Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trail. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trail. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 maja 2015

Krokusy i biegowa wiosna w Tatrach

Ostatnim weekendem kwietnia biegałem po Tatrach.




Trudno, ażeby stało się inaczej biorąc pod uwagę nader optymistyczne prognozy pogody i propozycję wyjazdu, która pojawiła się właściwie z dnia na dzień.
W sobotę rano wyjechałem wraz z Anitą, Markiem i Edytą na południe. Do wylotu Doliny Chochołowskiej dotarliśmy po dwóch godzinach jazdy, około 9:00 rano. Na parkingu było już tłoczno, więc po podzieleniu się na dwa zespoły wtopiliśmy się w tłum turystów.
W Dolinie było chłodno, a w  zacienionych miejscach ciągle utrzymywał się śnieg. Tym samym biegło się przyjemnie, a tłum na szlaku był jedyną przeszkodą do pełnego zadowolenia.
W sprzyjających okolicznościach szybko osiągnęliśmy Polanę Chochołowską. Jeżeli wcześniej uważałem że magia zdjęć z polami krokusów to wyłącznie kwestia korzystnej perspektywy, z tą chwilą zmieniłem zdanie. Było na co popatrzeć i co fotografować. Fioletowe pola rozlewały się wokoło i tylko tłumy oglądających psuły krajobraz i kompozycję zdjęć.
Po przerwie na jedzenie w schronisku skierowaliśmy się na szlak prowadzący na Grzesia. Od samej granicy lasu otoczenie zmieniło się diametralnie. Przeszliśmy w krainę śniegu i rzeźkiego powietrza. Podejście upłynęło szybko. Ze względu na śliski i mokry śnieg nie mogło być mowy o bieganiu, ale szybkim marszem sprawnie pięliśmy się do góry, mijając kolejne osoby.
Powyżej granicy lasu zaczęło wiać i na koszulki trzeba było założyć wiatrówki. Tempo jednak nie spadło. Bez zbędnych postojów weszliśmy na Grzesia i skierowaliśmy się w kierunku Rakonia. Początkowo relatywnie płogim i ośnieżonym stokiem, a następnie przewianym grzbietem podbiegaliśmy w kierunku szczytu. Na tym odcinku stopy zyskały co prawda stabilne oparcie, jednak tylko pozostawanie w ruchu pozwoliło uniknąć wychłodzenia przez zimne podmuchy wichru.
Na Rakoń wbiegliśmy około 13:00 wzbudzając niemałe zainteresowanie. Dwie osoby ubrane w buty biegowe i "letnie" ubranie dziwnie kontrastowały z turystami przyodzianymi w membrany i czapki. Na szczycie wiało mocno i trzeba było podjąć decyzję, co do dalszej drogi. Jako, iż grań prowadząca w kierunku Wołowca wyglądała na zaśnieżoną, a wiatr zyskał na sile, podjęliśmy decyzję o powrocie.
Zbieganie było ciekawym przeżyciem. Szczególnie w miękkim i śliskim śniegu trzeba było bardzo uważać, gdzie stawia się buty. Właściwie aż do Grzesia biegliśmy, mijając zdziwionych turystów. Szczyt tego wzniesienia był aż obesłany ludźmi, którzy ciasną masą obsiedli wzniesienie. Dalszą drogę do schroniska trudno natomiast nazwać biegiem, gdyż bardziej polegała na półswobodnym ślizgu.
Kijki okazały się nieocenione, gdyż bez tego steru nieraz wylądowalibyśmy plackiem na śniegu. Niemniej jednak obyło się bez wypadków, a Polanę Chochołowską osiągnęliśmy w oka mgnieniu.
Jako, iż u wylotu Doliny umówiliśmy się z Edytą i Markiem dopiero o 19:00 mieliśmy sporo czasu. Prawie godzinę spędziliśmy susząc przemokłe do cna buty i obserwując prawdziwe mrowie ludzi. Następnie udaliśmy się na szlak żółty, kierujący się w stronę Iwaniackiej Przełęczy. Na tym etapie już właściwie szliśmy, gdyż Anita zaczęła wspominac o bólu w kolanie, a pośpiech nie miał najmniejszego sensu.
Na przełęcz owszem weszliśmy, ale dalej można było podjąć galop. Tym razem zacienione zbocze nie było już tak wygodne dla butów i trzeba było zachować większą uwagę.
W Dolinie Kościeliskiej panował nieporównywalny spokój. Turyści nie dotarli tu w takiej liczbie jak do Chochołowskiej. W ramach odpoczynku od zgiełku posiedzieliśmy w schronisku i zjedli po kawałku szarlotki.
Dopiero przed 18:00 ruszyliśmy w dół Doliny. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem skutki zeszłorocznego huraganu. Gołe zbocza sprawiały naprawdę przygnębiające wrażenie powojennego krajobrazu. Dolinę pożegnałem więc z dziwną ulgą.
Z Kir ruszyliśmy na zachód mało popularnym szlakiem zielonym wzdłuż granicy parku narodowego.
O 19:15 na parkingu spotkaliśmy się z Markiem i Edytą, a stamtąd pojechaliśmy bezpośrednio do Krakowa.
Pozdrawiam
Tomasz Duda

