Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskidy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskidy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 listopada 2018

Maraton na orientację KIWON 2018 - z pamiętnika organizatora.

Jako, iż w październiku miał miejsce II Maraton na Orientację Kiwon, chciałem podzielić się spostrzeżeniami z samego procesu organizacji imprezy.

Już we wrześniu roku poprzedniego udało mi się zrealizować kolejne z marzeń i wprowadzić w życie plan organizacji "własnego" biegu na orientację. Beskid Niski i Pogórze Karpackie okazały się przy tym znakomitymi krainami geograficznymi na organizację rajdu. Dopiero analizując mapy uświadomiłem sobie, jak szerokie spektrum możliwości oferują sobą wskazane tereny. 
Pierwsza edycja imprezy wypaliła w połowie września 2017 roku , a już miesiąc po niej zacząłem myśleć, gdzie będzie kolejną. 



W 2018 postanowiliśmy po raz drugi skorzystać z pomocy wójta gminy Lipinki i zaaranżować na bazę biegu teren byłej Szkoły Podstawowej w Rozdzielu. Nie było przy tym obawy, że teren został już wyeksploatowamy biegowo, gdyż rok temu punkty generalnie rozmieściłem na północ od miejscowości, zaś w tym roku chciałem pokazać zawodnikom, że prawdziwa zabawa czeka na południe od bazy, w głuszy Beskidu Niskiego. Nie ukrywam, że potencjał tego terenu bardzo mnie zainteresował - lużo lasów, relatywnie niewiele dróg oraz ciekawe punkty charakterystyczne - cmentarze wojenne, kapliczki, jaskinie. 
Przy tym pamiętam, że w ubiegłym roku pojawiły się głosy, że impreza jest zbyt łatwa. Tym razem postanowiłem, żeby popracować dłużej nad mapą i zgodnie z oczekiwaniami podkręcić poziom. Oczywiście nie chciałem sztucznie go stymulować i "chować punktów po krzakach", a urozmaicić same przeloty pomiędzy punktami. 

TP 15 fot Monika Tota

TP 50, fot. Monika Tota


Jak zwykle, wszystkie interesujące miejsca trzeba było objechać i sprawdzić, gdyż mapa okazała się nie odzwierciedlać rzeczywistości w wielu miejscach. Koncepcji na rozlokowanie punktów było sporo, przejechanych kilometrów jeszcze więcej. Spędziłem nad tym wiele godzin w terenie i przy komputerze, tak że ostateczna trasa powstała około dwa tygodnie przed biegiem i mapa następnego dnia poszła do druku.

Jak się okazało w praktyce, trasa TP50 była dla uczestników trudna i chyba nikt nie pokonał jej w najkrótszym wariancie proponowanym przez organizatora. Wybierane były przeważnie dłuższe warianty biegowe. Niemniej jednak na mecie widać było, że bieg się spodobał. Choć niewiele osób ukończyło w limicie czasu, to jednak nie słyszałem pretensji czy żalu. Było widać satysfakcję i chęć rywalizacji. Przy tym zasadniczą rolę odgrywał dla nas fakt, iż chociaż lokalizacja punktów była nieraz zagmatwana, to generalnie nie było znacznych problemów z ich znalezieniem. Tzn dla jednej osoby trudniejszy był jeden PK, dla drugiego inny, co pozwala mi na stwierdzenie, że zostały postawione poprawnie. Co by nie mówić, osobiście z trasy jestem bardzo zadowolony.

fot. Monika Tota


Druga edycja biegu pokazała, że impreza zyskuje na popularności. Zachowaliśmy konwencję imprezy kameralnej i z góry przyjętego limitu - 100 miejsc. Zapisało się 105 osób, zaś wystartowało 81 osób. Przy tym rok temu - nie oszukujmy się, w dużej mierze dopisali biegowi znajomi. W tym  niestety duża ich część wybrała Łemkowyne czy Harpagana (organizowanego tydzień później), jednak lista zapełniła się ludźmi z całej Polski. Tym samym są podstawy, aby twierdzić, że Kiwon 2017 roku miał swój oddźwięk i spodobał się w środowisku. Tendencja jest bardzo optymistyczna i dobrze rokuje na przyszłość. Nie ukrywam, że na frekwencję niewątpliwie wpłynęła znakomita pogoda i złota polska jesień. Z pewnością był to czynnik, który zachęcił niezdecydowanych. 

