Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Autostop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Autostop. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 stycznia 2013

Kobieta a autostop: Autostop z punktu widzenia kobiety.


Kobieta a autostop: Autostop z punktu widzenia kobiety.


Można się zgodzić lub nie, ale łapanie stopa  i podróż przedstawiają się trochę inaczej dla kobiety niż dla mężczyzny. Gorzej czy lepiej, trudniej czy łatwiej? Jak zawsze są plusy i minusy bycia tą piękniejszą… i słabszą zarazem.
Z pewnością dla dziewczyny czas oczekiwania na samochód będzie krótszy niż dla płci przeciwnej, ale za to w obcym samochodzie czujemy się mniej pewnie. Tego chyba tłumaczyć nie muszę. Przed wpakowaniem się do samochodu, koniecznie należy się przywitać, wypytać gdzie dany kierowca jedzie, nawet pokazać to miejsce na mapie. Robimy to nie tylko po to żeby było miło i zorientować się czy odpowiada nam kierunek jazdy, ale też po to aby zweryfikować z kim mamy do czynienia. Z reguły zabierający nas ludzie są super i sami jeździli na stopa. Aczkolwiek zdarzają się i bardziej „zakręceni” jak np. jadący na golasa czy z siedzeniem zawalonym puszkami po piwie.
 Jeżdżąc sama zawsze wybieram przednie siedzenie osobówki. Często wyjmuje telefon i wysyłam sms’a z numerem rejestracyjnym samochodu do wtajemniczonej osoby (nalepka w prawym dolnym rogu przedniej szyby) lub jakąkolwiek informację o moim płożeniu. Nie znam psychologicznych podstaw takiego działania, ale czuję się znacznie bezpieczniej, gdy ktoś wie gdzie jestem i dokąd zmierzam
Jadąc z przedstawicielem płci męskiej, pozwalam aby ten pełnił rolę „zabawiacza” kierowcy i sadowię się z tyłu. A tak serio - nie należy pchać się i nazrażać czy też kusić losu, poza tym w moim uznaniu wyglądałoby to co najmniej głupio. W tirze tym bardziej. Leżanka zawsze należy do mnie co jest dużym pozytywem przynależności do piękniejszej płci.
Ale drogie Panie, faceci jak nie prowadzą samochodu to zaraz usypiają(!) i o to my zostajemy same na polu bitwy :D Wniosek? Powinnyśmy zawsze posiadać w zanadrzu stworzony wcześniej słowniczek z podstawowymi zwrotami aby móc odpowiadać na zadawane pytania.
W czasie gdy Twój partner słodko chrapie kierowcy stają się dużo śmielsi  i nierzadko wykorzystują ten moment w mało pozytywny sposób. Jest to czas gdy musisz być szczególnie czujna i starać się nie dopuścić do sytuacji gdzie obydwoje śpicie.


Stop w Turcji.
Podroż po Turcji przebiega bardzo szybko. Samochody i tiry zatrzymują się jak nigdzie. Wiecznie uśmiechnięci Turcy są mili i uprzejmi. Normalnym jest, że chcą dzielić się jedzeniem i stawiać obiad, nawet gdy sami nie mogą jeść z powodu obowiązującego postu. Zawsze starają się pomóc tłumacząc gdzie jest odpowiednia droga lub za wszelką cenę chcąc zawieźć na dworzec autobusowy. Niemniej jednak jeśli chodzi o stosunek mężczyzn do płci żeńskiej - nie zawsze jest tak kolorowo. Nie żebym była stereotypowa ale Turcy mają wrodzoną „miłość” do europejskich kobiet. Podróżując w krótkich spodniach i dekoltowanej bluzce jedynie wzmagasz ich zainteresowanie - nie ma szans na uniknięcie ciekawskiego wzroku i dwuznacznych sytuacji. Przejeżdżając przez Turcje zobaczysz kobiety poubierane od stóp do głów, więc bezpiecznej wczuć się w ten klimat. Rada: lekkie i zwiewne lniane spodnie + t-shirt i szal.
Dobrym motywem jest zakup sztucznych obrączek (chyba że są już te prawdziwe). Koszt dwa złote i nie musimy tłumaczyć, tego kim dla siebie jesteśmy. Tak na marginesie pytaniem nie werbalnym o to czy jesteśmy rodzeństwem czy małżeństwem jest gest dłoni. Pocieranie dwóch wskazujących palców o siebie- rodzeństwo, gest nakładania na palec pierścionka- małżeństwo.
Stosowne ubranie i fakt posiadania „męża” może przyczynić się do uniknięcia nieprzyjemnych sytuacji.


Co zabrać?
W minimalizmie jestem chyba już ekspertką.  Aczkolwiek pewne małe, nie dla każdego oczywiste gadżety, często się przydają lub sprawiają radość. Np. gdy już wysiadamy z tego samochodu i chcemy podziękować za tysiące wspólnie przejechanych km warto coś zostawić na pamiątkę. Wersją light jest np. kartka pocztowa z Polski bądź breloczek/magnes. To samo tyczy się korzystania z Couchserfing’u. Może się też zdarzyć że zostaniesz zaproszony na nocleg przez swojego kierowcę.
Oprócz dużego plecaka przydaje się podręczna torebka/pas biodrowy- na mapę, na krem słoneczny, długopis i kartkę bo gdy nie możemy się dogadać to zawsze można narysować;)
Nieocenione są na wyjazdach do cieplejszych krajów wilgotne chusteczki - czasem jedyny sposób na odświeżenie.U mnie zastąpiły nawet rolę toniku do twarzy. Dla zmniejszenia objętości bagażu zminimalizowałam rozmiar szczoteczki do zębów poprzez odcięcie niepotrzebnej połówki ;) Sprawą niemal oczywistą jest współdzielenie kosmetyków z towarzyszem podróży.
Jeśli chodzi o „kuchnię” która jest podobno domeną Pań, to oprócz jedzeniatrochę po staroświecku zawsze biorę serwetkę na której można robić i układać kanapki. Gdy planujemy gotować w asortymencie jest też maleńka gąbka.


Aby podróż była przyjemna i upływała nam w miłej atmosferze warto przedyskutować wiele kwestii z partnerem jeszcze przed wyjazdem. A przede wszystkim trzymać szeroki uśmiech i nie bać się przygody!

Anita Gurbisz

niedziela, 20 stycznia 2013

Autostopem do Gruzji – poradnik, know how


Autostopem do Gruzji – poradnik, know how

Gruzja – niewielkie państwo w Kaukazie. Obszarowo zajmuje teren dwóch większych polski województw, a cała ludność liczy tyle, co aglomeracja potężniejszego europejskiego miasta.  Kiedyś jeszcze kojarzona jako część Rosji, czy miejsce zbyt niebezpieczne, aby tam jechać,  dzisiaj przyciąga.
Przyciąga jak magnes rzesze ludzi z całego świata. A jedną z nacji, która najbardziej upodobała sobie ten kaukaski kraj, jesteśmy my – Polacy.
Nie wiem, co dokładnie mówią statystyki , ale w ostatnim roku Gruzję odwiedziło z pewnością kilkaset tysięcy naszych rodaków.  Twierdzi się, że jesteśmy w pierwszej trójce, jeśli chodzi o odwiedzających ten kaukaski kraj.
Opcji pokonania prawie 3 tys km w linii prostej jest kilka. Najpopularniejszy samolot, rzadziej prom z Ukrainy, czy podróż samochodem – to opcje stosunkowo kosztowne.
Owszem, można czatować na okazyjne ceny biletów, jednak poniżej 1000zł w obie strony raczej trudno zejść.
W związku z coraz większą popularnością Gruzji,  dużo ludzi decyduje się  spędzić tam wakacje i nie dysponując zbyt wielkimi  funduszami, wybiera podróż autostopem. Stosunkowo często widzi się opisy tego typu wypraw  w sieci.