środa, 7 maja 2014

Karczówka i świętokrzyski trail vol. 2

Karczówka i świętokrzyski trail vol. 2

Sentyment do Gór Świętokrzyskich po raz kolejny obudził się we mnie podczas ostatniego pobytu w domu rodzinnym. Wszystko przyszło spontanicznie, ale odrobiną siły woli udało mi się zamienić zwykły wyjazd na wycieczkę krajoznawczą.
Wszystko zaczęło się w przedświąteczną środę, kiedy zostałem poproszony o pełnienie roli kierowcy do Kielc. Jako iż nie często ostatnio miałem ku temu okazję, prowadzić lubię  i lepszymi zajęciami jakoś nie grzeszyłem, przyjąłem taką propozycję z zadowoleniem.  Następnego dnia, przed południem wyjechałem. Droga zajęła około godziny, a czas ten upłynął w mgnieniu oka. Pogoda klarowna, wkoło kwitnący krajobraz i piękne widoki rodzinnych stron.
Dotarłszy do miejsca przeznaczenia, okazało się że dysponuję dłuższą chwilą wolnego czasu. W pewnym momencie mój wzrok obserwujący horyzont zatrzymał się na sylwetce kościoła na wzgórzu, górującego nad okolicą ponad kilometr dalej. Od razu skojarzyłem – przecież jestem niedaleko wzgórza Karczówki, na południowy zachód od centrum Kielc.
Karczówka to przede wszystkim wzniesienie wysokości 340 m npm, najwyższe w Paśmie Kadzielniańskim Gór Świętokrzyskich. Tu umiejscowiono rezerwat krajobrazowy o tej samej nazwie, stanowiący swoistą enklawę w centrum miasta. Do obiektu prowadzi żółty szlak spacerowy z Kielc, tu również początek swój bierze pieszy szlak czerwony.














Okolica porośnięta jest lasem sosnowym, a na szczycie stoi budowla sakralna.  To kościół pw. Karola Boromeusza i klasztor powstały na początku XVII wieku, jako wotum za ominięcie miasta przez zarazę. Zespół początkowo zarządzany przez bernardynów, prezentuje mieszankę stylów architektonicznych – późnego renesansu i wczesnego baroku. Dziś pod opieką księży pallotynów, jest poddawany pracom renowacyjnym. Kościół aktualnie funkcjonuje…













Pomijając walory architektoniczne budowli Karczówka to moim zdaniem przede wszystkim bardzo urokliwe miejsce. Ze wzniesienia rozpościera się piękna panorama Kielc, przy czym jednocześnie panuje tu sielanka i spokój. Enklawa w środku wojewódzkiego miasta ma w sobie coś specyficznego, co charakteryzuje miejsca podobnego typu - przeskok z miejskiego zgiełku w spokój rezerwatu krajobrazowego.



Miejsce to chciałem odwiedzić już jakiś czas temu, kiedy zainteresowałem się nim, jadąc busem w kierunku Strawczyna. Zalesione wzniesienie w centrum miasta, na szczycie kościół. Od pierwszego spojrzenia przyciągnęło moją uwagę, a zainteresowanie pobudzał fakt, że kompletnie nie wiedziałem co to za miejsce i mimo częstych wizyt w Kielcach nie miałem o nim pojęcia. We wspomniany, przedświąteczny czwartek postanowiłem konstruktywnie spędzić wolny czas w Kielcach. Nie znając ułożenia ulic, instynktownie skierowałem się w kierunku wzgórza. Sylwetka kościoła bardzo dobrze wskazywała drogę. Niespełna pół godziny później byłem już na szczycie i byłem bardzo zadowolony ze spaceru. Choć czas pozwolił mi tylko na pobieżne obejrzenie rezerwatu i zespołu sakralnego, mam nadzieje rychle to wrócić i zachęcam do odwiedzenia tego miejsca.



