Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 listopada 2017

Wyprawa do Peru Cordilliera Blanca I Huascaran Sur- relacja - część IV - Vallunaraju i powrót z Raju :)

Tym razem ostania część relacji, dokumentująca wyprawę do Peru. Tym razem będzie o ostatnim górskim sukcesie wyjazdu i żmudnym powrocie do cywilizacji, Polski, domu :). Enjoy


6 lipca 2017 roku

Po śniadaniu i konsultacji z właścicielem Carooline Lodging plany mamy już właściwie sprecyzowane. Idziemy na trekking w doliny górskie leżące nieopodal, z zamiarem okrążenia szlakami wzgórza Churup (5498 m npm). Po sprawdzeniu listy obecności okazuje się, że Janek zostaje w Huaraz, a pozostali jeszcze mają chęć na wyjście. Pakujemy się bez pośpiechu i wychodzimy na miasto.



Znalezienie transportu do pobliskiej miejscowości Luppa zajmuje nam ponad godzinę i kończy się wynajęciem taksówki, która za 15 soli dowozi nas te kilka kilometrów. Z miejscowości idziemy już pieszo do początku parku narodowego i miejscowości Pitec, Droga upływa przyjemnie, możemy podziwiać lokalną kulturę oraz widoki migoczące w oddali - Huaraz i masyw Cordilliera Blanca. Niemniej jednak ponad dwa tygodnie noszenia plecaka męczy i pomimo relatywnie niewielkiego wysiłku, daje się on we znaki. Sam czuję ból pleców już po kilku godzinach marszu. Na granicy parku narodowego spotykamy miłego strażnika, o raz kolejny uzupełniamy formularze i disclaimer, po czym ruszamy w dalszą drogę. Jest już bardzo późno, nawet jak na nasz standard, gdyż dochodzi godzina 16:00.



Dodatkowo, gdy nad doliną świeci słońce i na niebie nie ma chmur, góry są całkowicie spowite mgłą i lada chwila możemy spodziewać się deszczu. Jesteśmy zdeterminowani i wychodzimy w kierunku doliny niemniej jednak, gdy nad nami robi się ciemno od chmur, a deszcz zaczyna padać, z podkulonymi ogonami wracamy do granicy parku i na parkingu postanawiamy robić namiot. Przy tym należy zaznaczyć, iż sytuacja moja i Janusza po ostatniej przygodzie z serem jest stabilna, o tyle Marcin męczy się dalej z problemami żołądkowymi już od kilku dni. Ma problem ze zjedzeniem czegokolwiek, a gdy już zje to organizm każe mu się tego pozbyć. Biegunka nie jest intensywna ale bardzo częsta i irytująca.



Zmiana planów trekingowych nie przeszkadza nam, aby było fajnie. W trzy osoby siedzimy w jednym namiocie Marcina, jemy co tu wnieśliśmy i rozmawiamy. Chmury na niebie i zachód słońca fundują nam znakomity spektakl przez co nie mamy powodu żałować, że się tu znaleźliśmy.






7 lipca 2017 roku

Wstajemy przed 8:00 i powoli organizujemy sobie dzień. Parking z każdą chwilą ożywa. A to przechodzą miejscowi w kolorowych strojach, pozdrawiając nas, a to pojawia się strażnik parku i kolejni turyści. Za namową miejscowych decydujemy się pójść w kierunku jezioro Churup, które położone jest nieopodal, u podnóża szczytu o tej samej nazwie. Miejsce okazuje się być bardzo popularne wśród turystów, a droga wiodąca do niego ma początkowo szerokość szosy samochodowej.



Przy znakomitej pogodzie, z relatywnie niezbyt ciężkimi plecakami, w sandałach, szybko zdobywamy wysokość. Początkowo zmierzamy odsłoniętym grzbietem, następnie trawersem wzdłuż zbocza, by wejść w dolinę górską. Następnie droga mocno staje dęba i zaczyna się etap wspinaczkowy, ubezpieczony stalowymi linami. Dla nas jest ot o tyle trudne, o ile mamy sandały na nogach, a nawierzchnia jeszcze po porannym przymrozku bywa miejscami zalodzona. Duże plecaki również nie pomagają w utrzymaniu równowagi, jednak nie mamy z nią większego problemu.



Wspinaczka wzdłuż wodospadu oraz potoku jest bardzo przyjemna i dostarcza wielu wrażeń. ścieżka następnie opada trochę, by po chwili zmienić znowu charakter i wprowadzić nas na spiętrzenie, które poprzedza bezpośrednio jezioro. Nad taflą wody nie brakuje turystów, przy tym najwięcej jest Azjatów i Amerykanów. Jezioro położone jest na wysokości 4560 m npm, przy czym można wyjść jeszcze 100 metrów wyżej, do mniejszego jeziorka. Janusz zostaje tutaj, ja zaś z Marcinem na lekko idziemy jeszcze wyżej. Droga wiedzie długim trawersem, a następnie wspina się na skaliste zbocze do wysokości 4700 m npm. Na górze spędzamy jedynie kilka minut, by po chwili skierować się do zejścia. Szybko docieramy do miejscu postoju Janusza, po czym idziemy w dalszą drogę w dół.



Błyskawicznie pokonujemy odcinek wzdłuż potoku, chwilę dyndamy na linach, by niewiele później schodzić już w kierunku granic parku narodowego. Na miejscu budzimy powszechne zdziwienie, gdy deklarujemy, że idziemy pieszo do najbliższej miejscowości, gdyż nie chcemy płacić za transport z Pitec dwukrotnie więcej. Do miejscowości Luppa, skąd de facto rozpoczęliśmy wycieczkę docieramy około 14:00. Na miejscu transport publiczny nie jeździ widocznie zbyt często, a w rezultacie niewiele myśląc decydujemy się na przejazd z lokalsem po 5 soli za osobę. Po powrocie do miasta spotykamy się z Jankiem i zaliczamy rutynową wycieczkę po sklepach i bazarach. Wieczorem standardowo gotujemy i smażymy. Snujemy też plany na ostatni podryg tego wyjazdu...


8 lipca 2017 roku 

Kolejny już, przedostatni przepak w Huaraz przed ostatnią akcją górską. Chociaż jesteśmy już zmęczeni i nie chce nam się, postanawiamy jeszcze powalczyć. Pada na górujący nad miastem szczyt Vallunaraju (5686 m npm) - szczyt leżący blisko, z dobrą logistyka i idealny jako podsumowanie działalności górskiej. Mamy do zagospodarowania dwa dni, gdyż na 10 lipca wieczorem zakupiliśmy już bilety powrotne do Limy. Po konsultacji z właścicielem dowiadujemy się, że jeżeli nie weźmiemy transportu prywatnego do Base Camp to potrzeba trzech dni, ale w dwa może się udać. Spróbujemy. 
Tym razem Marcin, którego nie odpuszcza biegunka zostaje w mieście, zaś Janek oferuje nam support w bazie, zastrzegając, iż nie idzie wyżej. Akcję górską mam przeprowadzić wraz z Januszem. Nie będę ukrywał przy tym, iż na Vallunaraju jedziemy trochę w ramach rewanżu, żeby odkuć się za Chpocalqui i Huascaran, żeby pokazać, że możemy. Tylko komu? Najprawdopodobniej sobie i tym samym poprawić nadwątlone morale. Marcin odprowadza nas do centrum miasta, gdzie znajdujemy publiczny transport do miejscowości Marian za 1 sol/osoba. Busik jedzie ciągle do góry, niemiłosiernie piłując. Sześć kilometrów w około pół godziny to wynik, jaki udaje mu się osiągnąć. Dla nas im wyżej tym lepiej, toteż opuszczamy maszynę na ostatnim przystanku. Dalej idziemy pieszo.



Droga wiedzie najpierw szutrówką (właściwie wszystkie drogi poza główną to szutrówki), by po chwili zmienić się w ścieżkę biegnącą grzbietem pomiędzy skałami. Niebawem trafiamy na otwartą przestrzeń, a przed nami pojawia się pasmo górskie, zakończone lodowo-skalnymi ścianami i otwartą gardzielą doliny, do której zmierzamy. Grzbiet, który pokonujemy jest całkowicie odsłonięty i słońce grzeje nas mocno. Na szczęście z racji temperatury nie jest przesadnie gorąco, ale optymalnie. Przy tej okazji muszę wspomnieć, że pogoda w Peru bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła w kontekście relatywnie niewielkich wahań temperatury. Gdy w Azji w dzień temperatura na lodowcu w słońcu sięga 30-40 stopni, w nocy zaś spada poniżej -10, tutaj codziennie termometr wskazuje nie mniej niż 18 i nie więcej niż 23 stopnie Celsjusza, a nie spada poniżej -10 , - 20. Po prostu funkcjonuje się przyjemnie i zmęczenie aż tak nie daje się we znaki, szczególnie w pełnym słońcu.






Toteż marsz pod Vallunaraju, mimo iż w pełnym słońcu oraz pod koniec wyjazdu, był znośny. W dolinie zrobiło się już chłodniej, jednak plecaki dawały się solidnie we znaki. Na domiar złego objawy mojej biegunki wróciły i miałem solidne obawy, czy uda mi się zaatakować górę. Na chwilę obecną celem było dotarcie do Base Camp położonego na końcu doliny, którą szliśmy około 10 kilometrów. Gdy dotarliśmy do bazy słońce schowało się już za wysoki horyzont i zrobiło się zimno. Miejsce położone na 4450 m npm okazuje się równocześnie schronem i centrum szkolenia przewodników górskich, z których kilku rezyduje w budynku. Co ciekawe, nieopodal zbudowano nawet toalety.





Z racji zmęczenia i temperatury niezwłocznie rozbijamy namiot, ubieramy najcieplejsze ubrania i rozpoczynamy przygotowywanie jedzenia. Wieczorne czynności kończymy spakowaniem plecaków szturmowych i całego sprzętu na jutro. Szykuje się ambitny plan do zrealizowania.


9 lipca 2017 roku

Dzień rozpoczynamy pobudką o 2:30. W nocy jest widno jak w dzień, gdyż księżyc mocno świeci po zboczach i lodowych ścianach. Ubieramy się, jemy, pakujemy. Niezwłocznie wychodzimy na podejście o 3:40.



 W świetle czołówek szukamy ścieżki, ale nie jest to trudne. Zbocze jest bardzo strome i nie ma wielu wariacji do poprowadzenia dróżki. Tempo mamy bardzo dobre i szybko zdobywamy wysokość. Szlak wiedzie początkowo bardzo stromo w górę, a następnie łagodniejszym już trawersem w kierunku moreny i skał poniżej lodowca. Szlak jest znakomicie oznaczony i widoczny z powodu księżycowego światła i bezchmurnej pogody. Około 5:00 docieramy do Moraine Camp (4950 m npm), gdzie rozstawionych jest kilka namiotów. Po krótkiej przerwie i zjedzeniu batona idziemy dalej, tym razem wspinając się przez barierę skalną. Przed 6:00 docieramy do podstawy lodowca.



W majaczącym wschodzie słońca i zachodzie księżyca, następujących równocześnie, "szpeimy" się. Na lodowcu przed nami widzimy co najmniej trzy zespoły. Jako, iż posuwamy się dobrym tempem po kilkunastu minutach mijamy przewodnika wraz  klientem. Dalej idzie się coraz ciężej, a tempo spada wprost proporcjonalnie do wzrastającej wysokości. Mimo wszystko jest lepiej niż się spodziewałem. Trzymamy odległość długości liny lecz teren nie jest szczególnie uszczeliniony. Kilkukrotnie przechodzimy przez mosty śnieżne. Droga jest widoczna i wydeptana, prowadząc pomiędzy charakterystyczne "rogi" Vallunaraju.






Kilkukrotnie pokonujemy miejsca bardziej czujne, jednak generalnie teren nie sprawia nam trudności. Pogoda jest znakomita, a im dłużej idziemy, tym robi się cieplej. W międzyczasie próbuję skontaktować się z Jankiem prze krótkofalówkę, jednak jest to niemożliwe. Gdy wychodzimy na przełęcz pomiędzy wierzchołkami dociera do nas słońce, które mocno grzeje. Grań szczytowa nie jest długa i pokonujemy ją bardzo sprawnie. Na szczycie meldujemy się około 8:00 rano, spotykając dużą grupę z lokalnym przewodnikiem. Robimy kilka zdjęć, podziwiamy spektakularny widok i po przegryzieniu batona ruszamy w dalszą drogę w dół.




Ze szczytu bardziej zbiegamy niż schodzimy, gdyż chcemy jak najszybciej przejść niebezpieczne odcinki, zważywszy że słońce już mocno operuje na niebie. Robi się ciepło, miejscami nawet gorąco. Zbiegamy w godzinę do podstawy lodowca i na skałach już rozwiązujemy się. Dalej schodzimy skałami, przez obóz moraine camp. Stamtąd kontaktujemy się z Jankiem i zapowiadamy rychłe zejście do bazy. Na trawersie rozwijamy dużą prędkość, którą tracimy dopiero na stromym zejściu w dół zbocza, gdyż robi się niebezpiecznie. Niedaleko dna doliny spotykamy grupę turystów, która mozolnie brnie do góry. Dobijamy do bazy ok. 10:50, gdzie czeka Janek z ugotowana zupą i liofilem.




 Okazuje się, iż cała akcja górska zajęła nam 7 h. 10 min. Pożywiamy się trochę w biegu i jednocześnie niemal przebieramy, suszymy ubrania i pakujemy obozowisko. Nie jesteśmy zbytnio zmęczeni, toteż sprawnie uwijamy się z całym wyposażeniem. Po 12:00 opuszczamy bazę i sprawnie maszerujemy w dół doliny. Droga dłuży się trochę i po jakimś czasie robi się monotonnie i śpiąco. Przy tym im niżej, tym cieplej.




O 14:30 docieramy do wsi Marian, ale z racji niedzieli nie spodziewamy się na szybki transport. Ku naszemu zdziwieniu po kilkunastu minutach oczekiwania na horyzoncie pojawia się busik, który za 1,5 sol/osoba dowozi nas do centrum Huaraz. Jako, iż wszystkie górskie cele mamy już zrealizowane,  przełamujemy strach przed lokalnym jedzeniem  i zajadamy się szaszłykami z kurczaka, serwowanymi na lokalnym bazarze (2 sole/sztuka). Próbujemy również lokalnych specjałów, tj. herbat z alkoholem, precli z rusztu, prażonej kukurydzy czy sałatki tak ostrej, że nie sposób jej przełknąć. Jest w czym wybrać, a przekąski kosztują dosłownie grosze. Wieczorem kupujemy również lokalne owoce. Te ciekawsze, których próżno szukać w Europie. Najedzeni rezygnujemy tym razem ze wspólnego gotowania.




10 lipca 2017 roku

Ostatni dzień w Huaraz spędzamy raczej standardowo. Jemy śniadanie, wstępne pakujemy plecaki, które odkładamy do depozytu i idziemy na miasto. Celi mamy co najmniej kilka, a najciekawszym jest sprzedaż sprzętu wspinaczkowego. Marcin opowiada, iż poprzedniego dnia, gdy my walczyliśmy na Vallunaraju, on chodził po mieście i udało mu się sprzedać kilka rzeczy, które tak czy inaczej planował wymienić. Postanawiamy na wszelki wypadek też zabrać ze sobą co niego i spróbować sprzedać. Ponadto każdy chce wymienić lokalna walutę na coś powszechnie akceptowalnego i kupić pamiątki dla bliskich.



 Największe wyzwanie mamy z pierwszym zadaniem. Chodzimy od sklepu do sklepu i próbujemy sprzedać co mamy zbędnego. Generalnie targi kończą się bardzo dobrze i kończą się sprzedażą szeregu elementów wyposażenia za dobre pieniądze. Podsumowując powiem, że do kraju wracałem bez górskich butów, gdyż cena za jaką je sprzedałem była co najmniej zadowalająca. Następnie od sklepu do sklepu szukamy pamiątek - kubków, biżuterii, pocztówek, etc. Swetry i czapki z alpaki cieszą się dużą popularnością. Postanawiamy spróbować także lokalnej kuchni, która okazuje się niebywale tanie. Za 10 soli kupujemy munu dnia, na które składają się dwa dania, przystawka, deser i napój. Drobne wydajemy również w inny sposób, próbując lokalnych lodów oraz świeżych soków, które sprzedawane są niemal na każdym rogu.



Wieczorem żegnamy się z właścicielami hostelu, których długo zapamiętamy. Pani właścicielka na pożegnanie tytułuje nas jako "chicos montañeros", które to stwierdzenie bardzo nam się podoba. Około 20:30 trafiamy na dworzec autobusowy i czekamy na nasz transport. W tym miejscu warto powiedzieć, iż w Peru, a szczególnie w Huaraz nie ma czegoś takiego jak standardowy wspólny dworzec autobusowy. Nie wiem, czy działa tu transport publiczny, zaś z pewnością większość kursów obsługują podmioty prywatne. Przy tym każdy z nich ma odrębne stoisko w innej części miasta. Takie stoisko zaś jest swego rodzaju prywatnym dworcem. Aby kupić bilet należy trafić do stoiska konkretnego przewoźnika i dokonać zakupu.





Autobus mamy wykupiony na godzinę 22:00, ale spóźnia się i przyjeżdża dopiero 40 minut później. Po tym incydencie wszystko idzie już zgodnie z planem. Dostajemy swoje miejsca, po czym bezceremonialnie kładziemy się spać.


11 lipca 2017 roku

Budzimy się w Limie o 5:00 rano, jeszcze w nocy. Pogoda jest taka sama, jak w momencie, gdy opuszczaliśmy miasto - szara, wilgotna, zimna i smętna. Po opuszczeniu autobusu nie mamy woli walki i przebijania się przez ciemne miasto na lotnisko. Ulegamy namowie taksówkarza i za 50 soli jedziemy na miejsce.




Na lotnisku w znajomym miejscu rozbijamy koczowisko. Jemy, śpimy, gapimy się w ścianę. Wszystko po to aby przeczekać te kilka godzin do 11:15, kiedy ma rozpocząć się nasz lot. Po rozpoczęciu procedury odprawy nasza sytuacja nabiera tempa. Szybko meldujemy się w samolocie Iberia Airways, w którym mamy spędzić następne kilkanaście godzin. Tym razem usługi okazują się być dużo gorszej jakości, niż standard do którego przyzwyczaiło nas British Airways. W locie pijamy strefy czasowe i zaliczamy ekspresowo szybką noc, po czym o świcie docieramy do Madrytu.


12 lipca 2017 roku

Na tamtejszym lotnisku mamy już trochę zabawy, gdyż musimy przemieszczać się pomiędzy poszczególnymi sektorami, oddalonymi oo kilka kilometrów i połączonych metrem. Podczas odprawy również jesteśmy celem dokładnego badania służb celnych , którzy kontrolują nas widocznie  w poszukiwaniu narkotyków. Nikt nie zostaje jednak zatrzymany do dokładniejszej kontroli. Chwila niepewności pojawia się jedynie w jednym momencie, gdzie Marcin ma problem, aby automatyczny czytnik wykrył podobieństwo jego zarośniętej trzytygodniową brodą twarzy do tej zamieszczonej na paszportowym zdjęciu. Jest to jednak smaczek wzbudzający uśmiech, a nie realny problem.



W kolejny samolot do Berlina wsiadamy o godzinie 8:45 aby przed południe dotrzeć na miejsce. Niestety, pomimo słonecznej pogody w Hiszpanii, Berlin wita nas deszczem i chmurami. 5 kilometrów dzielących nas z lotniska na dworzec autobusowy pokonujemy oddzielnie - ja z Marcinem pieszo, Janek z Januszem autobusem. Spotykamy się na miejscu, robiąc po drodze zakupy w Lidlu. Na transport do Polski przychodzi nam czekać do wieczora. Godziny wleką się w nieskończoność, a spędzamy je w lokalnej poczekalni, która powoli zapełnia się ludźmi.
Mój transport wyrusza o godzinie 19:00, przy tym trochę się opóźnia. Żegnamy się z chłopakami licząc na rychły kontakt. Oni wyjeżdżają również polskim busem za niespełna pół godziny, do Warszawy.


13 lipca 217 roku

Dużą część podróży przesypiam, budząc się dopiero przed Krakowem. Docieram na mieszkanie po godzinie 4:00 rano i w tym momencie moja ponad dwudziestodniowa podróż kończy się. Janusz kończy swoją przed godziną 8:00, zaś Janek i Marcin przekraczają progi domów przed południem. Powyższe akcenty kończą epopeję "Hola Cordilliera".


Podsumowanie

"Hola Cordilliera" to wyjazd stanowiący podsumowanie ponad dwuletnich przygotowań. Chociaż główny cel wyprawy nie został osiągnięty, z pewnością czas spędzony w Peru nie poszedł na marne. Poza zdobyciem doświadczenia górskiego spędziliśmy tam wspaniałe wakacje. Cordilliera Blanca to region niezrównanie piękny i egzotyczny dla przeciętnego europejczyka. Góry, choć mogłoby się wydawać, że wszędzie są takie same, tutaj mają swój specyficzny charakter, tworząc miejscami specyficzne kształty i formy. Chociaż nie są relatywnie wysokie, posiadają niepowtarzalny, wysokogórski charakter. Jeżeli chodzi o trudności  techniczne to w mojej ocenie stanowią idealny cel dla ekip średniozaawansowanych i zaawansowanych. Poza kilkoma szczytami trekkingowymi w większości przypadków drogi klasyczne na bardziej popularne szczyty mają już większą wycenę i wymagają umiejętności wspinaczkowych. Niemniej jednak osoby posiadające umiejętności znakomicie odnajdą się w tym regionie.
Z drugiej strony Cordilliera Blanca to góry znakomite pod względem transportu i komunikacji. Wzdłuż masywu ciągnie się główna droga krajowa i komunikacją publiczną dojedziemy na dowolną jej wysokość. W poszczególne doliny dowiozą na za to taksówki za naprawdę śmieszne pieniądze. Poza stosunkowo kosztownym biletem lotniczym Peru to raj dla ludzi, którzy nie chcą wydawać dużo pieniędzy (no chyba, że koniecznie chcą odwiedzić Machu Picchu). Tanie jest jedzenie, transport, zakwaterowanie. Poza ogólnym permitem do parku narodowego nie potrzebujemy innych przepustek. Nawet transport ekwipunku osłem czy z pomocą tragarza nie wychodzi drogo, w porównaniu do np. Kirgistanu.
Przy tym po raz kolejny powołuję się na egzotykę miejsca, która jest ciekawa sama w sobie. Dal mnie w Peru dosłownie wszystko było "inne" od tego co znałem do tej pory. Język, ludzie, kultura, pogoda, etc. To samo dotyczy flory - nieraz przypatrywałem się poszczególnym roślinom, drzewom, chłonąłem rajską atmosferę miejsc, w których byliśmy. Choćby dla tej "nowości i egzotyki" warto tu było przyjechać. Region jest mało popularny wśród turystów z Polski - świadczy o tym choćby fakt, że gdy ostatniego Polaka spotkaliśmy w Berlinie przed wylotem, to kolejnego dopiero po trzech tygodniach w Madrycie. Miejscowi też mówili, że Polaków raczej nie spotykają.
W okolicach jest bezpiecznie. Dla niektórych może to brzmieć niezbyt przekonująco, ale naprawdę takie wszyscy mili wrażenie. Nie mówię tutaj o Limie, gdyż byliśmy uprzedzeni do tego miasta i poza lotniskiem czy dworcem, w otwarte przestrzeni nie spędziliśmy tam nawet pół godziny. Po przyjeździe do Huaraz również zachowaliśmy dystans, jednak w perspektywie okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Już po kilku dniach czuliśmy się tutaj zupełnie swobodnie.
Przy tym, już przy kilku rozmowach przywołuję ogólną sylwetkę statystycznego Peruwiańczyka, która bardzo przypadła mi do gustu. Ludzie są bowiem jednocześnie mili, jak i zdystansowani. Nie zaczepiają, nie namawiają na siłę. Nikt nie miał przy tym nieprzyjemności ze strony miejscowych, policji, służb. Nikogo nie okradziono (co w Kirgistanie okazało się regułą). To bardzo miłą odmiana w stosunku np. do krajów azjatyckich, gdzie na skutek natarczywości miejscowych można nabrać do nich wręcz wrogiego podejścia.

Góry mają minus w postaci relatywnie dużego skumulowania zagrożeń obiektywnych w postaci seraków. Niemal każda droga wiedzie fragmentem po odcinkach niebezpiecznych, gdzie ryzyko wypadku, czy element "rosyjskiej ruletki" jest stosunkowo wysoki.
Minusem jest również brak typowych górskich służb ratunkowych. Właściciel hotelu mówił, że w okolicy nie ma śmigłowca, zaś jeżeli już lata w celach ratunkowych to z Limy, co zajmuje mu kilka godzin. Przy tym warunkiem uruchomienia śmigłowca jest uprzednie wpłacenie "kaucji" w Limie na poczet ewentualnej akcji w kwocie 10.000 USD. Dla mnie zabrzmiało to abstrakcyjnie.

Podsumowując Cordilliera Blanca oferują miłośnikom wypraw górskich cały ogrom wraże. Przy tym pozytywne aspekty zdecydowanie przeważają nad negatywnymi i osobiście mam nadzieję, że niebawem będę miał okazję tu wrócić.

Relację skierowałem dla osób, które chciałby wybrać się w te rejony. Mam nadzieję, że ten opis ten da Wam jakiś mglisty obraz tego, czego możecie się spodziewać. Prosze o pytania w komentarzach.

Pozdrawiam


GALERIA











środa, 18 grudnia 2013

Barcelona bez biletów, czyli studenckie tanie podróżowanie

Barcelona bez biletów, czyli studenckie tanie podróżowanie

Poza walorami architektonicznymi i wizualnymi, Barcelona to wielkie i  drogie miasto. Otoczenie  urzeka, La Rambla kusi wielkimi witrynami  na ponadkilometrowej długości,  a co chwilę jakiś sprzedawca próbuje wmówić nam, że na jego towar czekaliśmy całe życie.
Konsumpcjonizm kwitnie, gotówka zmienia właścicieli, a miasto zarabia. W dużej mierze właśnie na turystach. Poza pamiątkami i tym bez czego możemy się obejść, pieniądze zdzierane są na biletach wstępu do wszelkich obiektów.  I o zgrozo, niemałe pieniądze. Wstęp do każdego płatnego obiektu kosztuje minimalnie 6 euro, maksymalnie wielokrotność tej sumy. Obecny kurs waluty skutecznie odstrasza od kupna, a zniżek właściwie nie ma.
I co w takim mieście ma zrobić student taki jak ja, który nie zarabia w euro, a co więcej – nie dysponuje nawet większą pulą złotówek?
Student ów przede wszystkim patrzy. Patrzy i ogląda. Ogląda zabytki, wyłapuje szczegóły i wciska się w każdy kąt godzien jego uwagi.
O tym właśnie będzie tekst.  Jako iż po katalońskim mieście długo chodziłem i obserwowałem, napiszę na czym oko warto zawiesić i gdzie chodzić. Tanie podróże moim sposobem.
Zapraszam.

Jeśli chcemy po mieście wyłącznie pochodzić i pozwiedzać to, co darmowe, w zasadzie wystarczą  dwa dni intensywnego chodzenia. Gdy chcemy wstępować do muzeów, wystaw i wszędzie gdzie potrzebny bilet wstępu, czyli w inny sposób niż ja, wypada zarezerwować minimum cztery dniówki.
Na wstępie powinniśmy kupić bilet komunikacji miejskiej. Jeżeli jedziemy samemu to trzeba będzie wydać 2 euro na pojedynczy, godzinny przejazd. Gdy podróżujemy w szerszym gronie, dużo bardziej opłaca się kupić bilet zbiorowy. Kosztuje 9,80 euro i zawiera w sobie 10 godzinnych przejazdów. Co ważne – na jednym papierku może podróżować kilka osób, a automaty biletowe czekają przy lotnisku w Barcelonie, na stacji kolejowej. 
Gdziekolwiek chcemy jechać, biletami wypada dobrze rozporządzać. Jeździć jak najdłuższe odcinki  i spacerkiem kierować się w stronę kwaterunku. Godzina wystarczy co prawda żeby właściwie wszędzie dojechać, ale nie ma mowy, żeby w czasie przesiadki cos obejrzeć. Sam wcześniej tak naiwnie myślałem, nieubłagalny Chronos zrewidował jednak moje posunięcia.

Planując zwiedzanie, proponuję podzielić obszar z grubsza na dwie części, nazwijmy je:
 1.Północno – zachodnia.
2. Południowo - wschodnia

Proponowana systematyka nie jest zupełna i swoimi kręgami nie będzie obejmować wszystkiego, gdyż jest to fizycznie niemożliwe. Niemniej jednak taki był mój tani sposób zwiedzania i patrząc wstecz powiem – sprawdził się, toteż w tym poście trochę subiektywnie go narzucę.  Mapkę Barcelony dostaniemy darmo  w każdym punkcie informacji turystycznej, których w mieście jest pełno. Jako miejsce odniesienia do tekstu stawiam listopad 2013, kiedy odwiedzałem Barcelonę.


Dzień 1 – obszar północno wschodni
Zwiedzanie proponuję zacząć od wzgórza Tibidabo. Najlepiej od razu podjechać metrem do stacji Avinguda de Tibidabo i dalej na północ udać się pieszo. Wzniesienie, choć liczy tylko 515 m npm , wznosi się bezpośrednio od poziomu morza. Tym samym zajmująca około 2 godzin droga na wzgórze jest bardziej męcząca niż może nam się wydawać, ale jego odwiedzenie zdecydowanie  polecam. Nietrudno tu trafić, a całe wzniesienie to jakby wielki park z alejkami i dróżkami. Kwitnie tu aktywne życie Barcelony – biegacze, rowerzyści są na Tibidabo obecni chyba o każdej porze dnia i roku. Nagrodą za pokonanie podejścia jest widok, jaki rozciąga się ze szczytu wzgórza. Z platform widokowych możemy podziwiać niesamowitą panoramę Barcelony, a po przeciwnej stronie dojrzeć masyw Montserrat i Pireneje.  Na szczycie Tibidabo bieleje malowniczy neogotycki kościół – widoczna z oddali bazylika poświęcona Sercu Jezusowemu – Sagrat Cor.  Budowla , zwieńczona rzeźbą Chrystusa z rozpostartymi ramionami budzi trochę skojarzenia z Rio. Trochę… . Mówiąc całkiem poważnie robi niesamowite wrażenie, a w słońcu wprost oślepia swoim blaskiem.



Od Tibidabo kierujemy się na południowy wschód. Świadomie pomijam park Güell, który ostatnimi czasy został objęty programem zdzierania pieniędzy z turystów. Poza tym, że z zewnątrz mnie osobiście nie zachęcił do wejścia, to bilety wstępu do obiektu, który jeszcze kilka miesięcy temu był bezpłatny kosztują bagatela 8 euro. Temu miejscu dziękuję…
Od wzgórza do kościoła Świętej Rodziny dzieli nas około 5 kilometrów, które można pokonać pieszo albo metrem.




Samą Sagradę Familę po prostu trzeba zobaczyć.  Większości ludzi budowla się podoba, niektórym nie, a bezsprzecznym pozostaje fakt, iż choć nieukończona, urosła do rangi symbolu Barcelony. Wysoka na ponad 100 metrów secesyjna konstrukcja jest jednym, wielkim placem budowy.  Zaprojektowana przez architekta Antoniego Gaudiego, Sagrada Familia ciągle się zmienia i modernizuje. Dźwigi wkomponowane w panoramę bazyliki świadczą o postępach prac, których zakończenie zaplanowano na 2026 r.. Bazylika wprost przesycona jest zdobieniami i rzeźbami. Potencjalnego widza z jednej strony przytłacza pięknem, z drugiej powoduje zamęt i konsternację. Natłok zdobień nie pozwala ogarnąć wszystkiego wzrokiem i burzy trochę estetykę konstrukcji.   Wejście do wewnątrz jest płatne około 8 euro, a z relacji podobno niewarte tych pieniędzy.




Po dokładnym obejrzeniu Sagrady i spacerze wkoło budowli, z lekkim bólem karku kontynuujemy wycieczkę. Zmierzamy półtora kilometra na zachód, do ulicy Pg. De Gracia. 
Dochodzimy do jednej z najbardziej zatłoczonych arterii miasta. I nie mówię tu o ruchu ulicznym. Pomimo szerokich chodników, miejsca nie ma tu za wiele, szczególnie wieczorną porą kiedy kończy się dzień pracy.
Przy ulicy Pg. De Gracia warto obejrzeć dwie najsłynniejsze kamienice powyżej wspomnianego Gaudiego. 

 Casa Mila czy inaczej La Pedrera. Architekt zbudował wspomniany budynek z wielką finezją. W założeniu miał on wyglądać „pływająco” i fantazyjnie, przez co trudno znaleźć w konstrukcji bryły schematy, linie proste czy kąty 90 stopni.

Pierwszą, jest tzw.


Druga kamienica położona jest po drugiej stronie ulicy, 700 m na południe. To tzw.  Casa Batllo, wzniesiona przez architekta pod koniec XIX wieku. Budynek jak właściwie wszystkie budowle Gaudiego jest niepospolity.  Bogato zdobiony, w swoich detalach nawiązuje do motywów zwierzęcych.  Wkomponowane formy mają kształt kości i łusek. Tak, jak i poprzednia kamienica, Casa Batllo znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.
Po trzeciej budowli projektowanej przez Gaudiego wypada wspomnieć o samym architekcie i jego koligacjach z miastem. Prawie sto lat po śmierci na jego nazwisku kwitnie reklama i obrót pieniędzmi. W Barcelonie słowo Gaudi to klucz, który ma zachwycać i otwierać portfele.  Nazwisko to znajdziemy niemal na każdej ulicy, a pamiątki, kanapy i muzea sygnowane jego nazwiskiem to niemal chleb powszedni. Dzisiaj mało kto wie, że Antonio Gaudi zginął zapomniany. Potrącony przez tramwaj, trafił do zbiorowej mogiły razem bezdomnymi, aż ktoś nie zorientował się że najsłynniejszego architekta w mieście brakuje śród żywych…

Nieopodal Pg. De Gracia położony jest najsłynniejszy deptak Barcelony – La Rambla.  Ulica nie zachwyca i aż kipi komercją.  My przebijamy się jednak na południe. Przy La Rambli warto odbić w stronę straganów widocznych po zachodniej stronie ulicy.


Po wejściu pomiędzy kolorowe wystawy  dotrzemy do bazaru – Mercat de la Boqueria. Nie jest to co prawda cud architektury czy muzeum, ale polecam wszystkim odwiedzenie tego miejsca. Tłumny i gwarny bazar  ma w sobie dużo lokalnego klimatu. Wystawy są różnorodne i kolorowe, a sprzedawcy zachęcają do kupna.  W hali można znaleźć stoiska z apetycznie wyglądającymi  słodyczami,  bar, ale najwięcej sprzedaje się tu owoców morza. Ryby wyłożona pokotem w lodzie to standard, a naszą uwagę przyciągną ani chybi żywe kraby i inne skorupiaki, łypiące na nas małymi ślepkami. Spośród wielu miejsc, to wspominam bardzo dobrze.













Idąc dalej na południe La Ramblą dotrzemy do wybrzeża. Jednak jeszcze nie dzisiaj.  Teraz wchodzimy w uliczkę naprzeciw Mercat de la Boqueria i zagłębiamy się w historyczną dzielnicę miasta – Barri Gotic.  Generalnie mogę rzec, że dzielnica ma w sobie to coś. Osobiście wolę wiekową, historyczną architekturę od secesji i modernizmu, toteż właśnie na Barri Gotic znalazłem swoje miejsce w Barcelonie. Klimatyczne wąskie uliczki, zakamarki, dużo knajpek i parę gotyckich świątyń porozrzucanych na przestrzeni kilku hektarów. Bardzo spłyciłem temat, ale na potrzeby chwili myślę, iż tyle wystarczy. Polecam spędzić tam dłuższą chwilę. W dzień i nocą. Pozwiedzać swoją drogą, ale również poszwendać bez pośpiechu i popatrzeć. Na skutery w wąskich uliczkach, na pranie suszące się na balkonach, na koty wylegujące się byle gdzie. Warto, a patrzeć najlepiej przy kawie J
Poza gotyckimi budowlami, znajdziemy tu wiele elementów renesansowych, oraz pozostałości czasów rzymskich. Najważniejszą budowlą okolicy jest oczywiście katedra, która chyba trochę niedoceniona na tle zabytków miasta, w rzeczywistości prezentuje sobą spektakularny kunszt gotyku. Zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz zniewala elegancja i precyzją. W tym miejscu miasto również chce zarobić. Od 13:00 do 17:00 wstęp do świątyni jest płatny i kosztuje jedyne 6 euro.  Dostęp do pomieszczenia ze słynnymi gęśmi, symbolizującymi czystość  św. Łucji trwa nawet krócej niż wynika to z tablicy. O 12:20 ochrona już nie wpuszczała nikogo do środka.
Zwiedzaniem dzielnicy gotyckiej kończymy dzień. Pozostaje udać się do najbliższej linii metra na La Rambli lub ulicy Via Laietana i wrócić na nocleg.


Na marginesie dodam, iż budowle w Barcelonie są bardzo dobrze oświetlone i warto obejrzeć je również w nocy. Ruch w Hiszpanii zaczyna się właśnie wieczorną porą i to jeden z lepszych momentów, aby poświęcić kilka godzina na spacer po mieście. Z pewnością nie będziemy żałować tak wykorzystanego wieczora czy nocy.




























Dzień 2 – obszar południowo-zachodni.

Skoro świt, rano, albo kiedy nam się zachce zaczynamy drugą część trasy.  Dzisiejsza przygoda rozpocznie się na placu Espanya. Jest to jeden z większych węzłów komunikacyjnych Barcelony  i bez problemu dojedziemy tu koleją lub metrem, zatrzymując się na stacji o hiszpańsko brzmiącej nazwie.
Sam plac nie powala. Mnie przynajmniej z nóg nie ścięło. Pośrodku znajduje się budowla o chlubnie brzmiącej nazwie Arenas de Barcelona Zbudowana w połowie lat 60tych miała być areną walk byków. Złośliwość historii sprawiła jednak, że brutalnych widowisk zakazano, a sam budynek, pełni teraz zaszczytną funkcję galerii handlowej…
Na pocieszenie, z udostępnionego bezpłatnie jako taras dachu roztacza się dobry widok na panoramę miasta.
Pomimo iż plac nie zachwyca, to jednak spoglądając na południe możemy powiedzieć już coś innego.  Widok w kierunku wzgórza Montjuic i  muzeum sztuki robi niesamowite wrażenie.  Właśnie tam zmierzamy. 
Montjuic w tłumaczeniu na polski znaczy „żydowskie wzgórze”. Wznosi się niecałe 200 metrów powyżej poziomu morza, jednak pozwala na kontemplacje wspaniałej panoramy miasta.

Sam budynek Muzeum  Narodowego Sztuki Katalońskiej wygląda majestatycznie. Bardziej przypomina zbudowany we włoskim stylu pałac lub rezydencję panującego niż galerię.  Bryła muzeum znajduje się na wzgórzu, do którego prowadzą dwa rzędy schodów, przedzielone pasem wody, tworzącym wraz ze spadem zbocza sztuczne kaskady i liczne wodospady. Całość wygląda po prostu pięknie, a podejście na wzgórze umilane wspaniałymi widokami upływa w mgnieniu oka.
Spod Muzeum Sztuki Katalońskiej rozciąga się piękna panorama na północną część miasta. Jak na dłoni widać nowoczesne wieżowce, wzgórze Tibidabo i wyróżniającą się z panoramy niekompletną bryłę Sagrady Familii.
Okrążamy muzeum sztuki katalońskiej i idziemy na południe.  Przechodzimy przez teren miasteczka olimpijskiego, które pamięta igrzyska organizowane tutaj w 1992 roku. Stadion olimpijski, biała iglica pomnika i wielkie, aż nienaturalnie puste place – to wszystko co możemy spotkać. Miasteczko olimpijskie moim zdaniem nie jest warte większej uwagi, a nawet zaryzykuję, że w zwiedzaniu bez żalu można je ominąć.

Stąd pokręconymi ulicami kierujemy się na wschód, w kierunku twierdzy Montjuic (Castel de Montjuic). Widoczne z oddali ceglane fortyfikacje wybudowano w XVII wieku. Porośnięte bluszczem i usytuowane na płaskim szczycie wzgórza, są z oddali mało widoczne i dobrze zakamuflowane.
Sam zamek z umocnieniami bastionowymi, udostępniony jest odwiedzającym do spacerów nieodpłatanie. Na pozycjach stoją działa artylerii nabrzeżnej, wejście przebiega przez drewniany most, a później prowadzi tajemniczymi poternami na bastiony. I główny mur. Budowla wznosi się nad stromym klifem morskim i jednym z piękniejszych jest widok w kierunku Morza Śródziemnego, na port usytuowany niemal pod naszymi stopami, sto metrów poniżej.   Wzdłuż bastionów możemy obejść całą budowlę, po czym wejść na wyższy poziom fortyfikacji przez dziedziniec.  Stamtąd roztacza się widok 360 stopni. Na miasto, morze, port i wszystko położone w promieniu kilku kilometrów. 


Castel de Montjuic to miejsce spokojne. Pomimo iż często odwiedzają je turyści, nie ma większego problemu, aby znaleźć  wolną ławkę czy kawałek murku i popatrzeć na cudowny horyzont morski, albo tłoczne miasto.
Ze wzgórza powinniśmy dostać się na wybrzeże. Wbrew pozorom nie jest to sprawa całkiem prosta i trzeba umiejętnie szukać schodów i dróżek. Bezpośrednio w dół raczej nie zejdziemy, z powodu stromizny zbocza.
Gdy znajdziemy się nad wybrzeżem, ruszajmy na wschód.  Jako punkt nawigacyjny może służyć nam widoczna z oddali kolumna Kolumba.

Wysoki na 52 metry postument to najsłynniejsza kolumna Barcelony. Co ciekawe i nowe również dla mnie, oczywiście odpłatnie można wjechać wewnętrzną windą na głowę  posągu i podziwiać panoramę miasta.  Ehh, tyle darmowych punktów widokowych, a tu trzeba płacić. Raczej zbyteczna atrakcja.






















Nieopodal kolumny znajduje się port. Dobrym pomysłem jest wstąpienie tu, obserwacja statków kołyszących się na morzu, mew chciwych na wszystko co zjadliwe i czarnoskórych, handlujących towarem wszelakim.



Idąc półtora kilometra dalej na wschód trafimy do kolejnego kompleksu atrakcji turystycznych.
Miejsce gdzie do XIX wieku znajdowało się dawne więzienie i symbol zniewolenia miasta, dzisiaj służy mieszkańcom do weekendowych spacerów. Park (Parc de la Ciutadella) ma swój specyficzny klimat i otoczenie. Pełno tu dróżek, stawów i ogrodów. Z południowej strony park graniczy z ogrodem zoologicznym, a z przeciwnej zwieńczony jest malowniczą altaną.
Jeśli nie mamy co zrobić z czasem wolnym lub po prostu chcemy pospacerować w miłym otoczeniu, to miejsce dla nas. 


Na północ od kompleksu dawnej cytadeli położony jest kilkuset metrowy deptak, zakończony Łukiem Tiumfalnym, który jednak poza kolejnym punktem do odhaczenia na mapie nie ma w sobie nic porywającego.
Spacerem po Parc de la Ciutedella kończymy drugi dzień zwiedzania. Parę kilometrów przeszliśmy, więc na nocleg możemy powrócić metrem. Jedna ze stacji usytuowana jest nieopodal Łuku Triumfalnego, lub po przeciwnej stronie kompleksu – przy ulicy Ronda Litoral.
Spragnionym atrakcji bądź dysponującym nadwyżką czasu z uporem maniaka proponuję ponowną przechadzkę po dzielnicy Barri Gotic, do której dojdziemy w kilka minut.



Miejscem, które nie znalazło się na opisywanych przez mnie trasach jest niespełna 100 tysięczny stadion FC Barcelona – Camp Nou. Nie wspominałem o nim, gdyż nie wszystkim musi podobać się piłka bądź takie molochy. Szczególnie, jeśli nie wchodzimy do stadionu. Bilet łączony, który był jedyną możliwą opcją exclusive kosztował w czasie mojego pobytu w mieści 23 euro. Tylko wytrwałym kibicom nie żal takich pieniędzy. 
Pomimo mojego średniego zainteresowania piłką nożną, postanowiłem na stadionie jednak się pojawić. Jednak te tony betonu i stali mają w sobie cos, co przyciąga ludzi z całego świata. Chociaż z tego powodu, uważam że warto było pojawić się w okolicach Camp Nou.

Tak oto kończymy wycieczkę chodzono-jeżdżoną bez biletów wstępu. Nie spędzaliśmy czasu w muzeach i galeriach, ale myślę że warto było w taki prosty sposób spożytkować dwa treściwe dni. 
Oczywiście nie twierdzę, że wszyscy z moją koncepcją  taniego zwiedzania  i podróży muszą się zgodzić, ale studenci-podróżnicy powinni. Za zaoszczędzone pieniądze mogą wszak kupić bilety tanich linii lotniczych do kolejnego miasta, po którym można pospacerować.

Ja tak zrobię. Wkrótce. Tymczasem dziękuję za spacer  po Barcelonie.

Specjalne ukłony wędrują do Anity, za pokazanie miasta, nocleg i koordynację ;)

Pozdrawiam.

Tomasz Duda.