Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Główny Szlak Sudecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Główny Szlak Sudecki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 listopada 2012

Oznaczenia szlaków górskich w Karpatach(Polska, Ukraina, Rumunia) – subiektywnie i praktycznie


Oznaczenia szlaków górskich w Karpatach(Polska, Ukraina, Rumunia) – subiektywnie i praktycznie


g. Bucegi
Karpaty, jako najrozleglejszy łańcuch górski w Europie Środkowej, przynajmniej w teorii pokryte są całą paletą górskich szlaków turystycznych. 
Gdy mamy w ręku dokładną mapę, najczęściej w skali 1:50tys (popularna 50tka),  najczęściej widzimy na niej właśnie takie kolorowe “wężyki”.  Właściwie nie ma tu znaczenie rok wydania ( no chyba, że bawimy się w kwestie map sztabowych),  gdyż szlaki zaczęto znaczyć od drugiej połowy XIX wieku .  Proces znakowania karpackich ostępów, jak to z mapy politycznej wynika i wynikało – nie mógł być jednolity. Góry ciągną się na obszarze kilku państw,  których granice przez lata „lubiły” się zmieniać. Dodatkowo pojawia się kwestia kultury turystycznej i poziomu świadomości, która w zależności od kraju kształtuje się inaczej. Nie pomagało to rozwojowi sieci szlaków turystycznych, a efekty tego możemy podziwiać do dziś.
Jak już wspomniałem, większość specjalistycznych map roi się od oznaczeń, jednak w praktyce bywa różnie. Są  tereny, na których pojawiają się niemal co krok, ale można trafić w miejsca, gdzie przez cały dzień nie natkniemy się na żaden znak, choć kartka papieru w naszych rękach wskazuje, że powinien tam być.
W tych paru słowach chciałbym  pokrótce przedstawić swoje doświadczenia związane ze znakowaniem szlaków górskich w Karpatach.  Jak zaznaczyłem w temacie piszę o terenach Polski, Rumunii i Ukrainy.  Poza tym wyłącznie o szlakach pieszych. O Słowacji się nie wypowiem, gdyż tamtejsze szlaki planuję odwiedzić w niedalekiej przyszłości. Mogę tylko nadmienić, iż z  informacji zaczerpniętych od znajomych i Internetu wynika, że nie jest tam z oznaczeniami źle i można porównać je do stanu naszego kraju (oczywiście w tym temacie).

Główny Szlak Sudecki
1.Polska
Tu chyba moja wiedza będzie najmniej wartościowa. Większość informacji o znakowaniu szlaków w Polsce można zaczerpnąć z Internetu.  Pozwolę sobie jednak podsumować wiadomości. Szlaki górskie oznaczane są prostokątami składającymi się z trzech pasków. Formalnie wymiary to 9x15 cm jednak proszę mi wierzyć – różnie z tym bywa. Teoretycznie, o czym  dowiedziałem się od znaczących powinny znajdować się od siebie w odległości „wzrokowej” (spod jednego powinniście widzieć kolejny).  Zewnętrzne paski takiego prostokąta są białe (mówię tu o oficjalnym szablonie PTTK, nie lokalnych ścieżkach turystycznych), zaś wewnętrzny w kolorze szlaku. Wbrew powszechnej jeszcze, choć zanikającej opinii – kolor szlaku nie oznacza jego trudności! Z drugiej strony barwy nie są tu zupełnie przypadkowe. Czerwony bowiem, to szlak główny – prowadzi przez najważniejsze szczyty i  pasma górskie. I tak na marginesie – nie tylko w Polsce , to samo tyczy się Rumunii, czy Ukrainy.  Przykłady mamy sztandarowe – Główny Szlak Beskidzki(GSB) , Główny Szlak Sudecki(GSS) czy im. Edmunda Massalskiego w Górach Świętokrzyskich.  Inne kolory oznaczają : niebieski – szlak dłuższy, najczęściej łagodny;  czarny – szlak dojściowy na grzbiet, raczej krótki i  stromy ; zielony i żółty – szlaki łącznikowe, czasem dojściowe.  W każdych właściwie górach polskich, jak i na pogórzach jest ich pełno.
Beskid Sądecki
Wprost proporcjonalne z powyższym jest traktowanie tychże ścieżek w rzeczywistości. Najbardziej zadbany jest szlak czerwony, jako główny i oczywiście im teren bardziej uczęszczany, tym więcej znaczków. Pozostałe kolory z pewnością mają mniejszy priorytet, jednak to też zależy od miejsca. Nie ma co porównywać  szlaku niebieskiego w górach Świętokrzyskich z dojściowym na Klimczok (tego samego koloru).  Nawet na czerwonym może być gorzej, w miejscach mało popularnych, podczas przechodzenia przez wioski itp. Pod tym względem najbardziej zapamiętałem Beskid Niski, gdzie kilka razy szukałem wyjścia z osad i pomniejsze pasma Sudetów, które borykają się z podobnym problemem.
Szlak generalnie trudno zgubić w lesie – najczęściej jest dobrze i często oznaczony. Problem może pojawić się paradoksalnie, gdy wyjdziemy na polane lub łąkę. Teoretycznie znaczący robią tyczki i malują kolorowe paski, jednak  rolnikom lub innym chuliganom często one przeszkadza, bądź znajdują lepsze zastosowanie w gospodarstwie. Wtedy musimy zdać się na siebie lub pytać miejscowych. Telefon do przyjaciela raczej nie skutkuje.  Do wsi łatwo jest najczęściej wejść, gdyż widzimy ją z daleka, trudniej jednak wyjść, gdy np. miejscowy ogrodzi ścieżkę (odsyłam w Beskid Niski). Często też nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w Sudetach szlak znaczony jest rzadziej, ale za to bardziej intuicyjnie, porównując do Beskidów (taki mój osobisty osąd).
Babia Góra
Ma to jednak swój specyficzny  urok i za łatwo w turystyce również nie może być, bo gdzie byłoby miejsce dla przygody? 
Nie możemy przecież narzekać – szlaki w naszym kraju znaczone są sumiennie i systematycznie. I co najważniejsze – ten na mapie równa się oznaczeniom w terenie i nie powinniśmy  być niemile zaskoczeni . Mogą zdarzyć się jakieś anomalie, jak to w życiu,  ale poglądowo jest dobrze.




