Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apteczka wysokogórska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apteczka wysokogórska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 grudnia 2022

Peru 2022 - część 1 . Relacja z podróży i opis wejścia na wulkan Misti - 5822 m npm

Witajcie!

Tym wpisem rozpocznę serię opowiadająca o mojej tegorocznej wyprawie do Peru w trakcie której udało się zdobyć trzy wulkany i trzykrotnie przekroczyć wysokość 6000 m npm na trzech szczytach w Andach.

Zapraszam!


Podróż do Peru rozpoczynamy w piątek 19 sierpnia 2022 roku. W tym roku wyjeżdżamy we trójkę, tj. Tomek, Janusz i Jan. Pierwszy etap podróży to autobus Flixbus o 20:25 z Warszawy. Jest gorąco, termometr pokazuje ponad 30 stopni powyżej zera. Na przystanku pożegnanie z najbliższymi i powolny wyjazd z Warszawy. Na trasie do Poznania witają nas burze i ulewy. W Poznaniu zmieniamy autobus i ku naszemu niezadowoleniu otrzymujemy miejsca z tyłu pojazdu. Jest gorąco i niekomfortowo. Po drodze doświadczamy rzadkiej,  jak na tej granicy kontroli paszportowej. Mijamy kolejne niemieckie miasta, postoje w większości przesypiamy. 


20 sierpnia

Większa pobudka czeka nas dopiero nad ranem w Hanowerze, gdzie korzystamy z postoju, aby rozprostować kości. Za dwie godziny ponowny postój w Osnabruck, a dalej trasa wiedzie już prosto do Amsterdamu.  W mieście zatrzymujemy się na dworcu Sloterdijk około 14:30, po czym szukamy transportu na lotnisko. Na miejscu okazuje się, że Janek zapomniał z pierwszego autobusu folii stretch do pakowania bagaży. Jest to o tyle istotne, że nasze plecaki podczas lotu będą obwieszone sprzętem i konieczne trzeba je zafoliować na lotnisku. Zaczynamy improwizację - Januszek zostaje z plecakami ważącymi ponad 30 kg na osobę, pozostali wyruszają do marketu budowlanego znalezionego na mapie Google, w poszukiwaniu folii. W drodze do sklepu wraz z Jankiem postanawiamy odwiedzić Lidl, który znajduje się po drodze. To już koniec naszej wędrówki, gdyż w sklepie decydujemy się zakupić 6 sztuk folii spożywczej po 1€ i  miejscowe piwo dla każdego. Po powrocie na dworzec kupujemy bilety na pociąg podmiejski za 10,5 € / 3 osoby i jedziemy na lotnisko. 


Na miejscu okazuje się, że nasze obawy o to, czy zostaniemy wpuszczeni do budynku okazują się bezpodstawne. Limit przybycia na lotnisko nie wcześniej niż 4 h przed lotem, o którym czytaliśmy przed wyjazdem obowiązuje, ale tylko przed wejściem bezpośrednio na check-in. Po analizie okolicy, okazuje się, że mamy więc kilkanaście godzin do wylotu. Czas ten spędzamy na degustacji holenderskiego piwa nad zbiornikiem wodnym położonym vis a vis lotniska. Dopiero, gdy zaczyna się robić zimno (w Amsterdamie temperatura 20 stopni Celsjusza w cieniu przy 30 stopniach Celsjusza w Warszawie jest sporą różnicą), wracamy do budynku. Na lotnisku znajdujemy przytulny zakątek i rozkładany karimaty. Miejsce okazuje się bardzo dobre, toteż spokojnie przesypiamy do rana. Jest trochę chłodno i twardo, ale relatywnie komfortowo. 



21 sierpnia

Rano budzimy się około 5:30 gdy na lotnisku słychać już zgiełk pochodzący od setek ludzi, którzy jak my chcieli chwilowo bądź na stale zmienić miejsce pobytu. Trochę zaspani, leniwie zabezpieczamy bagaże folią i udajemy się do kolejki oczekujących na odprawę bagażową. Stała procedura przebiega sprawnie. 




O nadaniu naszego dobytku obsłudze lotniska, oczekujemy na samolot do Frankfurtu około 2 h. Wylot i przylot jest opóźniony około 10 minut i choć to teoretycznie niewiele czasu, dla nas ma to duże znaczenie, gdyż przy kolejnym locie mamy bardzo niewiele „zapasu” na przesiadkę. W praktyce, po przylocie na miejsce okazuje się, że na znalezienie odpowiedniej bramki mamy nieco ponad 20 minut. Niestety odlot do Panamy ma miejsce z drugiego końca lotniska, zaś po drodze musimy ponownie przejść kontrolę bezpieczeństwa. Pomimo szaleńczego tempa pod bramkę docieramy około godziny odlotu - 11:50. Okazuje się, że zbyt późno. Materializuje się czarny scenariusz, którego nikt z nas się nie spodziewał. Pomimo, iż opóźnienie nie miało miejsce z naszej winy, samolot na nas nie zaczekał, a na lotnisku nikt nawet nie przejawiał woli pomocy w takiej sytuacji. Nie bardzo wierząc co się stało i kompletnie nie wiedząc co z tym zrobić postanawiamy udać się do service desku przewoźnika - Lufthansy. To również nie jest łatwe, gdyż większość z tych miejsc jest nieczynna. W międzyczasie Janusz otrzymuje e-mail ze zmianą lotu - 14:20 do Bogoty. Udajemy się więc znów w kompletnie inną część lotniska. Tam udaje się znaleźć pierwszego kompetentnego pracownika Lufthansy, który tłumaczy sytuację, drukuje karty pokładowe oraz zmienia przyporządkowanie bagażu do nowych biletów. Sytuacja wydaje się opanowana, ale cała sytuacja bardzo źle świadczy o przewoźniku. Po pierwsze, pół godziny na przesiadkę to zdecydowanie zbyt mało jeżeli bramki lotów były oddalone od siebie około 2 kilometry. Po drugie, brak jakichkolwiek empatii ze strony pracowników lotniska czy brak nawet chwili oczekiwania na brakujących pasażerów. Po trzecie, brak kontaktu ze strony przewoźnika, a jedynie email z nowym numerem lotu bez jakiegokolwiek instrukcji. Wątpię żeby pasażer w podeszłym wieku poradził sobie z taką procedurą. 

