Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biegi górskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biegi górskie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 listopada 2018

Maraton na orientację KIWON 2018 - z pamiętnika organizatora.

Jako, iż w październiku miał miejsce II Maraton na Orientację Kiwon, chciałem podzielić się spostrzeżeniami z samego procesu organizacji imprezy.

Już we wrześniu roku poprzedniego udało mi się zrealizować kolejne z marzeń i wprowadzić w życie plan organizacji "własnego" biegu na orientację. Beskid Niski i Pogórze Karpackie okazały się przy tym znakomitymi krainami geograficznymi na organizację rajdu. Dopiero analizując mapy uświadomiłem sobie, jak szerokie spektrum możliwości oferują sobą wskazane tereny. 
Pierwsza edycja imprezy wypaliła w połowie września 2017 roku , a już miesiąc po niej zacząłem myśleć, gdzie będzie kolejną. 



W 2018 postanowiliśmy po raz drugi skorzystać z pomocy wójta gminy Lipinki i zaaranżować na bazę biegu teren byłej Szkoły Podstawowej w Rozdzielu. Nie było przy tym obawy, że teren został już wyeksploatowamy biegowo, gdyż rok temu punkty generalnie rozmieściłem na północ od miejscowości, zaś w tym roku chciałem pokazać zawodnikom, że prawdziwa zabawa czeka na południe od bazy, w głuszy Beskidu Niskiego. Nie ukrywam, że potencjał tego terenu bardzo mnie zainteresował - lużo lasów, relatywnie niewiele dróg oraz ciekawe punkty charakterystyczne - cmentarze wojenne, kapliczki, jaskinie. 
Przy tym pamiętam, że w ubiegłym roku pojawiły się głosy, że impreza jest zbyt łatwa. Tym razem postanowiłem, żeby popracować dłużej nad mapą i zgodnie z oczekiwaniami podkręcić poziom. Oczywiście nie chciałem sztucznie go stymulować i "chować punktów po krzakach", a urozmaicić same przeloty pomiędzy punktami. 

TP 15 fot Monika Tota

TP 50, fot. Monika Tota


Jak zwykle, wszystkie interesujące miejsca trzeba było objechać i sprawdzić, gdyż mapa okazała się nie odzwierciedlać rzeczywistości w wielu miejscach. Koncepcji na rozlokowanie punktów było sporo, przejechanych kilometrów jeszcze więcej. Spędziłem nad tym wiele godzin w terenie i przy komputerze, tak że ostateczna trasa powstała około dwa tygodnie przed biegiem i mapa następnego dnia poszła do druku.

Jak się okazało w praktyce, trasa TP50 była dla uczestników trudna i chyba nikt nie pokonał jej w najkrótszym wariancie proponowanym przez organizatora. Wybierane były przeważnie dłuższe warianty biegowe. Niemniej jednak na mecie widać było, że bieg się spodobał. Choć niewiele osób ukończyło w limicie czasu, to jednak nie słyszałem pretensji czy żalu. Było widać satysfakcję i chęć rywalizacji. Przy tym zasadniczą rolę odgrywał dla nas fakt, iż chociaż lokalizacja punktów była nieraz zagmatwana, to generalnie nie było znacznych problemów z ich znalezieniem. Tzn dla jednej osoby trudniejszy był jeden PK, dla drugiego inny, co pozwala mi na stwierdzenie, że zostały postawione poprawnie. Co by nie mówić, osobiście z trasy jestem bardzo zadowolony.

fot. Monika Tota


Druga edycja biegu pokazała, że impreza zyskuje na popularności. Zachowaliśmy konwencję imprezy kameralnej i z góry przyjętego limitu - 100 miejsc. Zapisało się 105 osób, zaś wystartowało 81 osób. Przy tym rok temu - nie oszukujmy się, w dużej mierze dopisali biegowi znajomi. W tym  niestety duża ich część wybrała Łemkowyne czy Harpagana (organizowanego tydzień później), jednak lista zapełniła się ludźmi z całej Polski. Tym samym są podstawy, aby twierdzić, że Kiwon 2017 roku miał swój oddźwięk i spodobał się w środowisku. Tendencja jest bardzo optymistyczna i dobrze rokuje na przyszłość. Nie ukrywam, że na frekwencję niewątpliwie wpłynęła znakomita pogoda i złota polska jesień. Z pewnością był to czynnik, który zachęcił niezdecydowanych. 

fot. Monika Tota


Inną kwestią pozostaje również kameralny charakter biegu. Pomimo zwiększonej liczby zawodników, których osobiście nie znam, na maratonie czułem się jak w grupie przyjaciół.Udało się osiągnąć coś niewymiernego, ale bardzo wartościowego. Atmosferę, której na typowym dużym biegu ultra po prostu nie sposób stworzyć. Przynajmniej tego rodzaju atmosfery małej społeczności towarzystwa i koleżeńskości. Ma to dla mnie większe znaczenie niż prestiż biegu, frekwencja, czy opinie środowiska. Co więcej uważam, że organizacja takich imprez pozwala im na przerwanie w rywalizacji z kolosami, organizowanymi na kilkaset osób. I nie mówię tutaj o konkurencji finansowej, bo na biegach PMnO trudno zarobić, a 1/4 opłaty startowej, jaką płaci się w porównaniu do standardowego "ultra" nie pozwala na zapewnienie analogicznych świadczeń, ale o samej popularności wydarzenia w środowisku biegowym. Ja jestem przekonany, że są i będą ludzie, którzy na tego typu imprezy będą chcieli jeździć i dla nich to robimy. 

fot. Monika Tota


Z dużym zadowoleniem piszę również, iż w trakcie Maratonu obyło się bez wypadków i nieprzewidzianych sytuacji. Jedyną niespodziewaną interwencją, jaką musieli podjąć organizatorzy była wymiana perforatora przy PK 11, który został uszkodzony. Pomimo, iż duża część uczestników skończyła zabawę po limicie, to nikt nie wpakował się w kłopoty. Zwieziono kilka osób jednak w każdym przypadku odbyło się to bez komplikacji.

Podsumowując, imprezę uważam za bardzo udaną i jestem szczęśliwy, że mogłem wziąć udział w .jej organizacji. Rok temu generalnie wszyscy byli zadowoleni, ale odbiło się jakoś bez echa. Tym razem miałem wrażenie, że osiągnęliśmy coś więcej. W rozmowach z uczestnikami właściwie nie tylko, że każdy miał dobrą opinię, ale był biegiem wyraźnie usatysfakcjonowany i czuć było z wypowiedzi rzeczywistą  radość. Przy tym wydaje mi się, że podniesienie poziomu trudności nie spowodowało niechęci - wręcz przeciwnie. W większości  wypadków  słyszałem o chęci rywalizacji i deklaracje pokonania trasy za rok.

fot. Monika Tota


Przy okazji opisywania moich spostrzeżeń i podsumowania chciałbym podziękować  wszystkim, którzy pomagali nam w organizacji przedsięwzięcia  i w jakikolwiek sposób dołożyli swoją cegiełkę do wspólnej budowy. Tym razem bez nazwisk. Jeżeli zrobiłeś cokolwiek w związku z imprezą, od prostych czynności, aż po udział - serdecznie dziękuję. Mam nadzieję, że zobaczymy się za rok.  


Tomek

czwartek, 1 listopada 2018

Jak nie zdobyć miejsca na podium i wyeliminować się z biegania dwa miesiące - Mordwonik 2018 - relacja

Początkiem września ruszyłem na Mordownika. To tego rodzaju impreza, której miłośnikowi maratonów na orientację nie trzeba przedstawiać. Kto był ten wie, że zabawa i wyrypa jest przednia. Ja tym razem, poza samą rywalizacją traktowałem Mordownika jako trening przez SOG Ultra, odbywającym się w październiku.  Chociaż chciałem "przycisnąć", na wspólne pokonanie trasy umówiłem się z Łukaszem Siejko. Ustaliliśmy, że razem nie biegaliśmy już od Kieratu 2017 i wreszcie nadarzyła się ku temu okazja, którą trzeba wykorzystać.

Sam dojazd na Mordownika okazał się dla mnie nie lada wyzwaniem. 4 godziny jazdy PKP do Krakowa z Warszawy, pakowanie i 2 h za kierownicą do Lipinek, pod Gorlicami. Spać poszedłem o 2:00, o 5:00 trzeba było już wstać. Chociaż spieszyłem się jak mogłem, po przejechaniu 40 km bladym świtem, samochód udało się zaparkować dopiero ok. 6:35, gdy pod szkołą w Uściu Gorlickim trwała już odprawa techniczna. Wniosłem transportowy plecak na salę gimnastyczną, biegowy zarzuciłem na plecy i dołączyłem do pozostałych zawodników. 15 minut przed startem otrzymaliśmy mapy. Wraz z Łukaszem naszkicowałem wariant, który wydawał się relatywnie oczywisty i dla nas optymalny. 