fot. Monika Tota


Inną kwestią pozostaje również kameralny charakter biegu. Pomimo zwiększonej liczby zawodników, których osobiście nie znam, na maratonie czułem się jak w grupie przyjaciół.Udało się osiągnąć coś niewymiernego, ale bardzo wartościowego. Atmosferę, której na typowym dużym biegu ultra po prostu nie sposób stworzyć. Przynajmniej tego rodzaju atmosfery małej społeczności towarzystwa i koleżeńskości. Ma to dla mnie większe znaczenie niż prestiż biegu, frekwencja, czy opinie środowiska. Co więcej uważam, że organizacja takich imprez pozwala im na przerwanie w rywalizacji z kolosami, organizowanymi na kilkaset osób. I nie mówię tutaj o konkurencji finansowej, bo na biegach PMnO trudno zarobić, a 1/4 opłaty startowej, jaką płaci się w porównaniu do standardowego "ultra" nie pozwala na zapewnienie analogicznych świadczeń, ale o samej popularności wydarzenia w środowisku biegowym. Ja jestem przekonany, że są i będą ludzie, którzy na tego typu imprezy będą chcieli jeździć i dla nich to robimy. 

fot. Monika Tota


Z dużym zadowoleniem piszę również, iż w trakcie Maratonu obyło się bez wypadków i nieprzewidzianych sytuacji. Jedyną niespodziewaną interwencją, jaką musieli podjąć organizatorzy była wymiana perforatora przy PK 11, który został uszkodzony. Pomimo, iż duża część uczestników skończyła zabawę po limicie, to nikt nie wpakował się w kłopoty. Zwieziono kilka osób jednak w każdym przypadku odbyło się to bez komplikacji.

Podsumowując, imprezę uważam za bardzo udaną i jestem szczęśliwy, że mogłem wziąć udział w .jej organizacji. Rok temu generalnie wszyscy byli zadowoleni, ale odbiło się jakoś bez echa. Tym razem miałem wrażenie, że osiągnęliśmy coś więcej. W rozmowach z uczestnikami właściwie nie tylko, że każdy miał dobrą opinię, ale był biegiem wyraźnie usatysfakcjonowany i czuć było z wypowiedzi rzeczywistą  radość. Przy tym wydaje mi się, że podniesienie poziomu trudności nie spowodowało niechęci - wręcz przeciwnie. W większości  wypadków  słyszałem o chęci rywalizacji i deklaracje pokonania trasy za rok.

fot. Monika Tota


Przy okazji opisywania moich spostrzeżeń i podsumowania chciałbym podziękować  wszystkim, którzy pomagali nam w organizacji przedsięwzięcia  i w jakikolwiek sposób dołożyli swoją cegiełkę do wspólnej budowy. Tym razem bez nazwisk. Jeżeli zrobiłeś cokolwiek w związku z imprezą, od prostych czynności, aż po udział - serdecznie dziękuję. Mam nadzieję, że zobaczymy się za rok.  


Tomek

czwartek, 1 listopada 2018

Jak nie zdobyć miejsca na podium i wyeliminować się z biegania dwa miesiące - Mordwonik 2018 - relacja

Początkiem września ruszyłem na Mordownika. To tego rodzaju impreza, której miłośnikowi maratonów na orientację nie trzeba przedstawiać. Kto był ten wie, że zabawa i wyrypa jest przednia. Ja tym razem, poza samą rywalizacją traktowałem Mordownika jako trening przez SOG Ultra, odbywającym się w październiku.  Chociaż chciałem "przycisnąć", na wspólne pokonanie trasy umówiłem się z Łukaszem Siejko. Ustaliliśmy, że razem nie biegaliśmy już od Kieratu 2017 i wreszcie nadarzyła się ku temu okazja, którą trzeba wykorzystać.

Sam dojazd na Mordownika okazał się dla mnie nie lada wyzwaniem. 4 godziny jazdy PKP do Krakowa z Warszawy, pakowanie i 2 h za kierownicą do Lipinek, pod Gorlicami. Spać poszedłem o 2:00, o 5:00 trzeba było już wstać. Chociaż spieszyłem się jak mogłem, po przejechaniu 40 km bladym świtem, samochód udało się zaparkować dopiero ok. 6:35, gdy pod szkołą w Uściu Gorlickim trwała już odprawa techniczna. Wniosłem transportowy plecak na salę gimnastyczną, biegowy zarzuciłem na plecy i dołączyłem do pozostałych zawodników. 15 minut przed startem otrzymaliśmy mapy. Wraz z Łukaszem naszkicowałem wariant, który wydawał się relatywnie oczywisty i dla nas optymalny. 