Ust Corna
2. Ukraina.
Wschodni nasz sąsiad, po zmianie granic w 1945 roku, uzyskał część Karpat Wschodnich właśnie od Polski.  Jeszcze przed wojną ciągnął się tu od Sianek, aż do granicę z Rumunią szlak im. Józefa Piłsudskiego (to co z niego zostało, to dzisiejszy polski GSB) oznaczony kolorem czerwonym. Śladów po nim w terenie niestety nie znalazłem – co innego słupki graniczne z lat dwudziestych – mogą być dobrym drogowskazem w Gorganach, jeśli dobrze patrzymy.
Z  aktualnych map, które posiadałem, stan szlaków pokrywał się w terenie z oznaczeniami.  Inna sprawa to wojskowe sztabówki Wojskowego Instytutu  Geograficznego z dwudziestolecia międzywojennego. Tu istotna jest kwestia ich powstania – moje nie miały zaznaczonych szlaków nawet w legendzie choć czytałem, że teoretycznie powinno być kilka rodzajów.  Poza tym twierdzenie odnosi się do polskich map – trzymałem w rękach jedną węgierską, na której było ewidentnie zbyt dużo turystycznych ścieżek, więcej niż w rzeczywistości, co właściciel mapy  zresztą poparł. Jak widać – dużo tu wyjątków.

Co do faktycznego znakowania szlaków (kształt oznaczeń taki jak u nas), to bywa z tym różnie.  Mimo, iż na wielu stronach możemy przeczytać o wolontariacie i akcjach tego typu w  ukraińskich Karpatach,  nie mamy co liczyć na uzyskanie „polskich” efektów – i na takim myśleniu można „się przejechać” (pomijam tu kwestię Gorganów, o których nie mam informacji z pierwszej ręki, a z tego co można przeczytać jest tam nadspodziewanie dobrze).  Jak wcześniej napisałem  w odniesieniu do Polski – na Ukrainie także - szlak w lesie, zazwyczaj  jest dobrze oznaczony , na łąkach i polanach gorzej. Nie przypominam sobie, by gdziekolwiek były jakieś tyczki  wskazujące kierunek.  Co innego znaki – te zdarzają się i to najczęściej sygnowane adresem www. karpaty.net. , zdradzające zachodnie  pochodzenie.  Miejscowe  zauważalne są na Czarnohorze i Świdowcu, w ilości niewystarczającej.  Najczęściej to nie znaczy zawsze – na własnej skórze odczułem brak oznaczeń przy podejściu na połoninę Krasną i przebijanie się przez gąszcz, prosto  na grzbiet.  
Czarnohora
Może to zabrzmi dziwnie, ale podczas mojego ostatniego wyjazdu w tę część Karpat w różnych miejscach dały się zaobserwować ślady starego znakowania  żółtego szlaku, którego na żadnej z map nie było (przeważnie miałem równolegle WIGi i nowe). 
Z czysto-technicznych kwestii sam wygląd oznaczeń turystycznych nie różni się tam od polskich. Trzy paski, dwa białe , kolorowy pośrodku. Mogą występować natomiast anomalie rozmiarowe, ale to chyba nikomu nie przeszkadza.
Jeśli miałbym wyrazić swoje zdanie, osobom które pierwszy raz wybierają się w Karpaty ukraińskie to z pewnością nie można polegać tylko na oznaczeniach i wyruszać do naszych wschodnich sąsiadów z zamiarem podążania za znakami (co w Polsce jest możliwie i praktykowane).   Owszem – są, choć trzeba spojrzeć na nie trochę w inny sposób – jako dodatek do mapy  i kompasu, a nie wiodący środek nawigacji.