Tak właśnie postąpiłem i  ja, jako przykład gatunku studenckiego i postanowiłem przejechać tą trasę, po prostu opierając się o dobre serce obcych ludzi.
Nie będę tu mówił, że miałem jakoś trudno  od samego początku i że długo się przygotowywałem. Nie, nie, nie. Po pierwsze na wyjazd tego typu trzeba patrzeć  nie jak na wyprawę życia, przeznaczoną dla nielicznych,   ale sposób na zaoszczędzenie na transporcie, bądź środek do osiągnięcia celu. Celu jakiego nie bylibyśmy w stanie osiągnąć, w wypadku konieczności zapłacenia za transport.
Ja patrzyłem tak na perspektywę wyjazdu do Gruzji, gdyż rok przede mną wybrali się tam znajomi. Wcześniej byłbym przekonany, że to wyjazd na koniec świata, ale jeśli znajomy może, to ja co? Będę gorszy?  Poza tym  udzieli mi oni kilku wskazówek i oczywiście zmotywowali – czego i ja próbuję teraz.
O technicznych aspektach łapania stopa tu nie napisze. Piszą to inni, a może i ja to zrobię, ale w osobnym wątku.  W każdym razie, jeśli chodzi o towarzystwo, to wybrałem opcję optymalną.   Team – chłopak i dziewczyna spełnia właśnie tą rolę. Bezpieczeństwo większe niż przy dwóch przedstawicielkach płci pięknej, prawdopodobieństwo wzbudzenia  zaufania kierowcy niż przy dwóch facetach - także. 


 I Czas
Droga z Polski do Gruzji to prawie 3,3 tysiąca kilometrów, w zależności od doboru trasy. W żadnym razie nie powinniśmy się bać tej liczby.
Ile czasu zajmuje ?– to chyba  najpopularniejsze pytanie, które zadaje sobie każdy planujący taką podróż.  Oczywiście nie ma jednoznacznej odpowiedzi.  Liczby są różne, lecz zamykają się w przedziale 4-8 dni. Poniżej czterech dni chyba dojechać autostopem się nie da, a o podróży powyżej ośmiu nie słyszałem(no chyba że z balowaniem po drodze).  Na te rozbieżne dane trzeba patrzeć oczywiście z przymrużeniem oka.  Żądającym konkretnych informacji radzę przyjąć do obliczeń czas 7 dni. Chyba to będzie najodpowiedniejszym wyborem.
Poza osobistą organizacją wycieczki pozostaje oczywiście czynnik obiektywny i zasadniczy w tym rodzaju podróży – szczęście w łapaniu stopa. I trzeba przyjąć, że w końcu fortuna  dopisze. Tak będzie i już.  Zdarza się, że trzeba trochę postać. Mi nie zdarzyło się czekać więcej niż 3 godziny.  Jednak bywa również, że zmieniałem samochody w kilkuminutowych odstępach, bądź jeden kierowca wiózł mnie tysiąc i więcej kilometrów.  W podróży największy zastrzyk szczęścia zaaplikował mi Gruzin, który spotkany  na przejściu granicznym w Nadlac (Rumunia), zawiózł mnie do samego Tbilisi. Znajomy jechał z Węgier do Istambułu z jednym kierowcą itp.
Tak więc szczęście w łapaniu stopa w końcu musi nastąpić  i jeśli nie dziś, to jutro. Trzeba przyjąć ten fakt, jako zjawisko nieuchronne. I nie twierdzę, że ja się nie denerwuje, gdy stoję przy drodze na słońcu, gdy coś jest nie tak. Wręcz przeciwnie – jednak zakładam, że w końcu los zacznie sprzyjać.
Podsumowując, w moim przypadku droga autostopem do Gruzji  zajęła w jedną stronę 8 dni, a z powrotem 5.  Musze tu jednak sprostować, że jadąc do Gruzji spędziłem  popołudnie i wieczór w Budapeszcie, a ponad to dwa dni oczekiwałem w Turcji na Gruzina.  Gdyby nie liczyć tych postojów zostałoby niecałe 6 dni uczciwej jazdy :D.


II Trasa
Jak już wspomniałem drogę autostopem do Gruzji trzeba szacować  na około 3300km.  Nie chcę się sprzeczać, co do dystansu, bo nie jest mierzony od linijki, a tylko orientacyjnie. Może ktoś lubi planowanie, liczby i właśnie takiej informacji potrzebuję. Mi w każdym razie nie była ona potrzebna.
Piszę tu oczywiście o drodze standardowej , czyt. na południe - > na wschód.  Drogi przez Ukrainę i Rosję nawet nie brałem pod uwagę, gdyż jeszcze nie wiedziałem, że granica rosyjsko-gruzińska jest otwarta od lata 2011.. Generalnie jest ona możliwa i z pewnością będzie ciekawszą opcją, o której często się nie słyszy.  Można przypuszczać, że z drugiej strony wzrośnie poziom trudności przedsięwzięcia. Pomijając kwestię wizy przez Rosję, pozostaje sprawa niemożności  znalezienia właściwie jakichkolwiek porad w sieci.
Trasę na południe również możemy dzielić.  Z  pewnością w drodze do Gruzji  będziemy przejeżdżać przez takie państw jak :  Polska -> Słowacja -> Węgry ->……….  -> Bułgaria -> Turcja -> Gruzja.
Wykropkowane miejsce oznacza jedną zmienną na naszej mapie – możemy zapełnić ją nazwą Rumunii bądź Serbii.
Zanim wyjechałem w podróż autostopem do Gruzji, wspomniany znajomy, który był tam wcześniej doradził mi trasę przez Serbię.  Koniec końców, nigdy nie zdecydowałem się na tą drogę, ale decyzję w tym wypadku podjął bardziej los.  Jak to się odbyło, gwoli ścisłości z moje winy, można przeczytać w RELACJI  i takich nieporozumień unikać.
Wybrałem opcję numer dwa – Rumunię, a teraz chciałbym was także do niej przekonać.  Dlaczego? – zapytacie.
Jest ku temu kilka powodów:
1.       Serbia nie jest państwem UE i wiąże się z tym kontrola paszportowa już na tym etapie. Tak czy owak, w Turcji potrzebny nam paszport – powiedzą przeciwnicy. Ja stwierdzę, że to  dodatkowa strata czasu w kolejce.
2.       Przejazd przez kraj, gdzie mniejsze jest prawdopodobieństwo trafienia na tranzyt w interesującym nas kierunku (dlaczego? ->czytaj niżej).
Kolega, który wracał z Gruzji autostopem przez Serbię wspomina, iż przejazd przez ten kraj nie jest problematyczny, ale komplikacja zaczyna się w Bułgarii, gdyż odcinek granica – Sofia jest bardzo mało uczęszczany i trudno stamtąd się „wyrwać”
Jak wspomniałem – nakłaniam do wyboru drogi przez Rumunię, gdyż:

1.       Jedziemy cały czas terenem UE – poza komfortem psychicznym unikamy kolejek na przejściach.
2.       W okolicach Sibiu, ściągamy na siebie właściwie cały tranzyt z zachodniej i środkowej Europy, w kierunku  na Turcję.
3.       Obstawiamy wtedy trasę gruzińskich i tureckich tirów. Na Węgrzech dowiedziałem się, iż właśnie te nacje – w naszym wyjeździe najbardziej preferowane jako kierowcy, potrzebują do Serbii wizy i dlatego omijają ten kraj.


III Planowanie trasy – punkty kluczowe
Orientacyjne dane, jakie podałem powyżej powinny posłużyć nam na  planowanie trasy.   Najlepiej chyba przyjąć czas podróży na tydzień i zaplanować po drodze punkty kluczowe. Po jednym na każdy wieczór.  Zależnie od upodobań. Mogą to być duże miasta – przejścia graniczne lub stacje benzynowe – w zależności od upodobań noclegowych, o czym później.  W przypadku chęci można pobawić się jeszcze w jakieś punkty awaryjne, etc.  Ja przyjmuję, że 450km dziennie przejedziemy na pewno, a w razie kolizji będziemy improwizować.
Proponowana przeze mnie dokładna droga (z podziałem na dni) może wyglądać tak:
1.       PG(przejście graniczne)  Barwinek (Słowacja) -> Koszyce -> PG Tornyosnemeti (Węgry) -> Miszkolc -> Debrecyn -> PG Bors
2.       (Rumunia) Oradea -> Turda -> Alba Julia -> Sibiu
3.       Ploesti -> Bukareszt –> Giurgiu -> PG Russe
4.       (Bułgaria) Veliko Tarnovo -> Stara Zagora -> PG Edirne
5.       (Turcja) Edirne -> Istambuł ->  Bolu
6.       Ilgaz -> Merzifon -> Samsun
7.       Ordu -> Rize -> PG Sapr (Gruzja) - > Batumi
Co do trasy należy się kilka uwag. Nieprzypadkowo przez Turcję wiodą najdłuższe odcinki – nie boję się użyć stwierdzenia, że tam przejedziemy najwięcej.  
Nie bez powodu nie zatrzymujemy się także w Istambule. Każdy postój w mieście kosztuje stratę czasu, a w takim molochu  szczególnie.  Jest to jedna z aglomeracji całkowicie odpornych na ruch pieszych. Wjechać łatwo, jednak z wyjazdem może być gorzej, bo trzeba łapać stopa przy autostradzie.  Oczywiście, da się – jednak po co utrudniać sobie życie.
W powrotnej drodze do kraju ważnym punktem jest przejście turecko-bułgarskie w Edirne. Określiłbym je jako klucz do Europy.  Przejeżdża tamtędy i zatrzymuje się moc  ciężarówek. Jeśli trochę poczekamy i pogadamy z kierowcami to możemy zapewnić sobie daleki transport – nawet i do kraju.