O 7:00 ruszyliśmy, kierując się do pkt 2, na południowy zachód. W tym kierunku podążyła mniejszość zawodników. Zgodnie z założeniem biegłem z Łukaszem. Nawigacja na mapach z lat dziewięćdziesiątych w skali 1:25000  nie pomagała. W Beskidzie Niskim przez niemal 30 lat wiele się zmieniło, w szczególności system dróg. Zmierzając do PK2 nie trafiliśmy na właściwą ścieżkę, ale polami zmierzaliśmy w kierunku wyznaczonym przez formy terenu. Znalezienie lampionu poszło gładko, a na miejscu spotkaliśmy już wielu zawodników. Warto dodać, że pogoda dopisywała. Startowałem w samym podkoszulku i dodatkowymi rękawkami, a biegło się komfortowo.

Kolejny punkt nr 3 "wszedł" równie lekko, jak pierwszy - znajdował się na szczycie wzgórza. Polecieliśmy dalej, zbiegając w dolinę na północy wschód, by następnie wdrapać się w kolejne wzgórze i odcisnąć perforator przy PK4, zlokalizowanym również na szczycie wzgórza.

Dalej czekał nas znowu trucht leśna drogą, prowadzącą łagodnym grzbietem. Ten odcinek był czystą przyjemnością. Należało tylko uważać, żeby nie pobiec zbyt daleko, gdyż, aby zaliczyć pkt 5 koniecznym było przejście przez rozległą polanę i osiągnięcie rozwidlenia potoku. Biegnąc w kierunku kolejnego punktu należało wrócić na grzbiet i nim kierować się na północny zachód. W zagłębieniu przy drodze widniał lampion PK6.

Aby zdobyć kolejny punkt przy tamie musieliśmy znaleźć się po drugiej stronie doliny. Zbieg do miejscowości poszedł nam sprawnie, a podbieg drogą również nie sprawił trudności. Pamiętając rady na odprawie, aby punkt nr 7 atakować od góry poszliśmy na azymut, przez strome zbocze i las. Znalezienie rozwidlenia potoku poszło nam bardzo sprawnie. Teraz należało jedynie przekroczyć tamę i zdobyć kolejny lampion. Niestety nie znaliśmy stanu tamy, która z wysokości wzgórza wyglądała na zdatną do przebiegnięcia. Po okrążeniu jej okazało się, że nic bardziej mylnego - tamy nie da się przejść, a budowli strzeże brama i drut kolczasty. Musieliśmy zawrócić na przeciwległą stronę konstrukcji. Nadrobiliśmy kilkaset metrów podejścia i bardzo źli poszliśmy w dalszą drogę.

Kolejny punkt, zlokalizowany na jednym z ramion grzbietu wzgórza położonego po drugiej stronie rzeki również zebraliśmy asekuracyjnie, idąc trochę naokoło. Zamiast ciąć przez rzekę ewidentną ścieżką pobiegliśmy do miejscowości na północy i stamtąd ruszyliśmy w kierunku grzbietu wzgórza, gdzie zlokalizowano PK11.

Nie było za to problemu z kolejnym. PK 10, który osiągało się idąc za niewyraźną ścieżką prowadzącą przez las i obniżając na strome zbocze biegnące w kierunku drogi, rozdzielającej to niewielkie pasmo Beskidu Niskiego.

PK 10 według mapy był chyba najciekawszym punktem, przy skrzyżowaniu dróg. Niby nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że na mapie nie było żadnych dróg prowadzących do punktu ani rzeczonego skrzyżowania. Dobrać się do niego również nie było łatwo. Należało najpierw przekroczyć stromy potok o skalistych brzegach, a następnie trawersować stoki wzgórza i szukać dróg niezaznaczonych na mapie. Na tym etapie Łukasz oświadczył, że nie dotrzymuje mi już tempa i musi zwolnić. Pożegnaliśmy się i i pobiegłem dalej.

Przez miejscowość Kunkowa, do której następnie dotarłem, wiodła oczywista droga, którą zmierzałem wprost na północ. Z mapy z lat dziewięćdziesiątych podejście na kolejny punkt nr 8 rysowało się bardzo oczywiście - wystarczyło na rozwidleniu dróg wyjść ze wsi i kierować się na północ. W praktyce nie było to aż tak klarownie, zaś trafienie we właściwą polną drogę nie przyszło mi łatwo. W sumie w żadną nie trafiłem, ale idąc prosto przez krzaki szczęśliwie znalazłem się bezpośrednio na punkcie. Tam napełniłem bukłak, zebrałem batony, po czym ruszyłem dalej. Za mną bezpośrednio biegł Michał Jędroszkowiak, który przybiegł chwilę po mnie na ostatni PK.

W kolejnych kilometrach mijaliśmy się z Michałem kilkukrotnie, aż wreszcie nawiązaliśmy dyskusję i ruszyliśmy dalej wspólnie na pasmo Magury Małastowskiej. Kolejne punkty nr 16 i 15 zlokalizowane były w rozwidleniach potoków na przeciwstoku. Zdobywanie ich okazało się żmudne, ale ciekawe i satysfakcjonujące. Zasadniczo szliśmy grzbietem Magury, jednak do każdego punktu trzeba było obniżać się i albo trawersować stok przez jary do kolejnego PK, albo gramolić z powrotem na grań i raz jeszcze schodzić po lampion. Szło się nam dobrze, ale powoli czułem już zmęczenie. GPS pokazywał ponad 45 km, a końca trasy nie było widać Nieopodal schroniska na Magurze, w kolejnym rozwidleniu potoku zlokalizowany został następny punkt nr 14.

Po jego zebraniu okazało się, że mam jeden PK mniej niż Michał J. i najkorzystniejszym dla mnie będzie zmiana trasy, przelot przez Nowicę i jego zebranie.  Rozdzieliliśmy się więc. Michał pobiegł na PK13, ja PK12. W tym przypadku powtórzyłem to, co miało miejsce przed PK 8. O ile do wsi zbiegło się fajnie, o tyle przegapiłem upatrzoną drogę wylotową i dopiero po opuszczeniu Nowicy złapałem swój błąd. Trochę nadrobiłem, jednak szybko naprawiłem swój błąd i kolejny lampion przy potoku znalazłem bardzo szybko.

Pozostały dwa punkty do zebrania, a mój czas na trasie przedłużał się. Nie było późno, bo około godziny 16:00, gdy biegłem do PK 13. Szybko przeleciałem odcinek przez las i otwartą przestrzeń, dzielący mnie od drogi, od której namierzałem się na punkt. Wszystko zrobiłem jak poprzednio, policzyłem w głowie dystans, złapałem kierunek. Wbiegłem w zarośla, w których miałem natrafić na potok i PK13, jak poprzednio. Zamiast na punkt trafiłem na Michała J., który z zmieszaniem wypisanym na twarzy stwierdził, że szuka punktu od godziny i nie może znaleźć. Uznałem to za wyolbrzymiony problem i pobiegłem tam, gdzie punkt miał się znajdować. Nie było go . Oczywiście połączyliśmy siły, przeanalizowaliśmy mapę i zaczęliśmy czesać główny potok - bez skutku. Ustaliliśmy, że według mapy punkt musi być niedaleko największego jaru i i jego zaczęliśmy przeszukiwać. Metr po metrze, krzak po krzaku, w jedną stronę i w drugą. Nie ułatwiały tego gęste zarośla, ograniczające widoczność do maksymalnie kilku metrów. W międzyczasie dołączały do nas różne osoby, które również odpuszczały. W tej szamotaninie dwukrotnie w krzakach gubiłem również kartę startową i cudownie ją znajdowałem. Punktu jednak nie było, zapadł się pod ziemię. Gdy już mieliśmy dać sobie spokój Michał postanowił zadzwonić do organizatora. Byliśmy przekonani, że punkt został zabrany. Najgorsze, gdy usłyszeliśmy, że punkt stoi na miejscu.... Nie było wyjścia trzeba było przekląć i szukać ponownie, teraz w nowym gronie znajomych. Po jakimś czasie wreszcie ktoś wypatrzył punkt, który był zlokalizowany nie przy głównym jarze, ale na rozwidleniu jednego z jarów pobocznych - według mnie nie nie znajdował się w  miejscu, które wynikałoby z mapy. Poszukiwania kosztowały nas kupę czasu - mnie 2 h, Michała ponad 3h. Przy tym nie pomagał fakt, że organizator poinformował nas, iż na metę dotarł jedynie jeden zawodnik, a gdyby nie nasze perypetie to już cieszylibyśmy się 2/3 miejscem.