g Fararaskie
3. Rumunia
Kraj, znany w Polsce, głównie z Vlada Palownika, posiada w swych granicach największy udział w Łuku Karpat.  Poza zajmowaną powierzchnią, w Rumunii skupione są najwyższe pasma górskie, szczególnie w południowej części łańcucha.  Od 2004r, kiedy kraj wstąpił do UE i nie ma już ograniczeń na pobyt, wyjazdy w tą część Karpat stały się  znacznie ułatwione i ściągają z roku na rok coraz większą ilość turystów.
Znakowanie górskich szlaków turystycznych w Rumunii, różni się trochę od naszego, przyjętego wyżej schematu. Nie orientuję się czy proceder ten ma jakieś wyższe kierownictwo, jednak na pewno za stan większości ścieżek w górach odpowiadają lokalne towarzystwa SALVAMONT, posiadające siedziby w lokalnych centrach administracyjnych. Wyróżnić można aż dwanaście sposobów oznaczania szlaków. Są trzy kolory – czerwony, niebieski i żółty oraz cztery symbole – pasek (przypominający „nasze” – dwa paski białe, w środku kolorowy), krzyżyk na białym polu, trójkąt i koło.    Jak nietrudno zauważyć daje to zdecydowanie większą ilość kombinacji i może namieszać po drodze.
Co mogę rzec z własnego doświadczenia – najpopularniejszy jest oczywiście pasek.  Mimo iż w Rumunii ustawiony pionowo, graficznie zbieżny z tymi które oglądamy w Polsce.  I kolor czerwony – dominuje, a poza tym, tu także oznacza szlak główny i biegnie przez większość  pasm, ”zaliczając” najciekawsze szczyty.  Często też pojawia się krzyżyk, zdecydowanie czerwony – empirycznie mogę stwierdzić, że oznacza szlak krótki, dojściowy do głównej grani.  Trójkąty występują raczej rzadko, w bardziej popularnych górach, zaś nie pamiętam czy w ogóle widziałem oznaczenia „kołowe” (nawet jeśli, na pewno nie szedłem dłużej taką ścieżką).
g. Fagaraskie
Teraz czysta praktyka– jak się za tymi oznaczeniami podążą. No i znów konformistycznie nie mogę zając jednego stanowiska. Paradoks Rumunii polega właśnie na powierzchni terenów górskich i mnogości szlaków.  A ilość ta w rzeczywistości  oznacza, że o wszystko zadbać się nie da. Priorytet oczywiście mają pasma najpopularniejsze turystycznie, reprezentacyjne – jak Góry Fagaraskie, Piatra Craiului czy Bucegi.  Szlaki oznaczone są tam dobrze i mogą stworzyć złudny obraz ogółu Karpat rumuńskich. Nie należy temu ulegać, gdyż tak było i ze mną.  Dwa lata temu  pierwszy raz wyruszyłem  w Fagarasze i byłem wprost zachwycony ich oznakowaniem.  Następnym wyjazdem była wycieczka przez całe Karpaty Południowe, która zweryfikowała moje pojęcie w temacie.  I co się okazało? Mianowicie pasma mniej popularne bywają wprost zapominane. Odwołam się do głównego szlaku czerwonego w górach Cernei – widniał u mnie na mapie  z lat 80tych minionego wieku i znaki w terenie pochodzą chyba ciągle z tego okresu.  Kilka razy oznaczenie pojawiało się raz (czytaj 1) na cały dzień, i nie były to przypadki odosobnione.  W górach Lotrului miejscowi powiadomili nas, że szlak jest dobrze oznaczony(oczywiście na mapie także się znajdował),  gdy w rzeczywistości  przez ok. 40km nie było ani jednego kolorowego „śladu”.   O inne anomalie także nietrudno – np szlaki tego samego koloru rozgałęziają się, by spotkać się kilkanaście kilometrów dalej.  Może to moje subiektywnie spostrzeżenie, ale „krzyżyki” wydają się w większości świeżo malowane.
g. Lotrului
Znaków – jako blaszane tablice na stalowych rurach jest całkiem dużo.  Trochę sygnowanych www.karpaty.net, pozostałe lokalne (towarzystwa Salvamont). Te ostatnie przeważnie stare z mniejszymi lub większymi śladami korozji, aż po stadia skrajne, bez grama farby, co widać na zdjęciu.  Sposobem wskazywania drogi bywają także kamienne kopczyki ustawione przez „Bóg wie kogo”. Idąc za nimi trzeba uważać. Generalnie wskazują dobrą drogę głównym, czerwonym szlakiem (najczęściej), jednak bywają i takie, które są ustawione w nielogicznych miejscach – ot tak.
Kończąc  opisywanie warunków na Rumunii to muszę również zdublować tu swoje zdanie odnośnie Ukrainy. Jak powyżej – znaki są, tylko zależy, gdzie ich szukamyJ.  W popularnych górach zazwyczaj uda nam się je znaleźć, jednak w bardziej zapomnianych – możemy mieć pewność, że cudów nie będzie(delikatnie rzecz ujmując, czytaj wyżej).  Karpaty Rumuńskie, to już rzeczywistość gór, których lekceważyć nie można, polegając tylko na oznaczeniach.  Mało zurbanizowane, z wysokością często przekraczającą 2tys m npm i kapryśną pogodą powinny być celem raczej dla zaprawionych turystów, dobrze posługujących się mapą i kompasem, świadomych możliwości wystąpienia sytuacji nieplanowanych. Polecane posiadanie GPSa i dobrych map (równolegle).

Bran
Czytając opisy z trzech wyżej wymienionych krajów karpackich,  czytelnikowi powinna wyklarować się rzeczywista sytuacja w nich panująca, z każdym następnym – coraz gorsza. I tak właśnie jest.  Z tej trójki stan oznaczeń szlaków turystycznych w Polsce jest najlepszy i pod tym wzglądem najbardziej zaawansowany – nie mamy wszak tak wielkich powierzchni górskich i chyba nauczyliśmy się je szanować. U naszego wschodniego sąsiada jest gorzej, choć jego udział w Karpatach to „marne 350km” z całego Łuku. Wynika to z pewnością z większego zacofania i dopiero kształtowania świadomości w tej dziedzinie.  Subiektywnie uśredniając, w rumuńskich górach sytuacja jest jeszcze gorsza, choć za to nie można Rumunów winić. Wynika to  zapewne z ogromu terenów tego typu na ich terytorium. Niemniej jednak  w ostatnich latach Rumunia „turystycznie” bardzo się rozwija i z roku na rok będzie lepiej.  Będzie lepiej także dzięki organizacjom karpackim i wolontariatowi, któremu od nas turystów – należy się wielki ukłon.
Tekst napisałem, jakby w odpowiedzi na proste pytania zainteresowanych w internecie, typu „jak wygląda sprawa z oznaczeniami w Rumunii, na Ukrainie itp..” . Mam nadzieję, że choć ogólnie, w tych paru zdaniach pomogłem.  Jak wynika z tytułu – tekst subiektywny, na podstawie praktyki, jeśli ktoś ma inne doświadczenia w temacie – czekam na komentarze.

EDIT!!!

Zapraszam również do tematu: -> Oznaczenia szlaków górskich w Karpatach – Słowacja

Tomasz Duda

czwartek, 18 października 2012

0,4x Główny Szlak Sudecki (24-28.09.2012)


0,4x Główny Szlak Sudecki (24-28.09.2012)

Moją odpowiedź, tfu – opowieść zacznę we wtorek 18ego września roku bieżącego. W tymże pamiętnym dniu zaliczyłem „finanse” i po złożeniu indeksu w dziekanacie, uczelni na dwa tygodnie miałem serdecznie dość.
Już drepcząc na mieszkanie przez głowę przemykało mi sto myśli wyjazdów, jak to mam w zwyczaju. A pewnik był jeden- w domu do października nie będę siedział.
Plany były szumne i planów było wiele, ale podsumowując, na skutek przeciwności losu musiała zwyciężyć opcja, uznawana wcześniej za ostatnią deskę ratunku wojaży wakacyjnych – Sudety.
Tak, tak, byłem tam już dwa lata temu.  Szedłem Głównym Szlakiem Sudeckim i co więcej – podobało mi się. Ostatnio ograniczenia czasowe pozwoliły mi zakończyć marsz  na 235tym kilometrze, w Kudowej Zdroju.   Do końca szlaku zostało więc, jeśli zawierzyć sieci - 144km – idealnie jak na parodniową, wrześniową  przechadzkę.  Poza tym – znakomicie zapowiadała się pogoda, pełni więc optymizmu wyruszyliśmy w drogę. Póki co w drogę do Kudowej, gdyż z racji odległości to już było dla nas – mieszkańców południowej Polski-  wyprawą zajmującą cały dzień.
W poniedziałek 24ego września, przed ósmą rano opuściłem moje domostwo i udałem się na drogę posiadającej dumne miano „krajowej”, aby autostopem dojechać do Krakowa.  Poszło mi to bardzo sprawnie – gdyż już po kilku minutach pierwszy sponsor mojej podróży jechał bezpośrednio do dawnej stolicy i odstawił mnie tam w okolicach dziewiątej rano. Po przybyciu do centrum spotkałem się z Anitą i tu zaczęliśmy zastanawiać się nad dalszym etapem podróży. Mniejsza o to jak przebiegała nasz debata na ulicy, przyznam się, za moją inicjatywą,  wybraliśmy jednak transport publiczny.  Czas od dwunastej do szesnastej upłynął nam przez to w autobusie do Wrocławia. Na miejscu, po kilku minutach kupiliśmy bilety i chwilę później zmierzaliśmy do Kudowej Zdroju.  