IV Kierowcy – czyli gdzie „biorą najlepiej”
Po autostopowym wyjeździe do Gruzji, gdyby ktoś zadał mi pytanie gdzie najlepiej się „łapie” – odpowiedział bym bez zawahania – w Turcji.
Mimo iż przez wielu ten muzułmański kraj odbierany jest jako nieprzyjazny dla „giaurów” , to wcale nie jest prawdą. Osobiście byłem pełen stereotypów. Po tym co słyszy się w mediach, co mówi otoczenie i ludzie których najczęściej jedyną wspólną rzeczą z Turcją jest znoszony sweter, można mieć takie wrażenie ;).  Na przykład koleżanka zrezygnowała z wyjazdu, właśnie z tego powodu -  paplaniny otoczenia.
 Dla autostopowicza Turcja jest krajem bardzo przyjaznym. Drogi dobrej jakości, za koczowanie przy autostradzie nie biją, a kierowcy wprost zadziwiają życzliwością.  Byłem zaszokowany, gdy pod Istambułem, Tiry na autostradzie stawały jeden za drugim, żeby nas podwieźć. I z tych właśnie powodów, najprawdopodobniej Turcję przejedziemy najszybciej.
Gruzja –w drodze do stolicy trzeba pokonać prawie cały kraj.  Tu było wprost przeciwnie. O „autostopowaniu” w Gruzji słyszałem różne cuda.  Że co drugi kierowca się zatrzymuje, że powyżej 5 minut nie czekał nikt etc.  I właśnie chyba z tego powodu byłem zawiedziony. Owszem, tam autostopem jeździ się dobrze, ponadprzeciętnie niż w krajach europejskich, jednak nie można wychodzić z założenia Gruzinów – cudotwórców.  W miejscach mniej popularnych jest naprawdę dobrze, w turystycznych można postać i dłużej. No chyba że zapłacimy. Taksówek i marszrutek nie brakuje.
Autostop to popularny sposób transportu w Rumunii. Jeśli nie trafimy na dobrego Rumuna, to z pewnością na TIRa, który jedzie gdzieś tranzytem.  Trzeba jednak pamiętać, że w tym kraju tradycyjnie za stopa się płaci. Miejscowi płacą,  wiec czemu turysta ma dostać coś za darmo.
Państwo, które jeszcze wymienię to Bułgaria.  Tam autostopem jeździ się źle. Osobiście nie miałem szczęścia podróżować z Bułgarem, jednak znajomi zdecydowanie byli zniesmaczeni czasem spędzonym na lokalnych drogach.  Podobno z powodu napadów, tubylcy boją się zatrzymywać.
Pozostałe kraje, które zawarłem w opisie powyżej są  zbędne do dłuższego opisywania. Jak to cywilizowane państwa europejskie – każdy sobie i na litościwego kierowcę trzeba swoje odczekać.
Po prostu – standard.


V Orientacja w przestrzeni , co zabrać:
Na sam wyjazd oczywiście trzeba zabrać niezbędne rzeczy. Nie mówię tu o ubraniach, jedzeniu, czy innym wikcie, potrzebnym do przeżycia.  Można zastanawiać się mianowicie, co wziąć, aby prawidłowo orientować się w swoim położeniu.  Z miejsca mogę polecić GPS turystyczny. Małe, przydatne urządzenie, z pomocą dobrej mapy, na pewno będzie dla nas pomocne. Teoretycznie może służyć jako wyłączne narzędzie do określania naszego położenia. 
Praktycznie różnie z takimi urządzeniami bywa, a problem potocznie zwiemy „złośliwością rzeczy martwych”. Poza tym gadget nie jest tani i nie każdego stać (np. ja póki co nie mam własnego).
Niezawodnym sposobem zawsze pozostanie mapa. Nie należy tu oczywiście zbytnio przesadzać.  W swojej podróży, na dwie osoby posiadaliśmy:
1.       Wydruk trasy, naniesionej na Google maps,
2.       Dużą, poglądową mapę Europy, skala ok. 1:4500000
3.       Mapę drogową Turcji w skali 1:1000000
4.       Mapę poglądową Gruzji (z przewodnika na kartce A5) ;)
Myślę, że taki komplet będzie wystarczający. Osobiście, dysponując tymi mapami nie miałem żadnego problemu z orientacją.


VI Waluta dla wszystkich krajów
Kolejną kwestią, nasuwającą się potencjalnemu autostopowiczowi jest kwestia waluty.  Co wziąć, w jakich ilościach, gdzie dostać. To pytania którymi nie powinniśmy sobie zawracać głowy. Teoretycznie w każdym kraju obowiązuje inna waluta, która w większości  w Polsce jest trudno osiągalna. Kolega próbował kupić no i nie kupił.
Praktyka wygląda bardziej kolorowo. W państwach Unii możemy śmiało kupować w Euro, zaś Turcja i Gruzja to państwa jeszcze strefy dolarowej. Warto mieć parę zielonych świstków, bo „zielony” u nich ma duży prestiż.  W wielu miejscach w Turcji, np. stacje benzynowe, akceptowane jest także Euro. Już od granicy – wiza to koszt 15 Euro.
Ponad to jesteśmy w XXI wieku i bankomat czai się na przechodnia niemal za każdym rogiem.
Konkludując potrzebujemy kilkadziesiąt ojro, trochę  dolarów, a pozostałe pieniądze  na rachunku bankowym.


VII Komunikacja werbalna z kierowcami:
Wbrew temu co by się mogło wydawać, na południu i południowym wschodzie kontynentu można się dogadać.  Węgrzy i Rumuni w większości rozumieją po angielsku czy niemiecku przynajmniej w stopniu komunikatywnym. Może co innego na wsi, czy w górach, ale w mieście,  przy ruchliwej ulicy z pewnością nie będzie  problemów w porozumiewaniu.  W Gruzji i Bułgarii porozmawiamy za to po rosyjsku. W tym pierwszym kraju, jak to w byłej SRR, ten język jest podstawą komunikacji.  Około 80-90% ludności zna go przynajmniej w stopniu podstawowym.  Konsekwentnie przydaje się także umiejętność literowania w cyrlicy – tym alfabetem wypisane jest wiele nazw w Gruzji i wszystkie w Bułgarii (oznaczenia miejscowości są w także w alfabecie łacińskim).
Największą próżnią językową jest Turcja.  Typowy Turek, którego przyjdzie nam spotkać, szeroko uśmiechnięty, grubszy chłop z wąsem (to moja ikona Turka) poliglotą nie jest. To delikatne stwierdzenie – najczęściej mówi tylko w rodzimym języku, trochę po arabsku i tyle. Rosyjskiego nie znają tam w ogóle, angielski w stopniu znikomym. Często powołują się na język niemiecki, ale bywa że kojarzą tylko słowo „gut”.  No i oczywiście „problem”. To mówi  każdy – „kein problem”, „no problem” w odniesieniu do wszystkiego. 
Dlatego warto parę słów po turecku znać, bądź chociaż wypisać i mieć przy sobie w czasie podróży. Pozostałe zwroty nadrabiamy gestykulacją i „body language” J. Pewien  polski kierowca ciężarówki, spotkany  w Rumunii, na pytanie, czy rozumie lokalny język, odpowiedział – Oczywiście, tylko od mówienia ręce bolą. I tego się trzymajmy. J

VIII Bezpieczeństwo
Bezpieczeństwo  -  przy podróżach autostopem najczęściej podnoszony argument ich przeciwników.  Nie będę tu wypisywał żadnych cudów. Niejedno już napisano o bezpieczeństwie przy tym sposobie podróżowania. Nadmienię tylko, że wyprawa do Gruzji na pewno nie będzie bardziej niebezpieczna niż np. do Barcelony czy Mediolanu.  Zakazu podróżowania autostopem ustawodawstwo żadnego z państw, przez które jedziemy, nie przewiduje.
Już drugi raz z kolei dementuję strachliwe poglądy a propos Turcji. Kraj, jak każdy inny, można rzec –orientalny, a autostopem jeździ się znakomicie. Może jeszcze dwie dziewczyny mogłyby się czuć niepewnie, ale para – nie ma powodu do niepokoju.  No i oczywiście – kimkolwiek byliście w Polsce, na wyprawie jesteście mężem i żoną J.
Żeby uniknąć nieprzyjemności i tym samym czuć się bezpieczniej, proponuję pytać kierowców o koszt podwózki, albo od razu mówić „no Money”.  Ten zwrot rozumie każdy, a my mamy pewność, że machający na odczepne ręką nic od nas nie zażąda.  Jak wspomniałem, w Rumunii funkcjonuje płatny autostop, a w Gruzji w popularnych miejscach aż roi się od taksówek czy amatorów łatwego zarobku.  Bądźmy uważni.

