Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 listopada 2017

Wyprawa do Peru Cordilliera Blanca I Huascaran Sur- relacja - część IV - Vallunaraju i powrót z Raju :)

Tym razem ostania część relacji, dokumentująca wyprawę do Peru. Tym razem będzie o ostatnim górskim sukcesie wyjazdu i żmudnym powrocie do cywilizacji, Polski, domu :). Enjoy


6 lipca 2017 roku

Po śniadaniu i konsultacji z właścicielem Carooline Lodging plany mamy już właściwie sprecyzowane. Idziemy na trekking w doliny górskie leżące nieopodal, z zamiarem okrążenia szlakami wzgórza Churup (5498 m npm). Po sprawdzeniu listy obecności okazuje się, że Janek zostaje w Huaraz, a pozostali jeszcze mają chęć na wyjście. Pakujemy się bez pośpiechu i wychodzimy na miasto.



Znalezienie transportu do pobliskiej miejscowości Luppa zajmuje nam ponad godzinę i kończy się wynajęciem taksówki, która za 15 soli dowozi nas te kilka kilometrów. Z miejscowości idziemy już pieszo do początku parku narodowego i miejscowości Pitec, Droga upływa przyjemnie, możemy podziwiać lokalną kulturę oraz widoki migoczące w oddali - Huaraz i masyw Cordilliera Blanca. Niemniej jednak ponad dwa tygodnie noszenia plecaka męczy i pomimo relatywnie niewielkiego wysiłku, daje się on we znaki. Sam czuję ból pleców już po kilku godzinach marszu. Na granicy parku narodowego spotykamy miłego strażnika, o raz kolejny uzupełniamy formularze i disclaimer, po czym ruszamy w dalszą drogę. Jest już bardzo późno, nawet jak na nasz standard, gdyż dochodzi godzina 16:00.



Dodatkowo, gdy nad doliną świeci słońce i na niebie nie ma chmur, góry są całkowicie spowite mgłą i lada chwila możemy spodziewać się deszczu. Jesteśmy zdeterminowani i wychodzimy w kierunku doliny niemniej jednak, gdy nad nami robi się ciemno od chmur, a deszcz zaczyna padać, z podkulonymi ogonami wracamy do granicy parku i na parkingu postanawiamy robić namiot. Przy tym należy zaznaczyć, iż sytuacja moja i Janusza po ostatniej przygodzie z serem jest stabilna, o tyle Marcin męczy się dalej z problemami żołądkowymi już od kilku dni. Ma problem ze zjedzeniem czegokolwiek, a gdy już zje to organizm każe mu się tego pozbyć. Biegunka nie jest intensywna ale bardzo częsta i irytująca.



Zmiana planów trekingowych nie przeszkadza nam, aby było fajnie. W trzy osoby siedzimy w jednym namiocie Marcina, jemy co tu wnieśliśmy i rozmawiamy. Chmury na niebie i zachód słońca fundują nam znakomity spektakl przez co nie mamy powodu żałować, że się tu znaleźliśmy.






7 lipca 2017 roku

Wstajemy przed 8:00 i powoli organizujemy sobie dzień. Parking z każdą chwilą ożywa. A to przechodzą miejscowi w kolorowych strojach, pozdrawiając nas, a to pojawia się strażnik parku i kolejni turyści. Za namową miejscowych decydujemy się pójść w kierunku jezioro Churup, które położone jest nieopodal, u podnóża szczytu o tej samej nazwie. Miejsce okazuje się być bardzo popularne wśród turystów, a droga wiodąca do niego ma początkowo szerokość szosy samochodowej.



Przy znakomitej pogodzie, z relatywnie niezbyt ciężkimi plecakami, w sandałach, szybko zdobywamy wysokość. Początkowo zmierzamy odsłoniętym grzbietem, następnie trawersem wzdłuż zbocza, by wejść w dolinę górską. Następnie droga mocno staje dęba i zaczyna się etap wspinaczkowy, ubezpieczony stalowymi linami. Dla nas jest ot o tyle trudne, o ile mamy sandały na nogach, a nawierzchnia jeszcze po porannym przymrozku bywa miejscami zalodzona. Duże plecaki również nie pomagają w utrzymaniu równowagi, jednak nie mamy z nią większego problemu.



Wspinaczka wzdłuż wodospadu oraz potoku jest bardzo przyjemna i dostarcza wielu wrażeń. ścieżka następnie opada trochę, by po chwili zmienić znowu charakter i wprowadzić nas na spiętrzenie, które poprzedza bezpośrednio jezioro. Nad taflą wody nie brakuje turystów, przy tym najwięcej jest Azjatów i Amerykanów. Jezioro położone jest na wysokości 4560 m npm, przy czym można wyjść jeszcze 100 metrów wyżej, do mniejszego jeziorka. Janusz zostaje tutaj, ja zaś z Marcinem na lekko idziemy jeszcze wyżej. Droga wiedzie długim trawersem, a następnie wspina się na skaliste zbocze do wysokości 4700 m npm. Na górze spędzamy jedynie kilka minut, by po chwili skierować się do zejścia. Szybko docieramy do miejscu postoju Janusza, po czym idziemy w dalszą drogę w dół.



Błyskawicznie pokonujemy odcinek wzdłuż potoku, chwilę dyndamy na linach, by niewiele później schodzić już w kierunku granic parku narodowego. Na miejscu budzimy powszechne zdziwienie, gdy deklarujemy, że idziemy pieszo do najbliższej miejscowości, gdyż nie chcemy płacić za transport z Pitec dwukrotnie więcej. Do miejscowości Luppa, skąd de facto rozpoczęliśmy wycieczkę docieramy około 14:00. Na miejscu transport publiczny nie jeździ widocznie zbyt często, a w rezultacie niewiele myśląc decydujemy się na przejazd z lokalsem po 5 soli za osobę. Po powrocie do miasta spotykamy się z Jankiem i zaliczamy rutynową wycieczkę po sklepach i bazarach. Wieczorem standardowo gotujemy i smażymy. Snujemy też plany na ostatni podryg tego wyjazdu...


8 lipca 2017 roku 

Kolejny już, przedostatni przepak w Huaraz przed ostatnią akcją górską. Chociaż jesteśmy już zmęczeni i nie chce nam się, postanawiamy jeszcze powalczyć. Pada na górujący nad miastem szczyt Vallunaraju (5686 m npm) - szczyt leżący blisko, z dobrą logistyka i idealny jako podsumowanie działalności górskiej. Mamy do zagospodarowania dwa dni, gdyż na 10 lipca wieczorem zakupiliśmy już bilety powrotne do Limy. Po konsultacji z właścicielem dowiadujemy się, że jeżeli nie weźmiemy transportu prywatnego do Base Camp to potrzeba trzech dni, ale w dwa może się udać. Spróbujemy. 
Tym razem Marcin, którego nie odpuszcza biegunka zostaje w mieście, zaś Janek oferuje nam support w bazie, zastrzegając, iż nie idzie wyżej. Akcję górską mam przeprowadzić wraz z Januszem. Nie będę ukrywał przy tym, iż na Vallunaraju jedziemy trochę w ramach rewanżu, żeby odkuć się za Chpocalqui i Huascaran, żeby pokazać, że możemy. Tylko komu? Najprawdopodobniej sobie i tym samym poprawić nadwątlone morale. Marcin odprowadza nas do centrum miasta, gdzie znajdujemy publiczny transport do miejscowości Marian za 1 sol/osoba. Busik jedzie ciągle do góry, niemiłosiernie piłując. Sześć kilometrów w około pół godziny to wynik, jaki udaje mu się osiągnąć. Dla nas im wyżej tym lepiej, toteż opuszczamy maszynę na ostatnim przystanku. Dalej idziemy pieszo.