O 7:00 ruszyliśmy, kierując się do pkt 2, na południowy zachód. W tym kierunku podążyła mniejszość zawodników. Zgodnie z założeniem biegłem z Łukaszem. Nawigacja na mapach z lat dziewięćdziesiątych w skali 1:25000  nie pomagała. W Beskidzie Niskim przez niemal 30 lat wiele się zmieniło, w szczególności system dróg. Zmierzając do PK2 nie trafiliśmy na właściwą ścieżkę, ale polami zmierzaliśmy w kierunku wyznaczonym przez formy terenu. Znalezienie lampionu poszło gładko, a na miejscu spotkaliśmy już wielu zawodników. Warto dodać, że pogoda dopisywała. Startowałem w samym podkoszulku i dodatkowymi rękawkami, a biegło się komfortowo.

Kolejny punkt nr 3 "wszedł" równie lekko, jak pierwszy - znajdował się na szczycie wzgórza. Polecieliśmy dalej, zbiegając w dolinę na północy wschód, by następnie wdrapać się w kolejne wzgórze i odcisnąć perforator przy PK4, zlokalizowanym również na szczycie wzgórza.

Dalej czekał nas znowu trucht leśna drogą, prowadzącą łagodnym grzbietem. Ten odcinek był czystą przyjemnością. Należało tylko uważać, żeby nie pobiec zbyt daleko, gdyż, aby zaliczyć pkt 5 koniecznym było przejście przez rozległą polanę i osiągnięcie rozwidlenia potoku. Biegnąc w kierunku kolejnego punktu należało wrócić na grzbiet i nim kierować się na północny zachód. W zagłębieniu przy drodze widniał lampion PK6.

Aby zdobyć kolejny punkt przy tamie musieliśmy znaleźć się po drugiej stronie doliny. Zbieg do miejscowości poszedł nam sprawnie, a podbieg drogą również nie sprawił trudności. Pamiętając rady na odprawie, aby punkt nr 7 atakować od góry poszliśmy na azymut, przez strome zbocze i las. Znalezienie rozwidlenia potoku poszło nam bardzo sprawnie. Teraz należało jedynie przekroczyć tamę i zdobyć kolejny lampion. Niestety nie znaliśmy stanu tamy, która z wysokości wzgórza wyglądała na zdatną do przebiegnięcia. Po okrążeniu jej okazało się, że nic bardziej mylnego - tamy nie da się przejść, a budowli strzeże brama i drut kolczasty. Musieliśmy zawrócić na przeciwległą stronę konstrukcji. Nadrobiliśmy kilkaset metrów podejścia i bardzo źli poszliśmy w dalszą drogę.

Kolejny punkt, zlokalizowany na jednym z ramion grzbietu wzgórza położonego po drugiej stronie rzeki również zebraliśmy asekuracyjnie, idąc trochę naokoło. Zamiast ciąć przez rzekę ewidentną ścieżką pobiegliśmy do miejscowości na północy i stamtąd ruszyliśmy w kierunku grzbietu wzgórza, gdzie zlokalizowano PK11.

Nie było za to problemu z kolejnym. PK 10, który osiągało się idąc za niewyraźną ścieżką prowadzącą przez las i obniżając na strome zbocze biegnące w kierunku drogi, rozdzielającej to niewielkie pasmo Beskidu Niskiego.

PK 10 według mapy był chyba najciekawszym punktem, przy skrzyżowaniu dróg. Niby nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że na mapie nie było żadnych dróg prowadzących do punktu ani rzeczonego skrzyżowania. Dobrać się do niego również nie było łatwo. Należało najpierw przekroczyć stromy potok o skalistych brzegach, a następnie trawersować stoki wzgórza i szukać dróg niezaznaczonych na mapie. Na tym etapie Łukasz oświadczył, że nie dotrzymuje mi już tempa i musi zwolnić. Pożegnaliśmy się i i pobiegłem dalej.

Przez miejscowość Kunkowa, do której następnie dotarłem, wiodła oczywista droga, którą zmierzałem wprost na północ. Z mapy z lat dziewięćdziesiątych podejście na kolejny punkt nr 8 rysowało się bardzo oczywiście - wystarczyło na rozwidleniu dróg wyjść ze wsi i kierować się na północ. W praktyce nie było to aż tak klarownie, zaś trafienie we właściwą polną drogę nie przyszło mi łatwo. W sumie w żadną nie trafiłem, ale idąc prosto przez krzaki szczęśliwie znalazłem się bezpośrednio na punkcie. Tam napełniłem bukłak, zebrałem batony, po czym ruszyłem dalej. Za mną bezpośrednio biegł Michał Jędroszkowiak, który przybiegł chwilę po mnie na ostatni PK.