Pomimo sromotnej klęski postanowiliśmy biec dalej razem, po ostatni PK1. Przecinając las nieznaną nam droga szutrową przebiliśmy się przez Góre Kiczerę i biegnąc na azymut zmierzaliśmy w kierunku drogi Kwiatoń - Uście Gorlickie. Gdy wybiegliśmy na polanę i cieszyliśmy się wspaniałym zbiegiem trawiastą ścieżką, przydarzył mi się wypadek. Stawiając kroki musiałem trafić na nierówność terenu i wykręcić staw skokowy, obciążając go z dużą siłą. Noga chrupnęła głośno, a ja przewróciłem się. Wiedziałem, że nie jest dobrze, a noga pewnie jest skręcona (nie pomyliłem się). Miałem jednak silna wolę, aby ukończyć bieg,, bo schodzić przed ostatnim punktem się nie opłacało. Po kilkuset metrach, kusztykając jakoś rozruszałem prawą stopę. Biegać się nie dało swobodnie, bolała strasznie, ale Michał zdrowo mnie poganiał i nie miałem wyjścia - do zebrania został ostatni punkt.

Podejście na strome pasmo góry Polana okazało się dla mnie traumatycznym przeżyciem. Człapałem ciężko krok za krokiem, klnąc pod nosem z bólu i próbując odciążyć prawą stopę. Niezdarnie, ale jednak wdrapałem się na grzbiet i potem pobiegłem nawet w kierunku punktu. Michał był oczywiście tam przede mną i gonił mnie do dalszego biegu. Nawet gdybym chciał odpuścić, to na tym etapie byłoby to  niecelowe. Zebrałem się więc w sobie i pobiegłem ile sił w nogach grzbietem w dół. Nie byłem świadomy, że ze skręconym stawem skokowym można tak szybko biegać, jednak okazało się to możliwe. Mknąc dosłownie na złamanie karku trafiliśmy na zbocze i do doliny już w Uściu Gorlickim. Do bazy Mordownika wbiegliśmy o 19:06 po 12 godzinach w trasie, co dało nam ex aequo 6 miejsce, z kompletem punktów.

Zmordowany po Mordowniku


Po prawie dwóch miesiącach od imprezy oceniam ją jednoznacznie pozytywnie. Co prawda do tej pory nigdy nie szukałem punktu kontrolnego dłużej niż 20 min i te 2 h na tegorocznym Mordowniku jest dla mnie trochę szokiem, a ponadto skręciłem staw skokowy i naderwałem więzadła, eliminując się z biegania na blisko dwa miesiące. Mimo wszystko, to było warto. Szkoda mi tylko tego miejsca na podium, które było w zasięgu ręki, a zniknęło w krzakach, jak ten PK13 ;)

Noga "dzień po"


P.S. NA trasie zrobiłem bodajże 68 km, w tym 6 km szukając PK13.

Pozdrawiam

czwartek, 26 kwietnia 2018

Rajd Dolnego Sanu 2018 TP 100 - relacja, czyli kto nie ma w głowie, ten ma w nogach ;)

Z Rajdem Dolnego Sanu jest tak, że jeżdżę na niego, bo lubię. Termin nieraz pasuje, nieraz nie, ale odkąd pojechałem po raz pierwszy to staram się być. Połowa marca to przeważnie taki czas, że z racji temperatury i pogody, dzień przed biegiem najczęściej odechciewa się robić czegokolwiek na wolnym powietrzu, a co dopiero biegać, marznąć, czy taplać się w błocie. Nie ma co się oszukiwać. Biorąc pod uwagę, że to mój piąty RDS z kolei, to super pogoda była tylko raz w 2014 roku, znośna również raz. Pozostałe trzy Rajdy to niestety klęska powodziowa lub jak się miało okazać w tym przypadku - atak zimy. Na szczęście, gdy dopada mnie brak motywacji na start w RDS zawsze wracają dobre wspomnienia związane z tą imprezą i sentyment (RDS 2014 był pierwszymi zawodami na orientację jakie pokonałem typowo biegowo), że tak czy inaczej się zapisuję.

W tym roku termin RDS okazał się dla mnie szczególny ..... tzn. szczególnie niekorzystny. 19 marca 2018 roku bowiem zaczynałem pisać czterodniowy egzamin zawodowy. Pierwsza myśl była taka - jeżeli Hubert organizuje RDS przed samym egzaminem to mam gdzieś - nie lecę. Następne myśli uciekały jednak w przeciwnym kierunku - jakby to zrobić, żeby jednak wziąć udział w biegu...
Postanowiłem więc, że jednak wezmę udział, pytanie jeszcze jaka trasa. 50 km to najłatwiejsza dla mnie opcja, którą miałem wybrać. Zrobię szybką 50 tkę, nie uszkodzę się za bardzo i będzie fajnie - pomyślałem.  Następne moje myśli nie były jednak aż tak asekuracyjne. Wziąłem po uwagę, że przed majowym Kieratem nie będzie gdzie zrobić treningowej setki, która w aspekcie kondycyjnym bardzo by mi się przydała. Postanowiłem więc, że jednak pójdę na setkę RDS, bo przecież na Rajdzie zazwyczaj nie jest ciężko i można to zrobić treningowo. Z upływem kolejnych dni przed biegiem mina systematycznie mi rzedła.  Wszystko z powodu prognoz pogody, które zapowiadały się fatalnie i zwiastowały powrót zimy. 
Finalnie, piątkowa prognoza przed biegiem zapowiadała, że około północy przestanie padać deszcz, a temperatura spadnie poniżej zera i będzie systematycznie leciała na łeb na szyję, w sobotę wieczorem przyjmując ok -7 stopni Celsjusza i wiatr.  Prognoza ta okazała się bardzo trafna...

W  piątkowe popołudnie nie byłem jeszcze przekonany gdzie idę, a samemu strasznie nie chciało mi się biegać po nocy. Odezwałem się do Piotrka Jaśkiewicza w sprawie towarzystwa na trasie. Przystał na moją propozycję. Teoretycznie najbliższa przyszłość była ustalona, chociaż ja mając w perspektywie wtorkowy egzamin zawodowy obawiałem się trochę. Z doświadczenia wiem, że 50 km to spokojnie przebiegnę właściwie w każdych warunkach. Za to przy 100 km sytuacja się komplikuje. Szczerze - obawiałem się kontuzji, czy jakiejś grypy, która mogłaby mi się przytrafić po starciu z zimową pogodą, a potem odbić się na moim egzaminie. 

fot. Dariusz Czechowicz

fot. Dariusz Czechowicz


Koniec końców, w piątek około 21:00 dotarłem do Pruchnika w podkarpackim. Pogoda po drodze nie zapowiadała się optymistycznie. Padał deszcz i śnieg, na zmianę. W końcu deszczowa aura zwyciężyła. Na miejscu uskuteczniłem szybkie przepakowanie, planowanie trasy, wykonywanie czynności których podejmowanie normalnemu człowiekowi nie przyszłoby do głowy. Kilka minut przed północą bylem gotowy do startu na trasie, wraz z kilkunastoma innymi śmiałkami z kapturem na głowie i czołówką oświetlającą przestrzeń kilkunastu metrów przede mną. Dlaczego tylko kilkunastu? Nie tylko dlatego, że mój stary Black Diamond Spot już ledwie zipie, ale zaczął padać deszcz ze śniegiem, skutecznie utrudniający widoczność. 

fot. Dariusz Czechowicz

Wybiła północ, ruszyliśmy. Nie było okrzyków, za to kilkanaście postaci początkowo powoli, a następnie coraz szybciej zaczęło przebierać nogami po pruchnickich chodnikach. Ja pobiegłem z Piotrkiem, pozostałe towarzystwo również chcąc nie chcąc podzieliło się na kilka zespołów dwuosobowych.
Do punktu pierwszego droga wiodła na południe asfaltem, następnie polnymi ścieżkami. Po zejściu z utwardzonej nawierzchni mogliśmy przekonać się, jak będzie wyglądała dalsza droga. Dominowało wszechobecne błoto, stopy grzęzły, a buty mokły. Do tego trzeba było uważać, żeby biegnąc nie stracić równowagi i nie wpaść w kałużę. Z utęsknieniem czekałem na mróz, z nadzieją, że za kilka godzin nawierzchnia zamarznie. 