IX Nocleg
Na wyjazdach tego typu jest to termin dość specyficzny. Niejeden wyga autostopowy uśmiechnie się, jeśli zapytamy go o nocleg. Sam się cieszę, na myśl, ile można by opowiadać o pomysłowości  wyszukiwania miejsca na nocny spoczynek.
Trzeba powiedzieć wprost – to jest autostop i wygód najprawdopodobniej nie będzie.   Możemy jednak podjąć starania, aby umilić sobie warunki podróżniczej egzystencji.





1.       Coachsurfing
Co to jest nie musze chyba wyjaśniać. Jeśli ktoś nie kojarzy, to czas najwyższy się zapoznać, zalogować i działać.  Opcję korzystania z surfowania po kanapach powinniśmy oprzeć o punkty kluczowe (czytaj wyżej). Ogólnie ona polega na tym, aby zapewnić sobie nocleg u mieszkańca jednego z miast na naszej trasie i dotrzeć tam w planowanym czasie. Osobiście korzystaliśmy z takiej opcji tylko raz, jadąc do Gruzji.  Mianowicie zatrzymaliśmy się w Budapeszcie.  Coachsurfing  oczywiście pochłania dużo czasu – tracimy go na samym zatrzymywaniu się w mieście, z którego prawdopodobnie będzie trudno wyjechać, dlatego opierać o nią każdy nocleg właściwie nie da rady. Według mnie najlepszym rozwiązaniem będzie obsadzić Coach’ami punkty kluczowe z zastrzeżeniem, że możemy się nie pojawić lub dotrzeć z opóźnieniem (zwykła kwestia dogadania).
2.       Hostele, schroniska etc.
Ta możliwość jest bardzo zbliżona do poprzedniej.  Zamawiamy noclegi w miastach – punktach kluczowych. Rezerwujemy tam, gdzie najtaniej i gdzie nie wymagają zapłaty zaliczki. Dotrzemy do miasta to przenocujemy, nie dojedziemy – trudno.  Największym minusem oczywiście jest odpłatność noclegów tego typu. Osobiście po drodze, aż do Tbilisi, nie korzystałem z płatnych noclegów. 
3.       Kreatywność
Gdy nie mamy Coacha ani zarezerwowanego hostelu musimy zacząć kombinować. Człowiek to istota, która zdolna jest przystosować się do skrajnych warunków. I  umiejętność asymilacji będziemy mogli wykorzystać. No dobra, bez żartów.  Poważnie - tą opcję wybierałem najczęściej.
Na wyjazd koniecznie zabieramy namiot.  Może się on przydać w razie niesprzyjającej pogody, chroni przed insektami i daje odrobinę prywatności.  Miejsce na namiot znajdzie się właściwie wszędzie, osobiście zazwyczaj staram się rozbić go tak, aby za bardzo nie rzucał, się w oczy.  
Nie zawsze jednak będzie sposobność  z tego schronienia  skorzystać.  Czasami uda się nam i kierowca ciężarówki udostępni jedno z leżących miejsc.  Przede wszystkim jednak musimy zdać się na własną kreatywność i szukać odpowiednich punktów.  Przykłady można mnożyć. Jednym z ciekawszych moich dzikich noclegów była na przykład budka ratowników, na plaży w Batumi. 

Tu doszedłem do końca teksu. Poradnik jest pisany na szybko i za ewentualne błędy przepraszam. Opiera się on o rzeczywiste doświadczenia moje i moich znajomych, którzy ta trasę przejechali. Miedzy innymi dziękuję Anicie i Januszowi za swoje wskazówki. Jak wspomniałem, głównym celem tekstu jest zachęta i chęć przekazania swoich skromnych doświadczeń.  Myślę, że może przydać się, komuś planującemu wyjazd autostopem do Gruzji, ułatwić realizację tego przedsięwzięcia lub zmotywować. Gdyby tą rolę spełnił – byłbym bardzo zadowolony. 

Zainteresowanych odsyłam do RELACJI z mojego autostopowego wyjazdu do Gruzji.

Szerokiej drogi J
Pozdrawiam
Tomasz Duda


czwartek, 8 listopada 2012

Beskid Niski, a złota polska jesień 19-23.10.2012


Gdy w piątek, 19 października o 8:15,  uderzony gwałtownym skowytem budzika, zwlekłem się z łóżka nie wiedziałem, co mam z sobą począć w ten weekend. Pewne było tylko jedno lecz najważniejsze – pogoda.  Pokrótce na niebie ani jednej chmurki, piętnaście stopni Celsjusza i prognozy czterech kolejnych dni - warunków,  o których można sobie pomarzyć.
Opcji było kilka – mniejsza o to jakich, w każdym razie jak to bywa z przywilejem wyboru – pojawił się On – dylemat.  Problem, którego nie mogłem rozstrzygnąć dłuższy czas, łażąc po mieszkaniu z kąta w kąt. Po którejś z kolei rundce wymyśliłem – najpierw spakuje plecak , a potem już się rozstrzygnie. No i załadowałem w „tobołek” same niezbędne rzeczy, założyłem sofshella na plecy i treki na nogi, po czym udałem się na drogę wylotową  z Lublina.
Wtedy jeszcze nie byłem przekonany do celu mojej podróży, znałem jedynie kierunek – południe i punkt pośredni - Lipinki.  No i pochwycony przez szpony pięknej pogody (gdy pisze ten teks na zewnątrz leje od rana) wiedziałem, że tego weekendu w domu nie „zagrzeję”.  W tym celu zrobiłem to, co każdy szanujący się student na moim miejscu powinien zrobić – zacząłem łapać stopa. 
Wielu chętnych do zaoferowania miejsca początkowo nie miałem, a nawet chłodnawo się zrobiło przez chwilę jednak, tylko na moment.
O, tak, już jest. Podjeżdża i zatrzymuje się parę metrów za mną, w zatoczce autobusowej.  Podbiegam, otwieram drzwi Ibizy i pytam- Gdzie? - Dukla  – Super – i już  jadę.
Tym samym zapewniam sobie przejażdżkę do Krosna w towarzystwie bardzo pozytywnej dziewczyny, której imienia niestety już nie pamiętam.  A podróż to była bardzo widowiskowa. Dla człowieka zwykle (ostatnimi laty)  spędzającego złotą, polską jesień w mieście, stanowiło to coś zupełnie innego. Gdy za Rzeszowem teren stał się bardziej pagórkowaty, naprawdę było na co popatrzeć . Odcienie czerwieni, żółci i zieleni połyskiwały w pełnym słońcu,  na mijanych stokach.  Gdy zbliżaliśmy się do Krosna, naszym oczom  ukazało się całe miasto jak na dłoni, promieniujące czerwienią zachodzącego słońca.  Ten obrazek napełnił mnie dobrym samopoczuciem na resztę dnia.  Z tego powodu nawet nie poczułem zniechęcenia, gdy po prawie godzinie oczekiwania pod Krosnem, z tłumu przejeżdżających ludzi nikt nie chciał mnie zabrać.  Wkrótce jednak sytuacja miała się poprawić. Znalazł się w końcu chłopak , który przewiózł mnie przez całe miasto, a na „wylocie”,  po kwadransie wsiadłem do samochodu, którym dane mi było, mijając po drodze Jasło, dotrzeć do Libuszy. Tam już przyjechała po mnie Anita i w ciągu pół godziny piłem pyszną kawę w jej towarzystwie.
Wieczór upłynął na ustalaniu koncepcji dnia następnego. Ostatecznie postanowiliśmy, że uderzymy ambitnie, w Tatry Zachodnie.  Tak było do 6 rano. Kiedy zadzwonił budzik, koło ucha zaświeciła mi się lampka i odkryłem, że przecież lepiej wyspać się i pochodzić po miejscowych ostępach  Beskidu Niskiego.  I tak właśnie uczyniliśmy.

