza jest stosunkowo długa – w zimowej odzieży działa to na plus – jest cieplej w newralgicznych miejscach.
Dodatek syntetyku powoduje, że Brubeck Merino Extreme stosunkowo dobrze radzi sobie z potem. Mając na uwadze zasłyszane wcześniej opinie o słabym wysychaniu wełny, jestem bardzo zadowolony ze swojej bielizny. Nie zauważyłem właściwie różnicy w tempie schnięcia Brubeck Thermo i Brubeck Merino Extreme, choć muszę zaznaczyć, że w wełnianym wdzianku staram się trochę mniej pocić, jeśli można tak to określić.
Różnica jest natomiast istotna porównując właściwości antybakteryjne obu produktów. Wełna merynosów to pierwszy produkt, który faktycznie redukuje nieprzyjemne zapachy. W syntetykach ta właściwość jest na bardzo niskim poziomie, za to parametrami wełny merynosów w tym zakresie jestem naprawdę mile zaskoczony.  Bieliznę można nosić parę dni i jest przy tym relatywnie świeża. Przetestowałem to dokładnie na wyprawie w góry Pamiru, gdzie z praniem było ciężko, a mimo wszystko bluza i spodnie pozostawały w zapachu „do zniesienia”.
Godną zauważenia cechą produktu Brubecka jest jego znikoma wiatroodporność. Jak powyżej wspomniałem, materiał posiada gruby splot i nie jest spójny tak, jak syntetyk. Z jednej strony lepiej oddycha i dopasowuje się, jednak na skórze czuć każdy podmuch wiatru. Bluza jest paradoksalnie bardzo ciepła, ale gdy wiatr zawieje nawet lekko, na ciele pojawia się chłodne i nieprzyjemne uczucie. Nie traktuje tego za wadę, tylko właściwie nigdy nie przewiduje dla bielizny roli pierwszej warstwy bez niczego wierzchniego.
W spodniach Brubeck Merino Extreme kilkukrotnie biegałem na mrozie. Wbrew pozorom – z dość dobrym rezultatem. Nie wychwyciłem różnicy, z porównaniu z syntetycznymi Brubeck Thermo, poza tym iż przy bezwietrznej pogodzie, w Merino Extreme było mi cieplej.




Podsumowanie
Moje subiektywne wrażenia z kilku sezonów używania bielizny są dobre. Za wydane pieniądze, otrzymałem proporcjonalnie dobry towar. Produkty konkurentów kosztują nawet dwukrotnie więcej, ale takich pieniędzy na bieliznę nie jestem w stanie póki co wydawać. Jeśli ktoś szuka bielizny na zimę, z wełny merynosów, rekomenduję Brubeck Merino Extreme. Nie będzie zawiedziony zakupem, a przynajmniej nie powinien być.
Co się tyczy samej wełny tego gatunku, to po używaniu bielizny, jestem do niech pozytywnie nastawiony. Dobry materiał na mróz i umiarkowany wysiłek fizyczny. Zdecydowanie gorzej od syntetyka znosi urazy mechaniczne, ma mniejszą wytrzymałość i trochę gorzej schnie, ale na warunki mroźne i ekspedycyjne jest zdecydowanie bardzo dobry i warto mieć odzież tego typu w swojej sportowej szafie.
Pozdrawiam.
Tomasz Duda


Ocena
Materiał                   4/5
Krój                          5/5
Wygoda         3/5
Transport wilgoci        3/5