Nie byłem szczególnie zadowolony,  z tego ostatniego etapu, gdyż kierowca zatrzymywał się chyba wszędzie, gdzie tylko mógł i w uzdrowiskowym mieście byliśmy o zmierzchu.


















Nie pozostało nic innego, jak znaleźć szlak i ruszać na południe. Tak też zrobiliśmy i w gasnącym świetle dnia, a potem przy blasku czołówek wyszliśmy za miasto, na pobliskie pagórki i na jednym z nich rozbiliśmy namiot.  








Ku naszemu i zapewne także meteorologów zdziwieniu w nocy padało. Nie przeszkodziło to jednak pogodzie w porannym ustabilizowaniu się, co bardzo nas ucieszyło. Trochę czasu upłynęło,  zanim namiot wysechł, toteż wolno przeżuwaliśmy śniadanie i kontemplowaliśmy krajobraz tegorocznej jesieni. A było na co popatrzeć. Powoli wznoszące się słońce powodowało przyjemne dla oka pełzanie mgieł po polach oraz oświetlało wzgórza mieniące się odcieniami zieleni i żółci. Wprost chciało się wyjść. Namiot wprawdzie nie dosechł, jednak co tam. Idziemy. Początkowy chłód, wkrótce ustąpił i po dłuższej chwili szliśmy już w krótkich ubraniach, jak latem. Podążając za czerwonymi znaczkami kierowaliśmy się na wschód, mijając po drodze niewysokie pagórki i przełęcze. W lesie mijamy ekipę wycinającą drzewa i jednocześnie przyczynę krótkotrwałego braku oznakowania i zdezelowanej ścieżki. W lesie jest ciągle rześko, jednak przyjemnie. Trawersujemy wierzchołek Grodczyn (803npm), po czym za wskazaniami kompasu , na czuja szukamy dalszej części szlaku. Nie jest to problematyczne, jednak taka wycinka denerwuje.  Po wyjściu na otwartą przestrzeń zaczyna trochę wiać, jednak „błękitna” pogoda ciągle się utrzymuje, uprzyjemniając drogę. W dalszej części trasy zaopatrujemy się w wodę u przygodnego gospodarza, a także odbijamy ze szlaku  na ruiny zamku Gomoła.
 I tu na jakiś czas ciekawa trasa się kończy, a ja musze „przewinąć taśmę”. Oglądając mapę i drapiąc się w głowę postanawiam odpuścić marsz na Duszniki Zdrój i bezpośrednio uderzyć na drogę do Zieleńca , gdzie biegnie czerwony szlak. Jezdnia jest gładka, równa i współfinansowana niebotyczną kwotą ze środków UE, jak głosi tablica, lecz strasznie niewygodna do marszu. Bez zastanowienia nie zatrzymując się, „łapiemy” przejeżdżające samochody i tym sposobem szybko dojeżdżamy do Zieleńca około godziny dwunastej.  

Stamtąd niestety jesteśmy już skazani na tłuczenie asfaltu tzw. Autostrady sudeckiej. Droga dla zmotoryzowanych jak marzenie, jednak w naszym kierunku ruch niemal zamiera. Podczas marszu do Lasówki przejeżdżające samochody mógłbym niemal policzyć na palcach.  Sama droga była bardzo nużąca i nudna. Kilometr za kilometrem asfalt, a końca nie widać. Gdyby pan Orłowicz widział, jakim terenem biegnie jego „górski” szlak, z pewnością by nie był zachwycony.  Na szczęście pogoda ciągle jest doskonała a temperatura wprost idealna. No i widoki, które pozwalają nam zachować na tym odcinku dobre nastoje.  W takiej atmosferze opuszczamy niedocenioną Lasówkę i wreszcie wchodzimy w las. Póki co jeszcze asfaltem – ale dziurawym jak sito. Czyżby zapowiedź dalszej ścieżki?







 Zmęczeni twardą nawierzchnią zatrzymujemy się na „obiad” (nazwa adekwatna do pory, nie do spożywanych treści), na strategicznie położonych ławeczkach,  w pobliżu skrzyżowania.  Nasz relaks nie trwa długo, gdyż dziś do przejścia mamy jeszcze spory odcinek. Kolejny etap naszej wycieczki wiedzie iglastym lasem, gdzie ściółka pozwala zregenerować się naszym odnóżom a cień chroni od słońca. Tak docieramy aż pod Przełęcz Spaloną , a za podejściem trawiastym stokiem czeka nas już schronisko PTTK Jagodna.

 Tu możemy posiedzieć i spojrzeć na mapę. O nie! Czeka nas kolejne kilka kilometrów deptania asfaltu.
Pogoda zaś zaczyna się powoli psuć. Na niebie pojawiają się cirrusy, by przed wieczorem całe niebo zasnuło się chmurami burzowymi.








 Nie mamy więc czasu do stracenia i z tą myślą zmierzamy dalej wiodącym wśród sudeckich szlaków, tłukąc asfalt i tylko miejscami przerywając na wędrówkę w terenie. Długopole Zdrój rozświetlają już latarnie, gdy wchodzimy do miejscowości. Tam kupujemy tylko Kubusia i wodę, po czym zmierzamy dalej, na podejście. W świetle czołówki kluczymy chwile po stacji kolejowej, zanim udaje się wypatrzyć szlak. Wiedzie prosto do góry. Przechodzimy nad tunelem i dalej ciemnym lasem. Po kilkuset metrach docieramy na wykoszoną łąkę. Tam, na granicy drzew decydujemy się przenocować.  Oparci o „belę” siana gotujemy wieczerzę i rozmyślamy, co przyniesie nam dzień kolejny, po czym zmykamy do śpiworów.


O szóstej rano budzik w telefonie wrzeszczy na całego. Jak to na wyjeździe bywa – wstawać nie chce się jeszcze bardziej niż w domu, a szarówka w namiocie nie wróży dobrej pogody.

Jakie jest moje zdziwienie, gdy po odsunięciu wejścia ukazuje mi się niemal bezchmurny widnokrąg zakończony Masywem Śnieżnika. Faktycznie, jeszcze jest szaro lecz tylko dlatego, ze wschód słońca już bliski. Tym lepiej dla nas –po kilku minutach  przy śniadaniu pogoda funduje nam bajeczną grę kolorów i świateł. Wprost uniesposób było się napatrzeć, a podczas pakowania towarzyszyła nam aura jak z bajki. Pora jednak zejść na ziemię. Jest ładnie, ale od rana wieje i zmusza nas do założenia kurtek. Po wyjściu z lasu wchodzimy w trawę po kolana i taka nawierzchnia towarzyszy nam aż do drogi głównej. Nawet nie wiemy kiedy, gdy gubimy nieoznaczony od kilkuset metrów już szlak i zamiast do Wilkanowa, wchodzimy w szczere pola.  Trochę się rozpędziliśmy, więc trzeba się zatrzymać, przestudiować mapę i  już wiem gdzie jesteśmy.  Pędzimy teraz prosto na północ, po ornym polu. Droga biegnąca parę metrów od nas jest tak zarośnięta drzewami, ze nie ma sensu nią iść. Nie mija pół godziny, gdy ubłoconymi buciorami w końcu stajemy na drodze przed Wilkanowem. W sklepie standardowo zaopatrujemy się w wodę nie zagrzewając długo miejsca we wsi. Dalej szlak wiedzie w zasadzie polami. Tu krowy i ogrodzenie z elektrycznym pastuchem, tam błoto, a jeszcze gdzie indziej trawiaste, niewydeptane ścieżki.

 Pełna różnorodność.  Po wyjściu z któregoś już z kolei podejścia wyrasta przed nami w końcu masyw Śnieżnika. Widziany z tej perspektywy jest wprost na wyciągnięcie ręki. Punktowo-żółciejące drzewa liściaste i intensywna zieleń iglaków sprawia, że jest na co popatrzeć.  Z tyłu zostawiamy Góry Bystrzyckie i jakby przyspieszamy  kroku.
Gdy osiągamy granicę lasu wreszcie zaczynają się dla nas góry i solidne podejście. 


Pod sanktuarium Marii Śnieżniej docieramy około południa. W sam raz by nacieszyć się widokami, posiedzieć w cieniu drzew i zjeść „małe co nieco” . Siedzący za nami Niemcy, których jest całe mrowie, także się cieszą, po każdym łuku z półlitrowego Kufla Żywca.  Po krótkiej, ale jakże przyjemnej posiadówce czeka nas droga w dół do Międzygórza, przerywana dodawaniem otuchy podstarzałej wycieczce, prącej mozolnie do Sanktuarium.
-Daleko jeszcze?
-Około 10,15 minut, pół godziny, 45 minut, ……
I tak kilkanaście razy. Aż do Międzygórza, które wyłoniło się nam niemal wprost zza drzew. Poza postkomunistycznymi budowlami na początku, ogólnie zrobiło na nas dobre wrażenie. A Pan w stacyjce GOPR, choć nie pytany, od razu wiedział, gdzie zmierzamy.






Podejście na Śnieżnik okazało się nudnym i monotonnym przedsięwzięciem. Dwie godziny dreptania po równej drodze, a później ścieżce nie były niczym przyjemnym. W dodatku pogoda zaczęła się już psuć ewidentnie. Mimo drzew, im wyżej, tym bardziej wiało. 







Halę pod Śnieżnikiem przetrawersowaliśmy szybko, zatrzymując się w przytulnej wiacie. Tu już nie dęło, można było narzucić na siebie polar i zrobić jedzenie. Jedzenie i dużo gorącej herbaty. Oj tak, było milo…. W tym czasie na zewnątrz przewijali się turyści. Niektórzy – ci bardziej „niedzielni” z ciekawością zapatrywali się na nas. Jak to – taki wielki plecak!? Takie duże buty? Do tego nie jedzą w schronisku tylko na zewnątrz, jak zwierzęta ;) – zapewne pomyślał niejeden. Mnie to wszystko trochę śmieszyło. Więc postanowiłem podśmiewać się z nich, a oni pewnie nie pozostawali mi dłużni. Na sam Śnieżnik nie wchodziliśmy - zostanie na przyszłość. 
Po jedzeniu zebraliśmy graty do kupy i udaliśmy się w dalszą podróż. Był to przyjemny spacerek, bez konkretnych podejść, czy stromych zejść. 











 Na Czarnej Górze z wieży widokowej, w świszczącym i szumiącym otoczeniu, obejrzeliśmy dalszy fragment naszej drogi. Pięknie to wyglądało. 
Po zejściu dość stromym stokiem, ku naszemu zdziwieniu drogę przecięły nam owce. Całe stado i to w dodatku bez pasterza. Ten był parę kilometrów dalej. Tak się  składało, że akurat na naszej drodze i braliśmy od niego wodę.  A owce powoli, niemal „spirytusoidą” wkrótce do niego przylazły.  Ciekawe zjawisko.
W tym miejscu, wieczorną porą, na przełęczy Puchaczówka mogliśmy przenocować, albo pchać się kolejne dwie godziny lasem. No i się wepchaliśmy. Nie był to szczególnie przyjemny spacerek, już trzeciego dnia chodziliśmy i rozbijaliśmy się po nocy, ale co zrobić.  Teraz przy punktowym  świetle pokonujemy Wilczyniec, przełęcz pod Chłopkiem aż docieramy na skraj lasu. Tu już zapewne w dzień zauważylibyśmy wieś Katy Bystrzyckie – sądzimy po odgłosie ujadającego psa. Już od dłuższej chwili rozglądaliśmy się za biwakiem, dlatego nie mam zamiaru daleko szukać miejsca. Rozbijamy się pare metrów od wizjery lasu, po czym w nieciekawych nastrojach gotujemy jedzenie i z czołówkami na głowie usiłujemy trafiać łyżką do ust. Szybko po tym gramolimy się do śpiworów, gdyż pogoda nie zachęca na dłuższe posiadówki . Po niebie przewalają się chmury, gnane podmuchami wiatru, który przez cały dzisiejszy dzień nie miał ochoty zelżeć.
Czwartkowy ranek niestety nas nie zachwycił, a pogoda nie poprawiła się, jak ostatnimi dniami miała w zwyczaju. Nie było nawet bardzo na czym oko zawiesić, toteż  spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy w stronę tzw. Kątów Bystrzyckich. A wieś to była dziwaczna. Sprawiała jakby upiorne wrażenie. Nie zauważyłem żadnego człowieka,  a domy przedstawiały taki stan, jakby wkrótce miały się zawalić. Wszędzie pusto i nieprzyjemnie. Co w ogóle wczoraj na nas szczekało?  No nie wiadomo. Wieś wkrótce mijamy i wchodzimy na chwile w przyjemniejszy dla oka teren. Na chwile, gdyż przed samym Lądkiem Zdrój po naszej lewej stronie wyrasta wysypisko śmieci. Wkrótce do walorów wizualnych dochodzą niewątpliwie wyborne efekty węchowe. ….  Byle szybko minąć to miejsce.