 Przed południem leniwie powlekliśmy się w stronę znajomego przystanku autobusowego w Rozdzielu.  Ledwie plecaki zostały położone na chodniku, gdy już załapaliśmy podwózkę do Nowego  Żmigrodu. I stamtąd właśnie prowadziła nasza trasa. Początkowo podążając szlakiem zielonym, powoli opuściliśmy zabudowania i zagłębialiśmy się w teren.  Już kilkadziesiąt metrów za linią lasu przyroda osaczyła nas ogromem swego piękna.













 Szybko wyciągnęliśmy aparaty i zaczęło się polowanie.  Po złowieniu paru ujęć można było kontynuować marsz. 










Wkrótce wyszliśmy na niewysoki, ale odsłonięty grzbiet, z którego rozciągał  się widok  głównego masywu Magurskiego Parku Narodowego. A było na co popatrzeć. Na niebie żadnej chmurki,  przed nami rozciąga się wioska w dolinie, a za nią wyrastają zalesione grzbiety, w całej krasie złotej, polskiej jesieni.


W kolejnych godzinach przyszło nam wędrować szlakiem żółtym. 

Po drodze minęliśmy Mrukową , podeszliśmy na lesisty grzbiet Magurskiego Parku Narodowego kierując swe kroki w stronę Krempnej.   W miejscowości znaleźliśmy się już w nocy. Noclegu jeszcze nie zaplanowaliśmy, ale po drodze dopisało nam szczęście. Przechodząc obok sklepu zauważyliśmy znajome twarze. Tyła to lubelska brać i jednocześnie uczestnicy rajdu SKPB z Lublina, który ześrodkował się w miejscowej szkole.  Pozostała już tylko formalność zapytania o możliwość noclegu, zapłata symbolicznych 8zł i możemy rozłożyć szkolny materacyk w sali nr X.  











Po jedzeniu organizatorzy zapewniają ognisko. Mimo wieczornego chłodu, wokół  płomienia siedzi się bardzo przyjemnie. Grzane wino, krążące  flaszki lubelskiej i można zapomnieć o bożym świecie.  Ja na przykład zapomniałem :D.








O 8 rano, budzi mnie telefon, przezornie ustawiony jeszcze wczesnym wieczorem.  Jak to po dobrej nocy, głowa boli solidnie, ale wyjść trzeba. Zaplanowaliśmy na dziś długą trasę. Pakuję się, uświadamiany przez Anitę o wydarzeniach wczorajszego wieczoru. Śniadania nie przyjmuję, wychodzimy. Wokół nas rześki poranek i piękna pogoda.  Wolnym krokiem zmierzamy w stronę granicy, przez szczyt Wysokie. Jakkolwiek wysoki on nie jest jednak daje dobry pogląd na okolicę i naszą dalszą drogę.












Nie tracąc czasu na długą kontemplację  widnokręgu, schodzimy w stronę Ożennej. 












Szlak początkowo wiedzie przez wspaniały, stary las i ścieżki, gęsto usłane brązowymi, opadłymi liśćmi. Już trochę nam to spowszedniało, jednak dla każdego śmiertelnika byłoby tu przepięknie.  
















Ożenną mijamy asfaltem i po małych zakupach,  ta niewdzięczna nawierzchnia wiedzie nas aż do granicy. Tam zagłębiamy się w las i dalej podążamy za biało-czerwonymi słupkami.  








Tym szlakiem zmierzamy aż do przejścia w Koniecznej, gdzie docieramy niedługo przed zmierzchem. Dla odmiany decydujemy się iść dalej  szlakiem granicznym– gdzie oczy poniosą. Na dziś także nie zaplanowaliśmy noclegu, gdzie przydreptamy, tam się rozłożymy. Więc podreptaliśmy przez grzbiety i szczyty, aż zrobiło się ciemno. Na Regietowskiej przełęczy byliśmy w okolicach dziewiętnastej, jednak zapadła decyzja, aby przejść się jeszcze dalej. Po krótkiej przerwie na posiłek w nowej wiacie, wybraliśmy się więc w dalszą drogę.
 Gdy już ścieżka stawała się monotonna, Beskid nie pozwolił nam się nudzić. W pewnym monecie, w odległości około dwudziestu metrów od szlaku zobaczyłem w świetle czołówki dwie pary ślepi, rozstawionych na ok. 15-20cm od siebie i bacznie się nam przyglądających. Co to mogło być – nie wiem, my jednak przyspieszyliśmy tylko kroku, teraz już co chwile rozglądając się za siebie. Kolejną graniczną przełęcz osiągnęliśmy już po dwudziestej pierwszej. W ciągu marszu ustaliliśmy, że zanocujemy w tutejszej wiacie. Gdy okazała się ona właściwie dachem, na czterech balach bez żadnej ściany, zrezygnowaliśmy i kroki swe skierowaliśmy na północ – do Blechnarki.

W wiosce, której zabudowę stanowiło kilka domów wzdłuż drogi, jakoś po omacku znaleźliśmy pewna cerkiew. Jakże to było pożyteczne znalezisko w naszej obecnej sytuacji.  Budowla o dziwo murowana, okazała się mieć dziwny, drewniany przedsionek z poddaszem.  Pierwszą myślą było rozłożenie się gdzieś obok, jednak po chwili ujrzałem drogę do wnętrza. Wejście w dachu nad naszymi głowami prowadziło na niskie poddasze.  Do miejsca naszego noclegu. Po uprzątnięciu jako takim miejsca przez Anitę, wgramoliliśmy się tam i zaczęliśmy przygotowywać legowisko. Co prawda nie zabraliśmy namiotu , za to w posiadaniu naszym znalazła się jedna alumata i dwa śpiwory (w tym mój S15). Dodam że na zewnątrz było już niewiele powyżej zera.  Ostatecznie wielka improwizacja i folia NRC poskutkowały zmajstrowaniem super posłania i całkiem przyzwoitym przespaniem nocy.

Widzisz nogi?? :)
Nie ukrywam, że z tego noclegu byłem od rana bardzo zadowolony, a kolejny dzień pięknej aury tylko mi w tym dopingował.  Po zjedzeniu okruchów z plecaka, szczęśliwi i lżejsi o całe jedzenie, podreptaliśmy do Wysowej Zdrój. 









Tam oczywiście nawiedziliśmy upragniony sklep, po czym udaliśmy się w stronę Koziego Żebra. Mimo iż podejście w sporej części odbywało się asfaltem lub chodnikiem, warto było tam się pofatygować. Zła i utwardzona nawierzchnia  wreszcie się skończyła , my zaś zagłębiliśmy się w las.  







A ten przywitał nas kolejną dawką rudawego brązu w kilkudziesięciu odcieniach, migoczących wesoło w promieniach słońca. W liściach brodziło się po kostki lecz nie był to marsz męczący. Temperatura dotrzymała pola aurze i ubrani na sposób, nie zdradzający października, sami nie spostrzegliśmy, kiedy znaleźliśmy się na szczycie Koziego Żebra.  



Tam zrobiliśmy postój na szybki posiłek i po kilkunastu minutach ruszyliśmy dalej wąskim grzbietem.
Dalsza droga, biegnąc na północ, przecinała w poprzek małe pasma i wioski.  W kolejnych godzinach minęliśmy Skwirtne i Małastów, po czym skierowaliśmy nasze kroki szlakiem prowadzącym na Magurę Małastowską.  Z mapy wynikało, że podchodzimy, jednak najmniejszego zmęczenia się nie czuło.  













Słońce, choć już wiszące nisko, pogrzało nas jeszcze trochę podczas ostatniego przystanku z szerokim widokiem na południe. Ciągle było pięknie, jednak nieliczne cirrusy mogły budzić obawy.  Zignorowaliśmy je i ruszając w dalszą drogę  gęstym lasem. Jedynym mankamentem szlaku  był  na tym etapie stan nawierzchni. Ze śladów można było wywnioskować, że przed nami przechodził tędy tabun koni, zapewne z turystami na grzbietach i zdewastował trochę ścieżkę.  Ta zaś miała po kilkudziesięciu minutach ustąpić początkowo drodze szutrowej, by  po chwili dołączyć do normalnej drogi asfaltowej. 