Podczas powrotu z Kielc postanowiłem skorzystać natomiast z okazji i „złapać” jeszcze trail w malowniczych okolicznościach przyrody. Za obszar eksploracji obrałem Chęciny i o wizytę w tej miejscowości przedłużyłem sobie drogę do domu.  Zatrzymałem się na parkingu „Biedronki”, kilometr od centrum miasta, przebrałem i trochę nierozważnie bo bez rozgrzewki rozpocząłem wolny trucht w kierunku górującego nad miejscowością zamku.




Za pierwszy cel obrałem sobie znalezienie żółtego szlaku turystycznego, który miał stać się główną osią biegu. Zamiast podążyć do remontowanego centrum Chęcin skręciłem bardziej na lewo i skierowałem się ku budynkowi kościoła niezbyt stromym podbiegiem.  Od budowli skręciłem w kierunku wzgórza i po chwili natknąłem się na żółte znaczki. Szlak początkowo prowadził trawersem, a następnie wzdłuż granicy lasu wspinał się na wzgórze zamkowe. Nastromienie było dość znaczne i najbardziej odczułem je w palących mięśniach ud. Kilka minut później, stałem już przed bramą charakterystycznego zamku „kazimierzowskiego”, skąd roztaczała się wspaniała panorama na kwitnącą okolicę. Do klimatycznej budowli nie miałem zamiaru dziś wchodzić – w środku byłem nie raz, a tego dnia nie chodziło o zwiedzanie.  Zatrzymałem się tu na kilkadziesiąt sekund, zrobiłem parę zdjęć i ruszyłem w dalszą drogę.



Ze wzgórza zamkowego (355 m npm) szlak żółty schodził prosto w dół. Nie sprzyjało to bieganiu, ale krótki odcinek po skałkach pokonałem dość szybko. Gdy teren stał się bardziej płogi, bieg nabrał prawdziwego znaczenia. Początkowo lasem, następnie drogą pokonywałem kolejne odcinki. Niebawem skręciłem w prawo, tym razem biegnąc za wskazaniami zielonej ścieżki edukacyjnej. Tu po przelotnym pobycie w lesie, czekał mnie coraz bardziej stromy podbieg na górę Rzepkę (357 m npm). Wzniesienie w większości  zadrzewione, od wschodniej strony zakończone jest malowniczym urwiskiem, stanowiącym pozostałość po kamieniołomie. Ze szczytu rozpościera się piękna panorama na południowe pasma Gór Świętokrzyskich i dolinę Białej Nidy. Zobaczyłem stąd mój kolejny cel, czyli niewysokie pasmo Chrostyni.




Z góry Rzepki zbiegłem na południe, długim i niezbyt stromym stokiem, podziwiając rozległe widoki zielonej doliny. Niebawem dotarłem do zabudowań miejscowości Korzecko, dbając o to żeby trafić za nielicznymi oznaczeniami i klucząc obok zabudowań.  Czwarty kilometr rozpocząłem już na podbiegu kolejnego pasma wzniesień. Ścieżka najpierw kryła się w lesie, następnie biegła trawersem wśród drzew, aby wreszcie łagodnym terenem znaleźć się na grzbiecie wzniesień. Pierwszym wzgórzem jakie minąłem były Glinianki (335 m npm). Szlak prowadził dalej drogą po grzbiecie i wśród lasu. Sucha, miękka ścieżka, zieleniące się drzewa po drodze i intensywne słońce przebijające się przez korony drzew. Te okoliczności stanowiły wspaniałe otoczenie po pokonywania kilometrów.



Pasmem biegłem jeszcze kilka minut , a zawróciłem niedługo po osiągnięciu siódmego kilometra, gdy szlak zaczął schodzić w dół z głównego grzbietu.
Powrotna droga okazała się równie przyjemna. Pasmo pokonałem bardzo szybko i biegnąc po znanej ścieżce, dotarłem do miejscowości osiągnąwszy drogę, którą teraz kierowałem się do Chęcin. W drodze powrotnej nie biegłem już przez górę Rzepkę, ale stricte za znakami szlaku żółtego. Zaczął się długi podbieg, który choć łagodny przypomniał mi, że jednak ponad dziesięć kilometrów pokonałem już po naturalnym i pagórkowatym terenie.