Droga wiedzie najpierw szutrówką (właściwie wszystkie drogi poza główną to szutrówki), by po chwili zmienić się w ścieżkę biegnącą grzbietem pomiędzy skałami. Niebawem trafiamy na otwartą przestrzeń, a przed nami pojawia się pasmo górskie, zakończone lodowo-skalnymi ścianami i otwartą gardzielą doliny, do której zmierzamy. Grzbiet, który pokonujemy jest całkowicie odsłonięty i słońce grzeje nas mocno. Na szczęście z racji temperatury nie jest przesadnie gorąco, ale optymalnie. Przy tej okazji muszę wspomnieć, że pogoda w Peru bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła w kontekście relatywnie niewielkich wahań temperatury. Gdy w Azji w dzień temperatura na lodowcu w słońcu sięga 30-40 stopni, w nocy zaś spada poniżej -10, tutaj codziennie termometr wskazuje nie mniej niż 18 i nie więcej niż 23 stopnie Celsjusza, a nie spada poniżej -10 , - 20. Po prostu funkcjonuje się przyjemnie i zmęczenie aż tak nie daje się we znaki, szczególnie w pełnym słońcu.






Toteż marsz pod Vallunaraju, mimo iż w pełnym słońcu oraz pod koniec wyjazdu, był znośny. W dolinie zrobiło się już chłodniej, jednak plecaki dawały się solidnie we znaki. Na domiar złego objawy mojej biegunki wróciły i miałem solidne obawy, czy uda mi się zaatakować górę. Na chwilę obecną celem było dotarcie do Base Camp położonego na końcu doliny, którą szliśmy około 10 kilometrów. Gdy dotarliśmy do bazy słońce schowało się już za wysoki horyzont i zrobiło się zimno. Miejsce położone na 4450 m npm okazuje się równocześnie schronem i centrum szkolenia przewodników górskich, z których kilku rezyduje w budynku. Co ciekawe, nieopodal zbudowano nawet toalety.





Z racji zmęczenia i temperatury niezwłocznie rozbijamy namiot, ubieramy najcieplejsze ubrania i rozpoczynamy przygotowywanie jedzenia. Wieczorne czynności kończymy spakowaniem plecaków szturmowych i całego sprzętu na jutro. Szykuje się ambitny plan do zrealizowania.


9 lipca 2017 roku

Dzień rozpoczynamy pobudką o 2:30. W nocy jest widno jak w dzień, gdyż księżyc mocno świeci po zboczach i lodowych ścianach. Ubieramy się, jemy, pakujemy. Niezwłocznie wychodzimy na podejście o 3:40.



 W świetle czołówek szukamy ścieżki, ale nie jest to trudne. Zbocze jest bardzo strome i nie ma wielu wariacji do poprowadzenia dróżki. Tempo mamy bardzo dobre i szybko zdobywamy wysokość. Szlak wiedzie początkowo bardzo stromo w górę, a następnie łagodniejszym już trawersem w kierunku moreny i skał poniżej lodowca. Szlak jest znakomicie oznaczony i widoczny z powodu księżycowego światła i bezchmurnej pogody. Około 5:00 docieramy do Moraine Camp (4950 m npm), gdzie rozstawionych jest kilka namiotów. Po krótkiej przerwie i zjedzeniu batona idziemy dalej, tym razem wspinając się przez barierę skalną. Przed 6:00 docieramy do podstawy lodowca.



W majaczącym wschodzie słońca i zachodzie księżyca, następujących równocześnie, "szpeimy" się. Na lodowcu przed nami widzimy co najmniej trzy zespoły. Jako, iż posuwamy się dobrym tempem po kilkunastu minutach mijamy przewodnika wraz  klientem. Dalej idzie się coraz ciężej, a tempo spada wprost proporcjonalnie do wzrastającej wysokości. Mimo wszystko jest lepiej niż się spodziewałem. Trzymamy odległość długości liny lecz teren nie jest szczególnie uszczeliniony. Kilkukrotnie przechodzimy przez mosty śnieżne. Droga jest widoczna i wydeptana, prowadząc pomiędzy charakterystyczne "rogi" Vallunaraju.






Kilkukrotnie pokonujemy miejsca bardziej czujne, jednak generalnie teren nie sprawia nam trudności. Pogoda jest znakomita, a im dłużej idziemy, tym robi się cieplej. W międzyczasie próbuję skontaktować się z Jankiem prze krótkofalówkę, jednak jest to niemożliwe. Gdy wychodzimy na przełęcz pomiędzy wierzchołkami dociera do nas słońce, które mocno grzeje. Grań szczytowa nie jest długa i pokonujemy ją bardzo sprawnie. Na szczycie meldujemy się około 8:00 rano, spotykając dużą grupę z lokalnym przewodnikiem. Robimy kilka zdjęć, podziwiamy spektakularny widok i po przegryzieniu batona ruszamy w dalszą drogę w dół.




Ze szczytu bardziej zbiegamy niż schodzimy, gdyż chcemy jak najszybciej przejść niebezpieczne odcinki, zważywszy że słońce już mocno operuje na niebie. Robi się ciepło, miejscami nawet gorąco. Zbiegamy w godzinę do podstawy lodowca i na skałach już rozwiązujemy się. Dalej schodzimy skałami, przez obóz moraine camp. Stamtąd kontaktujemy się z Jankiem i zapowiadamy rychłe zejście do bazy. Na trawersie rozwijamy dużą prędkość, którą tracimy dopiero na stromym zejściu w dół zbocza, gdyż robi się niebezpiecznie. Niedaleko dna doliny spotykamy grupę turystów, która mozolnie brnie do góry. Dobijamy do bazy ok. 10:50, gdzie czeka Janek z ugotowana zupą i liofilem.




 Okazuje się, iż cała akcja górska zajęła nam 7 h. 10 min. Pożywiamy się trochę w biegu i jednocześnie niemal przebieramy, suszymy ubrania i pakujemy obozowisko. Nie jesteśmy zbytnio zmęczeni, toteż sprawnie uwijamy się z całym wyposażeniem. Po 12:00 opuszczamy bazę i sprawnie maszerujemy w dół doliny. Droga dłuży się trochę i po jakimś czasie robi się monotonnie i śpiąco. Przy tym im niżej, tym cieplej.




O 14:30 docieramy do wsi Marian, ale z racji niedzieli nie spodziewamy się na szybki transport. Ku naszemu zdziwieniu po kilkunastu minutach oczekiwania na horyzoncie pojawia się busik, który za 1,5 sol/osoba dowozi nas do centrum Huaraz. Jako, iż wszystkie górskie cele mamy już zrealizowane,  przełamujemy strach przed lokalnym jedzeniem  i zajadamy się szaszłykami z kurczaka, serwowanymi na lokalnym bazarze (2 sole/sztuka). Próbujemy również lokalnych specjałów, tj. herbat z alkoholem, precli z rusztu, prażonej kukurydzy czy sałatki tak ostrej, że nie sposób jej przełknąć. Jest w czym wybrać, a przekąski kosztują dosłownie grosze. Wieczorem kupujemy również lokalne owoce. Te ciekawsze, których próżno szukać w Europie. Najedzeni rezygnujemy tym razem ze wspólnego gotowania.