Po jakimś czasie wsiadamy do samolotu, który po raz kolejny jest opóźniony. Tym razem prawie godzinę, gdyż ruszamy już po 15:00. Po raz kolejny zaczynamy się obawiać o nasz następny lot - z Bogoty do Limy. Sama podróż upływa przyjemnie, w samolocie chłodno ale komfortowo. Przedłużamy dzień o 7 h lecąc w stronę zachodu słońca, zaś Bogotę witamy około 19:50 czasu lokalnego. Tam czekamy około 2 h i lecimy dalej - do Limy. 



22 sierpnia

W stolicy Peru meldujemy się o 1:00 w nocy, czasu lokalnego. Po przejściu piątej już kontroli bezpieczeństwa logujemy się do wi-fi lotniska i informujemy bliskich o dotarciu na miejsce - w Polsce jest akurat 8:00 rano. Na lotnisku wielu ludzi nocuje czekając na swój samolot. Nas czeka to samo - wybieramy w tym celu ustronne miejsce, odgrodzone od reszty lotniska plakatami lokalnej policji, które okazuje się strzałem w dziesiątkę -  spokojnie przesypiamy tam do rana. To już nasza trzecia noc nieprzespana w łóżku.

Budzimy się niespiesznie około 7:00 rano i rozglądamy za transportem do dworca północnego Plaza Norte Gran Terminal Terrestre. Pogoda jest mglista i depresyjna - z tego co mówią to standard zimy w Limie. Udaje się wynegocjować taksówkę za 40 soli do centrum. Ostatecznie tej waluty nie mamy i płacimy 12 dolarów. W stolicy Peru, a jak się niebawem okaże – w całym kraju, możemy dostrzec, że covid, nie tylko się tutaj nie zakończył, ale obostrzenia trwają w pełnym zakresie. O ile w Europie obowiązek noszenia maseczek towarzyszy nam tylko w samolocie i taka sama sytuacja obowiązuje w Bogocie, tak w Peru maseczki towarzyszą nam na każdym kroku - na lotnisku, dworcach, w supermarkecie. Do tego ciągle sprawdzanie certyfikatu covidowego. Czuję się jak na wakacjach we Włoszech w 2021. 



W drodze z lotniska trafiamy na ogromne korki i dosłowną walkę na drodze – trochę czasu musi upłynąć zanim przyzwyczaimy się do peruwiańskiego sposobu jazdy. Na dworcu wykonujemy szereg czynności - wymiana dolarów na sole (kurs sprzedaży 3,85), przekazanie bagaży do przechowalni (6 soli/sztuka) i zakup biletów do Arequipy na godz 14:00 (100 soli od osoby, +20 soli za kg powyżej 20 kg bagażu na osobę). W międzyczasie jaki pozostał do odjazdu postanawiamy obejrzeć historyczne centrum Limy, co nie udało się nam w 2017 roku. Taksówka wiezie nas do centrum za 20 soli.  Pierwotnie miało być 15, ale taksówkarz zapiera się, że chodziło mu o dolary (sic!). Dostaje 20 soli, a my wychodzimy nie chcąc słuchać jego narzekania. Spacerujemy do historycznego centrum Limy, pilnując uważnie wszystkich wartościowych rzeczy, jakie posiadamy. Na ulicach nie ma jednak wielkiego tłumu, co pozwala czuć się bardziej bezpiecznie. 



Plaza de Armas na pierwszy rzut oka wygląda schludnie i robi dobre wrażenie. Jak na centrum tak wielkiego miasta to mówiąc szczerze - cudów nie ma. Majestatycznie wygląda katedra oraz pobliskie budynki rządowe. Przechadzamy się zwracając uwagę na wszechobecne remonty oraz patrole policji. Z centrum postanawiamy wrócić pieszo, jednak po dotarciu do głównej ulicy miasta wsiadamy do jednego z charakterystycznych małych busików, który za 2 sole, w folklorystycznym otoczeniu miejscowego zgiełku wiezie nas do centrum. 