Od rozpoczęcia biegu minęła już ponad godzina, gdy dotarłem do podnóża góry Zamkowej. Okolica ciągle poddawana pracom remontowym była trochę opustoszała. Za ostatni podbieg zabrałem się niespiesznie, truchtając wśród lasu. Kilkadziesiąt metrów skalistego odcinka do bramy zamkowej w górę pokonałem przeskakując po skałach. Zadowolony ale szczęśliwy spojrzałem ostatni raz na panoramę wieczornych Gór Świętokrzyskich. Chwilę później pędziłem na złamanie karku w kierunku północnym. Najpierw do zamku, następnie w kierunku centrum i do samochodu, pod Biedrę :).








Opisaną przeze mnie trasę w okolicach Chęcin proponuję każdemu miłośnikowi traili, którzy dysponuje odrobiną wolnego czasu. Pokonany przez mnie odcinek mierzy 14 kilometrów i niecałe 300 m różnicy wzniesień, wiedzie urozmaiconym i suchym terenem. Po drodze wspaniałe widoki, klimatyczne otoczenie i zabytki architektury. Warto.
Pozdrawiam.

Endomondo:



czwartek, 20 marca 2014

Świętokrzyski trail – z Nieskurzowa na Święty Krzyż szlakiem czerwonym

Świętokrzyski trail – z Nieskurzowa na Święty Krzyż szlakiem czerwonym

Wykorzystując piękną, prawdziwie wiosenną pogodę, wymyśliłem sobie bieg terenowy z prawdziwego zdarzenia. Właściwie nie była to idea pojawiająca się z euforią pięknej niedzieli, a bardziej pomysł z ubiegłoroczny, który jakoś nie mógł doczekać się realizacji. W końcu trzeba było rozprostować kości i wykonać wybieganie w terenie, w Górach Świętokrzyskich.



Główną osią natarcia mojego trailu stanowi najpopularniejszy szlak turystyczny Gór Świętokrzyskich – szlak czerwony im. Edmunda Massalskiego. Ostatnimi laty przeszedłem go odcinkami i w pamięci pozostała mi ciekawa ścieżka z niezbyt wymagającymi podbiegami i zejściami, przyjemną nawierzchnią i relatywnie niewielką ilością błota po drodze. Dla amatora biegów terenowych – na początek jak znalazł. Ustaliłem więc sprawy logistyczne, transport i obrałem dystans na około 20km – takie średnio-dłuższe wybieganie, które w terenie pewnie i  z przewyższeniami pewnie solidnie da w kość.  Plan przewidywał dojechanie do Nieskurzowa i bieg na północ do przełęczy Karczmarka.  Następnie powinienem wstrzelić się w szlak i nim biec aż na Święty Krzyż. Truchtem, bez pośpiechu, niedzielny chill.

Nieskurzów


Jak postanowiłem, tak wziąłem się do dzieła. Z samochodu wyskoczyłem na skrzyżowaniu dróg w Nieskurzowie (gdzie kończy się asfalt i zaczyna szutr) i po krótkiej rozgrzewce obrałem kierunekna północ. Pierwszy kilometr prawie zaprowadził mnie na przełęcz. Droga utwardzona, wygodna nie sprawiała problemów. Początkowo wysoka temperatura, w lesie okazałą się wrażeniem złudnym, zastąpił ją orzeźwiający wietrzyk, nawet przyjemniejszy z perspektywy biegacza.



Na przełęczy Karczmarka jestem już po 7 minutach truchtu. Bez problemu znajduje szlak, którego oznaczenia zostały niedawno zrewitalizowane. Przy wejściu na szlak wita mnie wielka kałuża, jednak z czasem okazuje się, że obawy co do stanu ścieżki są bezpodstawne. Leśna dróżka jest właściwie pozbawiona błota i uprzątnięta z powalonych drzew. Tylko kilkukrotnie trzeba obiegać kałuże, czy większe konary.  Szlak wiedzie łagodnym podbiegiem przez zalesiony grzbiet Szczytniaka, aż na jego wierzchołek.

Szczyt Szczytniaka :)


 Na tym najwyższym wzniesieniu Pasma Jeleniowskiego (Szczytaniak – 554 m) jestem już po 30 minutach. Pogoda dopisuje. Słońce, delikatny wiatr, przez pozbawione drzewa liści widać zarysy miejscowości w dole. Odbijam tu około stu metrów na północ i robię zdjęcia małemu, ale jakże urokliwemu gołoborzu.
Zbieganie ze Szczytaniaka nie nastręcza problemów. Kilkaset metrów bardziej stromego stoku pokonuję marszobiegiem, a dalej puszczam się w trucht, po równej i przyjemnej ścieżce.  Na około ósmym kilometrze zwalniam, co spowodowane jest większą ilością błota, które trzeba ominąć lasem.