W kolejnych kilometrach mijaliśmy się z Michałem kilkukrotnie, aż wreszcie nawiązaliśmy dyskusję i ruszyliśmy dalej wspólnie na pasmo Magury Małastowskiej. Kolejne punkty nr 16 i 15 zlokalizowane były w rozwidleniach potoków na przeciwstoku. Zdobywanie ich okazało się żmudne, ale ciekawe i satysfakcjonujące. Zasadniczo szliśmy grzbietem Magury, jednak do każdego punktu trzeba było obniżać się i albo trawersować stok przez jary do kolejnego PK, albo gramolić z powrotem na grań i raz jeszcze schodzić po lampion. Szło się nam dobrze, ale powoli czułem już zmęczenie. GPS pokazywał ponad 45 km, a końca trasy nie było widać Nieopodal schroniska na Magurze, w kolejnym rozwidleniu potoku zlokalizowany został następny punkt nr 14.

Po jego zebraniu okazało się, że mam jeden PK mniej niż Michał J. i najkorzystniejszym dla mnie będzie zmiana trasy, przelot przez Nowicę i jego zebranie.  Rozdzieliliśmy się więc. Michał pobiegł na PK13, ja PK12. W tym przypadku powtórzyłem to, co miało miejsce przed PK 8. O ile do wsi zbiegło się fajnie, o tyle przegapiłem upatrzoną drogę wylotową i dopiero po opuszczeniu Nowicy złapałem swój błąd. Trochę nadrobiłem, jednak szybko naprawiłem swój błąd i kolejny lampion przy potoku znalazłem bardzo szybko.

Pozostały dwa punkty do zebrania, a mój czas na trasie przedłużał się. Nie było późno, bo około godziny 16:00, gdy biegłem do PK 13. Szybko przeleciałem odcinek przez las i otwartą przestrzeń, dzielący mnie od drogi, od której namierzałem się na punkt. Wszystko zrobiłem jak poprzednio, policzyłem w głowie dystans, złapałem kierunek. Wbiegłem w zarośla, w których miałem natrafić na potok i PK13, jak poprzednio. Zamiast na punkt trafiłem na Michała J., który z zmieszaniem wypisanym na twarzy stwierdził, że szuka punktu od godziny i nie może znaleźć. Uznałem to za wyolbrzymiony problem i pobiegłem tam, gdzie punkt miał się znajdować. Nie było go . Oczywiście połączyliśmy siły, przeanalizowaliśmy mapę i zaczęliśmy czesać główny potok - bez skutku. Ustaliliśmy, że według mapy punkt musi być niedaleko największego jaru i i jego zaczęliśmy przeszukiwać. Metr po metrze, krzak po krzaku, w jedną stronę i w drugą. Nie ułatwiały tego gęste zarośla, ograniczające widoczność do maksymalnie kilku metrów. W międzyczasie dołączały do nas różne osoby, które również odpuszczały. W tej szamotaninie dwukrotnie w krzakach gubiłem również kartę startową i cudownie ją znajdowałem. Punktu jednak nie było, zapadł się pod ziemię. Gdy już mieliśmy dać sobie spokój Michał postanowił zadzwonić do organizatora. Byliśmy przekonani, że punkt został zabrany. Najgorsze, gdy usłyszeliśmy, że punkt stoi na miejscu.... Nie było wyjścia trzeba było przekląć i szukać ponownie, teraz w nowym gronie znajomych. Po jakimś czasie wreszcie ktoś wypatrzył punkt, który był zlokalizowany nie przy głównym jarze, ale na rozwidleniu jednego z jarów pobocznych - według mnie nie nie znajdował się w  miejscu, które wynikałoby z mapy. Poszukiwania kosztowały nas kupę czasu - mnie 2 h, Michała ponad 3h. Przy tym nie pomagał fakt, że organizator poinformował nas, iż na metę dotarł jedynie jeden zawodnik, a gdyby nie nasze perypetie to już cieszylibyśmy się 2/3 miejscem.

Pomimo sromotnej klęski postanowiliśmy biec dalej razem, po ostatni PK1. Przecinając las nieznaną nam droga szutrową przebiliśmy się przez Góre Kiczerę i biegnąc na azymut zmierzaliśmy w kierunku drogi Kwiatoń - Uście Gorlickie. Gdy wybiegliśmy na polanę i cieszyliśmy się wspaniałym zbiegiem trawiastą ścieżką, przydarzył mi się wypadek. Stawiając kroki musiałem trafić na nierówność terenu i wykręcić staw skokowy, obciążając go z dużą siłą. Noga chrupnęła głośno, a ja przewróciłem się. Wiedziałem, że nie jest dobrze, a noga pewnie jest skręcona (nie pomyliłem się). Miałem jednak silna wolę, aby ukończyć bieg,, bo schodzić przed ostatnim punktem się nie opłacało. Po kilkuset metrach, kusztykając jakoś rozruszałem prawą stopę. Biegać się nie dało swobodnie, bolała strasznie, ale Michał zdrowo mnie poganiał i nie miałem wyjścia - do zebrania został ostatni punkt.

Podejście na strome pasmo góry Polana okazało się dla mnie traumatycznym przeżyciem. Człapałem ciężko krok za krokiem, klnąc pod nosem z bólu i próbując odciążyć prawą stopę. Niezdarnie, ale jednak wdrapałem się na grzbiet i potem pobiegłem nawet w kierunku punktu. Michał był oczywiście tam przede mną i gonił mnie do dalszego biegu. Nawet gdybym chciał odpuścić, to na tym etapie byłoby to  niecelowe. Zebrałem się więc w sobie i pobiegłem ile sił w nogach grzbietem w dół. Nie byłem świadomy, że ze skręconym stawem skokowym można tak szybko biegać, jednak okazało się to możliwe. Mknąc dosłownie na złamanie karku trafiliśmy na zbocze i do doliny już w Uściu Gorlickim. Do bazy Mordownika wbiegliśmy o 19:06 po 12 godzinach w trasie, co dało nam ex aequo 6 miejsce, z kompletem punktów.

Zmordowany po Mordowniku


Po prawie dwóch miesiącach od imprezy oceniam ją jednoznacznie pozytywnie. Co prawda do tej pory nigdy nie szukałem punktu kontrolnego dłużej niż 20 min i te 2 h na tegorocznym Mordowniku jest dla mnie trochę szokiem, a ponadto skręciłem staw skokowy i naderwałem więzadła, eliminując się z biegania na blisko dwa miesiące. Mimo wszystko, to było warto. Szkoda mi tylko tego miejsca na podium, które było w zasięgu ręki, a zniknęło w krzakach, jak ten PK13 ;)

Noga "dzień po"


P.S. NA trasie zrobiłem bodajże 68 km, w tym 6 km szukając PK13.

Pozdrawiam

poniedziałek, 25 września 2017

Maraton na orientację KIWON - podsumowanie

Witajcie,
Gdy już opadł biegowy kurz, poniżej chciałbym zabrać głos w sprawie podsumowania.

Fot. Monika Tota



Maraton na orientację KIWON odbył się zgodnie z przewidywaniami. 16 września o godz. 9:00 wyruszyła trasa 50, następnie godzinę później trasa TP20. 
Pomimo, iż na bieg zapisały się 84 osoby, wystartowało 64 uczestników. Linię mety przekroczyli wszyscy, w tym 52 oosby z kompletem punktów kontrolnych. Zwycięzcy na trasie TP 20 pokonali dystans w 2:35 h, ostatnia osoba pojawiła się minutę przed limitem – po 8:59 h. Pierwsza osoba z kompletem punktów na mecie trasy TP50 zjawiła się po 6:07 h od opuszczenia bazy imprezy, ostatnia ponad godzinę po limicie, tj. 13 h. Trasa została określona jako „szybka” i „biegowa”.
Największą trudność sprawił uczestnikom pkt. 12 przy ambonie, który nie został znaleziony przez kilku uczestników. Pomimo tego większa części startujących osób, z którymi rozmawiałem wskazywała, iż bieg mógłby być trudniejszy orientacyjnie, co wezmę sobie do serca na przyszłość. 
Uczestnicy przynieśli ze sobą całą paletę historii, od „krwawej” walki na ostatnich kilometrach trasy, po „szarżujące kozy” i nawigację na podstawie kierunku, z którego słyszano pieśni kościelne ;). Osobom, które na drodze spotkały interesujące historie zapraszam do podzielenia się nimi. Tell me your story . 
Na stronie biegu oraz facebooku będą systematycznie pojawiały się materiały z biegu w postaci wideo, galerii i relacji uczestników. 
Przy okazji przypominam prośbę wypowiadaną podczas dekoracji zwycięzców – zachęcam do dzielenia się relacjami, proszę wszystkich o przesyłanie na adresy mailowe organizatorów galerii z imprezy, które będziemy mogli umieścić na stronie, a ponadto będę wdzięczny za udostępnienie jakiegokolwiek materiału filmowego z imprezy, nawet w formie krótkich urywków, które posłużą do sporządzenia ogólnego wideo promocyjnego. Możecie przyczynić się do rozwoju biegu i wnieść swój wkład w jego organizację. Zachęcam do nadsyłania materiałów.


Fot. Monika Tota


Zapowiadam, iż chcemy, aby impreza KIWON miała charakter periodyczny. Za rok planujemy replay, na który zapraszamy wszystkich dotychczasowych Uczestników, jak i osoby które nie brały udziału w imprezie. Mam nadzieję, że tytułowe kiwony was zaciekawiły i zachęciły do eksploracji Pogórza Karpackiego i Beskidu Niskiego, w której z pewnością Wam pomożemy. Powiadomcie znajomych, mam całą głowę planów na przyszły rok. ;)
Osoby, które zapłaciły wpisowe, ale nie mogły pojawić się na imprezie, są proszone o kontakt z organizatorami. Czekają na was do odbioru pakiety startowe, w tym pamiątkowe koszulki techniczne. 
Prywatnie powiem, że organizacja biegu była dla mnie niezwykle satysfakcjonująca. Pomimo angażu szeregu godzin, zaangażowanie zwraca się w zadowoleniu uczestników. Nie ma nic bardziej budującego niż zmęczone, ale zadowolone twarze, głosy, że impreza się podobała, że wrócą za rok. Serce roście, dziękuję :)

Fot. Monita Tota


Po Maratonie chciałbym już oficjalnie podziękować osobom zaangażowanym w jego organizację, dzięki którym zorganizowanie imprezy stało się możliwe.
Dziękujemy:
- Partnerowi głównemu Fundacji PZU za bezpośrednie finansowe wsparcie imprezy biegowej;
-Patronowi Honorowemu Poseł na Sejm RP Barbarze Bartuś, za pomoc w propagowaniu walorów turystycznych regionów, za opiekę nad projektem, wsparcie w procesie poszukiwania partnerów imprezy, wstawiennictwo u podmiotów trzecich, jak również zagrzewanie Uczestników przed biegiem;
- Wójtowi Gminy Lipinki Panu mgr inż. Czesławowi Rakoczemu za udostępnienie szkoły Podstawowej w Rozdzielu, oraz zapewnienia innej aprowizacji.
- członkom Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Lipińskiej Jastrzębiec za wszelkie działania podjęte w celu pomocy w organizacji Rajdu, w tym koordynowanie współpracy z osobami trzecimi, pomoc w przygotowaniu imprezy;
- prezesowi Towarzystwa Ziemi Lipińskiej Jastrzębiec – p. Piotrowi Popielarzowi za pomoc w koordynacji imprezy na miejscu, zaangażowanie niemal na każdym aspekcie Maratonu, w tym osobistą współpracę z podmiotami trzecimi oraz stawiennictwo na miejscu imprezy, w tym wytrwałe czuwanie na pkt. Nr 9 na Ostrej Górze;
-Monice Tota za dzielną i piękną obsługę fotograficzną biegu;
- Magurskiemu Parkowi Narodowemu za udostępnienie materiałów promocyjnych i upominków dla Uczestników, które zasiliły pakiety startowe;
- wszystkim osobom, które pomogły nam merytorycznie w przygotowaniu imprezy, w szczególności podziękowania dla Huberta Puki i Dariusza Czechowicza.
- uczestnikom Maratonu, którzy pomimo pesymistycznych prognoz pogody stawili się na imprezie, przemierzyli okolicę w poszukiwaniu punktów i stworzyli atmosferę miejsca;
Tomasz Duda
Sędzia Główny

Fot. Monika Tota


poniedziałek, 17 lipca 2017

I Maraton na Orinetację "KIWON" - 16.09.2017 r. - serdecznie zapraszam na bieg !!!

Witam wszystkich.

Z nieukrywaną radością zapraszam wszystkich czytelników bloga, znajomych bliższych lub dalszych oraz sympatyków biegania na I Maraton na Orientację KIWON , który odbędzie się w dniach 15-17 września 2017 roku w Rozdzielu - gmina Lipinki (województwo małopolskie). 
Już od jakiegoś czasu, mniej lub bardziej poważnie, pojawił się u mnie pomysł organizacji biegu. Jako, iż do tej pory byłem jedynie uczestnikiem imprez biegowych, a organizacja wyjazdów nie jest mi obca, postanowiłem sprawdzić, jak to jest znaleźć się "po drugiej stronie" i zmierzyć z organizacja prawdziwej imprezy biegowej. 

Wraz z Anitą (małej Wielkie podróże) przemyśleliśmy temat i padło na maraton na orientację, jako iż imprezy tego typu darzymy największym uczuciem, a i najwięcej doświadczenia mamy w temacie.  Teren również nie został wybrany przypadkowo - przedgórze Beskidu Niskiego, a więc ziemia gorlicka i jasielska. Szczerze, byłem przeciwnikiem organizowania niejako "na siłę" kolejnej imprezy w samym Beskidzie Niskim. Tam biegów nie brakuje, a i ww. tereny dla organizacji imprezy na orientację nie są wcale korzystne. Przede wszystkim Magurski Park Narodowy ogranicza spektrum działania imprezy, które istotą jest brak ustalonej trasy. Ponadto w Beskidzie Niskim nie ma zbyt wielu miejsc widokowych, a im ich więcej na biegu, tym moim zdaniem ciekawiej. W konsekwencji postanowiliśmy zorganizować bieg "tuż obok", w terenie zapewniającym i swobodę w konstruowaniu przelotów i spektakularne widoki na Beskid Niski. :)

W organizacji biegu, wraz z Anitą, mamy przyjemność działać pod szyldem Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Lipińskiej "Jastrzębiec", które jest oficjalnym organizatorem biegu wraz z Wójtem Gminy Lipinki – mgr inż. Czesławem Rakoczym.
Patronat honorowy nad przedsięwzięciem objęła - Poseł na Sejm RP Barbara Bartuś.