Do schroniska na Magurze Małastowskiej dotarliśmy w okolicach siedemnastej.  Budyneczek widziałem pierwszy raz w życiu i od razu zrobił na mnie dobre wrażenie. Do środka weszliśmy tylko na chwilę, by nasycić ciekawość widokiem klimatycznej jadalni. Niestety nie zatrzymujemy się tu na noc, a tylko na „małe co nieco”. W jedzeniu towarzyszy nam lokalny kot , który za śmiałość zostaje obdarzony szynką z puszki.  My natomiast zbieramy się do pobliskiej drogi. Znowu szczęście i pierwszy zatrzymywany pojazd gabarytów niewielkich, podwozi nas do Gorlic. Stamtąd busem docieramy na kolejny punk pośredni – Lipinki.


Ostatni dzień, czyli wtorek stanowi dla odmiany mało przyjemny epilog.  Budząc się przed 8 rano, odkrywam, że mgła za oknem raczej nie odsłoni niebieskiego nieba jak co dzień, a nawet za nią czyha gruba warstwa chmur.  Pogoda spieprzyła się i to definitywnie.  Mżawka nie pomagała złapać „stopa”, a z wczorajszej temperatury dwudziestu, zostało dziś marne pięć stopni. 
Droga z Libuszy do Lublina zajęła cały dzień.  Najczęściej pech nie jest samotnikiem i właśnie wtedy mi to udowodnił. Dopiero o dziewiętnastej, po siedmiu przesiadkach dotarłem na mieszkanie. Powrót zajął dziesięć godzin włóczęgi po kraju.
Słowem podsumowania trafiła mi się pogoda, jak ślepej kurze ziarno. Cztery dni letniej temperatury i bezchmurnego nieba. Udało się przejść spory kawałek, a i dobrze pobawić się, czy napatrzeć na kolory jesieni, których jeszcze w tej postaci nie widywałem. Wszystko nie może być idealne i przyszło wracać w nieciekawej aurze, ale zdecydowanie nie wpłynęło to na poziom satysfakcji z wyjazdu, która pozostała na bardzo wysokim poziomie. 


środa, 31 października 2012

Alpy Bawarskie zamiast Blanca, czyli z deszczu pod rynnę (22-28.08.2012)


Alpy Bawarskie zamiast Blanca, czyli z deszczu pod rynnę (22-28.08.2012)

Tytuł, o jaki się pokusiłem w zasadzie opisuje w skrócie fabułę całej wycieczki.  Wyjazd na Blanca, bo to było w planach,  miał się odbyć od razu po powrocie z Gruzji. No i tak też się stało. 
Z Kaukazu wracaliśmy na złamanie karku, byle szybciej, a i w Polsce nie udało się zagrzać miejsca.  Szczerze mówiąc goniło mnie nic innego, jak „kampania wrześniowa”, której perspektywa musiała w końcu usadzić moje cztery litery nad książkami. Nawet nie kwapiłem się wracać do domu – u Anity nastąpiło szybkie przepakowanie, zakupy i 22ego sierpnia, po niespełna dwóch dniach przerwy , staliśmy przy drodze (już nie pamiętam, gdzie to było dokładnie) z zamiarem złapania „okazji” do Krakowa. 
Przyznam, że po miesiącu korzystania z dobrodziejstw tego środka transportu, już mieliśmy go serdecznie dość, ale kwestie finansowe i w tym przypadku zwyciężyły.  Tym samym morale zbyt wysokie nie było, ale przyjęcie teorii „jakoś to będzie”  jak zwykle poskutkowało i sprowokowało nas do działania.
Jakże byliśmy zadowoleni, gdy do Krakowa dostaliśmy się bez problemów, po niespełna paru minutach oczekiwania i dwóch godzinach jazdy.  Tam wysiedliśmy na autostradzie. Tak, na autostradzie – no bo przecież na Węgrzech łapaliśmy na autostradzie, w Turcji także i jakoś nie było żadnych problemów. Jednak tym razem miało stać się inaczej. Po kwadransie oczekiwania przyjechała policja. Panowie byli bardzo mili, ciekawie się z nimi rozmawiało i okazało się, że nie jesteśmy jedynymi autostopowiczami w ciągu ostatnich dni.  Poza tym -  podwieziono nas na parking przy autostradzie w przyjemnej atmosferze  lecz za taką  „taksówkę” musieliśmy wzbogacić  Skarb Państwa kwotą  50 zł od osoby. To tak na dobry początek. 
Po kilkudziesięciu minutach oczekiwania, kolejny kierowca dostawczaka wiózł nas w kierunku Katowic. 

 Niestety, mimo iż tłumaczyliśmy, że potrzebujmy zatrzymać się na stacji przy A4 i powtarzaliśmy to parokrotnie, gość przytakując wwiózł nas do miasta. Tym samym musieliśmy trochę pokombinować , aby dostać się na wjazd na autostradę. Po jakimś czasie owszem udało się – jednak miejsce naszego  kolejnego, ponad godzinnego postoju było fatalne – ruch  ,godziny  szczytu, a w koło wielu autostopowiczów.  Gros co prawda kierował się na Austrię, jednak konkurencja na tym marnym skrawku przestrzeni była wielce niepożądana. W tysiącach musiałbym liczyć przejeżdżające samochody,  tworzące taki zgiełk, że głowa bolała. Tym razem  jednak upór nam się opłacił . Wreszcie zatrzymał się pierwszy samochód i na szczęście jechał aż do Zgorzelca. Kierowca, jak się okazało, sam podróżował na „zachód” autostopem, toteż świadomie wysadził nas na dużym i ruchliwym parkingu „Żarska Wieś”. Było już po dwudziestej i  instynktownie zacząłem rozglądać się za wyjściem z ogrodzenia, i miejscem na ewentualny biwak, gdyby próby wyrwania się stąd dziś nie powiodły się.  Jakież było moje zdziwienie, gdy podczas ustawiania plecków przy drodze zatrzymał się nam kolejny dobroczyńca. Z nim już po nocy kontynuowaliśmy podróż przez Niemcy.  Kierowca korzystał z dobrodziejstwa nieograniczonej prędkości na autostradzie, więc w parę godzin przejechaliśmy ładny kawałek. Drezno, Chemnitz, Hof, aż naszym przystankiem okazał się Parking Frankenwald. Tu dotarliśmy około północy i po szybkim jedzeniu zaczęliśmy rozglądać za noclegiem. Przechodzić nad ogrodzeniem już nie mieliśmy zamiaru, toteż położyliśmy się w najlepszy możliwy sposób – pod krzaczkiem.

W nocy okazało się, że w Niemczech nie jest tak ciepło, jak sądziliśmy i że samochody jeżdżą tu w dużej ilości przez całą dobę. Po kilku, jako tako przespanych godzinach, obudził nas zimny poranek i pan sprzątający teren parkingu (który w naszą obecność w żaden sposób nie ingerował).  Przecierając oczy i poziewując  co chwila, po zjedzeniu śniadania, przeszliśmy się na wyjazd z parkingu.
Tego ostatniego nie zamierzaliśmy opuszczać. Funkcja prewencyjna wczorajszego mandatu odniosła na mojej osobie spektakularny sukces i dziś, ani w dniach kolejnych nie zamierzałem wspierać finansowo Republiki Niemiec.  50zł przy darmowym transporcie, to cena którą można liczyć w koszty, ale 50 euro to już nie bardzo.  A policja po samym parkingu jeździła nader często. Co więcej, w ciągu godziny dwa razy musieliśmy okazywać dowody  osobiste Politzmaistrom  mundurowym i w cywilnych ubrankach. Nikt także nie kwapił się nas zabrać i dopiero po dwóch godzinach łaskawa okazała się kobieta, choć dziwnie dla mnie wyglądająca (ja tam tych ruchów emancypacyjnych i „wyzwoleńczych” nigdy nie rozumiałem :P ). Z nią , koło południa dojechaliśmy na autohof pod Norymbergą i pokrótce… tam utknęliśmy.

Początkowo nic nie zapowiadało, jak ma skończyć się dzisiejszy, piękny i słoneczny dzień. Nikt się nie zatrzymuje, bądź jedzie tylko „lokalnie” – nic dziwnego w tej okolicy. Mija, godzina, druga, trzecia. Zdarzają się dwa razy kierowcy jadący na Berlin, ale na Karlsruhe czy Basel –nic….