10 lipca 2017 roku

Ostatni dzień w Huaraz spędzamy raczej standardowo. Jemy śniadanie, wstępne pakujemy plecaki, które odkładamy do depozytu i idziemy na miasto. Celi mamy co najmniej kilka, a najciekawszym jest sprzedaż sprzętu wspinaczkowego. Marcin opowiada, iż poprzedniego dnia, gdy my walczyliśmy na Vallunaraju, on chodził po mieście i udało mu się sprzedać kilka rzeczy, które tak czy inaczej planował wymienić. Postanawiamy na wszelki wypadek też zabrać ze sobą co niego i spróbować sprzedać. Ponadto każdy chce wymienić lokalna walutę na coś powszechnie akceptowalnego i kupić pamiątki dla bliskich.



 Największe wyzwanie mamy z pierwszym zadaniem. Chodzimy od sklepu do sklepu i próbujemy sprzedać co mamy zbędnego. Generalnie targi kończą się bardzo dobrze i kończą się sprzedażą szeregu elementów wyposażenia za dobre pieniądze. Podsumowując powiem, że do kraju wracałem bez górskich butów, gdyż cena za jaką je sprzedałem była co najmniej zadowalająca. Następnie od sklepu do sklepu szukamy pamiątek - kubków, biżuterii, pocztówek, etc. Swetry i czapki z alpaki cieszą się dużą popularnością. Postanawiamy spróbować także lokalnej kuchni, która okazuje się niebywale tanie. Za 10 soli kupujemy munu dnia, na które składają się dwa dania, przystawka, deser i napój. Drobne wydajemy również w inny sposób, próbując lokalnych lodów oraz świeżych soków, które sprzedawane są niemal na każdym rogu.



Wieczorem żegnamy się z właścicielami hostelu, których długo zapamiętamy. Pani właścicielka na pożegnanie tytułuje nas jako "chicos montañeros", które to stwierdzenie bardzo nam się podoba. Około 20:30 trafiamy na dworzec autobusowy i czekamy na nasz transport. W tym miejscu warto powiedzieć, iż w Peru, a szczególnie w Huaraz nie ma czegoś takiego jak standardowy wspólny dworzec autobusowy. Nie wiem, czy działa tu transport publiczny, zaś z pewnością większość kursów obsługują podmioty prywatne. Przy tym każdy z nich ma odrębne stoisko w innej części miasta. Takie stoisko zaś jest swego rodzaju prywatnym dworcem. Aby kupić bilet należy trafić do stoiska konkretnego przewoźnika i dokonać zakupu.





Autobus mamy wykupiony na godzinę 22:00, ale spóźnia się i przyjeżdża dopiero 40 minut później. Po tym incydencie wszystko idzie już zgodnie z planem. Dostajemy swoje miejsca, po czym bezceremonialnie kładziemy się spać.


11 lipca 2017 roku

Budzimy się w Limie o 5:00 rano, jeszcze w nocy. Pogoda jest taka sama, jak w momencie, gdy opuszczaliśmy miasto - szara, wilgotna, zimna i smętna. Po opuszczeniu autobusu nie mamy woli walki i przebijania się przez ciemne miasto na lotnisko. Ulegamy namowie taksówkarza i za 50 soli jedziemy na miejsce.




Na lotnisku w znajomym miejscu rozbijamy koczowisko. Jemy, śpimy, gapimy się w ścianę. Wszystko po to aby przeczekać te kilka godzin do 11:15, kiedy ma rozpocząć się nasz lot. Po rozpoczęciu procedury odprawy nasza sytuacja nabiera tempa. Szybko meldujemy się w samolocie Iberia Airways, w którym mamy spędzić następne kilkanaście godzin. Tym razem usługi okazują się być dużo gorszej jakości, niż standard do którego przyzwyczaiło nas British Airways. W locie pijamy strefy czasowe i zaliczamy ekspresowo szybką noc, po czym o świcie docieramy do Madrytu.


12 lipca 2017 roku

Na tamtejszym lotnisku mamy już trochę zabawy, gdyż musimy przemieszczać się pomiędzy poszczególnymi sektorami, oddalonymi oo kilka kilometrów i połączonych metrem. Podczas odprawy również jesteśmy celem dokładnego badania służb celnych , którzy kontrolują nas widocznie  w poszukiwaniu narkotyków. Nikt nie zostaje jednak zatrzymany do dokładniejszej kontroli. Chwila niepewności pojawia się jedynie w jednym momencie, gdzie Marcin ma problem, aby automatyczny czytnik wykrył podobieństwo jego zarośniętej trzytygodniową brodą twarzy do tej zamieszczonej na paszportowym zdjęciu. Jest to jednak smaczek wzbudzający uśmiech, a nie realny problem.



W kolejny samolot do Berlina wsiadamy o godzinie 8:45 aby przed południe dotrzeć na miejsce. Niestety, pomimo słonecznej pogody w Hiszpanii, Berlin wita nas deszczem i chmurami. 5 kilometrów dzielących nas z lotniska na dworzec autobusowy pokonujemy oddzielnie - ja z Marcinem pieszo, Janek z Januszem autobusem. Spotykamy się na miejscu, robiąc po drodze zakupy w Lidlu. Na transport do Polski przychodzi nam czekać do wieczora. Godziny wleką się w nieskończoność, a spędzamy je w lokalnej poczekalni, która powoli zapełnia się ludźmi.
Mój transport wyrusza o godzinie 19:00, przy tym trochę się opóźnia. Żegnamy się z chłopakami licząc na rychły kontakt. Oni wyjeżdżają również polskim busem za niespełna pół godziny, do Warszawy.


13 lipca 217 roku

Dużą część podróży przesypiam, budząc się dopiero przed Krakowem. Docieram na mieszkanie po godzinie 4:00 rano i w tym momencie moja ponad dwudziestodniowa podróż kończy się. Janusz kończy swoją przed godziną 8:00, zaś Janek i Marcin przekraczają progi domów przed południem. Powyższe akcenty kończą epopeję "Hola Cordilliera".