A chmury  za nami robią się coraz ciemniejsze i coraz gęstsze. W Lądku horyzont przedstawia nam się wręcz wcale optymistycznie. Będzie trzeba zmoknąć na finiszu – pomyślałem przeżuwając drożdżówkę na „lądkowym” rynku. W mieście posiedzieliśmy chwile, zawieszając oczy na interesującej bryle ratusza i przegryzając małe sniadanko , po czym oddaliśmy się w kierunku przełęczy pod Konikiem.  


Teren leśny, w zasadzie mało ciekawy, toteż mijamy go bez zbędnej zwłoki. Parę razy straszy nas deszcz, jednak pogoda jest dla nas ciągle łaskawa.  
Po drodze przechodzimy wieś Orłowiec, by zaraz za nim rozpocząć właściwe ostatnie podejście wyjazdu – na Jawornik Wielki. Około piętnastej osiągamy wierzchołek i kierujemy się na pobliską wieże widokową.









  Z góry dostrzegamy, że właściwie tylko nad nami (nad tą częścią gór) przewalają się niskie chmury, zaś spod nich,  na horyzoncie widać nawet przebłyski promieni słonecznych. Tym samym jest nadzieja, że nie zmokniemy. 
Od Złotego Stoku dzieli nas już tylko około godzina drogi, toteż nie spieszymy się, zatrzymując na zlikwidowanie pozostałych zapasów i podziwiając widoki.









Gdy docieramy do miasta pogoda nieco się stabilizuje. Toteż w przyjemnym świetle obserwujemy resztki poniemieckiej architektury Złotego Stoku i po krótkiej przerwie ruszamy dalej – do Paczkowa. A kolejne kilometry nie przynoszą nic ciekawego oprócz bólu w stopach. 







Ostatni odcinek biegnie bowiem, poza dwoma kilkusetmetrowymi fragmentami, tylko i wyłącznie asfaltem. Nie jest to najmilsze  po całym dniu chodzenia, jednak tłuczemy te ostatnie kilometry bez sprzeciwu.  Zmrok zastaje nas za wioską Błotnica, toteż biwak rozkładamy na najbliższym polu, kilkaset metrów od drogi.





 Mimo średniej pogody tego dnia, było nam dane obserwować  gorejący  zachód słońca i po jedzeniu bez zwłoki położyliśmy się spać.










Rankiem, co prawda wiatr nie ustał, jednak pogoda trochę się poprawiła. Ostatnie kilometry dzielące nas do Paczkowa pokonujemy od ósmej do dziesiątej rano. 









Miasto urzeka ciekawa architektura i historią. Otoczone zachowanymi jeszcze murami obronnymi,  z  pięknym ratuszem i wyniosłą bryłą katedry obronnej zachęca do zwiedzenia. Właściwie nie mamy jeszcze pewnych planów na dziś, toteż po pobieżnym obejściu  nader interesującej starówki, szukamy informacji turystycznej.  Tam zasięgamy wiedzy o pozostałej części Głównego Szlaku Sudeckiego (przedłużonej). Co ciekawe nie jest ona kompletna i dopiero po jakimś czasie dowiadujemy się, ile jeszcze ciągnie się czerwony szlak. Niby jest to kilkadziesiąt kilometrów lecz patrząc na jego przebieg szybko nam się odechciewa dalszej wędrówki.  Wiedzie on bowiem wiejskimi  drogami, asfaltem, dopiero od Głuchołazów podchodząc w góry. 
W związku z tym, że jedynym minusem tego wyjazdu okazały się odcinki asfaltowe, a Anita od jakiegoś czasu skarżyła się na ból więzadła – rezygnujemy z przyjemności przedłużenia sobie wędrówki. Kończymy GSS na 379 kilometrze, tam gdzie pierwotnie była granica szlaku. I dla mnie jest to definitywny koniec. Może ktoś ma inny zamysł i swoje zdanie, ale klepać asfalt, bez przyjemności, tylko po to żeby przejść, wydaje mi się bezsensowne.  Lepiej kiedyś poświęcić weekend i przejść odcinek od Głuchołazów do Prudnika. Jednak nie dziś…
Wychodzimy więc łapać stopa na najbliższą drogę krajową. Po pół godziny oczekiwania w kiepskim miejscu  jedziemy już do Nysy. Dalej z dwoma kierowcami docieramy pod bramki na autostradzie, na wysokości Opola. Tu także dopisuje nam szczęście – wkrótce zatrzymuje się kierowca jadący prosto do Krakowa.  Okazuje się, że w przeszłości dużo podróżował tym środkiem transportu. Potem zaczęła się praca, brak czasu itp… Feeee!!, jak często to słyszę. :D
Około szesnastej wysiadamy w Krakowie i tu nasza podróż właściwe się kończy.  Teraz wybieramy publiczny środek transportu – PKS i po wyczekaniu swego w korkach, na krakowskich arteriach wyjazdowych, wracamy do domów.

wtorek, 9 października 2012

0,6 x Główny Szlak Sudecki - sierpień 2010


0,6 x GSS 2010

5 sierpień - dojazd

Tym sposobem 5 sierpnia wpakowałem się w autobus do Jeleniej Góry na niemal całodzienną podróż. 7:30 - 18:00.  Po przyjeździe do miasta, zasięgnięciu języka na dworcu pks i telefonicznie dowiedziałem się, że autobus do Świeradowa, gdzie ma miejsce początek szlaku, odjeżdża o 20.30, a więc kupa czasu mi zostaje. No to idę na miasto, obaczyć jakies domniemane zabytki .  Idę z wielkim tobołem na plecach, rozglądam się i widzę ... no widzę busik z tabliczka Świeradów Zdrój. Odjeżdża dosłownie za chwilę i kosztuje grosze, super. Po dotarciu do Świeradowa szukam pks i co? I okazuje się, że 4 napotkanych pokolei przechodniów to Niemcy. Ja sie pytam się, gdzie ja jestem??!! .