Na Plaza Norte odbieramy i deponujemy bagaż, pobieramy kupę świstków papieru, pieczątek i ruszamy do poczekalni autobusowej (za którą skądinąd trzeba zapłacić 5 soli od osoby). Autobus do Arequipy opóźnia się prawie godzinę, więc wyjeżdżamy po 15:00. Kolejna godzinę jedzie przez miasto do następnego przystanku. Niebawem, tj. ok. 18:00 robi się ciemno, więc zmęczeni zasypiamy na wygodnych siedzeniach, przygotowanych do podróży na dalekich trasach. Przy okazji trzeba tutaj wspomnieć, że podróże w autobusach peruwiańskich są o niebo bardziej komfortowe niż w Europie. Autobusy mają różny standard, ale nawet w tych starych zawsze znajdujemy podnóżki, mocno obniżany do pionu fotel i dużo miejsca na nogi. 



23 sierpnia

Budzimy się, gdy autobus stoi w ciemności w tunelu. Z niewiadomych przyczyn (zapewne roboty drogowe) czekamy tutaj dwie godziny zanim ruszymy w dalszą drogę. Planowo (na 9:00) na pewno do miasta nie dotrzemy. Przynajmniej widoki pozwalają zapomnieć, że podróżujemy już piąty dzień z rzędu, nie śpiąc z jakimkolwiek łóżku od czterech nocy. Jedziemy wzdłuż wybrzeża Pacyfiku, a brzeg oceanu jest tutaj wyniosły i niedostępny. Słona woda obija się o strome skały, za którymi z kolei rozpościera się pustynny krajobraz. Zieleni nie ma tutaj wcale, a przynajmniej jest ona rzadkością.



Już przed wjazdem do Arequipy rozpoczynają się korki trwające do samego miasta. Mamy wrażenie, że chyba już nie dotrzemy na miejsce i utkniemy na pustyni do nocy. Przejazd jednakże kończy się w mieście o 12:15 po ponad 3 h opóźnienia względem planowego rozkładu jazdy. 


Na dworcu szybko planujemy schemat działania - taksówka za 15 soli pod hostel znaleziony w internecie - Misti B&B. Szybko kwaterujemy się na miejscu, zostawiamy bagaże i wychodzimy na miasto. Jest co oglądać - w porównaniu do Arequipy, to centrum stolicy Peru wygląda blado i ponuro. W Arequipie nie dość że Plaża de Armas robi piorunujące wrażenie, to jest to nie jedyna atrakcja - warte odwiedzenia są również pobliskie uliczki w kolonialnym stylu i zaułki, które urzekają kolorami i smaczkami architektonicznymi. Ponadto klimatu dodaje przemierzająca pobliskie ulice "wesoła śmieciarka", czyli samochód miejscowych służb porządkowych grający wesołą muzykę, jak samochód z lodami. Na mieście spędzany popołudnie i wieczór. Po jedzeniu i sesji plenerowej Plazy de Armas na tle wulkanów wracamy do hostelu. Nocleg w pokoju zbiorowym kosztuje nas 25 soli od osoby ze śniadaniem, które standardowo w tym kraju wliczone jest w cenę. Prewencyjnie, w celu uniknięcia problemów jelitowych i poprawienia nastrojów, spożywamy miejscowy alkohol - Pisco. Przepakowujemy się również na dzień jutrzejszy - w planach jest wejście na wulkan Misti, które na zająć nam dwa dni w sprzyjających okolicznościach. 







24 sierpnia

Budzimy się o 7:00, tj. o świcie i po śniadaniu zaczynamy szybkie pakowanie. Naszym pierwszym celem jest wulkan Misti (5822 m npm). Mamy świadomość, że po noclegu na wysokości 2000 m npm, zdobycie prawie 4000 m przewyższenia w dwa dni może nas nieźle sponiewierać, ale licząc się z konsekwencjami stawiamy na szybka adaptację do wysokości. Po szybkim pakowaniu i zostawieniu dużego depozytu w hotelu udajemy się 3 km pieszo na róg ulic, gdzie odjeżdża busik, który zabierze nas do podnóża wulkanu. Nie czekamy na niego długo, gdyż już po kilku chwilach pakujemy się do środka. Za symboliczną cenę 2,5 sola wyjeżdżamy z miasta. Trasa autobusu wiedzie serpentynami przez różne dzielnice, tak, że mamy wycieczkę po mieście. Miejscowi z zaciekawieniem zagadują.