fot. Hubert Puka

Pierwszy punkt zrobiliśmy sprawnie, ale niezbyt szybko. Jak podsumował to stojący niedaleko Hubert: "Macie 1,5 km za sobą i pół godziny". Nie brzmiało to optymistycznie. Następnie systemem dróżek polnych i leśnych ruszyliśmy na wschód. Kluczowym było dotarcie do wsi Węgierka, a następnie wdrapanie się na wzgórze Świdowa. Samo podejście chociaż niebyt wymagające, dłużyło się w nieskończoność. Szczególnie w okolicy płaskiego czubka wzgórza, gdzie miał być zlokalizowany punkt. Widząc dokoła jedynie pole oraz kilka światełek w oddali, miałem wrażenie,  że przeszliśmy już zbyt daleko. Na szczęście, gdzieś przy samotnym drzewie, w takt wichury i padającego śniegu kiwał się biało-czerwony lampion. Nawigacja do PK3 była problematyczna i wyszła nam nie najlepiej.  Początkowo biegliśmy zupełnie na azymut wraz z Przemkiem Witczakiem, jednak po kilkudziesięciu minutach znowu się rozdzieliliśmy wybierając inne leśne drogi. Jak się okazało, wraz z Piotrkiem trafiliśmy w tą złą, gdyż po kilkunastu minutach dotarliśmy pod miejscowość Łazy Węgierskie, jednak od zabudowań oddzielała nas rzeka. Nie jakiś tam strumień, ale rzeka o szerokości kilku metrów. Dodatkowo nie udało nam się odnaleźć mostu. Zdenerwowani musieliśmy obejść rzekę do najbliższego mostu, tracąc przy tym ok. 3 kilometrów. W miejscowości, przy PK3 spotkaliśmy kilku zawodników, tak że do następnego checkpointu lecieliśmy już w pięciu. Droga do PKT 4 i początku wąwozu była typowym odcinkiem drogowym, który pokonaliśmy szybko. Temperatura spadła już grubo poniżej zera i zrobiło się zimno. Na otwartych odcinkach pomimo że biegłem w kurtce i z kapturem na głowie, nie mogłem w pełni się rozgrzać. Na szczęście w praktyce trasa w dużej mierze biegła lasami i wąwozami, co ograniczało działanie wiatru.   Do PK5 początkowo wybraliśmy leśną drogę, jednak perypetie przy PK3 odbiły się już na naszej motywacji do szukania krótkiej trasy. Początkowo chciałem biec do lasu, jednak Piotrek zaproponował obiegnięcie odcinka asfaltem. Zgodziłem się, woląc nadłożyć kilometrów niż później błądzić po lesie. Odcinek do PK6 był łatwy, długi i prowadził asfaltem oraz drogami szutrowymi, wiodącymi bardzo intuicyjnie. W trakcie jego pokonywania zaczęło świtać, tak że punkt położony nieopodal koryta Sanu "podbiliśmy" już w świetle dziennym. Tutaj również spotkaliśmy się w kilka osób, by na kolejnym asfaltowym odcinku po raz kolejny rozdzielić. Pewien etap skończył się, gdy przekroczyliśmy most na Sanie. 

Pod PK7 położony na wzgórzu, będącym pozostałością jakiegoś dawnego grodziska, dotarliśmy niemal w całości drogą. Tutaj ujawniły się negatywy nocnego ochłodzenia i mrozu. Na asfalcie zrobiła się tzw. "szklanka" i trzeba było naprawdę bardzo uważać, żeby nie "wywinąć orła". Kilka razy było bardzo blisko zderzenia z glebą. Za grodziskiem pobiegliśmy na południe w kierunku wzgórza Łubienka i miejscowości Piątkowa, gdzie nieopodal cerkwi zlokalizowany był PK8. Do tej pory droga przebiegała poprawnie. Następnie postanowiliśmy, że PK9 zaatakujemy od strony doliny i potoku płynącego z kierunku wsi Załazek. W tym celu musieliśmy trochę zawrócić odcinkiem drogowym i następnie pokonać rzekę. Tutaj pojawił się pierwszy problem - nie potrafiliśmy znaleźć mostu, a pokonywanie kilku metrów rwącej wody po pas na mrozie nie szczególnie nam się nie uśmiechało. Mostu szukał z nami Przemek Witczak, który jednak po chwili pobiegł dalej, aby ominąć ten odcinek asfaltem. Ja wraz z Piotrkiem jednak również chcieliśmy odpuścić, gdy naszym oczom ukazała się niewidoczna z oddali kładka. W tym momencie czuliśmy, że mamy duże szczęście i uda się pokonać odcinek bezproblemowo. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że wpakowaliśmy się na wielką "minę". Droga początkowo szeroka, wkrótce dobiegła do potoku i zniknęła. Zostaliśmy sami z chaszczami, przez które musieliśmy się przedzierać. Wiedzieliśmy już, że odcinek trzeba było obejść, a Przemka decyzja była bardzo trafna. Nie pozostało nic innego jak poprzeklinać pod nosem i brnąć do przodu. Jakimś cudem na azymut dotarliśmy do wsi Załązek i dalej do PK9, którego umiejscowienie (język lasu) okazało się mocno nieoczywiste. 
Droga przez lasy do kolejnego checkpointu była kolejnym żmudnym odcinkiem trasy. Pomimo dosłownie setek dróg leśnych wokoło, nie dało się biec. Żadna ze ścieżek nie była wiodąca, w większości po kilkuset metrach same znikały. Ponadto albo zasłane były ściętymi drzewami, albo nieprzebieżnym błotem. Odcinek pokonaliśmy powoli i systematycznie. Gdy już trafiliśmy na szlak niebieski w końcu "byliśmy w domu". Pozostało puścić się galopem w dół do doliny i drogi. 

Spod cerkwi ruszyliśmy drogą na zachód, w kierunku PK11. Początkowo droga szła nam bardzo sprawnie i szybko. Potem weszliśmy do lasu. Przemieszczaliśmy się drogą wzdłuż grzbietu, aż do szczytu bezimiennego wzgórza. Przy zejściu z niego drogę zasłoniły nam drzewa położone po wycince i pomimo obserwacji kompasów zboczyliśmy zbytnio na północ, o czym uświadomiliśmy sobie dopiero, gdy zejście zaczęło robić się przepadziste i strome. Nie trafiliśmy na przełęcz Żohatyńską. Postanowiliśmy nie wracać do lasu, ale obiec odcinek asfaltem. Mieliśmy świadomość, że przez nietrafny wybór drogi na PK9, Przemek Witczak jest sporo przed nami. Być może nie on jedyny. Pomyślałem jednak, że mimo wszystko mamy szanse go dogonić, trochę na zasadzie "kto nie ma w głowie, ten ma w nogach". W nogach zaś miałem mocy jeszcze sporo. W tym momencie wspomnieć należy o pogodzie. Biorąc pod uwagę, że temperatura systematycznie się obniżała, momentami było bardzo zimno. W pewnym momencie moje zmoczone na wskroś od wewnątrz i oblepione lodem od zewnątrz buty przestały zapewniać stopom jakiekolwiek ciepło, przez co zacząłem tracić czucie w palcach u stóp. Odcinek drogowy, który przed nami się pojawił okazał się prawdziwym wybawieniem. Musiałem mocno klepać asfalt ponad pół godziny, zanim poczułem, że do stóp wraca ciepło. Przy PK11 na górze wąwozu wypełniliśmy bukłaki wodą, jaką pozostawił tam organizator. Moment był ku temu idealny, gdyż po dziesięciu godzinach w trasie wady zaczynało brakować. PK12 był nieopodal, przy strumieniu, za cerkwią w Jaworniku Ruskim. Do miejscowości dotarliśmy biegnąc na wprost przez łąki, w kierunku północno-zachodnim. 
Przy PK12 pojawił się problem z mokradłami. Prozaicznie, bardzo przyjemnie biegło mi się w mokrych, ale ciepłych butach i miałem wielką determinację, aby ich nie moczyć po raz setny i zachować stan "ch...., ale stabilnie". Dodatkowo spostrzegłem, że nie mam już ochraniacza na lewym bucie, który musiał spaść podczas przedzierania się przez któreś z kolei krzaki. Żeby nie zamoczyć butów Piotrek postanowił skakać "o tyczkach", tj. za pomocą dwóch grubych kijów. Udało się! Suchą stopą przeszliśmy na drugą stronę rozlewiska, po czym, wdrapaliśmy się na grzbiet. Poprzednie perypetie związane z przedzieraniem się przez lasy na południe od Sanu, znikające w lesie ścieżki i właściwy brak możliwości biegania upewnił nas w przekonaniu, że lepiej nadłożyć drogi i odcinek pokonać dwukrotnie większą prędkością asfaltem przez wieś Dylągowa. Tak też zrobiliśmy i choć klepaliśmy asfalt, to prędkość była zdecydowanie zadowalająca. Szybko pokonaliśmy te kilka kilometrów i wdrapaliśmy się na wzgórza z widokiem na dolinę Sanu. Chociaż wiatr i mróz nie pozwalały w pełni cieszyć się biegiem, to horyzont malował się spektakularnie, a San wijący się pomiędzy wzgórzami robił piorunujące wrażenie. PK13 przy wsi Łączki. Zdobywając ten punkt miałem świadomość, że najgorsze, czyli tereny na południe do Sanu za nami, a teraz będzie można przycisnąć.
Przebiegliśmy przez kładkę nad Sanem, następnie udaliśmy się wzdłuż drogi na północny wschód. aż trudno uwierzyć, jak na północ od rzeki zmieniło się otoczenie. Dopiero teraz można było się przekonać, że na południe od Sanu 

Aby trafić do PK14 należało wdrapać się na pasmo wzgórz ciągnących się na północ od Sanu i szukać potoku przy wsi Podbukowina. Podejście nie sprawiało problemów, jednak przypomniało, że w nogach mamy już ponad 80 km. Idąc i biegnąc co jakiś czas widziałem na drodze ślady naszego poprzednika, którym musiał być Przemek Witczak. Już kilka godzin nie mieliśmy go w zasięgu wzroku, więc uznałem, że nasze szanse na dogonienie go maleją. Niebyt się tym przejmowaliśmy, pokonując drogowe odcinki do Przedmieścia Dubieckiego. Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę w Lewiatanie, aby ogrzać się i zjeść lokalne pieczywo. Wiatr wychładzał na otwartym terenie bardzo szybko, zaś żele i batony bardzo nam zbrzydły, więc krótki odpoczynek zrobił bardzo dużą robotę.  Po zebraniu PK14 w dalszą drogę wybraliśmy się przemierzając chodniki Dubiecka. Następnie skręciliśmy do miejscowości Nienadowa, by na wysokości kościoła "odbić" w kierunku północnym. Na podejściu przerwaliśmy bieg. Zrobiło się bardzo monotonnie. Niemrawo stawiałem krok za krokiem, gdy nagle moje spojrzenie zatrzymało się na ubranej na czarno postaci idącej przed nami. Nadrabiając kilometrów i klepiąc asfalt dogoniliśmy wreszcie Przemka Witczaka. Byliśmy z siebie bardzo zadowoleni, a cała monotonia minęła jak ręką odjął. Razem przeszliśmy odcinek do najbliższego punktu, zlokalizowanego na wzgórzu Patryja. Na szczycie wiało nielitościwie, do tego na powrót zaczął sypać śnieg. Podbiliśmy karty startowe i jak najszybciej ewakuowaliśmy się w dalszą drogę. Bodajże na tym odcinku podjęliśmy decyzje, że nie chce nam się rywalizować i do mety dotoczymy się w trójkę. Przedostatni PK17 czekał na nas przy kolejnym przekaźniku, na szczycie wzgórza przy drodze. Widoczny był już z oddali i w miarę jak pokonywaliśmy kilometry coraz bardziej się przybliżał. Wiatr, choć towarzyszył nam, cały dzień, przed PK14 natarł na nas ze zdwojoną siłą. W pewnym momencie powiało tak mocno, że wyrwało mi z rąk mapę, która poszybowała nie wiadomo gdzie. Pozostałem na trasie "ślepy". Na szczęście, do mety pozostało już tylko kilka kilometrów. Pomimo kurtki, naciągniętego na głowę kaptura było mi zimno. Nawet podczas biegu. 
Nie byłem zbytnio zmęczony, ale biegu miałem już trochę dość. Szczególnie tego wiatru i śniegu, który łupał w twarz. 
Do ostatniego punktu biegliśmy początkowo drogą, a następnie przez orne pola, potykając się o nierówności. Ziemia od czasu opuszczenia przez nas bazy zdążyła zamarznąć na kość, więc przynajmniej z błotem nie było już problemów. Toczyliśmy się więc, ciągnięci już wizją mety. 
Trochę dziwiło nas, że przez cały bieg nie spotkaliśmy żadnych zawodników z trasy 50 km. Żartowaliśmy, że być może trasa została odwołana. Myśli takie wykluczyło dopiero spotkanie przy PK18, dwóch osób z trasy TP50.  Po zebraniu ostatniego lampionu biegliśmy już drogą wojewódzką, aż do Pruchnika. Nie mając nikogo "na ogonie" nie spieszyliśmy się zbytnio. Rozmawiając pokonaliśmy ostatni odcinek trasy.

fot. Tomasz Domin
fot. Hubert Puka

fot. Katarzyna Sochacka



W bazie nasza trójka, tj. (Tomasz Duda, Piotr Jaśkiewicz, Przemysław Witczak) zameldowała się o godzinie 17:52 i taki czas osiągnęliśmy. Zajęliśmy ex aequo pierwsze miejsce. Hubert powitał nas specyficznie: "Teraz to wy chyba chcecie mi wpierdolić" ;) W rzeczywistości było wprost odwrotnie. Trasa w warunkach pogodowych jakich doświadczyliśmy była bardzo wymagająca, lecz dawała tym większą satysfakcję z jej pokonania. Nasz czas w porównaniu do ostatnich edycji Rajdu Dolnego Sanu mówi sam za siebie - był gorszy o dobrych kilka godzin, od najlepszego zawodnika w roku 2017, 2016 czy 2015. Subiektywnie, była to dla mnie najtrudniejsza setka, w jakiej miałem okazję brać udział. Warunki okazały się totalnie niebiegowe - w lasach tony błota, drogi zalodzone i większość lasów nieprzebieżnych.  Największą osobliwością na rasie okazał się dla mnie charakter terenu na południe od San. Chociaż nikt nie spotkał niedźwiedzia, a jedynie jego ślady, to otoczenie sprawiało wrażenie całkowicie zdziczałego. Przez cały dzień spotkaliśmy dosłownie kilka osób, minęło nas nie więcej niż pięć samochodów. Pomimo, iż w okolicy nie ma wzgórz powyżej 500 m npm to tereny pod względem "odludności" mogłyby śmiało konkurować z Bieszczadami. Moim zdaniem  okolica do przeprowadzenia tego typu biegów jest idealna. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie więcej edycji "Górnego" a nie "Dolnego" Sanu. tereny są nieporównywalnie ciekawsze. 





Przy okazji dziękuję organizatorowi za wspaniała zabawę i współtowarzyszom niedoli na trasie. Kto był, ten wie :) Do zobaczenia za rok. 






czwartek, 8 lutego 2018

Adidas Kanadia 8 Trail test, recenzja, opinia czyli jakich butów nie kupować

Jak wskazuje tytuł, dzisiejszy test będzie spontaniczny i niekorzystny. Pozytywnie nastawiony do terenowych butów Adidas Trail Response 21, w jakich biegałem poprzednio i które choć zniszczone awaryjnie służą mi do dziś, wiosną 2017 postanowiłem zakupić następne obuwie tej samej marki.


PIERWSZE WRAŻENIA 

Ocena aktualnych ofert sklepowych spowodowała, że pod względem parametrów i ceny odpowiadały mi buty Adidas Kanadia 8 Trial. Przeczytałem o nich kilka pozytywnych opinii, wizualnie i cenowo mi odpowiadały, więc się skusiłem. Adidas Kanadia 8 Trail zakupiłem na dużej promocji za 207 zł w Sklepie Biegacza. 

Gwoli przypomnienia moich wymagań w stosunku do butów biegowych terenowych wspomnę, że miały być tanie i wytrzymałe - jak poprzednie. Zważywszy, że w poprzednich najbardziej ucierpiał stan bieżnika, tym razem postanowiłem, że musi być on masywniejszy i bardziej agresywny.
Na pierwszy rzut oka buty wyglądały przyzwoicie, choć budziły pewne zastrzeżenia. Sznurowadła wydawały się jakieś dziwne i nietrwałe, cholewka trzymająca stopę i zapiętek -+miękkie, zaś obłożyny dziwnie wystające w przedniej części, jak w butach z otwartą przyszwą. Dobre wrażenie robił za to masywny bieżnik. Kolorystyka również mi się podobała. 


UŻYTKOWANIE

Buty przetestowałem w lesie i sprawdziły się dobrze. Bieżnik trzymał podłoże znakomicie. Niestety stopa nie zachowywała się już tak rewelacyjnie. Jak przewidywałem odczułem brak stabilności i obijanie palców o przednią część buta (co ciekawe w poprzednich Adidasach o tym samym rozmiarze ten problem nie występował). Butów przez ostatnie kilka miesięcy ogólnie używałem bardzo rzadko. Moim "wołem roboczym" na treningi pozostawały stare Adidasy Trial Response 21, których jakoś nie mogłem dobić. Adidas Kanadia 8 Trail używałem właściwie "od święta" czy od zawodów do zawodów. Przebiegłem w nich w sumie 4 dłuższe biegi - 50 km, 100 km, 170 km, 50 km i może dwa treningi. Daje to w sumie ok. 400 km pokonanych kilometrów. Zdecydowana większość w terenie.



W porównaniu do poprzedników - Adidas Trail Respons 21 - buty okazały się niewygodne. Cienkie podeszwy powodowały, że podeszwy po kilkudziesięciu kilometrach zaczynały boleć. To samo palce - które odbijały się o czubek buta. Jeszcze pokonanie 50 km w tym obuwiu nie stanowiło problemu, ale przy 100 km stopy bardzo bolały. Biegnąc 170 km Szlakiem Orlich Gniazd nabawiłem się najbardziej bolesnych "kalafiorów" na stopach w życiu. Każdy krok sprawiał ból. Nie wiem, czy to przez kiepskie ich smarowanie, czy z powodu butów, jednak fakt pozostaje faktem. 
W moim odczuciu, zmieniając buty z Adidas Trial Response 21 na Kanadia 8 Trail poczułem jakbym z Mercedesa przesiał się do Fiata. Nie żartuję. 

Buty na Szlaku Orlich Gniazd 2017



WYKONANIE, MATERIAŁY, TRWAŁOŚĆ

Pomimo niewielkiego zużycia buty zaczęły się niszczyć. Dokonując kolejnego porównania Kanadia Trail 8 do Trail Response 21, te pierwsze po ok 400 km były zniszczone jak poprzedniki po 1200 km. 
Cholewka buta, pomimo iż z pozoru sprawiała solidne wrażenie wizualne, zaczęła pękać na wgięciach butów. Przetarcia pojawiły się w tych miejscach w każdym bucie, po lewej i prawej stronie. Dodatkowo, na ostatnim biegu w styczniu rozerwała się odstająca obłożyna. Ten element buta był wyjątkowo nieudany, gdyż odstająca konstrukcja tyko prowokowała wystające z podłoża patyki do jej penetracji, co prędzej czy później musiało zakończyć się rozerwaniem. Dodatkowo wkładka wewnętrzna buta zaczęła się rozchodzić i miejscami strzępić. Jakby tego było mało, przerwało się każde ze sznurowadeł, które były kiepskiej jakości oraz nie trzymały związanego supła. Nie wiem czy powodem rwania sznurowadeł była ich mizerna trwałość, czy brak montażu w dziurkach na sznurowadła metalowych elementów zapobiegających ich przecieraniu się. Generalnie wytrzymałość butów to jeden wielki DRAMAT.

Właściwie urwana obłożyna

Trochę niewyraźnie widać, ale dziura już powstała.


W obuwiu najlepiej zachowywał się bieżnik, który nie uległ prawie w ogóle zużyciu. Jednakże było to spowodowane zapewne małym przebiegiem butów, jak i faktem, że uważałem, aby obuwie unikały twardej nawierzchni.

Naderwane sznurowadło, na chwilę przed pęknięciem. 
Pierwsze przebicie na wylot


Po przerwaniu obłożyny podczas styczniowego biegu tego roku zrezygnowałem ze współpracy z butami. oddałem je na reklamację, która na szczęście została uwzględniona. 
Na szczecie zrobiłem uprzednio zdjęcia obuwia, aby pokazać stopień jego destrukcji i podzielić się spostrzeżeniami. 


PODSUMOWANIE

Z pełną stanowczością odradzam wszystkim zakup tego obuwia. Niestety, ale poprzednie dobre doświadczenia a Adidasem zwiodły mnie i zachęciły do zakupu Kanadia 8 Trail. But okazał się po prostu niewypałem. Główne jego wady to miękkość cholewki, brak stabilności, słaby system sznurowania, niska trwałość wszystkiego poza podeszwą, wady konstrukcyjne, niski komfort noszenia. Niestety, ale Kanadia 8 Trail nie spełniła moich wymagań w żadnym zakresie, poza jednym. Wyłączną i jedyną zaleta obuwia poza uznana reklamacja jest dobra przyczepność bieżnika. Jednak to moim zdaniem za mało, żeby wydać za niego 207 zł, a co dopiero według ceny producenta - bagatela - 380 zł.

P.S. zachęcony opiniami szeregu znajomych, gdy tylko dostałem mail z uznaniem reklamacji i  deklaracją zwrotu gotówki, pobiegłem szybko do Decathlonu i kupiłem ich buty terenowe. Jak się sprawują opisze w przyszłości. 

Pozdrawiam. 

Konstrukcja – 3/5
Funkcjonalność – 3/5
Wygoda – 2/5
Wykonanie – 3/5
Trwałość/Niezawodność - 1/5

poniedziałek, 25 września 2017

Maraton na orientację KIWON - podsumowanie

Witajcie,
Gdy już opadł biegowy kurz, poniżej chciałbym zabrać głos w sprawie podsumowania.

Fot. Monika Tota



Maraton na orientację KIWON odbył się zgodnie z przewidywaniami. 16 września o godz. 9:00 wyruszyła trasa 50, następnie godzinę później trasa TP20. 
Pomimo, iż na bieg zapisały się 84 osoby, wystartowało 64 uczestników. Linię mety przekroczyli wszyscy, w tym 52 oosby z kompletem punktów kontrolnych. Zwycięzcy na trasie TP 20 pokonali dystans w 2:35 h, ostatnia osoba pojawiła się minutę przed limitem – po 8:59 h. Pierwsza osoba z kompletem punktów na mecie trasy TP50 zjawiła się po 6:07 h od opuszczenia bazy imprezy, ostatnia ponad godzinę po limicie, tj. 13 h. Trasa została określona jako „szybka” i „biegowa”.
Największą trudność sprawił uczestnikom pkt. 12 przy ambonie, który nie został znaleziony przez kilku uczestników. Pomimo tego większa części startujących osób, z którymi rozmawiałem wskazywała, iż bieg mógłby być trudniejszy orientacyjnie, co wezmę sobie do serca na przyszłość. 
Uczestnicy przynieśli ze sobą całą paletę historii, od „krwawej” walki na ostatnich kilometrach trasy, po „szarżujące kozy” i nawigację na podstawie kierunku, z którego słyszano pieśni kościelne ;). Osobom, które na drodze spotkały interesujące historie zapraszam do podzielenia się nimi. Tell me your story . 
Na stronie biegu oraz facebooku będą systematycznie pojawiały się materiały z biegu w postaci wideo, galerii i relacji uczestników. 
Przy okazji przypominam prośbę wypowiadaną podczas dekoracji zwycięzców – zachęcam do dzielenia się relacjami, proszę wszystkich o przesyłanie na adresy mailowe organizatorów galerii z imprezy, które będziemy mogli umieścić na stronie, a ponadto będę wdzięczny za udostępnienie jakiegokolwiek materiału filmowego z imprezy, nawet w formie krótkich urywków, które posłużą do sporządzenia ogólnego wideo promocyjnego. Możecie przyczynić się do rozwoju biegu i wnieść swój wkład w jego organizację. Zachęcam do nadsyłania materiałów.


Fot. Monika Tota


Zapowiadam, iż chcemy, aby impreza KIWON miała charakter periodyczny. Za rok planujemy replay, na który zapraszamy wszystkich dotychczasowych Uczestników, jak i osoby które nie brały udziału w imprezie. Mam nadzieję, że tytułowe kiwony was zaciekawiły i zachęciły do eksploracji Pogórza Karpackiego i Beskidu Niskiego, w której z pewnością Wam pomożemy. Powiadomcie znajomych, mam całą głowę planów na przyszły rok. ;)
Osoby, które zapłaciły wpisowe, ale nie mogły pojawić się na imprezie, są proszone o kontakt z organizatorami. Czekają na was do odbioru pakiety startowe, w tym pamiątkowe koszulki techniczne. 
Prywatnie powiem, że organizacja biegu była dla mnie niezwykle satysfakcjonująca. Pomimo angażu szeregu godzin, zaangażowanie zwraca się w zadowoleniu uczestników. Nie ma nic bardziej budującego niż zmęczone, ale zadowolone twarze, głosy, że impreza się podobała, że wrócą za rok. Serce roście, dziękuję :)

Fot. Monita Tota


Po Maratonie chciałbym już oficjalnie podziękować osobom zaangażowanym w jego organizację, dzięki którym zorganizowanie imprezy stało się możliwe.
Dziękujemy:
- Partnerowi głównemu Fundacji PZU za bezpośrednie finansowe wsparcie imprezy biegowej;
-Patronowi Honorowemu Poseł na Sejm RP Barbarze Bartuś, za pomoc w propagowaniu walorów turystycznych regionów, za opiekę nad projektem, wsparcie w procesie poszukiwania partnerów imprezy, wstawiennictwo u podmiotów trzecich, jak również zagrzewanie Uczestników przed biegiem;
- Wójtowi Gminy Lipinki Panu mgr inż. Czesławowi Rakoczemu za udostępnienie szkoły Podstawowej w Rozdzielu, oraz zapewnienia innej aprowizacji.
- członkom Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Lipińskiej Jastrzębiec za wszelkie działania podjęte w celu pomocy w organizacji Rajdu, w tym koordynowanie współpracy z osobami trzecimi, pomoc w przygotowaniu imprezy;
- prezesowi Towarzystwa Ziemi Lipińskiej Jastrzębiec – p. Piotrowi Popielarzowi za pomoc w koordynacji imprezy na miejscu, zaangażowanie niemal na każdym aspekcie Maratonu, w tym osobistą współpracę z podmiotami trzecimi oraz stawiennictwo na miejscu imprezy, w tym wytrwałe czuwanie na pkt. Nr 9 na Ostrej Górze;
-Monice Tota za dzielną i piękną obsługę fotograficzną biegu;
- Magurskiemu Parkowi Narodowemu za udostępnienie materiałów promocyjnych i upominków dla Uczestników, które zasiliły pakiety startowe;
- wszystkim osobom, które pomogły nam merytorycznie w przygotowaniu imprezy, w szczególności podziękowania dla Huberta Puki i Dariusza Czechowicza.
- uczestnikom Maratonu, którzy pomimo pesymistycznych prognoz pogody stawili się na imprezie, przemierzyli okolicę w poszukiwaniu punktów i stworzyli atmosferę miejsca;
Tomasz Duda
Sędzia Główny

Fot. Monika Tota


poniedziałek, 17 lipca 2017

I Maraton na Orinetację "KIWON" - 16.09.2017 r. - serdecznie zapraszam na bieg !!!

Witam wszystkich.

Z nieukrywaną radością zapraszam wszystkich czytelników bloga, znajomych bliższych lub dalszych oraz sympatyków biegania na I Maraton na Orientację KIWON , który odbędzie się w dniach 15-17 września 2017 roku w Rozdzielu - gmina Lipinki (województwo małopolskie). 
Już od jakiegoś czasu, mniej lub bardziej poważnie, pojawił się u mnie pomysł organizacji biegu. Jako, iż do tej pory byłem jedynie uczestnikiem imprez biegowych, a organizacja wyjazdów nie jest mi obca, postanowiłem sprawdzić, jak to jest znaleźć się "po drugiej stronie" i zmierzyć z organizacja prawdziwej imprezy biegowej. 

Wraz z Anitą (małej Wielkie podróże) przemyśleliśmy temat i padło na maraton na orientację, jako iż imprezy tego typu darzymy największym uczuciem, a i najwięcej doświadczenia mamy w temacie.  Teren również nie został wybrany przypadkowo - przedgórze Beskidu Niskiego, a więc ziemia gorlicka i jasielska. Szczerze, byłem przeciwnikiem organizowania niejako "na siłę" kolejnej imprezy w samym Beskidzie Niskim. Tam biegów nie brakuje, a i ww. tereny dla organizacji imprezy na orientację nie są wcale korzystne. Przede wszystkim Magurski Park Narodowy ogranicza spektrum działania imprezy, które istotą jest brak ustalonej trasy. Ponadto w Beskidzie Niskim nie ma zbyt wielu miejsc widokowych, a im ich więcej na biegu, tym moim zdaniem ciekawiej. W konsekwencji postanowiliśmy zorganizować bieg "tuż obok", w terenie zapewniającym i swobodę w konstruowaniu przelotów i spektakularne widoki na Beskid Niski. :)

W organizacji biegu, wraz z Anitą, mamy przyjemność działać pod szyldem Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Lipińskiej "Jastrzębiec", które jest oficjalnym organizatorem biegu wraz z Wójtem Gminy Lipinki – mgr inż. Czesławem Rakoczym.
Patronat honorowy nad przedsięwzięciem objęła - Poseł na Sejm RP Barbara Bartuś.

Partnerem głównym imprezy jest FUNDACJA PZU 

W ramach biegu przygotowujemy dwie trasy - 20  km dla początkujących i chętnych spróbować swoich sił w bieganiu na orientację i klasyczne 50 km dla starych wyjadaczy oraz znawców tematu. 
Trasa będzie relatywnie łatwa nawigacyjnie. Przewyższeń również nie ma dużo, przy optymalnym wariancie około 1500-2000 m. 

Zapisy do I Maratonu KIWON ruszyły, więc tylko przypomnę, że do końca lipca jest najniższe wpisowe :) A świadczeń wręcz odwrotnie - najwięcej !:) 
Dzięki naszemu partnerowi głównemu Fundacji PZU, mamy  atrakcyjny pakiet startowy. Na każdego czeka okolicznościowa koszulka techniczna bardzo dobrej jakości, medal, dyplom, a dla najlepszych zawodników puchary i nagrody :) 
Zapraszamy do rejestracji na http://kiwon.towarzystwojastrzebiec.pl Kto pierwszy, ten lepszy :).

Wszystkie niezbędne informacje dotyczące biegu znajdziecie w mediach:
Z chęcią odpowiem również na wszystkie nurtujące Was pytania, piszcie śmiało :)



Pokrótce przedstawię jeszcze to, co dla zawodnika najważniejsze -  ŚWIADCZENIA STARTOWE

⦁ Dwa noclegi w Bazie Maratonu w warunkach turystycznych (należy posiadać własny śpiwór i karimatę),
⦁ Jeden ciepły posiłek regeneracyjny w Bazie Maratonu,
⦁ Opieka organizatorów w Bazie, na trasach, na mecie w trakcie trwania Maratonu (a także zdalnie przed i po),
⦁ Komplet map (kolorowe, w foliowym worku strunowym) i materiałów startowych,
⦁ Opracowane trasy Maratonowe wraz obsługą Punktów Kontrolnych na trasie,
⦁ Możliwość pozostawienia bagaży, toalety, prysznice w Bazie Maratonu,
⦁ Parkingi dla samochodów w okolicy Bazy Maratonu,
⦁ Komunikat techniczny,
⦁ Okolicznościowy numer startowy;
⦁ Wrzątek do celów spożywczych wraz z zestawem kawa, herbata, dodatki, kubki (dostępne na stołówce szkolnej),
⦁ Koszulka techniczna,
⦁ Dyplom i medal dla każdego, niezależnie od uzyskane wyniku na trasie,
⦁ Puchary i nagrody dla najlepszych zawodników z podziałem na trasy oraz płeć
⦁ Inne materiały w miarę napływu świadczeń,
⦁ Całodobowa opieka nad Bazą Maratonu (zabezpieczenie sanitarne: sprzątanie, wywóz śmieci, prąd, woda bieżąca).
⦁ Woda na jednym z punktów kontrolnych (samoobsługa),
⦁ Ubezpieczenie NNW na czas Maratonu (16 września 2017 roku – sobota),
UWAGA! Przy dokonaniu zapisu po dniu 31 sierpnia 2017 roku Organizator nie gwarantuje wszystkich świadczeń.


Podsumowując:

DATA: 15-17.09.2017 ( 16-wrz., 08:00 – start trasy TP50 oraz 09:00-start trasy TP20 )

START, META I BAZA ZAWODÓW: Szkoła Podstawowa w Rozdzielu (gmina Lipinki)

ZAPISY: http://kiwon.towarzystwojastrzebiec.pl/zapisy/

OPŁATY STARTOWE: sprawdź w  REGULAMIN 

ORGANIZATOR: Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Lipińskiej „Jastrzębiec”, Wójt Gminy Lipinki – mgr inż. Czesław Rakoczy

PARTNER GŁÓWNY: FUNDACJA PZU

PATRON HONOROWY: Poseł na Sejm RP Barbara Bartuś


Jeszcze raz serdecznie zapraszam i do zobaczenia na imprezie :)

Projekt współfinansowany jest ze środków Fundacji PZU.