Podsumowanie

"Hola Cordilliera" to wyjazd stanowiący podsumowanie ponad dwuletnich przygotowań. Chociaż główny cel wyprawy nie został osiągnięty, z pewnością czas spędzony w Peru nie poszedł na marne. Poza zdobyciem doświadczenia górskiego spędziliśmy tam wspaniałe wakacje. Cordilliera Blanca to region niezrównanie piękny i egzotyczny dla przeciętnego europejczyka. Góry, choć mogłoby się wydawać, że wszędzie są takie same, tutaj mają swój specyficzny charakter, tworząc miejscami specyficzne kształty i formy. Chociaż nie są relatywnie wysokie, posiadają niepowtarzalny, wysokogórski charakter. Jeżeli chodzi o trudności  techniczne to w mojej ocenie stanowią idealny cel dla ekip średniozaawansowanych i zaawansowanych. Poza kilkoma szczytami trekkingowymi w większości przypadków drogi klasyczne na bardziej popularne szczyty mają już większą wycenę i wymagają umiejętności wspinaczkowych. Niemniej jednak osoby posiadające umiejętności znakomicie odnajdą się w tym regionie.
Z drugiej strony Cordilliera Blanca to góry znakomite pod względem transportu i komunikacji. Wzdłuż masywu ciągnie się główna droga krajowa i komunikacją publiczną dojedziemy na dowolną jej wysokość. W poszczególne doliny dowiozą na za to taksówki za naprawdę śmieszne pieniądze. Poza stosunkowo kosztownym biletem lotniczym Peru to raj dla ludzi, którzy nie chcą wydawać dużo pieniędzy (no chyba, że koniecznie chcą odwiedzić Machu Picchu). Tanie jest jedzenie, transport, zakwaterowanie. Poza ogólnym permitem do parku narodowego nie potrzebujemy innych przepustek. Nawet transport ekwipunku osłem czy z pomocą tragarza nie wychodzi drogo, w porównaniu do np. Kirgistanu.
Przy tym po raz kolejny powołuję się na egzotykę miejsca, która jest ciekawa sama w sobie. Dal mnie w Peru dosłownie wszystko było "inne" od tego co znałem do tej pory. Język, ludzie, kultura, pogoda, etc. To samo dotyczy flory - nieraz przypatrywałem się poszczególnym roślinom, drzewom, chłonąłem rajską atmosferę miejsc, w których byliśmy. Choćby dla tej "nowości i egzotyki" warto tu było przyjechać. Region jest mało popularny wśród turystów z Polski - świadczy o tym choćby fakt, że gdy ostatniego Polaka spotkaliśmy w Berlinie przed wylotem, to kolejnego dopiero po trzech tygodniach w Madrycie. Miejscowi też mówili, że Polaków raczej nie spotykają.
W okolicach jest bezpiecznie. Dla niektórych może to brzmieć niezbyt przekonująco, ale naprawdę takie wszyscy mili wrażenie. Nie mówię tutaj o Limie, gdyż byliśmy uprzedzeni do tego miasta i poza lotniskiem czy dworcem, w otwarte przestrzeni nie spędziliśmy tam nawet pół godziny. Po przyjeździe do Huaraz również zachowaliśmy dystans, jednak w perspektywie okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Już po kilku dniach czuliśmy się tutaj zupełnie swobodnie.
Przy tym, już przy kilku rozmowach przywołuję ogólną sylwetkę statystycznego Peruwiańczyka, która bardzo przypadła mi do gustu. Ludzie są bowiem jednocześnie mili, jak i zdystansowani. Nie zaczepiają, nie namawiają na siłę. Nikt nie miał przy tym nieprzyjemności ze strony miejscowych, policji, służb. Nikogo nie okradziono (co w Kirgistanie okazało się regułą). To bardzo miłą odmiana w stosunku np. do krajów azjatyckich, gdzie na skutek natarczywości miejscowych można nabrać do nich wręcz wrogiego podejścia.

Góry mają minus w postaci relatywnie dużego skumulowania zagrożeń obiektywnych w postaci seraków. Niemal każda droga wiedzie fragmentem po odcinkach niebezpiecznych, gdzie ryzyko wypadku, czy element "rosyjskiej ruletki" jest stosunkowo wysoki.
Minusem jest również brak typowych górskich służb ratunkowych. Właściciel hotelu mówił, że w okolicy nie ma śmigłowca, zaś jeżeli już lata w celach ratunkowych to z Limy, co zajmuje mu kilka godzin. Przy tym warunkiem uruchomienia śmigłowca jest uprzednie wpłacenie "kaucji" w Limie na poczet ewentualnej akcji w kwocie 10.000 USD. Dla mnie zabrzmiało to abstrakcyjnie.

Podsumowując Cordilliera Blanca oferują miłośnikom wypraw górskich cały ogrom wraże. Przy tym pozytywne aspekty zdecydowanie przeważają nad negatywnymi i osobiście mam nadzieję, że niebawem będę miał okazję tu wrócić.

Relację skierowałem dla osób, które chciałby wybrać się w te rejony. Mam nadzieję, że ten opis ten da Wam jakiś mglisty obraz tego, czego możecie się spodziewać. Prosze o pytania w komentarzach.

Pozdrawiam


GALERIA











poniedziałek, 9 czerwca 2014

Gent, Gandawa – miasto gotyku

Gent, Gandawa – miasto gotyku


Ślepy los  i nadwątlony po wyprawie do Kirgistanu budżet sprawiły, że przełom września i października spędziłem w Holandii. Wraz ze znajomymi w każdy weekend jeździliśmy po okolicach Niderlanów zwiedzając miasta i miasteczka. Osobiście byłem zauroczony elegancją i estetyką kraju oraz zmyślnym połączeniem tradycji z nowoczesnością w budownictwie. Oczywiście, nie wszystko w tym zachodnim kraju mi się podobało, ale długo by mówić…

Wyświetl większą mapę

Temat, który piszę dotyczyć ma czego innego – a mianowicie Belgii, którą odwiedziłem na początku października 2013r. Wyjazd ten był, jak większość, na wariackich papierach, a miejsce wybrane zostało jakby przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności.
Od początku. Pewnej niedzieli postanowiłem wraz ze znajomymi wybrać się do Belgii.  Celem miała być konkretnie Brugia – miasto znane jako „Wenecja północy”, popularne w sieci i wychwalane przez zwiedzających. Niestety, gdy zmierzałem do tego miejsca, samochód kolegi którym jechaliśmy zaczął szwankować. Nie pamiętam już, o co dokładnie chodziło, ale odgłosy jakie wydawał były co najmniej niepokojące. Zdarzanie miało miejsce właśnie na przedmieściach miasta, o dziwnie brzmiącej nazwie Gent. Jako iż kolega nie zamierzał jechać dalej (na zwózkę samochodu nie byłoby nas zapewne stać), a silnik prewencyjnie powinien przestygnąć – zatrzymaliśmy się niedaleko centrum. 
Miasto zwiedzaliśmy pół dnia i okazało się niesamowicie interesujące. Dopiero po powrocie zasięgnąłem o nim informacji i teraz chciałbym nieco przybliżyć naszą wycieczkę, korelując wspomnienia z obiektywnymi faktami.

gandawski rynek


Gandawa (bo tak po polsku nazywa się miasto Gent) jest stolicą Flandrii Wschodniej, w północno-zachodniej Belgii. Nazwa oznacza „ujście”, „połączenie” i odnosi się do zbiegu rzek Leili i Skaldy, nad którym miasto jest usytuowane. Osadnictwo okolic Gandawy w swojej genezie sięga czasów celtyckich, jednak największy rozkwit ośrodka przypada na okres średniowiecza. Mówi się, że między XII a XV wiekiem, Gandawa była drugim co do wielkości miastem na północ od Alp i w tym okresie ośrodek zamieszkiwało ok. 60-65 tys. mieszkańców (w tym samym czasie Kraków czy Wrocław jako jedne z największych polskich miast liczyły maksymalnie kilkanaście tysięcy ludzi). Ośrodek rozwój zawdzięczał dochodom handlu suknem, z którego utrzymywało się 60% mieszkańców. Późne średniowiecze i czasy nowożytne nie były dla miasta korzystne – cierpiało w wyniku tłumienia buntów miejscowego mieszczaństwa, ruchów reformacji i inkwizycji. Nigdy nie odzyskało swojej dawnej pozycji, choć odziedziczyło spuściznę „złotego wieku” w postaci wielu zabytków późnego średniowiecza i renesansu. W krótkich słowach opiszę właściwie tylko najważniejsze z nich, które udało mi się zobaczyć.


katedra św. Bawona

Najważniejszym zabytkiem Gandawy jest niewątpliwie katedra św. Bawona. Budowla z mierzącą 82 m wysokości wieżą była miejscem chrztu cesarza Karola V, a jej budowa trwała w trzech fazach od XIV do XVI wieku. Stąd katedra jest obiektem niejednolitym architektonicznie. W teorii reprezentuje styl gotycki, w praktyce poszczególne elementy różnią się szczegółami wykonania, charakterystycznymi dla konkretnych okresów w których prowadzono prace.

 Ołtarz Gandawski znany jako Adoracja Mistycznego Baranka – dzieło uważane za jeden z najwybitniejszych przykładów malarstwa średniowiecznego, autorstwa Huberta i Jana van Eyck, ukończony w 1432 r. Gdy zwiedzałem Gandawę, katedra była niestety w remoncie. Główną wieżę przystrajały rusztowania z tandetnymi reklamami (taka komercja charakterystyczna jest dla Niderlandów), a mimo tego budowla robiła ogromne wrażenie przytłaczając swoim monumentalizmem. Wejście do katedry jest bezpłatne.
wnętrze katedry św. Bawona
Katedra św. Bawona, mimo iż piękna i monumentalna, znana jest przede wszystkim ze swojej zawartości. We wnętrzu mieści się tzw.


ratusz gandawski
Nieopodal katedry usytuowany jest kolejny wysoki na 91 m zabytek – ratusz gandawski. Budowla składa się z czworokątnej wieży głównej i relatywnie niewielkiego, przybudowanego budynku. Wpisana jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Budowę ratusza rozpoczęto w XIV wieku, a w kolejnych stuleciach bryłę modyfikowano i ozdabiano. W czasach obecnych reprezentuje styl neoklasycystyczny i dobrze komponuje się wśród otaczających ją budowli sakralnych. W konstrukcji wieży ratusza można zaobserwować wiele pieczołowitych szczegółów i rzeźb, które przyciągają uwagę widza. Na dolny poziom można wejść bezpłatne i obejrzeć skromną wystawę malarstwa, zajmującą jedno pomieszczenie. Płatne jest wejście na wieżę, z której rozpościera się spektakularny widok na miasto.

kościół św. Mikołaja

Drugim co do popularności zabytkiem sakralnym Gandawy jest kościół św. Mikołaja, swoją genezą sięgający XIII wieku. Budowa opierała się początkowo o dawny kościół romański, jednak ostatecznie była prowadzona w stylu tzw. gotyku skaldyjskiego, na bazie charakterystycznego szaroniebieskiego kamienia z okolic Turnai. Wieża kościoła, którą sfinansowały władze miasta, jest jednym z bardziej charakterystycznych punktów orientacyjnych w panoramie miasta, razem z wieżami ratusza i katedry św. Bawona.

wnętrze kościoła św. Mikołaja
Wnętrze kościoła jest dosyć surowe, choć stąd tez bierze się jego niepowtarzalny klimat. Mówię to o większości kościoła. Pozostałą częśc kościoła jest odgrodzona od jego głównej części i pełni funkcje inne niż sakralne. Gdy zwiedzałem budowlę (można do niej wejść bezpłatnie), odbywała się tam akurat giełda staroci. Takie zagospodarowanie kościołów jest również charakterystyczne dla Niderlandów, o grozo.
















Gravensteen


Jednym ciekawszych i przykuwających uwagę zabytków Gandawy jest Gravensteen – zamek hrabiów Falndrii. W miejscu murowanej warowni początkowo znajdowała się drewniano-ziemna konstrukcja postawiona przez wikingów. Pierwszą murowana wieżę wzniesiono tu w XI wieku, a solidne obwarowania pojawiły się sto lat później. Na przestrzeni lat dokonywano licznych przebudów, dzisiaj możemy podziwiać go w formie z XVI wieku. Co ciekawe, forteca miała służyć nie tylko obronie przed atakami z zewnątrz – przede wszystkim była wykorzystywana do opierania się zbuntowanym mieszczanom. Gravensteen ma w sobie coś z zamku idealnego.

Owalna konstrukcja leżąca częściowo nad naturalna fosą rzeczną zawiera w sobie dwie linie umocnień. Pierwszą stanowi zewnętrzny pierścień, drugą – właściwe zabudowania obronno-mieszkalne. Charakterystyczna bryła zwieńczona jest blankami i wzmocniona 24 bartizanami wystającymi poza linie murów. Każdy miłośnik fortyfikacji znajdzie tu coś dla siebie i będzie zadowolony z odwiedzenia tego miejsca. W środku znajduje się muzeum uzbrojenia i tortur (stosunkowo skromne), które niejako uzupełnia budowlę. Najbardziej wartościowa obejrzenia jest sama architektura miejsca. Wszystkie budynki zachowane w znakomitym stanie, odnowione i udostępnione dla turystów. Po zamku prowadzi znakowana ścieżka która pozwala zobaczyć po kolei każdy detal miejsca. Z najwyższego poziomu zabudowań mieszkalnych rozpościera się wspaniały widok na miasto.  Moim zdaniem warto zainwestować 8 euro (studencki 4 euro) i zwiedzić wnętrze tego zabytku.

panorama z dachu Gravensteen


Graslei i Koornlei
Z pewnością najbardziej malowniczym miejscem w Gandawie są Graslei i Koornlei. To dwie ulice, położone wzdłuż głównego kanału rzecznego przechodzącego przez miasto. Każdą z nich wzdłuż tafli wody prowadzi bulwar, a po obu stronach rzeki usytuowane są przepiękne średniowieczne kamienice, ozdobione rzeźbami i przyciągające uwagę każdego odwiedzającego to miejsce.


Kanały poza walorami wizualnymi pełnią również funkcję szlaków wodnych. Pływają tędy łodzie, które zabierają na podkład turystów chętnych do skorzystania z tej, ekskluzywnej wersji zwiedzania miasta. 
Poza wymienionymi przez mnie kilkoma sztandarowymi zabytkami Gandawa kryje mnóstwo innych, których obejrzeć nie zdążyłem. Jedne dzień to zdecydowanie za krótko aby zwiedzić miasto, które oferuje tak wiele atrakcji do odkrycia. Interesująca jest sama zabudowa rynku, rzędy mieszczańskich kamienic i nabrzeża kanałów skrywające perełki architektury mieszczańskiej sprzed pół wieku. Sam spacer klimatycznymi uliczkami może wciągnąć na kilka a nawet kilkanaście godzin. 



Nie namawiam wszak na wyjazd do Belgii w celu zobaczenia Gandawy, jednak gdy ktoś znajdzie się w tym kraju i po zwiedzeniu przykładowej Brukseli będzie dysponował wolnym czasem, proponuję mu tu zajrzeć i zatrzymać się na dłuższy czas. Gwarantuję, że nie będzie zawiedziony i miasto zrekompensuje mu stracone godziny.
Pozdrawiam
Tomasz Duda

P.S.
Zdjęcia ze starego telefonu SE. za jakość przepraszam

poniedziałek, 31 marca 2014

Zwiedzanie Wiednia w dwa dni

Zwiedzanie Wiednia w dwa dni

Nie da się ukryć iż Mozartstadt, jak inaczej zwykło się nazywać miasto nad Dunajem, jest dla polskich turystów celem bardzo popularnym. Przybywają to szczególnie zorganizowane wycieczki szkolne, pracownicze czy łączące ze sobą ludzi pod znakiem jednej agencji wypoczynkowej. Niemniej jednak austriacka stolica przyciąga także weekendowe wycieczki samochodowe, polskich studentów programu ERASMUS czy innych skuszonych lokalnymi atrakcjami.
Choć do Wiednia nie latają tanie linie – port lotniczy Schwechat trzyma się póki co w oddali od niskobudżetowych przedsiębiorców – to jednak właśnie dostępność jest jedną z cech miasta, która przyciąga Polaków w okolice Dunaju.




Teraz pytanie – dlaczego przyciąga? 
Historycznie, pozycja Mozartstadt gruntowała się jeszcze od średniowiecza. W czasach Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego miasto jednak nie pozostawało niczym innym jak jednym z większych ośrodków cesarstwa na południowych rubieżach, nadto nadmiernie wysuniętym i zagrożonym atakami tureckimi.  Prawdziwy rozkwit przyniosła Wiedniowi dynasta Habsburgów, która uczyniła z miasta stolicę swojego imperium. Od tamtego czasu ośrodek  kwitł i rozwijał się. Choć państwa Habsburgów zmieniały nazwy i chłonęły nowe ziemie, Wiedeń zawsze stanowił ich serce aż do 1918 r., kiedy monarchia ostatecznie rozpadła się.
Takie uwarunkowania historyczne i fakt że spustoszenia europejskich wojen przeważnie oszczędzały miasto, mają odzwierciedlenie w przekroju dziedzictwa architektonicznego miasta. Gotyku tu niewiele, renesansu również, a paleta słynnych budowli zaczyna się właściwie na baroku i kończy neogotykiem czy secesją. Modernizm z grzeczności pomijam.
Architektura to chyba największy atut austriackiej stolicy, ale z pewnością nie jedyny. Miasto dysponuje dobrą infrastrukturą ścieżek rowerowych oraz jest przesycone zielenią parków, skwerów i ogrodów. Można śmiało przyklasnąć opiniom, że jest to jedna z metropolii oferujących mieszkańcom najwyższą jakość życia i względne bezpieczeństwo. Chętnych na te warunki nie brakuje.


Jak tu trafiłem?
Osobiście, Wiedeń nigdy nie jawił mi się jako miejsce, które koniecznie chciałbym odwiedzić, nigdy nie znaczyłem go na wyimaginowanej liście „must see”, którą oczywiście mam.  Brama na Mozartstadt została otwarta z bardziej prozaicznej strony. Kiedy pojawił się Polski Bus i za relatywnie niewielkie pieniądze zoferował przejazdy do miasta nad Dunajem – namówiłem Janusza i skorzystaliśmy. Nowa partia biletów, mozolny zakup na przekór przeciążonym serwerom i moja przygoda z Wiedniem zaczęła się od przelewu 120 złociszy, za osiem łączonych biletów (po cztery bilety na osobę) relacji Lublin- Wiedeń – Lublin.
Kupując bilety na kursy nocne zaplanowałem w pięć minut wycieczkę dwudniową z najtańszą opcją – jednego noclegu w hostelu.
Do wyjazdu przygotowaliśmy się niewiele – pożyliśmy mapę od znajomego i przewodnik po Austrii (na dwa dni wystarczy taki skromny opis Wiednia, bo i tak nie ma czas zbytnio się zagłębiać), oraz przeczytaliśmy dwa okrojone pdfy z sieci. Ostatnią czynnością planistyczną było znalezienie paru tanich hosteli i nałożeniu ich lokalizacji na mapę, po czym z nadzieją, że miejsca wolne jednak będą – wsiedliśmy do autobusu.


Dzień 1


Nierozbudzone jeszcze i ciche miasto wita nas około 6 rano. To zdecydowanie zbyt wcześnie, aby ruszyć w kierunku centrum. Siedząc przy kawie w Macku na Südbahnhof kontemplujemy mapę i ustalamy plan działania. O 7:30 wybieramy się w poszukiwaniu noclegu w okolicy, jednak bez skutku. Miejsc albo nie ma, albo za drogie. Postanawiamy przejść się parę kilometrów do Schönbrun, a następnie zajść do hotelu, który znajduje się w okolicy. Początkowo pogoda dobrze rokuje, jednak po godzinie prognozy można odrzucić. Po słonecznych chwilach niebo zasnuwa więc chmurami i zaczyna padać deszcz, niesiony ostrym wiatrem.  Chwilę przeczekujemy, jednak przy naszym ograniczonym czasie wychodzimy na deszcz – taka pogoda będzie już przez cały dzień. Niby ciepło – 14 stopni, ale w tle silny wiatr i przelotne opady przerywane słonecznym niebem. Nieprzyjemnie, zimno, a my w koszulach i letnich kurtkach.
Gdy dochodzimy do Schönbrunn, na chwile przestaje padać deszcz, toteż obchodzimy cały kompleks wkoło i wdrapujemy się na wzgórze Glorietta, skąd roztacza się piękny widok na Wiedeń. Moim zdaniem stąd najlepiej widać katedrę św. Szczepana, która wybija się wizualnie ponad horyzont niskiej zabudowy staromiejskiej.  Cały kompleks nie robi na mnie zbytniego wrażenia – mimo iż podczas naszej wizyty w Wiedniu zaczyna się już robić wiosennie, to jednak żywa zieleń dodałaby niewątpliwie splendoru tej letniej rezydencji Habsburgów.



Po przeczekaniu kolejnej nawałnicy pod schodami pałacowymi, zaczynamy marsz w kierunku wiedeńskiej Starówki i tzw. Ringu. Nasz plan na dziś zakłada zwiedzanie wzdłuż osi ulic dawnego pierścienia murów miejskich. Po drodze wstępujemy do hostelu „Wombat’s” i ku naszemu zadowoleniu dostajemy tam nocleg. Tym samym najważniejszy problem wyjazdu mamy z głowy i z lekkim plecakiem i głowami możemy udać się w dalszą drogę. Na początku docieramy do Museum Quartier, jednak sam budynek i aranżacja wnętrza kompleksu nie zachęca do odwiedzenia, toteż szybko go omijamy. Następnie kierujemy się na plac Marii Teresy. Otaczające go z dwóch stron budynki Muzeum Historii Sztuki i Muzeum Historii Naturalnej  rozbudzają już wyobraźnię. Neorenesansowe gmachy są bardzo estetyczne i monumentalne zarazem. Zachęcają do wejścia, ale z zewnątrz są również warte obejrzenia. Sam pomnik pośrodku placu skupia wzrok na długie minuty. Dokładnie wykonane elementy każdej postaci zachęcają do głębszej obserwacji.