Około godziny 11:00 wysiadamy i pieszo udajemy się w dalszą drogę. Wiemy, że trzeba znaleźć białą bramę, i przejść nią na otwarty teren jakiegoś zakładu przemysłowego, gdzie zaczyna się droga na górę. Po znalezieniu już tego specyficznego wejścia przy pomocy tubylców (dodam, że w porozumiewaniu się po hiszpańsku działa Janusz, Janek zna tylko podstawowe zwroty z tego języka, a ja ani słowa ;) ) wpisujemy się na listę wychodzących na szczyt, która podsyła nam jeden z lokalsów i ruszamy w marsz pyłowo-piaskową drogą w kierunku wulkanu, którego sylwetka dominuje nad otoczeniem. Z lokalnych zabudowań wychodzą za nami psy, które początkowo szczekają, by następnie iść za nami kolejnych kilka kilometrów. Nie bardzo cieszy nas to towarzystwo, gdyż nie jesteśmy pewni co do ich zamiarów. Pogoda dopisuje i pomimo wysokości około 3000 m npm jest ciepło ze „standardową” peruwiańską temperaturą 20 stopni Celsjusza, która utrzymuje się tutaj niemal przez okrągły rok. Przez całe 8 km marszu drogą szutrową towarzyszy nam również wszechobecny pył, którego ilość jest niespotykana. Pył jest wszędzie i wzbija się w tumany przy każdym kroku. Spowita jest w nim właściwie cała okolica, gdyż nad Arequipą i okolicznymi dolinami roznosi się żółtawa łuna. W okolicach Misti nie ma żadnej wody, toteż na plecach troszczymy łącznie 13 litrów. Na trzy osoby nie jest to dużo, ale musi wystarczyć na dwa dni akcji górskiej. Niebo jest bezchmurne i słońce bezlitośnie operuje, chociaż marsz ze względu na relatywnie niewysoką temperaturę przebiega komfortowo.  








Po południu docieramy do granic drogi szutrowej, gdzie zaczyna się już ścieżka wiodąca do góry kamienistym grzbietem. Maszerujemy nią kolejne kilka godzin, zastanawiając się, gdzie rozbić biwak. Nie mamy aklimatyzacji, toteż nocleg w tzw. obozie na wysokości 4600 m npm. nie wydaje się najlepszym pomysłem. To decyzja wymagająca podjęcia wyboru pomiędzy lepszym samopoczuciem, a dłuższym marszem na szczyt dnia kolejnego. Ostatecznie wybieramy opcję pośrednią i postanawiamy zostać na 4100 m npm, tam nieco poprawić istniejącą już platformę i w niej zainstalować namiot. Koło namiotu krząta się jeden ze psów, który towarzyszy nam od granic miejscowości i nie chce nas opuścić. Zapewne lokalni nie traktują go dobrze, że zdecydował się iść za nami, gdyż to ewidentnie nie miejsce dla niego. Po rozbiciu namiotu gotujemy wodę na liofile, zupę i herbatę z koki. Mimo, że taszczyliśmy po 4 l wody na głowę, to wcale dużo nam jej nie zostaje po rozplanowaniu spożycia na kolejny dzień. Słońce zachodzi szybko, bo około 18:00 i od razu robi się bardzo zimno. Podziwiamy bajkowy Zachód słońca, układamy się w namiocie i idziemy spać. 








25 sierpnia

Zgodnie z zaplanowanym budzikiem wstajemy o 2:00 w nocy, gotujemy śniadanie i pakujemy się na atak szczytowy. Na zewnątrz jak zwykle krystalicznie czyste niebo, a w dole migocze rozświetlone miasto - Arequipa. Wychodzimy około 3:00. Zmierzamy do góry wydeptaną ścieżką, która wiedzie skalistym grzbietem, po czym kilkaset metrów wyżej trawersuje pyłowo-kamieniste piargi i dociera do "żebra", które z kolei wyprowadza w kopułę szczytową Misti. To w skrócie opis całej drogi. W praktyce to podchodzenie piargami i pyłowymi ścieżkami po niezbyt stromych zboczach wulkanu. Generalnie dominują luźne kamienie, litej skały jest tutaj jak na lekarstwo. Na wysokości 4600 mijamy pierwsze miejsce noclegowe, które świeci pustkami. Platformy na namioty napotykamy jeszcze kilkakrotnie, aż do wysokości ponad 5000 m npm. Ta wysokość jest też granicą komfortu naszego marszu - powyżej braki aklimatyzacji dają już o sobie znać. 







Dużej stromizny nie ma, dlatego też droga dłuży się niemiłosiernie. Słońce po drugiej stronie góry budzi już na dobre, gdy coraz wolniej zdobywamy kolejne metry wysokości. Idzie się coraz trudniej i każdy krok wymaga to coraz większego wysiłku. Ostatecznie marsz sprowadza się do kilku kroków i odpoczynku jako mantry powtarzanej do znudzenia. Słońce jest już wysoko, gdy naszym oczom ukazuje się szczyt, do którego czeka nas jeszcze długa droga. Samopoczucie każdego z nas jest tragiczne, a zmęczenie ogromne – trudno oszukać aklimatyzację i rzadko się to udaje. Ostatnie metry do krzyża na wierzchołku w zachodniej części krateru pokonujemy przez kilka minut, z marzeniem nie tyle wejścia na szczyt, co jak najszybszego zejścia z niego. Na szczyt pierwszy wchodzi pies, który towarzyszy nam od wioski, za nim ja wraz z Januszem około 10:00 i Janek kilkanaście minut później. Zastanawiamy się ile razy ten czworonóg poprzednio tutaj bywał. Warto dodać, że poza nim od momentu, gdy na końcu drogi szutrowej ruszyliśmy na Misti, aż do szczytu nie spotkaliśmy żywego ducha. Nasza obecność na obłym wierzchołku trwa kilka minut - kilka zdjęć i w dół - im niżej tym lepiej. 