Gdzieś po czwartej godzinie, pobijając niechlubny rekord czekania na stopa i skwiercząc już prawie od słońca,  postanowiliśmy jechać na Monachium, byle dalej i szybciej.  Mimo tego nie zatrzymał się nikt zmierzający w tamtym kierunku.  Po dziewiętnastej  wieczorem  poszedłem poszukać miejsca na rozbicie namiotu i gdy takowe znalazłem, dałem nam i „naszej” już stacji jeszcze pół godziny.
I tu nastąpił przełom. Nie, nie, nie – nikt nie zawiózł nas na Blanca, czy nawet gdziekolwiek dalej w stronę celu.  

Nasze czekanie zaciekawiło grupę młodych Niemców, którzy postanowili zaprosić nas do domu. Z grzeczności nie mogliśmy odmówić i tym samym zapewniliśmy sobie nocleg w okolicach Frankenjury.
Nastroje, nieco podłatane perspektywą dachu nad głową, były ogólnie tragiczne (przynajmniej mój).  Jak już wspomniałem, po miesiącu szlajania się po świecie, spędzenie pół dnia na oczekiwaniu było raczej dobijająco-pogrążające. Poza tym wyśrubowany czasowo plan  runął jak domek z kart i podsumowując nie wiedzieliśmy co robić.
Z opresji wybawił nas jeden z Niemców ( jak się okazało właściwie Polak, nie mieszkający w kraju od dwudziestu lat) , który kolejnego dnia wybierał się z e swoją dziewczyną w Alpy austriackie.  W tym wypadku żal byłoby nie  skorzystać z toteż docelowy Blanc został zmodyfikowany na najwyższy szczyt Niemiec -  Zugspitze (2963m npm).
Tym samym,  późnym już rankiem zapakowaliśmy graty do starego Passata i udaliśmy się na południe. Pogoda nie zapowiadała się dobrze.  Podczas wczorajszego wyczekiwania słońce paliło niemiłosiernie, zaś dziś – dzień przywitał nas zachmurzonym niebem i mżawką.  Prognozy także były na „nie” – najbliższe dwa dni deszcze i burze – i trzeba było im zawierzyć…..

Tymczasem nieświadomi niczego zmierzaliśmy w stronę granicy austraickiej. W Garmisch-Partenkirchen opuściliśmy już samochód i wymieniliśmy kontakty z Niemcami.
Z racji tego ,że w maju ubiegłego roku Anita na Zugspitze była i drogę normalna określała jako nudną, postanowiliśmy, że spróbujemy wejść ferratą od strony doliny Hollentall. Tym samym po krótkiej posiadówce w centrum miasteczka zaczęliśmy rozglądać się za informacjami i brakującym sprzętem typu lonża.
Pierwsze znaleźliśmy bardzo łatwo – w wybajerzonym centrum informacji turystycznej – razem z wydrukiem opisu dróg i mapą. 

Lonżę zaś początkowo chcieliśmy pożyczyć, jednak po zetknięciu z ceną dwudziestu euro za dwa dni, znaleźliśmy sklep i kupiliśmy takowe w cenach promocyjnych (okazyjnie nawet w stosunku do cen polskich).












Tym samym bardzo uradowani z nowego nabytku, udaliśmy się w stronę pola namiotowego w miejscowości Grainau. W drodze nawet nie niepokoiła nas gwałtowna burza – deszcz pukał w szyby autobusu miejskiego, którym staliśmy. Nawałnica ustała wkrótce równie szybko, jak się pojawiła, a nam przyszło zmierzyć się z rzeczywistością.  Pole namiotowe, które wedle informacji turystycznej kosztować miało pięć euro, po dodaniu wszystkich opłat, jakie można było doliczyć, wyszło nieco drożej. W sumie stanowiło wielokrotność tego ile miało być – ponad jedenaście euro od osoby.

Złorzecząc na „zachodnie ceny”, nam pozostało „rozbić się”  i delektować widokami widocznego w oddali  masywu Zugspitze. Tego wieczoru pogoda nie sprawiała wrażenia katastrofalnej – co więcej rokowała jakoś na dzień jutrzejszy.  Mimo wszystko postanowiłem być przezorny i ulokować nasz namiot na minimalnym wyniesieniu terenu – jak się okazało słusznie – bo w najbliższych dniach całe nasze sąsiedztwo położone niżej musiało się ewakuować.
Po wypakowaniu plecaków korzystamy ze wszystkich dobrodziejstw pola namiotowego. Jest gdzie się umyć , usiąść i zjeść – czyli wszystko jest.  Przegryzając jakieś kanapki obmyślam plan na dzień kolejny. Ma być ambitnie. Wstajemy o trzeciej w nocy i atakujemy. Do góry według prognoz osiem godzin marszu, więc damy radę.  Przepakowujemy się – raki czekany, i inne niepotrzebne rzeczy zostawiamy w namiocie. Następnie kładziemy się spać.

Pech i zrządzenie losu jednak chciało, że pogoda drastycznie miała się zepsuć.  Po kilku godzinach snu razem z dźwiękiem budzika obudził nas odgłos mocnego deszczu uderzającego o tropik namiotu. Decyzja – czekamy, dzwonek nastawiony na godzinę później.  I tak miało lać aż do piątej. Wtedy wreszcie mogliśmy wyleźć z namiotu i udać się na śniadanie.  Po jedzeniu zaczęło lać znowu.  Czekamy i drzemiemy. Około siódmej łaskawie po raz kolejny raczyło przestać i wreszcie mogliśmy wyjść.
Spiesznie mijaliśmy zabudowania Grainau,  widząc w oddali skalne ściany, w mniejszym bądź większym stopniu spowite mgłą. Nie wróżyło to nic dobrego, nadzieja jak to ma w zwyczaju, oszukała swoje głupie dzieci.  Po kilkudziesięciu minutach zaczęło znowu siąpić, by systematycznie deszczyk mógł przejść w ulewę. 

 Nie cofniemy się już,  toteż wraz z innymi deutsche sonntag touristen pokonujemy kolejne metry szerokim szlakiem.



















Po jakimś czasie naszym oczom ukazuje się skalna ściana stanowiąca wejście do górnej części doliny. Wiele nie widać, jednak to, co przychodzi nam podziwiać jest naprawdę imponujące. Skały wyrastające przed nami i zakończone gdzieś w chmurach robią ogromne wrażenie . Z kontemplacji wspaniałego otoczenia wyrywa nas jednak dalszy przebieg ścieżki.  













Po chwili zaczynają się betonowe schodki do góry. Ta droga trwa kilkanaście minut i prowadzi do schroniska Hollentalklamm Eingangs Hutte.  Tam też chowamy się przed deszczem.  Wejście przez Hollentallklamm  dalej to koszt czterech euro (Alpenverein jedno euro), nic dziwnego, że  postanawiamy obejść go za darmo.















 Nad schroniskiem prowadzi czerwony szlak, z którego korzystamy, zaraz po ustaniu opadów.  Tym wariantem możemy kontynuować naszą wycieczkę i podeschnąć trochę od zewnątrz, czy jak kto woli, w membranach przemoknąć od środka.  Po drodze mamy okazję widzieć pod nami sylwetki turystów, którzy zapłacili za przywilej kroczenia wąwozem. Musze przyznać, że z góry sprawiało to wrażenie dobrze ulokowanego grosiwa.












Opóźnieni deszczem, do drugiego schroniska Hollentalanger Hutte docieramy dopiero w okolicach jedenastej . Sam budynek wygląda bardzo interesująco – dla mnie nieobytego  w tych lokalnych budowlach wprost ikoniczny – jakby z obrazka.  W czasie zasłużonego posiłku obmyślamy, co właściwie dalej robić. 






Nadchodzą chmury burzowe, na Zugspitze już za późno, na Alpinspitze także. Trzeba wracać.  Tylko może nie tą samą drogą. Oczywiście, postanawiamy podejść przez przełęcz pod Schwarzenkopf , nastepnie kierować się na schronisko Kreuzetzhaus i do Garmisch.  W pierwszych minutach  idzie się przyjemnie,  jednak ciemniejące wokoło niebo nie wróży nic dobrego.  Wkrótce odgłos grzmotu wywołuje u mnie serię przekleństw i przyspieszenie kroku. 