Partnerem głównym imprezy jest FUNDACJA PZU 

W ramach biegu przygotowujemy dwie trasy - 20  km dla początkujących i chętnych spróbować swoich sił w bieganiu na orientację i klasyczne 50 km dla starych wyjadaczy oraz znawców tematu. 
Trasa będzie relatywnie łatwa nawigacyjnie. Przewyższeń również nie ma dużo, przy optymalnym wariancie około 1500-2000 m. 

Zapisy do I Maratonu KIWON ruszyły, więc tylko przypomnę, że do końca lipca jest najniższe wpisowe :) A świadczeń wręcz odwrotnie - najwięcej !:) 
Dzięki naszemu partnerowi głównemu Fundacji PZU, mamy  atrakcyjny pakiet startowy. Na każdego czeka okolicznościowa koszulka techniczna bardzo dobrej jakości, medal, dyplom, a dla najlepszych zawodników puchary i nagrody :) 
Zapraszamy do rejestracji na http://kiwon.towarzystwojastrzebiec.pl Kto pierwszy, ten lepszy :).

Wszystkie niezbędne informacje dotyczące biegu znajdziecie w mediach:
Z chęcią odpowiem również na wszystkie nurtujące Was pytania, piszcie śmiało :)



Pokrótce przedstawię jeszcze to, co dla zawodnika najważniejsze -  ŚWIADCZENIA STARTOWE

⦁ Dwa noclegi w Bazie Maratonu w warunkach turystycznych (należy posiadać własny śpiwór i karimatę),
⦁ Jeden ciepły posiłek regeneracyjny w Bazie Maratonu,
⦁ Opieka organizatorów w Bazie, na trasach, na mecie w trakcie trwania Maratonu (a także zdalnie przed i po),
⦁ Komplet map (kolorowe, w foliowym worku strunowym) i materiałów startowych,
⦁ Opracowane trasy Maratonowe wraz obsługą Punktów Kontrolnych na trasie,
⦁ Możliwość pozostawienia bagaży, toalety, prysznice w Bazie Maratonu,
⦁ Parkingi dla samochodów w okolicy Bazy Maratonu,
⦁ Komunikat techniczny,
⦁ Okolicznościowy numer startowy;
⦁ Wrzątek do celów spożywczych wraz z zestawem kawa, herbata, dodatki, kubki (dostępne na stołówce szkolnej),
⦁ Koszulka techniczna,
⦁ Dyplom i medal dla każdego, niezależnie od uzyskane wyniku na trasie,
⦁ Puchary i nagrody dla najlepszych zawodników z podziałem na trasy oraz płeć
⦁ Inne materiały w miarę napływu świadczeń,
⦁ Całodobowa opieka nad Bazą Maratonu (zabezpieczenie sanitarne: sprzątanie, wywóz śmieci, prąd, woda bieżąca).
⦁ Woda na jednym z punktów kontrolnych (samoobsługa),
⦁ Ubezpieczenie NNW na czas Maratonu (16 września 2017 roku – sobota),
UWAGA! Przy dokonaniu zapisu po dniu 31 sierpnia 2017 roku Organizator nie gwarantuje wszystkich świadczeń.


Podsumowując:

DATA: 15-17.09.2017 ( 16-wrz., 08:00 – start trasy TP50 oraz 09:00-start trasy TP20 )

START, META I BAZA ZAWODÓW: Szkoła Podstawowa w Rozdzielu (gmina Lipinki)

ZAPISY: http://kiwon.towarzystwojastrzebiec.pl/zapisy/

OPŁATY STARTOWE: sprawdź w  REGULAMIN 

ORGANIZATOR: Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Lipińskiej „Jastrzębiec”, Wójt Gminy Lipinki – mgr inż. Czesław Rakoczy

PARTNER GŁÓWNY: FUNDACJA PZU

PATRON HONOROWY: Poseł na Sejm RP Barbara Bartuś


Jeszcze raz serdecznie zapraszam i do zobaczenia na imprezie :)

Projekt współfinansowany jest ze środków Fundacji PZU.

Pozdrawiam
Tomasz Duda



piątek, 3 lipca 2015

Kierat 2015 - relacja.