No i w końcu znajduję początek szlaku.

Tu nawet i tabliczka ze starym Panem jest, a więc git. Zadowolony wyciągam kijki i zaczynam w sandałkach dreptać na nocleg i jutrzejszy punkt startowy.
Tak o schronisku na Stogu Izerskim mowa.


Obsługa schroniska nie woła pieniędzy za rozbicie namiotu - niepojęte. Żegnając wieczorny Świeradów idę spać.



6 sierpień - I dzień(właściwego marszu)


Wstaję około 6 rano, zwijam graty, spożywam śniadanie i .... idę? Nie najpierw trzeba buty założyć, co nie będzie łatwe . Musze tu wspomnieć, że 2 dni wcześniej podczas przejażdżki rowerowej jakaś łaskawa Pani zajechała mi drogę samochodem, przez co  zetknąłem się z asfaltem. Na tym najbardziej ucierpiał ostatni palec u stopy  (byłem w sandałach), bo spuchł i pobolewał.  I żeby nie wspominać o tym w kółko to napisze, że na tym wypadzie w Sudetach każdy ranek nie był przyjemny jeśli chodzi o wkładanie butów jak i pierwsze kilometry marszu, które musiałem jakoś kusztykać. Także było wesoło
Sudety od rana pochmurne i na dobra pogodę się nie zanosi.


Przewyższeń mało, po Izerskich idzie się przyjemnie. No aż zaczęło padać, a właściwie kropić na ten moment.











Do tego moje buciki niezbyt dobrze naprawione zaczęły się rozklejać.  No super.  Piękna podwórkowa łacina niesie się po lesie....


Utrzymując dobre tempo o 11.30 jestem w Szklarskiej Porębie i kupuję materiały pierwszej potrzeby do klejenia i reperacji butów( a co to pozostanie tajemnicą) . Mijam po drodze takiego oto psiaka i pod drzewem dla ochrony od deszczu, który już zdążył przybrać status ulewy naprawiam buciory, tym razem skutecznie. Leje czy nie, pora iść dalej.


Pogoda już dziś się nie poprawi. W schronisku na Hali Szrenickiej robię obiad.













Im dalej tym gorzej, w końcu widoczność 10- 15 m. Burzowo, słychać grzmot po czym ulewa.











Około 20stej docieram do Domu Śląskiego. Pogoda nieciekawa, postanawiam zanocować w schronisku. Trafiam tam, na dwójkę studentów z Poznania, a więc miłe towarzystwo. Według mapy dystans na dziś 44,5km







7 sierpień - II dzień


Wychodzę o 7.40, kiedy deszcz na chwile cichnie. Zaczynam schodzić,  dość stromo, co czuje w kolanach (plecak zapakowałem na pare dni, to trochę waży).


Pogoda jak zwykle zrobiła mnie w ch... i w połowie podejścia zaczyna się burza. Grzmot i leje jak z cebra. Takich 40 minut intensywnych opadów nie doświadczyłem w życiu. Membrana, nie membrana, zmokłem cały, a po nogach nalało się do butów. Suszę się w schronisku pod Łomniczką.  Oberwanie chmury (o skali ulewy dowiedziałem się dopiero później telefonicznie) trwa do 12, i wtedy dopiero mogę iść dalej. Za Karpaczem rozmawiam chwilę z bardziej doświadczonym amatorem GSB i GSS, który kończy ten szlak idąc od drugiej strony już 13 dzień. On także opowiada o skali porannej ulewy.   Pobliskie pagórki przemierzam już w sandałach.


Po nieudanej próbie negocjacji z noclegiem mijam Bukowiec i rozbijam namiot przy drodze, przed linia lasu. Wszystkie skarpety mokre, jak i spora część ubrań. Na szczęście śpiwór suchy . W nocy leje. Od jutra pogoda ma się poprawić....


8 sierpień - III dzień


Zwijam mokry namiot i wychodzę koło 7 rano - wtedy przestało lać. Przestało - tylko na chwilę, bo do 10 pada dalej.

Poniemiecki drogowskaz - tego klimatu wg mnie nie ma żaden region w Polsce. 


Przed południem deszcz ustaje, a miejscami pojawia się niebieskie niebo.  Zgubiłem mapę. Na szczęście jeszcze dziś wejdę w zasięg terenowy kolejnej.


Burza idzie.  Muszę przyspieszyć kroku, żeby wejść w jakieś zabudowania.


Melinuję się na przystanku i czas burzy wykorzystuje na obiad.


W Lubawce robię zakupy, przede wszystkim frukty . Napotkani tubylcy mówią o lepszej pogodzie w poniedziałek, czyli jutro. Ruszam dalej nieznanymi pagórkami. Buty zmieniam na sandały, jednak to średnio pomaga. Po przejściu paru kilometrów muszę  zabrać sie za przebijanie bąbli i klejenie plastrów - 2 dni w mokrych butach nie były zbyt szczęśliwie dla stóp.


Mijam Krzeszów, gdzie kupuje chleb, oglądam klasztor, niestety w fazie renowacji po czym zaczynam się rozglądać za noclegiem. Szukam go trochę długo. Ostatecznie rozbijam się przed wsią Grzędy, nieopodal lasu.


9 sierpień - IV dzień


Budzę się myśląc o pięknym dniu a tu kapie z nieba. Namiot mokry, a miała ładna pogoda być.  Niebo szare, stopy bolą, nie pozostaje nic innego jak zebrać graty i iść.  Nie tracąc czasu śniadanie robię dopiero po drodze, na przystanku, gdy deszcz się nasilił. Później pozostaje tylko narzucić kaptur na głowę i kontynuować marsz w deszczu.