Na przełęczy już solidnie leje. Teraz wchodzimy na opadający płaskowyż. Ulewa stopniowo przechodzi w kapuśniak, a z czasem ustaje zupełnie.  W schronisku Kreuzetzhaus jakoś nie mogą nam udzielić wskazówek do przebiegu szlaku, który mamy na mapie, wybieramy więc szutrową i długa drogę „bitą” na dół.  Raczej pesymistycznie nastawiam się na to monotonne klepanie do Garmisch. W tym momencie zza naszych placów wyjeżdża jakaś terenówka.  Szybka myśl – machamy/odpuszczamy?  Odpuszczamy. Terenówka zatrzymuje się sama. Dwóch starszych Niemców zaprasza do środka.  Nie oponujemy i serpentyny w dół przemierzamy  w wygodnym samochodzie, przy akompaniamencie bawarskiej muzyki. Niemcy wysadzili nas przy samym kempingu, gdy  w międzyczasie, „dla odmiany” zaczęło padać.
Okolica pola namiotowego od wczoraj zdawała się opustoszeć. Już tylko kilka namiotów stało obok naszego.  Ciągle jednak mieliśmy nadzieję na poprawę pogody, a napotykani  turyści zdawali się potwierdzać tą wiadomość.  Tymczasem aura w Garmisch Partenkirchen nie zachęcała na wędrówkę, ani nawet mały spacer.  Jeszcze kilkukrotnie nadchodziły gwałtowne ulewy.  Nie zniechęciło nas to do tworzenia szumnych planów na jutro. Budzik na drugą rano i ponawiamy szturm, tym razem na Alpinspitze, by przynajmniej móc użyć ,zakupione dwa dni temu, lonże.

Rano, czy raczej o godzinie budzenia, scenariusz sobotni się powtórzył. Mało tego. Ulewa  przybrała formę opadów ciągłych  i do piątej rano lalo jak z cebra. Gdy woda z nieba przestała bębnić w namiot,   postanowiliśmy wreszcie wyjść.  Aura rokowała nadzieje na przyszłość. Ochłodziło się, a niebo jakby rozchmurzyło. Czyżby miało być lepiej?  Ewidentnie na to liczyliśmy, ponownie podchodząc  doliną Hollental.





 Tym razem wykupiliśmy przejście przez Hollentalklamm za dwa euro (okazało się, że kupon rabatowy na udogodnienia Garmisch, za który zresztą chcąc-nie chcąc musieliśmy zapłacić , obejmował i rejon górski) i podążaliśmy wąwozem.  Dwudniowe opady zasiliły strumyczek przepływający wewnątrz i wodospady naprawdę grzmiały, jak powinny. Tunele drążone w skalnym zboczu, oświetlone i śliskie wyglądały bardzo malowniczo.  Co jakiś czas wytyczona ścieżka zmieniała zbocze, a z mostów można było podziwiać ogromne masy wody, dosłownie kotłujące się w wąskim wąwozie.  Przy zwiedzaniu tego pięknego odcinka nie sposób było jednak nie zmoknąć.  Woda lała się właściwie z każdego okapu i nieraz trzeba było przejść prawdziwą ścianę wody. Podsumowując, wchodząc suchą stopą, po wyjściu przedstawialiśmy wygląd przysłowiowych „zmokłych kur”. 



Czas przejścia do tej pory był przyzwoity  i pod drugim schroniskiem wylądowaliśmy po dziewiątej rano. Tam zaś, początkowo zachęcająca pogoda, stopniowo zaczęła się psuć.  Pierwsze tego symptomy -  lekką mgłę,  puściliśmy mimo uszu, jednak podchodząc coraz wyżej, mogliśmy obserwować, jak  niebo staje się coraz ciemniejsze i raz po raz słychać odległy jeszcze grzmot.  Coraz bardziej niepewni kontynuowaliśmy podejście, do czasu aż impulsem okazał się deszcz.  


Wprawdzie póki co zaczęło lekko zaczęło kropić, jednak nauczony dniem wczorajszym podjąłem decyzje o powrocie, która w perspektywie okazała się słuszna. Po kilkudziesięciu minutach , w wąwozie lalo solidnie, a do małego schroniska u wlotu doliny doszliśmy cali mokrzy. Tam zdecydowaliśmy się przeczekać. Przecież dopiero po jedenastej, a nam nigdzie się już nie spieszy-  mogłem wymamrotać  przez zęby.
Tak jak wczoraj, obok nas przewinęło się mnóstwo niemieckich turystów, ale ulewa jakoś nie chciała dać za wygraną. Po godzinie oczekiwania, bierna postawa nam się nieco znudziła i nie pozostawało nic innego jak  schodzić w deszczu.  Droga powrotna okazała się monotonna i niemiła (dosłownie) .  Przestało padać dopiero, gdy wchodziliśmy w zabudowania Grainau.

Ku naszemu zdziwieniu, na biwaku zastaliśmy zupełne pustki , a niebo zaczęło się przejaśniać.  Teraz to już dla nas za późno, alena jutrzejszy dzień zapowiadała się dobra pogoda do wejścia na szczyt.
 My tymczasem postanowiliśmy wykorzystać nabyty dwa dni temu kontakt i spróbować wrócić pod Norymbergę z poznanymi wcześniej Niemcami.  Okazało się, że jest to możliwe, gdyż za kilka godzin będą przejeżdżać przez miasteczko. Dobra nasza. W wolnym czasie korzystamy z promieni słonecznych rozkładając do suszenia co się da. Przede wszystkim namiot trzeba było rozebrać, gdyż okazał się on mokry  w wielu dziwnych miejscach – nic specjalnego po dwóch dniach ulewy. Gdy wszystko schło  my zrobiliśmy zaległego, obiadowego liofila, a  następnie zaczęliśmy pakowanie. Jeszcze na pożegnanie popadało, jednak już tylko na postrach.




 Za to na niebie pojawiła się piękna tęcza i w tej scenerii dane nam było przejść ostatnie kilometry do Garmiscch. 



















W miasteczku  poczekaliśmy na Niemców i oprócz podwózki mieliśmy dziś zapewniony nocleg. Rankiem zaś znaleźliśmy się z powrotem, na pamiętnym autohofie pod Norymbergą, z którego jeszcze parę dni temu nie mogliśmy się wydostać.
Jak bardzo zmienne są koleje losu –pomyślałem, gdy po paru/parunastu minutach oczekiwaniu zatrzymała się ciężarówka jadąca do Lipska.  Austriak (a właściwie  Chorwat mieszkający w Austrii) poczęstował nas kawą i podwiózł na kolejny parking pod Hof.
Tam okazało się, że  nieomal jesteśmy w kraju – dwie na trzy ciężarówki polskie.  Pierwsi zapytani o podwózkę jadą dziś do Zgorzelca i mogą nas zabrać. Parę minut później już jesteśmy na trasie. Dzień jak to w ciężarówce -  mija leniwie i powoli.  Jednak powiadam, trójkąt Lipsk – Drezno – Hof został przejęty. Przez polskich kierowców. CB radio aż huczy. Innych nie słychać.
W kraju jesteśmy po szesnastej. Kierowca ciężarówki jedzie dalej, nawet do Krosna, jednak dopiero o pierwszej rano. Bierzemy więc od niego numer  telefonu i postanawiamy po raz kolejny nie zachowywać się biernie, tylko przynajmniej nabazgrać jakąś kartkę. Początkowa, jaka-taka chęć opuszcza nas po kontemplacji otoczenia.

Parking i stacja Orlen to miejsca niemal wymarłe. O ile Niemczech takie udogodnienia mają rację bytu i  rotacja samochodów jest tam przyzwoita, to tu, na usta nasuwa się słowo „pustynia”.  Przez godzinę przejeżdża może kilkanaście samochodów, w tym większość zagranicznych i przeładowanych.  Po chwili stania przy drodze mamy ich serdecznie dość i odpuszczamy. A co – w najgorszym wypadku poczekamy do pierwszej w nocy.  I tak wesoło siedzimy sobie przy drodze, a kartka „Kraków”  razem z nami. Mija godzina, gdy niespodziewanie, zatrzymuje się chłopak niewiele starszy od nas i proponuje podwiezienie, pod Kraków.  Pozytywnie zaskoczeni korzystamy z tego urozmaicenia, by po dwudziestej drugiej wysiąść  na Orlenie w okolicach Balic.  O tej godzinie nasze szanse na przejazd kolejnego odcinka są marginalne, więc po zjedzeniu ostatnich resztek z plecaków, komunikujemy się z wyżej wymienionym kierowcą i idziemy spać pod krzaczek. Noc była zimna, a dodatku  przerywana przez dziwnego „miejskiego lisa”, którego trzy razy musiałem odpędzać.   Rankiem, o szóstej trzydzieści, wsiadamy w „umówioną” ciężarówkę i kierujemy się w stronę Jasła.  Radio huczy, że  ostatniej nocy temperatura spadła około zera….
Koniec 

Więcej zdjęć: