Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lawiny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lawiny. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 marca 2013

Lawinowe ABC Milan Lizuch - recenzja, opinia


Lawinowe ABC Milan Lizuch   - recenzja, opinia



Informacje ogólne
ABC Lawinowe to na pierwszy rzut oka niewielka  książeczka. Formatem przypomina A6 i liczy 83 strony.  Autorem jest ratownik słowackiej HZS – Milan Lizuch – wieloletni praktyk i ekspert w dziedzinie prewencji lawinowej.

ABC Lawinowe  składa się z pięciu głównych rozdziałów:
1.       Śnieg i lawiny – powstawanie i charakterystyka (informacje o śniegu, jego przeobrażeniach i właściwościach, a także o czynnikach lawino twórczych)
2.       Planowanie wycieczek ( metody planowania wycieczek, reguły zachowania w czasie wycieczki)
3.       Ekwipunek ( lawinowe ABC i wiadomości z dziedziny sprzętu )
4.       Pomoc koleżeńska (zachowanie w czasie wypadku lawinowego z osoby poszkodowanego, świadka i ofiary, pierwsza pomoc)
5.       Praktyczne porady (pomiar nachylenia stoku, testy stabilności śniegu, przydatne adresy i telefony)

To tak w „telegraficznym skrócie”.  
Polskie wydanie powstało  przy współudziale TPN i Fundacji im. Anny Pasek.

Niezbędnik na początek i dla przypomnienia
Lawinowe ABC to świetna pozycja dla turysty rozpoczynającego swoją przygodę z lawinami i dobra podstawa teoretyczna.  Książeczka mimo iż niepozorna, zawiera w sobie same niezbędne wiadomości, które każdy turysta wybierający się w teren zagrożony lawinami powinien przyswoić. 
Informacje są pogrupowane rozdziałami, napisane prostym językiem, z czytelnymi  zdjęciami, tabelami i schematami.
Oczywiście nie ma tu wszystkiego co konieczne, ta mała pozycja nie wyczerpuje osiągnięć pisarskich w dziedzinie zagrożenia lawinowego, jednak nie taki był cel jej powstania.
Lawinowe ABC znakomicie nada się na oswojenie z tematem przed uczestnictwem w kursie lawinowym, jak i już po nim.  Kiedy chcemy sobie przypomnieć jakieś wiadomości, wystarczy sięgnąć do książeczki – wszystko znajduje się właściwie w jednym miejscu.

W teren
Jak wspomniałem książeczka ma „śmieszne” wymiary. Kieszonkowy format i  gabaryty niewielu różniące się od tabliczki czekolady, z pewnością sprawdzi się również w czasie wyjazdu.
Dostępna „pod ręką”, niewątpliwie ułatwi początkującemu turyście wycieczkę i pomoże w razie wątpliwości.  W wypadku załamania pogody – po prostu będzie co czytać w schronisku.
Redakcja książki jest bardzo przystępna.  Dużo tu kolorów, podkreśleń i wyszczególnień niektórych informacji, co ułatwia wyszukiwanie.  Po wyciągnięciu z kieszeni w,  minutę  lub kilka, znajdziemy z pewnością treści nas interesujące.
Książeczka ma utwardzoną okładkę i laminowany papier, wydaje się być solidna. Przy korzystaniu nie powinna zbytnio ucierpieć.

Podsumowanie
Lawinowe ABC to niewielka pozycja, którą śmiało mogę polecić. Szerokie spektrum zastosowania i duże grono adresatów niezbędnika sprawiają, że książeczkę warto mieć.   Z pewnością stanie się dobrą bazą do zdobywania i doskonalenia umiejętności lawinowych.
W sklepach internetowych cena pozycji zaczyna od 17,50zł

Tomasz Duda

poniedziałek, 18 lutego 2013

Czynnik ludzki w zagrożeniu lawinowym


Czynnik ludzki w zagrożeniu lawinowym

Jednym z podstawowych aspektów powstawania zagrożenia lawinowego jest wpływ człowieka.  Nie bez powodu w rozszerzonej metodzie Muntera stanowi on osobny czynnik, który powinien być rozpatrywany na każdym etapie wycieczki od planowania, aż do powrotu do schroniska.
Według oficjalnych danych to właśnie my – jako turyści czy narciarze jesteśmy przeważnie bezpośrednimi sprawcami wypadków lawinowych.  Według TOPR około 90% lawin jest spowodowanych przez człowieka.  Rzadko więc, w ewentualnym wypadku będziemy poszkodowani bez swojej winy. Najczęściej to nasze niewłaściwe zachowanie, nadużycie szczęścia czy podstawowe błędy będą przyczyną nieszczęścia.
A pokrótce co to jest w ogóle Czynnik ludzki.  To swego rodzaju zwrot niedookreślony, który tyczy się zachowania i sposobu myślenia człowieka w górach, jego przygotowania fizycznego i sprzętowego, jak również obejmuje  szeroko pojętą psychologię w kontekście zagrożenia lawinowego.
Postępowanie w terenie zagrożonym omówiłem w innym TEMACIE, dlatego teraz całkowicie pomijam tą kwestię.

I.Czynnik ludzki w rozszerzonej Metodzie Muntera.
Stanowi on jeden  z trzech kryteriów oceny zagrożenia lawinowego obok „pogody i śniegu” oraz „terenu”.  Jak wszystkie – musi być rozpatrywany w kontekście trzech filtrów, w kolejnych etapach wycieczki.







Już podczas planowania wyjazdu, w domowym zaciszu powinniśmy dobrze zastanowić się nad składem grupy, jaką chcemy skompletować na wycieczkę.
- Pierwsza sprawa to jej liczebność. Powszechnie wiadomo, że chodzenie w góry zimą samotnie jest niedopuszczalne.  W większości przypadków grupy mają w swoim składzie po 2 – 3 osoby.  Jest to liczba dobra pod względem mobilności i sprawności,  ale ma swoje minusy.  Z nimi wiąże się ograniczona możliwość pomocy w czasie lawiny i stosunkowo duże prawdopodobieństwo jednoczesnego zasypania wszystkich członów zespołu ( szczególnie gdy liczy dwie osoby).  Z tego wynika, że jeśli decydujemy się na wycieczkę w takim gronie musimy koniecznie zachowywać duże odstępy i być przekonanymi do wiedzy i umiejętności naszych przyjaciół. Wyjście we dwójkę z nieznajomym, czy tzw. Zielonym w temacie zagrożenia, sprawia iż jesteśmy właściwie zdani na siebie.  Optymalny skład grupy to 4- 5 osób. Oferuje dużą możliwość wzajemnej pomocy i jeszcze jaką-taką mobilność.  Większa liczba jest niezalecana.
- Drugim tematem jest konieczność wzięcia pod uwagę, kogo tak właściwie chcemy na wyjazd zabrać.  Przy tego typu ocenie powinniśmy w szczególności oszacować:
1. Umiejętności w ocenie zagrożenia, zarówno teoretyczne i praktyczne, kursy lawinowe które osoba ukończyła. Biegłość  posługiwania się sprzętem lawinowym to konieczność.
2. Doświadczenie w wycieczkach tego typu oraz obeznanie z terenem, w który chcemy się zapuszczać,.
3. Kondycję danej osoby –  czy właściwości fizyczne persony są odpowiednie do wyjścia, które planujemy.  Czy nie będzie ono zbyt męczące-ponad jej siły?
4. Stan psychiczny delikwenta – umiejętność radzenia sobie w sytuacjach wymagających szybkiego podjęcia decyzji, wyrażenia swojej opinii.
5. Świadomość zagrożenia lawinowego.
- Trzeci aspekt dotyczy posiadanego sprzętu. A chodzi mi konkretnie o lawinowe ABC. Łopata, sonda, detektor  -  to gadgety, które po prostu musimy mieć. Kupić, pożyczyć, wyczarować – muszą być. Wiem, że wyposażenie tego typu jest drogie, ale tu chodzi o życie. A na życiu nie można oszczędzać.  Praktycznie warto kupować tylko detektory 2 i 3 antenowe. „Analogowce” służą właściwie tylko jako nadajnik, gdyż wymagają dużej biegłości i doświadczenia od używającego.  Owszem – właścicielowi się przyda – jednak posiadanie takiego urządzenia jest czystym egoizmem  wobec pozostałych członków grupy, którym nie będziemy w stanie efektywnie pomóc.


Gdy jesteśmy  w górach,  jeszcze w bezpiecznym miejscu powinniśmy poświęcić trochę czasu nad „czynnikiem ludzkim” na tym etapie wycieczki.
- Podstawową kwestią jest ocena rzeczywistego składu grupy.  Wiadomo jak bywa i realna obsada zespołu może wyglądać inaczej niż to zaplanowaliśmy.  I niekoniecznie będą to zmiany na lepsze. Skład grupy może zostać zredukowany lub uzupełniony o kolejne osoby, co w perspektywie  wpłynie na mobilność lub możliwość wzajemnej pomocy (czytaj wyżej).  Drugą sprawą jest prawdopodobieństwo , iż osoby doświadczone, z niezbędnymi umiejętnościami i kondycją mogą z nami się nie wybrać, a zamiast nich pojawią się amatorzy, co znacznie zmniejszy nasze bezpieczeństwo.  Dlatego też w tym punkcie powinniśmy dokonać oceny rzeczywistego składu grupy w oparciu o kryteria  etapu poprzedniego.
- Drugi aspekt to kontrola naszego ekwipunku, ze specjalnym naciskiem na lawinowe ABC.  Tuż po wyjściu ze schroniska, zawsze musimy włączyć detektory i wykonać ich szybki test kontrolny. Polega on na tym, iż jedna osoba oddala się z „Piepsem” w trybie nadawania, a pozostałe po kolei podchodząc do niej, lokalizują  ją w trybie poszukiwań.
- Ponad te dwie kwestie, bardzo ważne jest, jeszcze w dolinie, monitorowanie czasu wycieczki  i konfrontacja go  z czasem rzeczywistym.


Ostatnim etapem badania kwestii zachowań naszej grupy jest miejsce zagrożone lawinami. Brzmi to trochę przesadnie indywidualnie, jednak tylko z pozoru. Za takie miejsca możemy uważać właściwie wszystkie od wejścia na stok, aż do powrotu w dolinę.
- Podstawowym przedmiotem uwagi na tym pułapie wycieczki musi stać się dla nas prawidłowe postępowanie w terenie zagrożonym (odsyłam do poprzedniego TEKSTU). 
-  To samo dotyczy badania indywidualnej formy każdego z członków ekipy.  Pod uwagę bierzemy zarówno kwestie fizyczne, jak i psychiczne. Bardzo duże znaczenie ma zarówno stopień zmęczenia, wychłodzenia/przegrzania i  znudzenia wyprawą, co w praktyce przekłada się na spadek poziomu  zdyscyplinowania i może doprowadzi do nieszczęścia. Tego zagadnienia będzie dotyczyła przede wszystkim kolejna część tekstu, gdyż właśnie na tym etapie, ogromne znaczenie ma psychiczne podejście do bezpieczeństwa i tu popełniane jest najwięcej błędów.

II. Psychika „czynnika ludzkiego”
Podstawowym problemem w prawidłowym ocenianiu zagrożenia lawinowego jest kwestia psychiki oceniającego.
Generalnie chodzi o dwie kwestie –  świadomość swoich umiejętności i akceptowane ryzyko.
Pierwszą znakomicie ilustruje tzw. krzywa świadomości lawinowej.  Kto był na kursie ten wie, o czym mówię, a pozostałym pokrótce to zobrazuję. 
Krzywa zaczyna się oczywiście od punktu 0 , kiedy zaczynamy stykać się z zagrożeniem lawinowym.  Gdy zdobywamy nowe informacje, umiejętności krzywa spektakularnie wzrasta, aż osiągniemy poziom „lawinowego eksperta”.  I tak jest, dopóki w naszym otoczeniu nie dojdzie do wypadku. Wtedy krzywa spada „na łeb, na szyję” , a wiara we własne siły zostaje dramatycznie zdruzgotana.  Kolejny zastrzyk wiadomości i umiejętności podnosi ją z powrotem, jednak do niższego poziomu, niż przy poprzednim skoku.  I znowu – aż do kolejnego wypadku.  Następne etapy to spadki i wzloty kreski, przy zmniejszającej się amplitudzie, aż do wejścia na pewien stały, wysoki poziom.
Tak oczywiście wygląda modelowy przykład krzywej. Gorzej jeśli wypadek nie zdarzy się w naszym otoczeniu, tylko nam osobiście  i nie będziemy mogli „dojść” do końca wykresu….

Drugie zagadnienie znakomicie odbija się w zachowaniu ludzi w niebezpiecznych sytuacjach, a jest to ryzyko.  Każdy z nas ma je zakodowane gdzieś, w podświadomości. Kwestia ta opiera się jakby o swoje dwie granice  - na jednej z nich jest ryzyko akceptowalne, na przeciwnym – niedopuszczalne, czyt. głupota.   Dla każdego  z nas te punkty są indywidualne i zmienne.
Gdzieś pomiędzy granicami mieści się cienka linia, która rozgranicza czynności naszym zdaniem  akceptowalne, od zbyt ryzykownych, których staramy się unikać.
Nie ma w tym nic niepokojącego, dopóki granica dopuszczalnego ryzyka stoi w miejscu. Problem zaczyna się w miarę jej podnoszenia w stronę „głupoty”.
Może wydać się to dziwnym, ale bardzo trudno utrzymać linię w stanie pierwotnym. Już od pierwszego kontaktu z niebezpiecznym terenem „oswajamy” się z nim. Przejście niebezpiecznego miejsca kilka razy, lub chodzenie po czyichś śladach dodaje nam wiary we własne siły i podnosi linię głupoty.  Pod tym względem niejednoznacznie także należy ocenić zdobywanie przez nas wiedzy o lawinach, umiejętności posługiwania się sprzętem itp.   Z jednej strony  świadomie przyjmując zastrzyk kompetencji, mimowolnie dostajemy  rykoszetem pewności siebie, która może okazać się zgubna.  Oczywiście mówię tu o części przypadków. W przeważającej mierze nauka jest odbierana prawidłowo –  przesuwa granicę w dół.
Nasze postrzeganie otoczenia zaczynany opierać na wierze –  we własne umiejętności, wiedzę, doświadczenie. Jeśli chodzimy dość często tą samą, niebezpieczną  trasą, początkowo "z sercem na ramieniu", czy nutką niepewności, to po jakimś czasie staniemy się pewni jej stabilności, mimo iż obiektywnie nic się nie zmieniło. „Wierzących” najczęściej do przytomności przywraca naoczny wypadek lub przykre doświadczenie. Nie możemy pozwolić, aby to właśnie nas trzeba było tak radykalnie „ściągnąć na ziemię”.

Konsekwencją powyższych aspektów  psychologicznych są tzw. pułapki decyzyjne.
Mówiąc prościej, to podstawowe błędy popełniane na podstawie niewłaściwego postrzegania okoliczności bądź dopasowywania właściwych spostrzeżeń do  własnej, niekoniecznie poprawnej, filozofii postępowania.  Pułapki, które jak sama nazwa wskazuje, zachowania pozornie poprawne,  mogą zapędzić nas w drogę bez wyjścia, bądź z zakończeniem niekoniecznie dla nas szczęśliwym – wypadkiem.
Oto wybrane i najpopularniejsze przykłady tego rodzaju zachowań:
1.Widzę tylko korzystne okoliczności,  a nie dostrzegam niebezpieczeństw, gdyż nie chcę go zauważać.  Nie mam zamiaru przerywać wycieczki z powodu nieistotnych zagrożeń,  wmawiam sobie bezpieczeństwo i tylko takie oznaki rejestruję świadomie lub  co gorsze – mimowolnie.   Rejestrowanie wyłącznie pozytywnych okoliczności.
2.Idę drogą, którą znam.  Mam przeświadczenie, że teren jest „pewny”,  niegroźny.   Szedłem tędy nieraz i dziś także nic się nie stanie.  Osłabiona czujność, przyzwyczajenie do znanego terenu.
3.Wkoło jest spokojnie .Długo nic się nie dzieje, czyli bezpiecznie. Nierejestrowanie z pozoru niewidocznych oznak niebezpieczeństwa.
4.Wystarcza mi ogólna wiedza o zagrożeniu. Mam świadomość niebezpieczeństw, ale nic z tym nie robię. Wydaję mi się, że wiedza wystarczy. Świadome lekceważenie zagrożenia.
5.Liczy się tylko cel, nic poza tym. Muszę przecież zdobyć to, co planowałem, na co przeznaczam czas i pieniądze. „Klapki na oczach” –  skupienie działań wyłącznie na osiągnięciu celu.
6.Inni idą, widać dużo śladów – jest bezpiecznie.  Wiedza bądź głupota innych, wybierających drogę, wystarcza mi do oceny stoku.  Tzw. „owczy pęd” za innymi turystami.
7.Jest piękna pogoda, mamy „okno” po X dniach oczekiwania. Wszystkie lawiny zeszły przecież bezpośrednio po opadach, a teraz nic mi nie grozi.  Euforia, przekonanie że przy lepszej pogodzie zdarza się mniej wypadków.
8.Chcę być najlepszy, pierwszy, pokazać innym, że „ja tego nie zrobię?!”.  Tzw. syndrom lwa, chęć udowadniania innym.
9.Nie mam czasu, spieszę się. Chcę zdążyć przed końcem urlopu, przed nocą, na mecz w TV. Przedkładanie czasu nad bezpieczeństwo.
10.Bezgranicznie ufam osobom bardziej doświadczonym ode mnie. Grupie przewodzi silny lider,  przewodnik, on ma doświadczenie, a ja nie powinienem się wtrącać, bo pewnie moje obawy są bezpodstawne i jeszcze wstydu sobie narobię.  Delegowanie decyzji na lidera, przewodnika, stępienie czujności.
11.Mam wszystkie potrzebne gadgety do uprawiania zimowej turystyki górskiej i chroniące przed lawinami. Jeśli coś się stanie, na pewno detektor potwierdzi swoją skuteczność. Przecież w reklamie mówili, że w X% się sprawdza.  Przekonanie, iż sprzęt uchroni przed wypadkiem.
12.Przecież jestem specjalistą, bacznie obserwuję otoczenie.  Gdy lawina będzie schodzić, zapewne szybko ją zauważę i zdążę uciec.  Nie doceniam sił natury, przeceniam własne możliwości.
13.Odpowiednią pracą, dużym nakładem sił mogę zrealizować wszystko. Musi mi się udać, nie mogę zrezygnować.  Wiara, iż można osiągnąć każdy cel,  usilnie do tego dążąc.
14.Jestem zmęczony drogą – nic mi się nie chce, a najbardziej już obserwacji terenu wkoło mnie.  Zmęczenie organizmu osłabiające czujność.
15.Dom już blisko,  mam osłabioną uwagę, nie zachowuję koncentracji i czujności. Przecież wcześniej podchodziłem tą drogą – teraz ciągle musi być bezpieczna. Syndrom konia -  „stajnia już blisko”. 
Z moich, osobistych spostrzeżeń wynika, że dwa ostatnie przypadki są najniebezpieczniejsze i najbardziej „życiowe”.  Sam nieraz łapię się w te pułapki, dopiero po czasie zdając sobie sprawę, że przy powrocie do schroniska jestem rozkojarzony i patrzę tylko pod nogi.   Musimy wystrzegać się takich wpadek, które bardzo łatwo zaliczyć, gdy zmęczony całym dniem organizm trudno zmusić do skupienia uwagi, koncentracji.  Powrót,  nawet jeśli przebiega tą samą drogą co podejście, nie należy uważać za bezpieczny. Wprost przeciwnie – koniecznym jest zachować wzmożoną czujność i nawoływać do tego pozostałych członków zespołu.

Powyższe pułapki decyzyjne celowo przerysowałem, aby wyraźnie nakreślić problem każdej z nich.  Myślę,  że po przeczytaniu tej listy, niemal każdy z nas może znaleźć na niej swoją słabostkę. Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż człowiek z natury jest bardziej ryzykantem i chcąc zachować bezpieczeństwo musimy przeważnie zwalczać naturalne skłonności, a nie utrwalać je. Tak byłoby łatwiej, ale cóż poradzić.  
Mając przed sobą listę pułapek decyzyjnych możemy wyselekcjonować swoje błędy i po kolei, jedna po drugiej eliminować je, aż do wyrobienia sobie nawyku zachowań z punktu widzenia bezpieczeństwa pożądanych lub przynajmniej do nich zbliżonych. 
Mam nadzieję, że ten niezbędnik (oczywiście nie obejmujący kompletnie całej materii tematu) przynajmniej  w części czytelnikowi się przydał, uświadomił mu popełniane błędy i zachęcił do kontrolowania swojego postępowania. 
Pozdrawiam
Tomasz Duda

Tekst powstał w oparciu o:
- Góry, wolność i przygoda, od trekingu do alpinizmu, Graydon D., Hanson K.
- Lawinowe ABC, Lizuch M.
- Lawiny i psychologia, Magazyn Turystyki Górskiej
- Prezentacje Fundacji im. Anny Pasek

poniedziałek, 4 lutego 2013

Postępowanie w terenie lawinowym – niezbędnik, poradnik


Postępowanie w terenie lawinowym – niezbędnik,  poradnik

Lawiny to jedno z największych zagrożeń zimowej turystyki górskiej.   Powodem tego jest jego obiektywny charakter i brak stuprocentowej pewności jego wyeliminowania.   Każdy turysta, który planuje bądź już uczestniczy w tego rodzaju działalności, powinien mieć elementarną wiedzę w zakresie lawin, zdobytą na kursie i regularnie poszerzaną.  A wiedza ta powinna być wszechstronna i  balansować  pomiędzy dwoma zagadnieniami:

1.Jak unikać lawiny
2.Jak się zachowywać w razie wypadku lawinowego
Jak powszechnie wiadomo – lepiej zapobiegać, niż leczyć i w tym tekście chcę się skupić właśnie na pierwszym aspekcie wiadomości. Konkretnie na postępowaniu w terenie zagrożonym lawinami.
Pominę kwestię teorii, warunków powodujących powstawanie lawin – pisanie o wszystkim to pisanie o niczym. Zakładam także, że jesteśmy świadomi europejskiej skali oceny zagrożenia lawinowego .  Skrócona wersja – poniżej.

Tekst adresuję  przede wszystkim do turystów – narciarskie aspekty opuszczam całkowicie, z racji braku większego pojęcia o narciarstwie.


Metody oceny stopnia zagrożenia lawinowego

Jest wiele metod oceny zagrożenia lawinowego. Ogólnie mają być one przyziemnym sposobem jego wyeliminowania.  Ze względu na prostotę nie są one dokładne, ani nie stanowią  odpowiedzi na pytanie czy jesteśmy bezpieczni, czy nie. Niemniej jednak, warto je znać. Oto najpopularniejsze, które mogą się przydać:




1.Złota reguła
Odnosi się ona do trzeciego stopnia zagrożenia lawinowego (praktycznie należy traktować go jako ostatni do możliwości wyjścia w góry).  Musimy odpowiedzieć sobie na trzy pytania:
- Czy poruszamy się poza północnym sektorem wystawy stoków i nasza trasa jest bezpieczna
- Czy zachowujemy prawidłowe odstępy
- Czy nachylenie stoku jest mniejsze niż 35 stopni.
Jeśli na wszystkie pytania odpowiemy „ Tak”, teoretycznie możemy kontynuować wycieczkę. Jak widać wiele jest tu zwrotów niedookreślonych i wymagających doświadczenia jak chociażby „prawidłowe odstępy”

2.Magiczna trójka
Reguła zamyka się w jednym zdaniu – w wypadku ogłoszenia trzeciego stopnia zagrożenia lawinowego, nie możemy wchodzić na stoki o nachyleniu powyżej trzydziestu stopni, gdy leży na nich więcej niż trzydzieści centymetrów świeżego śniegu. Tu także sprawa nie jest jasna. Świeży śnieg może takim pozostać zależnie od warunków i tym samym szybkości konsolidacji. Może być to doba, a może kilka dni.

3.Rozszerzona metoda Muntera.
W porównaniu do poprzednich to metoda dużo obszerniejsza i bardziej dokładna. Tym samym pozwala w większym stopniu wyeliminować niebezpieczeństwo lawinowe. Ponad to – przeciwnie do wcześniejszych, wymaga wdrożenia już przed wyjazdem. Składa się ona z trzech etapów (w domu, w dolinie, na stoku)i na każdym analizowane są trzy grupy (pogoda,  teren, człowiek). W oparciu o nią chciałbym właśnie zająć się  przedmiotem postępowania w terenie zagrożonym.


Pogoda, pokrywa śnieżna
Teren
Człowiek
Planowanie  przed wyjazdem  (najlepiej zacząć ok. 14 dni przed)
-śledzenie zagrożenia lawinowego na podstawie komunikatów TOPR
- obserwacja zmian pogody, temperatury i konfrontacja z  wiedzą o metamorfizmie śniegu
- informacje od naocznych świadków – znajomi, fora internetowe (z dystansem)
- dokładna mapa, przewodnik
- orientacja w terenie planowanej wycieczki
- plan czasowy przejścia
- planowanie trasy pod względem minimalnego zagrożenia, w oparciu o posiadaną wiedzę
-wybór odpowiedniej grupy pod względem liczebności i doświadczenia
- Lawinowe ABC (ekwipunek)
Po wyjściu ze schroniska, w terenie bezpośrednio niezagrożonym lawinami
- pogoda i jej wpływ na wzrost zagrożenia
- znaki ostrzegawcze dawane przez naturę (ślady lawinisk, poduszki, deski śnieżne
- wiatr, nawisy
- pomiar śniegu (profil śnieżny)
- dokładna obserwacja drogi (jeśli jest widoczna z daleka) i jej porównanie  z planowaną trasą
- ustalenie miejsc najbardziej niebezpiecznych
- modyfikacja trasy podejścia
- włączenie i kontrola detektorów lawinowych
- śledzenie planowanego czasu
- ocena rzeczywistego składu grupy
Na stoku bezpośrednio zagrożonym zejściem lawin 
- profil śnieżny
- test stabilności (kompresyjny, norweski)
- zmiana warunków pogodowych od wyjścia z doliny
-nowe zjawiska ostrzegawcze (patrz niżej)
- ocena prawdopodobieństwa wywołania lawiny i jej ewentualna wielkość

-zmiana lokalnego nastromienia  stoku, bądź stanu pokrywy śnieżnej
- czy stok był często zjeżdżony przez narciarzy? (choć występowanie śladów nie jest gwarantem bezpieczeństwa)
- rzeźba terenu i modyfikowanie drogi podejścia
- zlokalizowanie najniebezpieczniejszych miejsc
- bliskość do grzbietu (nawisy, rozkład naprężeń w pokrywie śnieżnej)
-POSTĘPOWANIE W TERENIE ZAGROŻONYM
- wyeliminowanie najpopularniejszych błędów
- stan kondycyjny i psychiczny zespołu
- zachowanie szczególnej uwagi w trakcie zejścia


Postępowanie w terenie zagrożonym lawinami podzieliłem na trzy aspekty:
1.Ograniczenie ryzyka przez testy śniegowe i pomiar nachylenia
2.Wybór bezpiecznej drogi
3.Przejście ryzykownego odcinka














Ad 1. Ograniczenie ryzyka przez testy śniegowe i pomiar nachylenia
 Zarówno jeszcze w dolinie, jak i po wejściu na stok powinniśmy podejmować działania, które ograniczą ryzyko zejścia lawiny. Będą to głównie praktyczne operacje, pozwalające namacalnie przekonać się o stabilności śniegu.  Jest wiele takich metod, jednak ja skupię się na trzech, które sam praktykuję. Pomijam test bloku ślizgowego czy trójkąt Muntera, gdyż przygotowanie ich wymaga wiele czasu. Oczywiście, warto je wykonać, jednak skupiam się na szybszych i bardziej praktycznych lecz przeznaczonych dla doświadczonych obserwatorów warstw śnieżnych.
Pomiary wykonujemy w bezpiecznym miejscu, na reprezentatywnym fragmencie stoku.

a)Pomiar twardości śniegu
Kopiemy wykop, szerokości  1m i takiej samem głębokości. Wyrównujemy przednią ścianę i badamy twardość śniegu od góry, w dół. Pomagamy sobie następującymi wyznacznikami twardości – 1.pięść, 2.cztery palce, 3.palec, 4.ołówek, 5.nóż.  Tym sposobem, z odrobiną wprawy powinniśmy wyśledzić różnice w stabilności śniegu. Każdą kolejną warstwę oddzielamy znacząć granice poziomymi kreskami. Gdy skończymy, w oparciu o wiedzę o rodzajach śniegu, musimy ocenić profil naszego stoku. Z łatwością w internecie można znaleźć informacje o właściwościach wielu układów warstw śniegowych. Ja napisze tylko o generalnych zasadach ich interpretacji. 
Po pierwsze warstwy poślizgowe występują przy dużych różnicach twardości – powyżej 2 (na podstawie powyższych wyznaczników).
Po drugie lepsze jest łagodne przejście pomiędzy warstwami (im trudniej wyczuć różnicę, tym lepiej).
Po trzecie pokrywa, gdzie warstwy przechodzą od miękkich w twarde jest silniejsza niż odwrotnie.  Generalnie każda miękka warstwa pomiędzy twardymi jest podejrzana i potencjalnie może stanowić warstwę poślizgową.

b)      Test kompresyjny
Najlepiej, gdy po pomiarze twardości śniegu, wykonamy test właśnie w tym miejscu.  W naszej przynajmniej metrowej głębokości ściance śniegowej, wycinamy przy pomocy łopaty, piły itp.  słup o wymiarach 30x40cm.
Na wierzch wyciętej kolumny kładziemy następnie łopatę. Będziemy wykonywać uderzenia. Pierwsze dziesięć wyprowadzamy z nadgarstka, kolejne z łokcia, a ostatnią „dychę” z ramienia.  Na podstawie tego badamy stabilność stoku, obserwując konsekwencje naszych ciosów.  Gdy warstwa zsunie się, zapamiętujemy, ile poświęciliśmy na to uderzeń. 1-11 – stok niebezpieczny, 12-25 – podejrzany, powyżej 26 – stabilny.

c) Test norweski
Metodę tą można z łatwością łączyć z testem kompresyjnym i badaniem twardości warstw śniegu.  Opiera się ona na założeniu, że tylko w 5% wypadków, obryw lawiny miał głębokość powyżej metra.   Jeśli nasz wykop jest wystarczająco szeroki, możemy sporządzić dwa testy obok siebie.  Próbę wykonujemy koniecznie w oparciu o ocenę twardości i obserwujemy zachowanie krytycznych warstw, które wcześniej wyznaczyliśmy poziomymi liniami.
Zaczynamy od wycięcia trapezu o podstawach szerokości  odpowiednio - jednej i dwóch łopat oraz głębokości dwóch łopat  (koniecznie poniżej pierwszej krytycznej warstwy).  Szersza podstawa oczywiście bliżej nas. 
Kolejnym krokiem jest włożenie łopaty w tylną podstawę naszego wykopu i próba przesunięcia, w kierunku do siebie, wyciętego klina. Gdy trapez łatwo jest poruszyć, mamy do czynienia z dużą niestabilnością. Dopiero zsunięcie warstwy śnieżnej przy obciążeniu siłą powyżej 20kP daje nam pewność bezpieczeństwa stoku. Jak widać  kluczową rolę odgrywa indywidualna ocena, która wprost musi zostać poparta posiadanym bagażem doświadczenia.

d)Pomiar nachylenia stoku
Jedną z praktycznych umiejętności, która przyda się przy ograniczaniu niebezpieczeństwa zejścia lawiny jest biegłość w ocenie nachylenia stoku.  W dzisiejszych czasach wielu producentów oferuje klinometry  i urządzenia elektroniczne, służące do tego typu pomiaru.
W braku takiego sprzętu przedstawiam prosty sposób zmierzenia nachylenia stoku.  Opiera się on o użycie kijków trekingowych i metodę trójkąta równobocznego.









Mianowicie - wybieramy reprezentatywny fragment stoku i w linii jego spadku  kładziemy kijek. Odciskamy jego kształt i podnosimy na uchwyt, tak aby grot stykał się z powierzchnią śniegu.  Następnie do „rączki” tak podniesionego kijka dokładamy drugi  i opuszczamy.  Jeśli grot swobodnie trzymanego kijka pokrywa się z grotem drugiego, kąt nachylenia stoku wynosi 30 stopni.  Jeżeli opada powyżej, stok jest bardziej płaski, jeśli niżej – wprost przeciwnie. Przyjmuje się, że każde odchylenie 10 cm, to równowartość 3 stopni.










Ad2. Wybór bezpiecznej drogi
Ten etap, to postępowanie w terenie zagrożonym sensu stricte. W praktyce obejmuje większą część wycieczki – od wejścia na stok, po powrót do doliny.
Bezpieczną trasę wybieramy właściwie stale, dlatego nie możemy poprzestać na wykonaniu kilku zabiegów.   Przez cały czas trwania wycieczki musimy monitorować indywidualne zagrożenie lawinowe i odpowiednio zmieniać drogę. Może się zdarzyć, ze będzie ona pokręcona i niezbyt prosta, aby spełnić wymogi bezpieczeństwa. Szlaki letnie w żadnym razie nie są wyznacznikiem drogi w zimie. Może okazać się nawet, że powinniśmy ich unikać. To samo dotyczy  drogi powrotnej.  Często na zejściu musimy wybrać inny wariant trasy,  z powodu zmiany aktualnych warunków (np. słońce wieczorem nagrzało żleb, którym podchodziliśmy rano).

Na tym etapie, skupie się na wyliczeniu podstawowych wskazówek zachowań w terenie zagrożonym.
- Unikaj długich trawersów. Staraj się obejść niebezpieczne miejsca, gdy masz wybór lepiej podejść bezpośrednio na grań, niż go trawersować.
- Zachowaj bezpieczne odstępy. Nie ma jednej miary bezpiecznego odstępu. Niekiedy to 10m , a czasem  100m. Kwestia ta podostaje do samodzielnej  interpretacji.
-  Jeśli masz sposobność, wybieraj wypukłe formy terenowe – grzędy , grzbiety, granie. Zwróć uwagę na teren skalisty, z wystającymi kamieniami. Teoretycznie będzie on bezpieczniejszy.
- Żleby pokonuj zanim zostaną ogrzane przez słońce, najlepiej rano, jeśli w ogóle musisz to robić. Unikaj wyboru drogi powrotnej przez kuluar.
- Unikaj stoków nawietrznych, jeśli musisz na nie wejść, zwróć uwagę na ewentualne poduszki śnieżne, nagromadzone na płycie poślizgowej, omiń je. Preferuj stoki zawietrzne – są bezpieczniejsze  i łatwiej się po nich maszeruje.
-Staraj się, aby cel osiągnąć drogą prowadzącą przez najmniej strome stoki. Dokonuj pomiarów nachylenia na bieżąco.  Przypominam, że najbardziej niebezpieczne są te, o nachylaniu 30-45 stopni.
- Zachowaj baczną uwagę, także gdy stok zacznie się wypłaszczać. Jak wiadomo w tych miejscach działają na pokrywę śnieżną największe naprężenia
- Bądź ostrożny przy wyborze drogi poniżej żlebów, obserwuj czy są one ogrzewane, gdyż lawina spadająca kuluarem może osiągnąć teren poniżej
- Generalnie zimą uważaj na stoki zacienione, a wiosną na ogrzane słońcem (odsyłam do czynników powodujących powstawanie lawin)
- Trzymaj się brzegów stoków. Lawina najczęściej schodzi ich środkiem, bliżej jest w razie ewentualnej ucieczki.
- Uważaj na nawisy –  oberwane mogą spowodować lawiny.  Podczas podejścia staraj się osiągnąć grzbiet w miejscu pozbawionym nawisów,  a gdy jest to niemożliwe przebijaj się przez niego prostopadle do grzbietu.  Podczas marszu granią z nawisami – zachowaj bezpieczny odstęp od ich brzegów.
-Obserwuj oznaki braku stabilności  i nie ignoruj ich:
1. Pęknięcia na śniegu
2. Głuche odgłosy wydobywające się z pokrywy śnieżnej
3. Śnieg sprawia wrażenie „pustego w środku”
4. Po stoku staczają się kule śnieżne
5. Destrukcyjne działanie deszczu i wiatru





-Jeśli jesteś liderem grupy (każda grupa powinna posiadać lidera,  wybranego w sposób otwarty czy dorozumiany, na podstawie wiedzy i doświadczenia) wydawaj polecenia słowne, przypominaj, np.: „ Trzymamy odstęp 20m”, „Niebezpieczne miejsce, idziemy pojedynczo.  Ja pierwszy, gdy dojdę do punktu X, rusza kolejna osoba” . Nie można liczyć na zachowanie stałej uwagi przez całą grupę, a takie powtarzanie o tym przypomina.  Członkowie zespołu również powinni zawiadamiać o swoich sugestiach i obawach co do bezpieczeństwa.
- Postaraj wyrobić sobie „zmysł lawinowy”.  Na bieżąco obserwuj zagrożenie, modyfikuj wybraną drogę. Zwróć uwagę, że np. każdy grzbiet czy wypukłą formę terenu należy z każdej strony traktować indywidualnie ze względu na wystawę stoków. Żebro wystawione na północ jest właściwie w zależności od ściany nagrzewane od zachodu, wschodu i północy, pamiętaj o tym.
- Nie bój się zrezygnować w trakcie wyjścia, gdy warunki się pogorsza lub pojawią się nieprzewidziane okoliczności.  Decyzję o kontynuowaniu wycieczki lub swoje wątpliwości poddawaj pod głosowanie grupy.  Pytaj o opinię oraz rzeczową argumentację poglądów.  Prowokuj wzajemne przekonywanie.


Ad3.Przejście ryzykownego odcinka
Mimo zachowania niezbędnych zasad bezpieczeństwa i wyboru możliwie najlepszej drogi, czasem może okazać się, że niebezpiecznego terenu po prostu nie sposób ominąć i trzeba się z nim zmierzyć. Problemem jest tu przede wszystkim pokonanie go przy minimalnym ryzyku, bądź chociaż ograniczenie konsekwencji.






 
- Przed wejściem na podejrzany stok załóż rękawice, nakrycie głowy. Zapnij kurtkę, gdyż rozpiętą lawina prawdopodobnie z ciebie zedrze. Możesz założyć osłonę twarzy -  w praktyce najlepiej sprawdza się chusta tunelowa. Ja mam ją na szyi, w zimie właściwie zawsze.
- Rozepnij  pas piersiowy plecaka oraz pas biodrowy, po zdecydowaniu czy w razie ewentualnego wypadku chcesz go odrzucić, czy nie. Lekki, mały plecak z dodatkowym ubraniem może działać, jak pływak oraz osłaniać plecy przed urazami mechanicznymi. Ciężki – wprost przeciwnie – wciąga w głąb. Wszystko zależy od stosunku masy do objętości. Niektórzy zakładają plecak tylko na jedno ramię – niewygodna metoda.
- Wyciągnij ręce z pętli kijków trekingowych – te również wciągają pod śnieg.  Sprawdź, czy detektor lawinowy jest włączony i dobrze umocowany.
- Obserwuj stok i wyszukaj optymalną trasę. W wypadku wyjątkowo długiego pola śnieżnego wyszykuj stabilnych punktów pośrednich, np. duże wystające kamienie.
- Powstrzymuj się od zakosów, jeśli masz iść pod górę, idź prosto.
- Jeśli uznajesz, że stok jest możliwy do przejścia równocześnie przez wszystkich członków grupy,  odpowiednio powiększ zachowywany odstęp.











- Wyjątkowo niebezpieczne miejsca przechodź pojedynczo.  Jedna osoba trawersuje, pozostałe bacznie ją obserwują, aż się zatrzyma. Kolejnego maszerującego monitorują już ludzie, z obu stron stoku.  Osoba pokonująca ryzykowny odcinek nie rozgląda się na boki. Idzie równomiernie, sprawnie, nie zatrzymuje się. W wypadku lawiny obserwatorzy krzykiem ostrzegają o niej  przechodzącego. Można skorzystać z metody pośredniej – w wypadku długich trawersów, polegającej na wahadłowym, przechodzeniu kilku odcinków. Wymaga wprawy i wyrobienia.
- Poruszaj się płynnymi, długimi krokami.  Podnoś wysoko nogi, unikaj wykopywania  rynny w poprzek stoku.  Unikaj przewracania się, gdyż zwielokrotnia to punktowe obciążenie stoku. Kolejna osoba idzie po śladach poprzednika.
- Trawersuj stok w najwyższym możliwym miejscu.
- Jeśli posiadasz linę, podczas przechodzenia niebezpiecznego odcinka, asekuruj maszerującego.  Najlepiej z przyrządu, nie z ciała, w oparciu o stanowisko, czy skałę. Nie wiąż się drugim końcem liny. Działanie te mają na celu unikniecie pociągnięcie asekurującego przez linę, w wypadku nie utrzymania  przechodzącego przez partnera czy stanowisko.
- Co do ogólnego problemu wiązania się liną w terenie lawiniastym możemy mówić o kwestii spornej. Z jednej strony zachęca się do tego procederu.  W wypadku porwania zespołu, lina będzie pomocna przy odnajdywaniu kolejnych osób, a gdy wypadek dosięgnie jedna osobę, pozostali mogą ją utrzymać.  Na poparcie podaje się przykład lawiny pod Rysami, opisanej w książce „Komin Pokutników” Jana Długosza.
Z drugiej strony pociągnięcie jednej osoby może oznaczać tragedię całego zespołu, szczególnie na oblodzonym stoku.  Tym razem odsyłam do „Bezpieczeństwo i ryzyko w skale i lodzie” Pita Schuberta.  Temat użycia liny jak widać jest dość delikatny.

Głównym zadaniem tekstu jest popularyzacji wiedzy o zagrożeniu lawinowym. Opisałem, mam nadzieję praktyczne i najczęściej stosowane sposoby zwiększenia swojego bezpieczeństwa w terenie.  Tekst nie może być podstawą do uznania, że w oparciu wyłącznie o niego możemy kształtować swoją wiedzę o lawinach. Byłoby to niedopuszczalne i wybitnie nie po mojej myśli. To bardziej ściągawka:D . Mam nadzieję, że będzie wprost przeciwnie – ten skrypt zaciekawi i zachęci do zagłębienia się w temat.
Pozdrawiam

Tomasz Duda






Tekst powstał w oparciu o:
- Góry, wolność i przygoda, od trekingu do alpinizmu, Graydon D., Hanson K.
- Lawinowe ABC, Lizuch M.
-Bezpieczeństwo i ryzyko w skale i lodzie, Schubert P.
- Komin pokutników, Długosz J.

wtorek, 29 stycznia 2013

Tatry Zachodnie zimą – „z dobrym widokiem na apokalipsę” - 19-23.12.2012


Tatry Zachodnie zimą – „z dobrym widokiem na apokalipsę”  - 19-23.12.2012

19 grudnia to właściwie dzień przedświąteczny.  Na ulicach panuje ożywienie, ozdoby i światełka aż kłują w oczy, a spór o miejsce w kolejce sklepowej staje się walką o przetrwanie. 
To także okres powrotu do domów – Święta przyciągają jak magnes nielubiane ciotki, brzuchatych wujków i niedojedzonych studentów, na rodzicielskie łono do wykarmienia (do których również się zaliczam).
Trochę więc wydać się może dziwne, że tego właśnie dnia po czwartej rano jestem na nogach.  No i nie jak przyzwoity student, docieram na łóżko po libacji, ale dopiero parę chwil temu się obudziłem.  Pogańska godzina, miasto śpi, a ja smaruję chleb.  Za kilkadziesiąt minut  mam pociąg.   
Do domu, na Święta,  powiecie – bo lodówka pusta, a komunikacyjny „żal” zmusza do takich decyzji? A gdzie tam! – tam jeżdżą normalni, nudni ludzie.
Ja jadę w góry!

 W naszym cichym przedziale panuje półmrok. Ciszę przerywa tylko miarowy stukot kół o szyny. Padające refleksy dalekich świateł oświetlają trzy twarze.    
W tym momencie oto wszyscy członkowie wyjazdu.  Ja, Janusz,  Janek, czyli rocznik ’90. Pociąg którym jedziemy  relacji Lublin – Kraków  wiezie nas do ostatniej stacji.  Mimo obaw o „szwajcarską punktualność” naszej kolei, PKP wychodzi z zadania obronną ręką.  W Krakowie desantujemy o czasie, czyli około 10:20. Na transport do Zakopanego musimy niestety jeszcze poczekać.  Parę chwil po jedenastej opuszczamy dawną stolicę Polski, pogryzając obwarzanki.
Do Zakopanego dojeżdżamy  o trzynastej. Pogoda nie wydaje się być najlepszą do aktywności jakiejkolwiek. Na ulicach ciapa, z nieba leci deszcz ze śniegiem, a temperatura kurczowo trzyma się poziomu zera stopni.  W Zakopanem spotykamy się z Anitą i dokupujemy ostatnie, potrzebne rzeczy.

Im później, tym obfitsze są opady śniegu. W Kuźnicach wszędzie biało i trzyma lekki mróz. Jakby inny świat. Jest piętnasta, za daleko dziś nie zajdziemy. Wybieramy niebieski szlak przez Skupniów Upłaz i podchodzimy.  Na ścieżce tylko nieliczni ludzie, a wokoło mgła. Po osiągnięciu wysokości tysiąca metrów i zapadnięciu zmroku, nie stąd, ni z owąd wypogadza się. W  poświacie księżycowej widzimy naszą dalszą drogę do Murowańca.   Progi schroniska przekraczamy około siedemnastej. Sala jest wprost wyludniona. Oprócz naszej czwórki tylko jeden turysta popija herbatę i zajada coś z miejscowej kuchni.  Decydujemy się zostać tu na noc.  Przed nami dwa biwaki  w namiocie, a na karku nieprzespana noc.  Odpoczynek zdecydowanie się należy. Toteż długo się nie ociągamy i o godzinie ciszy nocnej idziemy spać.

Pobudkę urządzamy skoro świt – o szóstej rano. Trochę czasu zajmuje nam zebranie całego majdanu do kupy, jedzenie i zabawa ze sprzętem lawinowym.  W międzyczasie obserwujemy komunikat pogodowy.  Lawinowa dwójka, najbliższe dwa dni mają być pochmurne i niezbyt chłodne – około pięć stopni poniżej zera. Na przejaśnienia nawet nie ma co liczyć. To samo mówiła prognoza sprawdzana w Lublinie i w Zakopanem. 
Po opuszczeniu budynku i skonfrontowaniu prognozy z rzeczywistością  okazuje się, że nie jest źle, jakby to czarownicy wróżyli.   W niezdecydowanej aurze przychodzi podchodzić nam na Kasprowy Wierch.  A śniegu jak na lekarstwo – kilka, kilkanaście centymetrów – zależnie od miejsca.  Im bliżej grzbietu, tym więcej.  Podchodzimy niespiesznie, w odstępach. Jeszcze ostatni trawers stoku i wychodzimy na grzbiet. Teraz atmosfera stała się przyjemna. Zza chmur przebija się słońce , a wiatr nie dokucza.









Sprzyjające warunki wykorzystujemy do sprawdzenia warunków śniegowych. Kopiemy profile śnieżne po każdej stronie zbocza i robimy test norweski. Te próby wychodzą pozytywnie.  Możemy wejść do budynku na Kasprowym, na małe co nieco.  Słońce świeci, kabanosy dobrze smakują, a czas szybko płynie. Gdy opuszczamy tą lokację, zegarki wskazują już jedenastą.




Na chwilę zatrzymujemy się jeszcze na czubku Kasprowego. Przed nami widać cały masyw głównej graniTatr Zachodnich.  Z tej perspektywy wygląda bardzo monumentalnie.  Następuje chwila zawahania, parę perspektywicznych myśli przebiega przez głowę i ruszamy.  Właściwie dopiero z tego miejsca zaczyna się właściwa wycieczka. Od pierwszego kroku w kierunku Goryczkowej Czuby. A był to znaczący i informujący  krok.  Informujący, że szlak jest nieprzetarty,  a śnieg jednak głęboki i zapadający.  Czeka nas dużo pracy nogami.
Droga pod Goryczkową Czubę przebiega szybko i przyjemnie.  Szukamy miejsc z wywianym śniegiem i choć jest ich niewiele, to znacząco ułatwiają marsz.  Pod wzniesieniem trzeba wyszukać trawers.  Oczyma sondujemy biały stok i wbijamy się w śnieg po uda.  Stok przechodzimy odcinkami, po kolei bądź w dużych odstępach, w zależności od terenu.  Kijki robią dobrą robotę, w tym puchu trzeba nieźle się napracować.  I tak  pokonujemy grzbiet aż do przełęczy pod Kondracką Kopą.  Trawersy, odstępy i  torowanie. Niekiedy pojawia się kosówka ze śniegiem po pas, a wraz z nią bukiet przekleństw przecina górską ciszę.  A jest bardzo cicho. Wiatr znikomy,  pogoda powoli się klaruje.







Na przełęczy pod Kopą robimy przerwę. Mamy godzinę czternastą i wypada cos zjeść.  Obserwujemy widoczne na północy pasma Gorców i  masyw Babiej Góry.
Dalsza część drogi wygląda zachęcająco.  I taka właśnie jest w rzeczywistości. Kondracka Kopa i Małołączniak  całkowicie przewiane  ze śniegu.  Po ostatnim torowaniu mamy wrażenie, że idziemy po schodach czy asfalcie.  Kilka razy zatrzymujemy się na zdjęcia albo po prostu dla samego podziwiania słońca, które zbliżając się ku zachodowi, maluje  niebo i ośnieżone grzbiety odcieniami żółci. 
Od Małołączniaka „powraca” śnieg, zalegający miejscami dość obficie.  Jest już po piętnastej, za kilka dni najkrótszy dzień roku, więc już właściwie zmierzch.  Wchodzimy na Ciemniak. Z mapy nie wyglądał zachęcająco, ale może zdążymy zejść na Tomanową Przełęcz.  Postanawiamy zbadać teren i razem z Januszem mocno wyrywamy przed pozostałą dwójkę. Gdy docieramy na Ciemniak, słońce zachodzi.  Poza wrażeniami wizualnymi mam inny problem na głowie.  Obserwuję grań w stronę Tomanowej Przełęczy.  W tym skąpym słońcu wygląda co najmniej zbyt trudno, by pakować się na nią po ciemku. Zajmie dużo czasu, którego już dziś nie mamy.







 Bez wahania decyduje się na powrót do Liworowej Przełęczy, gdzie zapobiegawczo upatrzyliśmy sobie awaryjne miejsce na biwak.
Namioty rozbijamy w świetle czołówek.  Wybieram miejsce w głębokim śniegu i nie będąc pewnym pogody, wkopuję się w niego ponad pół metra, robiąc platformę. Po rozbiciu namiotów od razu przystępujemy do topienia śniegu. Właściwie to nasze wyłączne wieczorne zadanie. Topimy, jemy, pijemy i jeszcze raz topimy, żeby było na później. Po tej wymagające pracy kładziemy się spać.





Z uwagi na wczorajsze realia i nagłośnienie w mediach, budzimy się jeszcze po ciemku o piątej rano.  Dziś jest przecież 21 grudnia 2012 , a co by to było - zaspać w dzień końca świata.  Siedząc tu na górze, oczekujemy przynajmniej niezłego widoku na apokalipsę. Chociaż  takiego jaki miał buddyjski mnich z filmu „2012”.  A tu nic.  Dziwne, ale może jeszcze w ciągu dnia coś się przydarzy – wtedy na pewno zrobimy zdjęcia ;).
W namiocie wszystko oszronione. Ze śpiwora żal jest wychodzić, ale cóż zrobić.  Po pierwsze trzeba stopić wodę. Gaz mimo trzymania w śpiworze i izolacji od podłoża jest jakiś „wczorajszy” i trzeba ogrzewać go rękami.  Powolne działanie palnika przekłada się na naszą szybkość pakowania.  A jest ona znikoma.  Przebudzonego turystę na zewnątrz wygania chociaż pogoda. Od rana mamy lustro. Widoczność jest wysoka, na niebie żadnej chmurki i w ogóle zapiera dech. Żeby tylko te buty nie były takie lodowate.


 U chłopaków w namiocie noc przebiegała także komfortowo. Wstali zadowoleni i mądrzejsi o nowe doświadczenie.  Janek mocuje się z butami. Nie obił ich ze śniegu i teraz założenie dwóch brył lodu staje się wyzwaniem.  Janusz ma skorupy i z pewnością teraz bardzo cieszy się z ich posiadania.
Cała krzątanina ciągnie się aż do dziesiątej, kiedy opuszczamy miejsce biwaku. Podejście na Ciemniak mamy przetarte, więc przebiega sprawnie.








Zejście na południe nie wygląda przyjaźnie. Dużo skał i stromo, a śnieg nie trzyma. 
W plecaku mamy sznurek i może będzie potrzeba go użyć, więc perspektywicznie zakładamy uprzęże.  Poza tym zamieniamy kijki na czekany. 
Początkowo zejście jest niezbyt trudne lecz meczące. Mimo iż śnieg sięga kolan,  nie jest związany i nieraz ślizgamy się na niewidocznych kamieniach.  W dużych odstępach, pokonujemy grań z lewej strony.   Trasy ubywa powoli, a czas leci.

W pewnym momencie wychodzimy na skalistą półkę.  Zejście tędy byłoby możliwie, ale tylko ze stałą asekuracją.  To przeliczeniu czasu, decydujemy się obejść ten fragment eksponowanym trawersem.   Odcinek ten jest chyba najdłuższym i  najmozolniejszym fragmentem dzisiejszej trasy.  Kroki stawiamy uważnie i powoli. Śnieg nie trzyma, wbity po głowicę czekan nie daje oparcia i trzeba mocno improwizować. Trawers, który w normalnych warunkach, w lutym, zająłby pięć minut, teraz z ciężkimi plecakami, pokonujemy ponad pół godziny.  Grzejące jak piec słońce nie chce nam pomagać. Przeciwnie – pali twarze i kurtki, których zawartość niemal się gotuje.
Niemniej jednak trawers przechodzimy, a dalej jest już łatwiej.  Na Stołach urządzamy długo wyczekiwany popas.  Nie chcę się wierzyć, ale już prawie trzynasta, a my przeszliśmy taki śmieszny odcinek.
Następnym etapem dnia jest deniwelacja do Tomanowej Przełęczy, przez nagrzany grzbiet.  Ten stok robimy szybko, bardziej zbiegając niż idąc.
 Na przełęczy śniegu co nie miara. Nieraz przychodzi iść na czworakach.  Co gorsze, nie widać dobrej ścieżki do góry.   Jakby dla żartów postanawiamy podążać za śladem kozicy, który jest zbieżny z naszym kierunkiem marszu – do góry.  I to działanie opłaca się nam. Kozica okazuje się zwierzęciem bardzo mądrym, wybierając najpłytszy śnieg.  W lewo – lufa, w prawo pół metra śniegu, a na „kozim szlaku” przyjemne 20cm.




Mimo dobrej drogi zacienionego  grzbietu, podejście jest męczące.   Janek, który ma najcięższy plecak z nas wszystkich,  później określa je jako „bezlitosne, jak Mongołowie w XIII wieku” .
 I tak docieramy na Suchy Tomanowy Wierch.   Droga na sam wierzchołek jest już lepsza.  Ośnieżona  grań z nawisami zaprasza i prosi o baczną uwagę.  Za jej wskazaniami, po piętnastej meldujemy się przy słupku  w granicznym na Tomanowym Wierchu Polskim.  Słońce oświetla nas jeszcze ostatnimi promieniami, po czym zachodzi. To ono właściwie ustala rytm dnia i teraz mówi - dość.
Z wierzchołka  schodzimy do Smreczyńskiej Przełęczy i tam postanawiamy zabiwakować. W ruch idą łopaty. Po kilkudziesięciu minutach meldujemy się w namiotach.  Czas zacząć rytuał topienia wody, choć póki co mam inny problem. Od dłuższego czasu mocno zesztywniały mi stopy i teraz muszę je rozgrzać.  Po rozmasowaniu i owinięciu w puch, można przystąpić do konsumpcji.  Choć nie czujemy to jednak dzień dał nam w kość. Szczególnie ucierpiał bilans wodny i koniecznie trzeba go uzupełnić.  Jak i wczoraj, tak dziś gotujemy ponad cztery litry wody. Gdy już się napełniamy, idziemy spać.  
Cały dzień wyczekiwania, a tu nic się nie przytrafiło. Majowie musieli układać kalendarz po pijaku…..

4.30 – dzwoni budzik. Jeszcze ciemno, toteż trudno się do niego dobrać. Przeszukać, wygrzebać, wyłączyć, przekląć. No i po takiej kompilacji czynności jestem mimowolnie obudzony i przytomny.
Dzień zaczynamy oczywiście od masowania kartusza i gotowania wody. Ten widocznie się przeziębił, gdyż od rana mocno kaszle i w końcu zdycha, na szczęście dopiero wówczas,  gdy mamy wszystko przygotowane. 
Scenariusz pogodowy jest pozytywny.  W nocy było dużo chłodniej niż ostatnio, jednak nikt nie narzekał. Chłopaki też wygodnie ją przetrwali, ubierając się aż po czubek nosa. 
Z miejsca noclegu zwijamy się  po dziewiątej. Od rana podziwiamy rozległe widoki i czyste niebo lecz dzisiaj dokucza wiatr. Mimo iż nie jest bardzo mocny, to wychładza i zacina po twarzy ostrymi igiełkami lodu. Podejście na Smreczyński Wierch pokonujemy zmarznięci i zakapturzeni.


Na szczycie wieje jeszcze bardziej. Pod sobą mamy przecudną panoramę na wschód, ale długo wystać nie można.  Powoli schodzimy do Hilińskiej Przełęczy. Po drodze dużo śniegu nawianego w zagłębienia, osuwającego się spod nóg.  Posuwamy się niespiesznie, raz po raz wpadając  w niewidoczne szczeliny.  Nic dziwnego, że już czwarty dzień raki leżą w plecaku.  Mimo, iż idę za Januszem i po jego śladach to zapadam się jeszcze niżej. Prawie dwadzieścia kilogramów różnicy robi swoje.
W międzyczasie kilkanaście metrów od nas zauważamy całe stado kozic, które bacznie nas obserwuje i  nawet nie próbuje uciekać.  Te zwierzęta wydaja się być pewne własności tego terenu, gdzie my jesteśmy intruzami.   
Na Hilińskiej Przełęczy robimy postój. Jest prawie południe.  Moje stopy mają się jakoś źle i od rana nie chcą się rozgrzać.  Po jedzeniu  wykorzystuję czas  na rozmasowanie. Czynność  się przeciąga i po chwili rozcieram z pomocą Anity.  Janusz i Janek w tym czasie wychodzą w kierunku Kamienistej.

Po jakimś czasie i my zbieramy się. Po kilkudziesięciu minutach podejścia sladami poprzedników, spotykamy się z chłopakami na Stołach, kilkadziesiąt metrów od szczytu.  Na zegarku elektroniczne kreski wskazują 13:20.
Stąd mam doskonały wgląd na całą okolicę i zastanawiam się na dalszą drogą.   Zejście z Pyszniańskiej Przełęczy do Pyszniańskiej Doliny, jako że wystawione na północ, z widocznymi poduszkami śnieżnymi, wydaje się być mocno lawiniaste.  Chcąc wracać przez Ornak, trzeba liczyć się z nocnym marszem, a to nam się nie uśmiecha.  Do tego, jak w nogi było mi lodowato, tak jest nadal.   Ze wszystkich opcji, najlepiej wygląda Dolinczański Grzbiet. 
Szybko decydujemy się schodzić właśnie tą drogą.  Janusz i Jasiek chcą jeszcze wejść na szczyt Kamienistej, a ja z Anitą od razu zaczynam torować drogę w dół.   Początkowo spod szczytu schodzi się źle.  Śnieg stąd wywiało, a ten co jest nie daje żadnego oparcia.  Zaliczam po drodze jedną glebę, ale na szczęście nic poza tym. Po kilkuset metrach teren zaczyna się wypłaszczać, wiatr cichnie, a ja wychodzę na łagodny grzbiet.
Im niżej, tym więcej śniegu i cieplej.  Zapomniany GPS zostaje wyciągnięty na światło dzienne i chociaż  w ogóle będzie miał okazję się przydać.
Dobrze, że schodzimy – każdy chyba pomyślał, aż do chwili gdy przed nami rozpostarło się pole kosówki.  Śnieg po pas i wyżej, ale nastromienie działa na naszą korzyść.  Zmęczenia przy torowaniu nie czuję. 
Kierujemy się wzdłuż grzbietu, po dłuższej chwili wchodząc  w las. Czeka nas jeszcze przeprawa przez wiatrołomy i Doliniczniański Potok.  Od tego czasu utrzymujemy wysokość, aż do przecięcia czarnego szlaku  Smreczyńskiego Staw - Ornak. Nim kontynuujemy marsz.   
W schronisku na Ornaku meldujemy się po piętnastej.  Cały budynek przystrojony  świątecznie. Moc świecidełek i oczywiście choinka w rogu jadalni. W powietrzu wyczuwa się atmosferę miejsca. Gdyby ktoś chciał zobaczyć  ikoniczną postać schroniska – powinien patrzeć moimi oczyma, wieczorem 22 grudnia 2012. Turystów niezbyt wielu, choć i tak frekwencja zaskakuje – aż dziwne, że tylu ludzi porządki nie zatrzymały w domach. Pewnie to zasługa soboty. 
Szybko płacimy za nocleg i rozwalamy swoje rzeczy na łóżkach.  Byle dobrać się do jedzenia i herbaty.  Spędzamy długi wieczór w jadalni, gdzie rozstawiamy przed sobą całe dobro, które ostało się jeszcze w zakamarkach plecaków.  No i oczywiście pijemy. Pijemy, pijemy i jeszcze nalewamy do termosów na noc.  A w nocy znowu picie, bo suszy.

Rankiem, jak na pożegnanie, pogoda się psuje. Ze schroniskowych okien nie widać górskich grzbietów, powyżej 1800m npm zaległa mgła.  Poza tym zaczyna pruszyć drobny śnieg.
No to się udało – każdy cieszy się, że mimo niepomyślnych prognoz, wstrzeliliśmy się w okno pogodowe.
Niespiesznie ogarniamy swoje rzeczy do kupy i  wychodzimy ze schroniska. Dziś czeka nas tylko spacer doliną Kościeliską i ciekawe spojrzenia ludzi, mijanych po drodze.  To koniec naszej wyprawy.

Grudniowy wyjazd w Tatry Zachodnie okazał się ciekawym przedsięwzięciem i pozwolił zdobyć wiele potrzebnego doświadczenia.  Głównie w kwestii zimowego biwaku i oceny zagrożenia lawinowego.  Z naszego sposobu poruszania się jestem bardzo zadowolony.  Wszystko udało się zrobić poprawnie.   Warunki  śniegowe nie pozwoliły zajść za daleko, jednak na pogodę nie możemy narzekać.  Mimo iż pod stopami nie było najlepiej, to jednak z góry nic na nas nie sypało, a widoki poza ułatwieniem orientacji, pozwoliły w stu procentach cieszyć się pięknem gór.
Myślę, że było warto i uczestnicy podzielają moje zdanie.

Pozdrawiam
Tomasz Duda