Pozdrawiam
Tomasz Duda



piątek, 3 lipca 2015

Kierat 2015 - relacja.

Nie minęło dwa tygodnie i z deszczu trafiłem pod rynnę, a w praktyce z Dusiołka na Kierat.
W tym wypadku pogoda miała porządnie dać się we znaki. Kilka dni przed imprezą przyszło gwałtowne ochłodzenie i ulewa, a temperatura spadła z 20 do 12 stopni. Odbiło się to bezpośrednio na frekwencji rajdu. W konsekwencji z  prawie 800 zapisanych osób - na miejscu pojawiło się zaledwie ponad 600.
Do Limanowej znów jechałem wraz z Darkiem, zwolniwszy się uprzednio z kilku godzin pracy.  Wyjechaliśmy dość późno, toż na miejsce dotarliśmy dopiero po 17:00. Godzina przed rajdem upłynęła na nerwowym pakowaniu do ostatnich minut. Darek jeszcze 5 minut przed startem udał się do sklepu, toteż sam poszedłem do miejskiego parku, na miejsce startu.
Ledwie doszedłem na miejsce i rajd się rozpoczął. Zacząłem na jednej z ostatnich pozycji stopniowo przedzierajac sie przez tłum. Początkowo niezbyt dużo myślałem gdzie biec - niósł mnie tłum. Dopiero po jakimś czasie zacząłem odnajdować się w terenie. Na punkt pierwszy dotarłem trochę oszołomiony. Planowałem  wolno zacząć rajd, ale jakoś systematycznie przyspieszałem i po dłuższej chwili biegłem już bardzo szybko. Widziałem przed sobą trójkę zawodników, których postanowiłem nie zgubić z pola widzenia. Biegło się przyjemnie. Choć na pierwszej łące buty były już całe mokre, temperatura rzędu 12 stopni i całkowite zachmurzenie pozwalała na utrzymanie oddechu na optymalnym poziomie. Można by rzec, iż było smętnie, ale warunki na bieg - idealne.
W pewnym momencie przebiegaliśmy przez Tymbark, choć miasteczko właściwie tylko mignęło mi przed oczyma. Za Tymbarkiem czwórka podzieliła się nieformalnie na dwa zespoły. Biegnąc za jednym z zawodników wybrałem drogę przez grzbiet szlakiem zielonym. Pozostała dwójka poszła obejściem. Przed punktem trzecim spotkaliśmy się, początkowo zdezorientowani. Zamiast jednego potoku, płynęło ich kilka i dopiero po wyjściu z jego nurtem udało się trafić na punkt. Od tego momentu spostrzegłem iż jest zupełnie ciemno. Biegliśmy teraz drogami asfaltowymi, niekiedy przecinając pola. 

fot. Radosław Kołkowski


Na punkcie czwartym znajdowała się aprowizacja w postaci wody i kanapek. Napełniłem bukłak z pomocą jednego z wolontariuszy, złapałem jedną bułkę w rękę, a drugą do plecaka. Zjadłem to wszystko po drodze gdyż całe towarzystwo było już kilkaset metrów przede mną.
Kolejne punkty minęły mi jakoś płynnie, bez zatrzymywania uwagi na którymś z nich. Przed szóstym biegłem zaraz za Maćkiem W., niefortunnie wybierając drogę przez grzbiet zamiast łatwego trawersu. Następnie biegliśmy drogami grunktowymi do punktu siódmego, który znajdował się wśród drzew, za starym cmentarzem wojennym.
W międzyczasie do naszej grupy pierwszej czwórki dołączył kolejny zawodnik, a ja poczułem że powoli, ale systematycznie opadam z sił. Przy takim tempie może jeszcze pobiegłbym 20-30 km, ale nie wiem czy dotarłbym do mety. Odcinek do punktu ósmego, wiodący drogą pokonałem jeszcze biegnąc kilkadziesiąt metrów za grupą.
Tam jednak odpuściłem z tempa. Większość skasowała tylko kartę i pobiegła dalej. Ja poczułem, że pora zwolnić, wypić herbatę i żurek. Tak też zrobiłem, wychodząc w dalszą drogę dopiero za kilka minut. Trasa do punktu kolejnego to najgorszy odcinek na trasie. Zaczął padać deszcz, a miejscami bardzo się gubiłem. Na tym odcinku straciłem najwięcej czasu.
Do punktu dziewiątego dotarłem zdenerwowany i zmęczony. Znowu zaczęło kropić i na odpoczynek brakło czasu. Pobiegłem dalej, początkowo kierując się do doliny i miejscowości. Przebiegałem jakieś podwórka, drogi i mosty i po raz kolejny wdrapywałem się na grzbiet. Po znakach ścieżki dydaktycznej wszedłem wreszcie do lasu by ślizgając się po podejściu osiągnąć punkt dziesiąty przy kapliczce. Już od jakiegoś czasu się nie spieszyłem, a za plecami widziałem światła czołówek. Trójka zawodników dogoniła mnie pod punktem kolejnym- jedenastym. Następnie biegliśmy razem.
Powoli zaczynało świtać, ale pogoda nie rokowała poprawy. Od tego momentu biegliśmy głównie asfaltem, gdyż tak akurat układały się najdogodniejsze drogi marszu. Parę razy ścinaliśmy dtogę i parokrotnie nie był to dobry pomysł. Przy punkcie dwunastym znajdował się ostatni "wodopój", wobec czego wszyscy uzupełnili płyny. Na tym etapie biegło się już tragicznie. Przygnębiająca pogoda, mżawka i ogólne zmęczenie. Za jakiś czas dwójka zawodników wyrwała do przodu, a ja nie miałem już sił i chęci, aby ich gonić.
Dotychczas  nie rozmawiałem z trzecim zawodnikiem, który teraz poruszał się moją prędkością. Widziałem, że ma GPS, więc jakoś nie spieszyło mi się go wyprzedzać.
Po kilku-kilkunastu kilometrach zbiegliśmy do Krosnej. Przed nami wypiętrzył się masyw Jaworza, który zapowiadał, że jeszcze przed metą będzie ciężko. Mój GPS wskazywał prawie 100 km, a od dna doliny do szczytu dzieliło nas jeszcze 500 m podejścia.
Jak się spodziewaliśmy, tak też się stało. Na podejściu na wierzch wyszło  zmęczenie całego biegu. Na tym odcinku również do tej pory milczący, zaczęliśmy wraz z Waldkiem rozmawiać, dopingując się i jednocześnie złorzecząc na zbliżający się powoli grzbiet. Szczyt Jaworza osiągnęliśmy w prawdziwych bólach i deszczu,  który rozpadał się po raz kolejny. 
Na ostatnim punkcie poczęstowano nas bułką i colą. Po kilkuminutowtm odpoczynku ruszyliśmy dalej,  gdy po chwili na plecami usłyszeliśmy głosy. Ni stąd, ni z owąd niemal przed metą wyminęła nas kolejna dwójka zawodników. Było to bardzo dobijające, ale i wyzwoliło sportową złość, która do tej pory trochę wygasła. Zdecydowaliśmy nie iść szlakiem niebieskim, ale kierować się po najkrótszej linii, od południa.
Biegnąc szybko w dół poczułem wracające siły i .... bolące stopy. Te ostatnie szczególnie dały o sobie znać po wejściu na asfaltową drogę.
Niemniej jednak biegliśmy. Przyznam, że już mi się nie chciało, ale Waldek ostro mnie motywował. Mówił, że jeszcze przed metą można kogoś dogonić. Czas pokazał, że miał rację.
Bieg ukończyliśmy bieg razem na siódmej pozycji, z czasem 15 h 19". Co ciekawe, wyprzedziliśmy dwóch zawodników, którzy minęli nas na Jaworzcu - pośpiech do ostatnich chwil faktycznie się opłacał. Dostałem lekcję, że do samego końca nie można odpuszczać.

Kierat 2015 to chyba mój dotychczasowy największy sukces. Siódme miejsce, ponad sześciuset zawodników - czego chcieć więcej. Taktycznie rozegrany raczej na żywioł - niektóre decyzje się opłaciły, innych trzeba w przyszłości unikać. Najważniejszym jest jednak zdobyte doświadczenie i świadomość, iż cały czas procentuje.
Pozdrawiam
Tomasz Duda