Na zejściu rozdzielamy się - ja schodzę pierwszy, a za mną Janek z Januszem. Im niżej, tym odległość pomiędzy nami staje się większą, tak że po jakimś czasie tracę chłopaków z oczu. Droga w dół dłuży się chyba nawet bardziej niż pod górę. Ostatecznie do namiotu trafiam o 14:00 i zabieram się za suszenie ubrań. Chłopaki przychodzą dopiero po 15:00, Janusz schodził bardzo wolno i narzekał na ból głowy. Że względu na to, że pozostało nam tylko ok 2 l wody, chcąc, nie chcą, nie mamy innego wyboru niż zejście. Szybko pakujemy więc sprzęt, składamy namiot i ruszamy w dalszą drogę. Ten etap wędrówki poza wszechobecnym pyłem wspominam bardzo dobrze. Słońce powoli zbliża się ku zachodowi, zaś okolica w jego promieniach wygląda zdecydowanie lepiej niż dotychczas. Do tego towarzyszą nam zdecydowanie dobre nastroje spowodowane zdobyciem szczytu.





Do punktu, gdzie kończy się droga dla pojazdów, a rozpoczynał szlak docieramy o 17:20. Pozostaje  jeszcze 8 km marszu przez piaskowo-pyłowe pustkowie w kurzu po kostki, które pokonujemy już po zmroku. Przy zabudowaniach wita nas znowu znajomy pies, który wrócił do domu niedługo przed nami. Jako, iż po drodze kończy się nam woda, kupujemy 2,5 l od strażnika, który otwiera „białą bramę”, od której zresztą zaczęła się nasza przygoda z tym szczytem. Zapytany o możliwość dojazdu do miasta mówi, że busy do Arequipy już nie kursują, a autostop pewnie nie wyjdzie. Dziękujemy za informację, by wyjść na drogę prowadzącą do miasta i robić swoje. Jak to po zmroku, nagle robi się bardzo zimno i każdy zakłada na siebie całe dostępne ubranie, przypuszczając że na najbliższy autostop możemy trochę poczekać. Pomimo iż rozpoczynamy łapanie „stopa” z lekka niepewnością, kończy się ono sukcesem już po kilku minutach. Zatrzymuje się małżeństwo w starej furgonetce typu pick up, które zawiozła nas do centrum miasta. Kierowca nie chce pieniędzy za transport, tylko pozdrawia nas życzliwie na do widzenia. Po wizycie w jednej z miejscowych knajp dzień szczęśliwie kończymy w hostelu Misti. 




Zapraszam do oglądania zdjęć z wyjazdu:

https://photos.app.goo.gl/ffmKiQ41P43zogrHA


poniedziałek, 18 września 2017

Wyprawa do Peru Cordilliera Blanca I Huascaran Sur- relacja - część I - aklimatyzacja

Witam wszystkich.
Dzisiejszy wpis rozpoczyna serię postów dotyczących relacji z tegorocznego wyjazdu do Peru, w góry Cordilliera Blanca. Celem ponad 20-dniowego wyjazdu pod szyldem Hola Cordilliera 2017 była eksploracja niesamowicie pięknego masywu górskiego i zdobycie najwyższego wierzchołka Peru - Huascaran Sur - 6786 m npm. Dziś część pierwsza - aklimatyzacja. 



20 czerwca 2017 roku

Dziś wyjeżdżam do Peru. Plecak już dawno spakowany, lista sprawdzona. Ekipa lubelska w osobach Janka i Marcina wyjechała wczoraj wieczorem do Warszawy. Dziś około 8:00 ruszają dalej - do Berlina, gdzie się spotkamy. Mój transport startuje o 11:15 i czeka mnie upojna dniówka w autobusie. Na dworzec odprowadza mnie Anita bo i sam miałbym problem, aby zabrać się z trzema plecakami. Żegnamy się, po czym zostawiam Kraków za sobą, modląc się, iż nie zapomniałem niczego ważnego. Droga upływa szybko i bezproblemowo.



Około 19:00 dojeżdżam do Berlina, gdzie już czeka Janek, Janusz i Marcin. Na miejscu dzielimy się sprzętem i wyruszamy pieszo na lotnisko Tegel. Google pokazuje 5 km. Plecaki mamy ciężkie, ale czasu aż nadto, więc zbytnio nie spieszymy się, robiąc po drodze kilka postojów. Taszcząc na plecach i w rękach po 30 kg każdy przechodzimy odcinki po ok. 1 km, po czym robimy odpoczynki. W pewnym momencie po drodze spotykamy wesołego Polaka, który z własnej inicjatywy oferuje się zaprowadzić nas na lotnisko. Droga jest nieco myląca, jednak nieskomplikowana. Przed zmierzchem docieramy na miejsce.



Pożegnawszy się robimy rekonesans na lotnisku. Terminale powoli pustoszeją, a ostatni lot zapowiada się na godzinę 23:00. Obawiamy się, że noc przyjdzie nam spędzić na świeżym powietrzu, jednak po konsultacji z pracownikami obiektu okazuje się, że lotnisko pozostaje otwarte na noc. Uspokojeni szukamy zacisznego miejsca na biwak. Odpowiednim wydaje się korytarz niedaleko punktu Lufthansy. Tam też rozkładamy nasz wszechobecny bagaż. Dalszą część wieczoru poświęcamy na przepakowanie do odprawy. Kładziemy się spać dopiero około 1 nad ranem.




21 czerwca 2017 roku

Wstajemy około 5:00, obolali po noclegu na ławkach i podłodze. Za dwie godziny mamy zaplanowany wylot. Zaspani niespiesznie udajemy się do odprawy 100 metrów dalej. Bagaże mieszczą się w limicie, bez komplikacji więc wylatujemy.



W pierwszej kolejności do Londynu. Na małym lotnisku London City meldujemy się po niespełna dwóch godzinach lotu. Tutaj zaczyna się zabawa, gdyż musimy odebrać cały bagaż i wraz z dobytkiem dyslokować się 40 km dalej - na lotnisko Gatwick. Pierwszy etap eskapady rozpoczyna się i nie jest łatwy. Każdy taszczy wielki plecak główny i mały podręczny. Przy tym metro jest niebywale zatłoczone i pełne ludzi. Kupujemy bilety za 4,9 funta za sztukę, po czym z trudem udaje nam się przecisnąć z całym tym dobytkiem. Po przesiadce dojeżdżamy do przystanku Victoria, gdzie zamieniamy środek transportu na pociąg. Bielaty kupiliśmy około tydzień temu w sieci, wyszły po około 12 funtów. Całkiem przyzwoicie. Pociąg wiezie nas ponad pół godziny bezpośrednio na lotnisko. Tutaj nie ma już tłoku i jest bardzo przyjemnie. Transport przez Londyn pomimo obaw odbywa się bez przeszkód i po odprawie bagażu zostało nam jeszcze ponad dwie godziny do odlotu. Spędzamy je wyjadając "ciężki prowiant" z plecaków i gapiąc się w ścianę.






Po południu wsiadamy do samolotu, który zmierza na południową półkulę globu.
Podróż z  British Airways jest długa, ale komfortowa na tyle, na ile to możliwe. Obsługa biega, ile tylko mogła, aby tylko pasażerowie byli zadowoleni.



Do Limy docieramy po około 12 godzinach lotu. Jest 20:00 czasu lokalnego, więc zaginamy czasoprzestrzeń o 7 godzin, przedłużając naszą dobę do 30 godzin. Na zewnątrz panuje już ciemność, a my po analizie sytuacji zastanawiamy się nad dalszymi krokami. Terminal autobusowy odległy o kilka kilometrów jest zamykany o 22:00. Wtedy też odjeżdżał ostatni autobus do Huaraz.







Istnieje ryzyko że nie zdążymy, że autobus będzie pełen i w konsekwencji zostaniemy na noc w środku peruwiańskiej stolicy, czyli z ręką w nocniku. Bilans zysków i strat okazuje się niekorzystny. Postanawiamy zostać na lotnisku.



22 czerwca 2017 roku


Na lotnisku rozbijamy koczowisko w jednym z korytarzy, który wydaje się najbardziej przyjazny do spania. Co prawda w środku nocy ekipa sprzątająca nieco nas niepokoi, jednak w miarę komfortowo udaje się spędzić noc.



Rankiem wychodzimy szukać taksówek. Ceny są sztywne 40 sol/15 dolarów. Przy tym 1 sol = 1.11 zł. Niestety nie posiadamy lokalnej waluty i musimy podporządkować się gorszej cenie w dolarach. Do Gran Terminal Terestre docieramy po kilkunastu minutach.




Miasto w okół jest szare i ponure. W końcu panuje tu zima. Kierowca otrzymuje dolary, przestrzega nas przez niebezpieczeństwem i odjeżdża. Na dworcu z racji wczesnej pory musimy trochę odczekać, po czym wymieniamy część pieniędzy na lokalną walutę i kupujemy bilety autokarowe. Cena takiego przejazdu to 40 soli w klasie VIP. Do tego trzeba odliczyć 5 soli tytułem haradżu za korzystanie z dworca (ciekawy rodzaj "podatku" jak nam tłumaczono). 
Na dworcu pracownik zabiera bagaże i wysyła nas do poczekalni. Przed południem opuszczamy terminal. Piękna miasta nie dostrzegam. Peruwiańska stolica jest szara i paskudna. Wkoło najbardziej wzrok przyciągają niewykończone budynki i slumsy. Wkrótce miało się okazać, że standard miasta w budowie jest najlepszym określeniem dla każdego ośrodka urbanizacyjnego w Peru. Nieotynkowane ściany z czerwonego pustaka i druty wystające z ostatniego piętra budynku na każdym kroku. Wykończony dach posiada 1 na 10 budowli. Te wystające druty okazują się najbardziej charakterystycznym elementem okolicznego budownictwa. Taka ekspektatywa rozbudowy.



Po wyjeździe z miasta krajobraz zmienia się, a aura wypogadza. Jedziemy wzdłuż wybrzeża, mając z prawej stronie góry, a z lewej ocean. Po kilku godzinach autobus kieruje się o 90 stopni na wschód. Stromymi zboczami wjeżdżaliśmy w góry, mijając po drodze osuwiska i kamienie leżące na jezdni. Autobus jest bardzo wygodny - dużo miejsca,leżące siedzenia, toaleta,wifi( nie działało)  i nawet poczęstunek. Do tego działające telewizory, w których jeden za drugim lecą filmy z Dwayne Johnson'em, aż do znudzenia. No i to wszystko, łącznie z przejazdem 400 km kosztuje około 50 zł. Gorąco polecam. Klimatu przejazdowi dodają lokalne "przekupki", które na każdym przystanku wstawiają głowy do autobusu i zachęcają do zakupu kurczaka z gromkim okrzykiem "Pollos".