Przejaśnia się dopiero w Sokołowsku, gdzie robię postój. Jakieś drobne zakupy, zjedzone na miejscu i telefon do kumpla. Dowiaduję się, że dobra pogoda będzie - jutro ;] .  Mijam zapomniany cmentarz żydowski i zaczyna się podejście na Bukowiec.









A to podejście było jednym z najgorszych podczas wycieczki. Niby górka niska, ale szlak nieprzetarty - krzaczory, powalone drzewa w poprzek szlaku i "całkiem stromo". No a moja filozofia na trudne podejścia (gdy idę sam)to najczęściej przeklinanie na czym świat stoi i napieranie przed siebie( polecam, mi pomaga ), dlatego też górka nie zmordowała.  Idąc dalej zatrzymuję się pod "Andrzejówką" lecz jakoś klimat tego miejsca mi nie odpowiada.


Przechodzę przez pasmo Wałbrzyskich z widokiem na Góry Sowie, po czym robię obiad po podejściu na Sajdak. Konsumpcję przerywa mi znajomy odgłos grzmotów. Pakuję graty i świńskim galopem zmierzam w dół. Do Jedlinki docieram już w deszczu, dalsza część burzy przeczekuje w miejscowym sklepie.
Następnie pozostaje już tylko wtoczyć się na pasmo Gór Sowich i równym krokiem maszerować do wieczora. Po drodze mijam wiele wiat z miejscami na ogniska - można sobie pomarzyć, jak ciekawie byłoby tu za znajomymi przyjechać....
No, ale czas zejść na ziemię, a konkretnie w Góry Sowie.


Wieczorem już postanawiam zdobyć się na luksus i zanocować w schronisku "Orzeł"


Sudety Wałbrzyskie

10 sierpień - 5 dzień


W końcu wita mnie piękny poranek. Szybko się ogarnąłem i bez zwłoki jestem na szlaku.


Wielka Sowa w godzinach rannych. Zadziwił mnie monitoring. Ludzi brak, ale w sumie czemu się dziwić.


Z wieży widokowej na Kalenicy mogłem popatrzeć jak niebo się chmurzy, co optymizmem nie napawało po ostatnich dniach. Tu będzie spoiler - dziś nie padało


Kolejne kilometry dłużyły się bez niczego szczególnego, aż przydreprałem nad Twierdzę Srebrnobórską - z racji swoich militarnych zainteresowań nie mogłem przejść obok niej obojętnie.
Po zabudowaniach oprowadzają przewodnicy, ubrani w pruskie  mundury z epoki, członkowie miejscowej grupy rekonstrukcyjnej- ogólnie polecam.




Schodzę do Srebrnej Góry na jakiś posiłek, po godzinie znowu przemierzam czerwony szlak.  Od tego czasu nie dzieje się właściwie nic ciekawego, no chyba ,że ciekawym jest suszenie namiotu pod lasem.
Na nocleg wybieram sobie Górę Wszystkich Świętych. Przy sanktuarium, które tam się znajduje, zrobiony jest kawałek terenu jakby dla dzieci kolonijnych. Moja uwagę konkretnie przyciągnął wojskowy, duży namiot, a w nim przytulna, drewniana, zielona ławka z oparciem. Nie chciało mi się rozbijać namiotu także to miejsce wybrałem dziś na spoczynek...... 
...no i długo w nim nie spałem. Mimo karimaty byłem jakiś cały obolały od pasa w dół i na ławce spać się nie dało. Skapitulowałem około 23:00 i przy świetle czołówki rozbiłem namiot na polskiej, miękkiej ziemi :).
W międzyczasie odebrałem telefon, który właściwie zakończył mój wyjazd - sprawy rodzinne i związane z nimi nieszczęśliwe wypadki spowodowały, że musiałem wrócić do domu jak najszybciej. Vis maior,  z perspektywy czasu mogę powiedzieć, ale wtedy byłem co najmniej niezadowolony.


Zachód słońca nad Górami Sowimi


11 sierpień - 6 dzień


Na glebie wyspałem się bardzo dobrze, powitany piękną pogoda mogę dziś z zadowoleniem taszczyć plecak .





W Wambierzycach robię przerwę i zarazem porządne śniadanie. Następnie ruszam w dalszą drogę.


Park Narodowy Gór Stołowych wita mnie tabliczka "teren monitorowany". A co tu jest niby monitorowane? Pytanie bez odpowiedzi... Z kolejnymi kilometrami ruch turystyczny zaczyna się nasilać.


W końcu pojawiają się płaskie wzniesienia, stragany i już jestem w Karłowie. Jednak tu postoju nie robię - nie ma nawet gdzie usiąść.


Zmierzam w kierunku Błędnych Skał.


Na miejscu gość mówi, że "zwiedzać" można jeszcze 20 min i tyle mam czasu jeśli chcę, aby popilnował mi plecak, bo z nim niby się nie zmieszczę. Mam się pospieszyć, co zresztą robię. "Błędne Skały" jakoś na mnie wrażenia nie zrobiły.






Pozostaje zejść do Kudowej Zdrój, gdzie docieram o 17:00. To już większe miasto, także znajduje tu autobus do Krakowa, skąd czekają mnie jeszcze 2 przesiadki...  Pozostaje zjeść małe co nieco i poczekać do 20:30 na środek transportu....  Ehhh,  chce się powiedzieć miała być całość a wyszło jak zwykle


Góry Stołowe


Epilog


Słowem podsumowania przeszedłem 230km GSS, co daje 0,65 z 352km stąd i tytuł tostu. Średnia dzienna ok. 38km lecz w lepszej pogodzie można by to przejść szybciej nawet bez pośpiechu.
W Sudetach byłem pierwszy raz bo daleko ode mnie położone, jednak wrócę tu na pewno i postaram się zrobić cały szlak w podobnym tempie.  Górki chociaż niskie mają swój niepowtarzalny klimat przesiąknięty historią różnych okresów. Do tego, jak już wspominałem sporo wiat i miejsc na ogniska, aż zachęcających aby z nich skorzystać. Nie uwałaczając Beskidom, ale jak dla mnie biją je na głowę

Pełna relacja foto:
https://picasaweb.google.com/to17071990/Sudety512082010#