Góra Jeleniowska


Niebawem wybiegam z lasu na przełęcz Jeleniowską i docieram do utwardzanej drogi, którą podążam kilkaset metrów. W oddali po lewej stronie widać już przyszły cel, czyli masyw Góry Jeleniowskiej (533 m). Twarda nawierzchnia kończy się po kilku minutach, gdy szlak czerwony skręca o 90 stopni w lewo, do lasu. Podbieg na Górę Jeleniowską jest już bardziej wymagający. Początkowo łagodnie, po kilkuset metrach staje dęba i zmusza do przejścia w marsz. Szkoda się zarzynać. Bardziej strome odcinki idę, a gdy teren się wypłaszcza, przechodzę w bieg. Na szczyt Góry Jeleniowskiej wbiegam po godzinie od rozpoczęcia trailu. W nogach mam już prawie dziesięć kilometrów, ale nie zatrzymuję się tutaj w ogóle.

W oddali Święty Krzyż


 Łagodnym stokiem zbiegam do miejscowości. Kilometr dalej las kończy się, a po prawej stronie roztacza wspaniały widok na mój cel - Łysą Górę (594 m). Przed Paprocicami szlak czerwony prowadzi polnymi wąwozami. W wieczornym słońcu są dość urokliwe i tutaj pierwszy raz na trasie widzę śnieg, który w zagłębieniach jeszcze nie zdążył stopnieć.
Jeszcze przed skrzyżowaniem z drogą główną zaczyna się podbieg i trzynasty kilometr trasy. Przecinam arterię Łagów-Nowa Słupia po czym skręcam w prawo. Czeka mnie solidny podbieg pod górę, na szczęście drogą asfaltową. Przy ścianie lasu zatrzymuję się na chwile, gdyż nogi już dają o sobie znać.

Paprocice


Drogowskaz wskazuje bieg szlaku i kieruje mnie w lewo. Tutaj teren jest już relatywnie płaski.  Uważnie szukam znaków, gdyż ten kilkuset metrowy odcinek stanowi dla mnie jedyną tabula rasę na całym szlaku Edmunda Massalskiego. Jak to w życiu bywa, mam szczęście trafić na wycinkę i oznaczeń próżno mi szukać. Intuicyjnie wybieram drogę, jak się wkrótce okazuje – właściwą. Szczytu wzniesienia, przez które przebiegam (Kobyla Góra – 391 m) nawet nie odczuwam, przypominając sobie o nim dopiero gdy szlak prowadzi dosyć stromo w dół. Przed linią lasu trzeba jeszcze przeskoczyć niewielki strumyk i po krótkim odcinku polna drogą docieram do Trzcianki i kolejnej drogi wojewódzkiej.



Słońce chyli się ku linii horyzontu gdy zaczynam ostatni dziś podbieg – na Łysą Górę. Niebawem docieram do granicy Świętokrzyskiego Parku Narodowego.   Sam podbieg na niespełna 600 metrowe wzniesienie, choć mierzy trzy i pół kilometra długości, do stromych nie należy i da radę przebiec go w całości. Przy tym ostatnim odcinku nogi mi jednak na to nie pozwalają. Na podejściu w terenie ciężko utrzymać dobre tempo, a oddech skraca się niemiłosiernie. Kilka razy przechodzę w marsz, ale po chwili motywuję się do biegu. Po dwudziestu minutach widzę już ostatni podbieg na grzbiet, a zza drzew przebija się oświetlona bryła klasztoru na Świętym Krzyżu.



Na szczyt Łysej Góry docieram po 1:50 h biegu, pokonując odcinek 17 km terenem i 622 m podbiegów. Tutaj kończę trail. Kończę umownie, gdyż jeszcze biegam po okolicy, a już w szarówce zbiegam do Nowej Słupii, na co trzeba doliczyć jeszcze około 4 kilometry, kalkulując trasę.

Zachód słońca nad Łysogórskim gołoborzem. Dla tego widoku warto było :)



Po Górach Świętokrzyskich biega się naprawdę wspaniale. Polecam wszystkim amatorom traili i kontaktu z terenem. Otoczenie urozmaicone, choć bez przesady, a gdy człowiek chce to i zmęczyć się zdoła. Gwarantuję ;) Trasę można lepiej rozłożyć w czasie i trochę przedłużyć względem mojej. Dobrym pomysłem wydaje się rozpoczęcie biegu na skraju szlaku – w Gołoszycach, przy drodze Opatów- Kielce.  Będzie to około 7 kilometrów więcej.
Pozdrawiam