Sama droga, przez egzotyczny skądinąd kraj, jest również ciekawa. Najpierw doliną pniemy się w górę, następnie przemierzamy płaskowyż położony powyżej 4000 m npm, by powoli zjechać do początku doliny, w której położone jest miasto. HUARAZ, bo o nim mowa, pięknem nie zachwyca. jest to klasyczne miasto w budowie, o którym mówiłem, jednak ma w sobie coś szczególnego. O tym  napiszę później. Do miasta, położonego nota bene na 3100 m npm docieramy pod wieczór, kręcąc się w kółko i nie wiedząc, w którą stronę się udać. Znamy za to cel - hostel Caroline, o którym dobre opinie w sieci wyszukał Marcin.



Przy pomocy GPS przemierzamy miasto i docieramy na miejsce. Panuje przyjemna temperatura, świat w koło jest nam całkowicie nowy. Czujemy się dobrze. Trzeba uważać tylko, żeby nie zagapić się i nie skręcić przypadkiem nogi na krawężniku.



W hostelu witają nas przyjaźni właściciele - Paul i Anita i proponują niedrogi nocleg. Pokoje od 15 soli od osoby (zbiorowe bez łazienki), 20 soli zbiorowe z łazienką, ze śniadaniem w cenie. Choć jakoś sanitariatu i tych łazienek jest różna, czas pokazał, że zawsze kupowaliśmy te droższe, a właściciele hostelu zawsze szli nam na rękę. Dostawaliśmy pokoje na cztery osoby, nie przydzielali nam tam nieznajomych. Ponadto w hostelu spędziliśmy kilka nocy, a przez cały wyjazd zostawialiśmy tam część niezbędnego sprzętu. W mojej ocenie Caroline Lodging jest przyjazny m hostelem dla specyficznego grona odbiorców. Jeżeli liczycie na wysoką jakoś usługi, to trzeba szukać czegoś innego. Jeżeli zależy wam na klimacie i na tym, aby nie czuć się jak skarbonka z pieniędzmi to miejsce dla Was. My się z nim zaprzyjaźniliśmy. Niemniej jednak przy okazji trzeba wspomnieć o specyficznym obowiązku meldunkowym w Peru. Przy każdym noclegu musieliśmy wpisywać wszystkie swoje dane wraz z nr paszportów. To samo przy zakupie biletu autobusowego czy nawet biletu wstępu do parku narodowego. Paranoja, jednak nie byliśmy u siebie i trzeba było się przyzwyczaić. 
Pierwszego wieczoru w Huaraz nie próżnujemy. Zaraz po otrzymaniu kluczy od pokoju i złożeniu bagażu ruszamy w miasto. Szybko uświadamiamy sobie, że jest bardzo żywe, kolorowe i intrygujące. W szczególności jeżeli chodzi o ludzi. O czym dane nam było się przekonać niebawem, Huaraz jest stale aktywne. Od wczesnych godzin porannych do później nocy ludzie kręcą się w centrum, jak i na obrzeżach. Rano jest mniej tłoczno, ale odbywają się przeróżne obchody i uroczystości (w Huaraz impreza ciągle trwa, czy to państwowa, czy lokalna). Ludzie pracują do późnej nocy, nie wiadomo czy znając nawet czym jest prawo pracy. Przy tym, pomimo naszych początkowych obaw o bezpieczeństwo, szybko uświadamiamy sobie, że w mieście jest bezpiecznie, a ludzie przyjaźni. Przy tym nie mam wrażenia, iż patrzą na nas jak na ludzi z innej planety, ale zachowują się całkiem normalnie. No i najważniejsze, nie są natrętni, co jest charakterystyczne dla krajów arabskich czy azjatyckich. Ludzie robią wrażenie przyjacielskich, ale zdystansowanych. Pomogą, ale nie zawracają głowy i nie namawiają na siłę. No i nie traktują jak skarbonkę. Przynajmniej taka sytuacja panowała w Huaraz. Inne opinie słyszałem np o rejonie Mchu Picchu, ale to zapewne jest związane z przesytem turystów. 
Pomijając dygresję, podczas nocnej eskapady po Huaraz robimy my zakupy na dzień kolejny. Odwiedzamy lokalny supermarket oraz bazar. Cieszymy oczami wszystkimi wspaniałościami, nie ruszając póki co niczego z obawy o problemy żołądkowe.
Wieczorem zapoznajemy się z mieszkańcami hostelu. Większość z nich stanowią Francuzi, bo i właściciel Paul pochodzi z zachodu Europy. Integracyjne zapraszamy mieszkańców starego kontynentu na wspólne picie lokalnego trunku - Pisco, który kupujemy oczywiście prewencyjnie, jako panaceum przeciwko problemom żołądkowym. Pomimo wysokości kwalifikującej się już do choroby wysokościowej, każdy z nas czuje się dobrze.




23 czerwca 2017 roku

Rankiem zbieramy się niespiesznie, zajadając śniadanie przygotowane przez właścicieli hostelu.