Pomniki wiedeńskie to materiał na osobny artykuł, a nawet coś więcej. Wiedeń aż kipi pomnikami i to dziełami światowej klasy. Rzeźby zarówno  wolno stojące, jak i wkomponowane w architekturę są niesamowicie piękne. Na uwagę zasługuje mimika postaci, elementy ubioru czy plastyka ludzkiego ciała. Niebanalne pozy, perfekcyjnie wykończone szczegóły i idealne proporcje – tak mógłbym pokrótce opisać wiedeńskie rzeźby. Warto na nie zwrócić uwagę przy zwiedzaniu miasta.



Za muzeami przebiega już jedna z ulic Ringu, oddzielająca plac Marii Teresy od pałacu cesarskiego – Hofburg. Właśnie w tamto miejsce się teraz udajemy.  Kompleks jest prawdziwym skarbcem wiedeńskiej kultury .  W imponującej zabudowie reprezentującej przekrój epok, kryje się wiele dziedzińców, placów, z licznymi muzeami i atrakcjami turystycznymi. W zabudowie rzucają się w oczy piękne pomniki i rzeźby, wzrok przyciągają barokowe fasady a przede wszystkim półkole Neue Burg. Na przejście przez pałac cesarski potrzeba dłuższej chwili. Kompleks wart jest dokładnej eksploracji, a wypocząć można wśród zieleni Burggarten i Volksgarten, usytuowanych nieopodal. Na teren Hofburga przychodziliśmy kilkukrotnie. Najlepiej wygląda oświetlony przez zachodzące słońce, kiedy fasada Neue Burg mieni się czerwienią. Niezapomniany widok.



Spod Hofburga skierowaliśmy się na północny Zachód. Najpierw odwiedzamy budynek parlamentu, który konstruktor upodobnił do antycznej świątyni.  Kolejno obchodzimy budynek uniwersytetu, który nie zbudza większego zainteresowania, po czym zabieramy się na budowle neogotyckie. To strzelisty Ratusz i Kościół Wotywny. Do żadnego wnętrza niestety nie udaje się nam wejść, a remont ratusza nie pozwala nawet podejść do budowli bliżej niż 50m. Jesteśmy zawiedzeni, gdyż budynki te wydają się nader interesujące. Architektura na północ od Ringu wydaje się nam stosunkowo monotonna i niewarta zapamiętania. Mam świadomość, iż mówię o wybitnych dziełach znanych architektów, jednak w opisie staram się być szczerym. Gmach Teatru znacznie lepiej wygląda wieczorną porą, co jest zasługą dobrego oświetlenia tego miejsca, neorenesansowy gmach giełdy i Ringturm  nie zachęcają do dłuższego postoju.



Na drugą stronę Ringu maszerujemy wzdłuż Kanału Dunajskiego i ulicy Franciszka Józefa. W pewnym momencie naszą uwagę przyciąga mały kościółek schowany pomiędzy kamienicami. Nie ma go w przewodniku, ale budowla jest warta uwagi. Niepozorna, porośnięta roślinnością, ma jednak w sobie niepowtarzalny klimat. To kościół św. Ruprechta  - najstarsza budowla sakralna w Wiedniu. Według legendy pochodzi z VIII wieku n.e., jednak najstarsze zachowane źródła datuje się na  1200 r. n.e.


Przy wschodnim fragmencie Ringu spędzamy niewiele czasu. Kilka ulotnych spojrzeń poświęcamy dawnemu monumentalnemu Ministerstwu Wojny i Pocztowej Kasie Oszczędności. Nasz cel to budynki z innej epoki – ślady działalności nietypowego artysty – F. Hundertwassera. To KunstHausWien i dom przy Löwengasse. Osobiście, nie jestem fanem tego typu architektury i trochę przymykam na nią oko, niemniej jednak to miła odskocznia od surowych i sztywnych styli historycznych, na pewno znajdzie wielu zwolenników i wielbicieli.  Organoleptycznie mogę stwierdzić, że najwięcej ich wśród Rosjan.












Spod fantastycznego i kolorowego domu, plątaniną ulic przenosimy się do Stadtparku. Pogoda w międzyczasie poprawia się radykalnie i możemy podziwiać wiosenny krajobraz tego terenu zielonego ze wszystkimi jego walorami. Miejsce wygląda bardzo sympatycznie. W samym centrum miasta przenosimy się w krainę drzew i krzewów, z wąskimi alejkami i przystrzyżoną trawą. W centrum obiektu, który już dawno zmienił szatę na wiosenną, usytuowane jest malownicze jeziorko po którym pływają kaczki. Trzeba przejść obok niego, by dotrzeć do pozłacanego posągu mistrza. – J. Straussa młodszego, który wyróżnia się z każdego rodzaju tła.













Przechodząc przez park miejski, wkrótce odbijamy na południe, w kierunku kolejnego obszaru zielonego. W dzielnicy ambasad, jak można wnioskować po egzotycznych flagach, znajduje się Belvedere. Przyznam, że w to miejsce szedłem bez większych nadziei i typowo w celu odhaczenia obiektu, tymczasem okolica bardzo mnie zaskoczyła. Rezydencja księcia Eugeniusza Sabaudzkiego niewątpliwie przyćmiewa Schönbrunn i jest najpiękniejszym kompleksem pałacowym w Wiedniu. Na szczególną uwagę zasługuje zwłaszcza tzw. Oberes Belvedere, który służył wyłącznie do celów reprezentacyjnych. Według mnie to najbardziej wartościowa pod względem wizualnym budowla, jaką odwiedziłem tego dnia w Wiedniu.



Niedaleko Belvedere znajduje się jeden z większych węzłów komunikacji miejskiej Wiednia – plac  Karola. Zmierzamy tam niedługo przez zachodem słońca, w celu odwiedzenia ostatniego zabytku na dziś – kościoła Karola Boromeusza.  Budowla uważana za arcydzieło baroku czy eklektyzmu (jak kto woli ;)) zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, Jak w poprzednim przypadku szedłem tu bez polotu, ale widok zrewidował moje skromne oczekiwania. W celu kontemplacji kościoła zajmujemy  jedną z ławek na placu Karola i przystępujemy do oględzin. Kościół Karola Boromeusza jest monumentalny i imponujący. Pięknie wygląda umieszczona centralnie kopuła, po której schodzimy wzrokiem aż do wejścia, które jest stosunkowo skromne. Dwie kolumny boczne, wzorowane na kolumnie Trajana przyciągają uwagę nasileniem rzeźb i rozkładają punkt centralny budowli, z kopuły, na cała jej szerokość. Jedynie tympanon, jak stwierdził Janusz, jest nieco skromny.
Na placu Karola nasza faktyczna trasa na dziś kończy się . Co prawda przechodzimy jeszcze przy posągu Goethego, budynku Opery czy oświetlonymi dziedzińcami Hofburgu lecz to już tylko spacer w kierunku noclegu. Do hotelu wracamy przed 20stą, po treściwym dniu zwiedzania.