Milutkie lokalne bułeczki z margaryną i dżemem kawa, herbata, a ponadto coś ekstra, jak omlet, koktajl, czy naleśnik . Podziwialiśmy również niesamowity widok rozpościerający się z dachu hostelu i przedstawiający panoramę całych Cordilliera Blanca. Widać zarówno charakterystyczne wierzchołki Vollunaraju, jak i masyw Huascaran. Pogoda zapowiadała się wspaniale. W ramach aklimatyzacji postanowiliśmy odwiedzić pobliską miejscowość Willkawain, gdzie znajdują się starożytne grobowce i przy okazji wdrapać do jeziora Ahuac - 4680 m npm.



Pierwszy raz mamy przy tym przyjemność spotkać się z lokalnymi busami. Ten środek transportu jest niezwykle popularny i tani. Przejazd do miejscowości kosztuje nas 1 sol, przy tym większym benefitem pozostaje możliwość bezpośredniego poznania miejscowych sposobów podróży. Busiki są małe, idealne do przewozu niskich osobników z okolicy. Przy tym płacimy za miejsce i plecaki trzeba trzymać na kolanach, albo płacić za dodatkowe miejsce.
Wyjeżdżając z Huaraz możemy przekonać się, że w mieście droga jest, a poza nim się kończy. Po wyjeździe poza zwartą zabudowę trafiamy na dziurawe szutrówki. Kilka kilometrów i ok. 500 m pod górę jedziemy około pół godziny. Na miejscu kupujemy bilety po 5 soli/osoba, zwiedzamy starożytne grobowce i jemy drugie śniadanie. Pogoda jest nieziemska, na niebie nie ma ani jednej chmurki.




Obejrzawszy dokładnie lokalne ruiny, z lekkimi plecaczkami wychodzimy do góry. Ścieżka jest oznaczona, szeroka i wyraźna. Początkowo wiedzie przez zarośla, by następnie powoli wspinać się na zbocze górskie. Otoczenie mogę określić jako rajskie, jesteśmy niezwykle zaciekawieni całym otoczeniem. Wszystko wkoło jest odmienne od standardów znanych nam z Europy, czy nawet Azji. Inne rośliny, drzewa, które rosną wokoło. Jedne wydzielają specyficzny zapach, inne posiadają ciekawie wyglądające kwiaty. Można by wprost spacerować i obserwować samo otoczenie.




Podchodząc wyżej napawamy się szersza perspektywą łańcuchu górskiego, która rozpościera się teraz przed nami. Droga szybko zmienia się w kamienne schody i wije slalomem wśród skał. Oddechy stają się cięższe, a wysokość daje we znaki. U mnie nastrój nie jest najgorszy, jednak chłopaki powoli zaczynają narzekać. Najgorzej wysokość wpłynęła na Janusza, który zazwyczaj aklimatyzuje się bardzo dobrze. Po kilkuset metrach w pionie wszyscy już jesteśmy zmęczeni, a nastroje się pogarszają. Uznajemy jednak, że chcemy się zaaklimatyzować i wejść nad jezioro. Po kilku postojach, grubo po południu udaje się osiągnąć zbiornik wodny położony wśród skał na wysokości 4680 m npm. Jezioro Ahuac jest niesamowicie pięknie ulokowane wśród skał, w oddali rozpościerają się góry, w tym rogaty, charakterystyczny wierzchołek Vollunaraju. Przy jeziorze wybudowano też schron.




Przewyższenie rzędu 1500 m npm względem noclegu z minuty na minutę wpływało na nas niekorzystnie. Początkowo zakładam, że przy jeziorku spędzimy trochę czasu, jednak na miejscu nikt już nie ma na to ochoty. Pierwszy ewakuuje się Janusz, następnie pozostali. Idziemy szybko w dół, a słońce powoli chyli się ku linii horyzontu. Mimo temperatury w Peru jest aktualnie zima, a słońce wschodzi po godzinie 6:00 i zachodzi około 18:00. Do miejscowości docieramy przed wieczorem i wsiadamy do busika. Teraz folklor jest jeszcze większy. Podróżujemy ze starszymi paniami ubranymi w charakterystyczne kolorowe ubrania i kapelusze. Wiozą ze sobą dosłownie wszystko, począwszy od worka ziemniaków po naręcze zieleniny kończąc. Rozmawiają również o nas. Przy okazji warto wspomnieć o możliwościach językowych naszego zespołu. Ja i Marcin o języku hiszpańskim nie mamy pojęcia. W rozmowach przoduje Janusz, który załatwia 80% spraw z lokalsami. Pozostałe 20% obrazuje możliwości językowe Janka, który choć zaprzecza, że rozumie język to jednak w drobnych sprawach potrafi się dogadać.



Busikiem docieramy z powrotem do Huaraz. Przed powrotem do hostelu zaopatrujemy się w markecie i na targu. Wieczór upływa na rozmowie i wspólnym gotowaniu. Przyrządzamy spaghetti.
Plan na jutro obmyślony - po zastanowieniu podejmujemy decyzję o aklimatyzowaniu się w dolinie Ishinki i podjęciu próby zdobycia dwóch 5 tysięczników.

Więcej zdjęć w GALERII


Ciąg dalszy nastąpi :)