Dzień 2




Wykorzystując piękną pogodę, jaka przez noc zdążyła się wyklarować, zwiedzanie na dziś zaczynamy od Kahlenbergu. Wzgórze to dla mnie, jak i pewnie dla wszystkich Polaków, ma znaczenie symboliczne. Nie będę się rozpisywał o roku 1683 r., ale właśnie z tego powodu chcę odwiedzić to miejsce. Przed wyjazdem wiele osób mi je odradzało i zniechęcało.  Kahlenberg jest jednym z wzniesień usytuowanych w tzw. Lesie Wiedeńskim, około 11 km od centrum miasta.  Mierzy 488 m n.p.m. i można dojechać tam komunikacja publiczną. W celu odwiedzenia Kahlenbergu kupujemy bilet w stacji metra za 2,10 euro i po jednej przesiadce osiągamy linię U4 jadącą w kierunku Heiligenstadt. Metro opuszczamy na ostatnim przystanku i dzierżąc w ręku ten sam bilet przesiadamy się w autobus miejski U38a w kierunku Kahlenberg. Ten prowadzi nas na aż do celu, na sam szczyt wzniesienia. Droga trwa około godziny.  Na szycie Kahlenbergu znajduje się polski kościół księży zmartwychwstańców a w nim izba pamięci wiktorii wiedeńskiej.


Widok ze wzgórza, dla którego przyjeżdża tu większość turystów, oferuje szerokie pole widzenia, lecz miasto ze względu na dużą odległość nie zachwyca z tej perspektywy. My wszakże mamy okazję podziwiać w oddali coś bardziej osobliwego – ośnieżone szczyty Alp.  Po obejrzeniu wzgórza postanawiamy pójść w kierunku miasta lokalnymi szlakami. Wzniesienia przypominają trochę nasze Góry Świętokrzyskie i są stosunkowo suche.



W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze w miejscowości Grinzing. Jest ona bardzo malownicza i reprezentuje przykład tradycyjnego austriackiego budownictwa, jakie podziwiać można wzdłuż głównej drogi. Małomiasteczkowy charakter Grinzig z ciekawie wyglądającym „peronem” tramwajowym” przyjemny sposób odrywa nas od miejskiej monotonii.


W planie zwiedzania Wiednia, na popołudnie i wieczór pozostaje nam spacer po wiedeńskiej starówce, na którą wkraczamy od strony Opery. W pewnym momencie wyrasta przed nami wyrasta południowa fasada Hofburgu z Albertiną – galerią grafiki.  Stamtąd kierujemy się na plac św. Michała, który bardzo mi się spodobał. Otaczają go monumentalne fasady budynków, brama św. Michała wśród bogatych zdobień prowadzi do Hofburgu, a po drugiej stronie strzela w górę smukła wieża kościoła pod wezwaniem tegoż świętego. Centralną część placu zajmują odsłonięte pozostałości rzymskich konstrukcji dawnego obozu warownego, a wkoło jeżdżą konne dorożki. Pomimo iż miejsce jest stosunkowo gwarne, zachęca do spędzenia chwili czasu i kontemplacji architektury otoczenia. Naprawdę warto.









Z przyjemnego Michaelerplatz przechodzimy w kierunku północno-wschodnim. Wchodzimy do kościoła św. Piotra, przystajemy przy pięknej  „kolumnie morowej”, po czym udajemy się w kierunku charakterystycznej wieży.



























Katedra św. Szczepana to jeden z symboli Wiednia i zarazem przedstawiciel skromnego grona budowli gotyckich w tym mieście. Ta naprawdę potężna bryła góruje nad kamienicami i dominuje architekturę starówki. W okolicy pomimo dnia roboczego kręci się wielu turystów. Latem z pewnością byłoby trudno tędy przejść. My mamy trochę więcej luzu, jednak w porównaniu do innych zabytków, miejsce jest stosunkowo „oblegane”.  Obchodzimy bryłę katedry, po czym wchodzimy do wnętrza. Wstęp jest bezpłatny, a w środku można nacieszyć oko sztandarowym przykładem gotyku. Pomimo zmian i dodatków, duże wrażenia robią rzeźby, sklepienia i smukłe kolumny. Prezbiterium i katakumby dostępne są za dodatkową opłatą.



Gdy większość zabytków pozostała zaliczona, mogliśmy zapuścić się w gąszcz mniejszych uliczek na północny Zachód od katedry. Niektóre z nich są wybitnie urokliwe, inne mocno przeciętnie. W takich miejscach właśnie warto jednak szukać czegoś dla siebie, spoza przewodnika czy utartej ścieżki. Na pewno znajdzie się spokój, a przynajmniej więcej spokoju niż przy katedrze czy Hofburgu.
Labiryntem ulic wkrótce przemieszczamy się w okolice Albertiny. Chcemy znaleźć jeszcze trzy kościoły, które wypadałoby odwiedzić przed wyjazdem . W kościele Augustynów po śmierci chowano cesarskie serca, ciała zaś spoczywały w krypcie cesarskiej kościoła Kapucynów. Najtrudniej znaleźć kościół Kawalerów Maltańskich, który chowa się za fasadą kamienicy. Miejsce znaczy czerwona flaga z charakterystycznym krzyżem zakonu.







Wraz  z odwiedzenie tego zabytku plan zwiedzania został zrealizowany. Wieczór upływa nam w towarzystwie wiedeńczyków, na ławce przed Hofburgiem i kontemplacji Neue Burg, która miała zapełnić czas pozostały do odjazdu autobusu. Wiedeń opuszczamy ostatecznie o 22:15.



Co tyczy się naszego noclegu, mogę śmiało wszystkim polecić Wombat’s city hostel  w Wiedniu. Wg strony są trzy obiekty tej firmy w mieście http://www.wombats-hostels.com/, my korzystaliśmy z usług „The base”. Cena za łóżko w pokoju 6 osobowym (z łazienką) wynosi 11 euro od osoby. W pakiecie dostajemy pościel, mapę miasta i kupon do baru na małego (malutkiego, ale jednak ;)) browara. W hostelu jest wi-fi, dobrze wyposażona kuchnia i miła obsługa. W pokojach znajdują się osobne dla każdego i zamykane na klucz – szafki bagażowe. Ludzie są naprawdę w porządku i łatwo można się dogadać – my np. zostawialiśmy przy recepcji plecaki do wieczora drugiego dnia, podczas gdy mieliśmy opłacony tylko jeden nocleg i nie było problemu. Po hostelu przewija się towarzystwo ludzi młodych z różnych krajów europejskich.


Podsumowanie

Wiedeń to zdecydowanie miasto, które trzeba odwiedzić. Jednym spodoba się mniej, innym bardziej, jednak każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie. Architektura to spuścizna wielu epok, w mieście znajduje się wiele udogodnień o których nie pisałem, jak wesołe miasteczko i wiele innych „zapełniaczy wolnego czasu”. Sam Las Wiedeński to miejsce gdzie można by spędzić co najmniej jeden dzień. Wiedeń zapewne zyskuje w cieplejsze pory roku kiedy można wypożyczyć rower miejski i pojeździć po rozwiniętej sieci ścieżek. Gdy rozzielenią się liczne parki i ogrody zmienia się również charakter miasta, z szarego zabytku architektury w różnokolorowy kompleks, w którym naprawdę ciekawie można spędzić wolny czas.
W ciągu dwóch dni udało nam się zwiedzić najbardziej interesujące zabytki Wiednia. Przyznam, że nie była to gonitwa, ale też nie obijaliśmy się zbytnio i nie wchodziliśmy do muzeów. Gdyby potraktować sprawę solidniej, z czystym sumieniem widzę tu zajęcie na 4-5 dni.

PEŁNA GALERIA ZDJĘĆ

Pozdrawiam
Tomasz Duda