Nie minęło dwa tygodnie i z deszczu trafiłem pod rynnę, a w praktyce z Dusiołka na Kierat.
W tym wypadku pogoda miała porządnie dać się we znaki. Kilka dni przed imprezą przyszło gwałtowne ochłodzenie i ulewa, a temperatura spadła z 20 do 12 stopni. Odbiło się to bezpośrednio na frekwencji rajdu. W konsekwencji z  prawie 800 zapisanych osób - na miejscu pojawiło się zaledwie ponad 600.
Do Limanowej znów jechałem wraz z Darkiem, zwolniwszy się uprzednio z kilku godzin pracy.  Wyjechaliśmy dość późno, toż na miejsce dotarliśmy dopiero po 17:00. Godzina przed rajdem upłynęła na nerwowym pakowaniu do ostatnich minut. Darek jeszcze 5 minut przed startem udał się do sklepu, toteż sam poszedłem do miejskiego parku, na miejsce startu.
Ledwie doszedłem na miejsce i rajd się rozpoczął. Zacząłem na jednej z ostatnich pozycji stopniowo przedzierajac sie przez tłum. Początkowo niezbyt dużo myślałem gdzie biec - niósł mnie tłum. Dopiero po jakimś czasie zacząłem odnajdować się w terenie. Na punkt pierwszy dotarłem trochę oszołomiony. Planowałem  wolno zacząć rajd, ale jakoś systematycznie przyspieszałem i po dłuższej chwili biegłem już bardzo szybko. Widziałem przed sobą trójkę zawodników, których postanowiłem nie zgubić z pola widzenia. Biegło się przyjemnie. Choć na pierwszej łące buty były już całe mokre, temperatura rzędu 12 stopni i całkowite zachmurzenie pozwalała na utrzymanie oddechu na optymalnym poziomie. Można by rzec, iż było smętnie, ale warunki na bieg - idealne.
W pewnym momencie przebiegaliśmy przez Tymbark, choć miasteczko właściwie tylko mignęło mi przed oczyma. Za Tymbarkiem czwórka podzieliła się nieformalnie na dwa zespoły. Biegnąc za jednym z zawodników wybrałem drogę przez grzbiet szlakiem zielonym. Pozostała dwójka poszła obejściem. Przed punktem trzecim spotkaliśmy się, początkowo zdezorientowani. Zamiast jednego potoku, płynęło ich kilka i dopiero po wyjściu z jego nurtem udało się trafić na punkt. Od tego momentu spostrzegłem iż jest zupełnie ciemno. Biegliśmy teraz drogami asfaltowymi, niekiedy przecinając pola. 

fot. Radosław Kołkowski


Na punkcie czwartym znajdowała się aprowizacja w postaci wody i kanapek. Napełniłem bukłak z pomocą jednego z wolontariuszy, złapałem jedną bułkę w rękę, a drugą do plecaka. Zjadłem to wszystko po drodze gdyż całe towarzystwo było już kilkaset metrów przede mną.
Kolejne punkty minęły mi jakoś płynnie, bez zatrzymywania uwagi na którymś z nich. Przed szóstym biegłem zaraz za Maćkiem W., niefortunnie wybierając drogę przez grzbiet zamiast łatwego trawersu. Następnie biegliśmy drogami grunktowymi do punktu siódmego, który znajdował się wśród drzew, za starym cmentarzem wojennym.
W międzyczasie do naszej grupy pierwszej czwórki dołączył kolejny zawodnik, a ja poczułem że powoli, ale systematycznie opadam z sił. Przy takim tempie może jeszcze pobiegłbym 20-30 km, ale nie wiem czy dotarłbym do mety. Odcinek do punktu ósmego, wiodący drogą pokonałem jeszcze biegnąc kilkadziesiąt metrów za grupą.
Tam jednak odpuściłem z tempa. Większość skasowała tylko kartę i pobiegła dalej. Ja poczułem, że pora zwolnić, wypić herbatę i żurek. Tak też zrobiłem, wychodząc w dalszą drogę dopiero za kilka minut. Trasa do punktu kolejnego to najgorszy odcinek na trasie. Zaczął padać deszcz, a miejscami bardzo się gubiłem. Na tym odcinku straciłem najwięcej czasu.
Do punktu dziewiątego dotarłem zdenerwowany i zmęczony. Znowu zaczęło kropić i na odpoczynek brakło czasu. Pobiegłem dalej, początkowo kierując się do doliny i miejscowości. Przebiegałem jakieś podwórka, drogi i mosty i po raz kolejny wdrapywałem się na grzbiet. Po znakach ścieżki dydaktycznej wszedłem wreszcie do lasu by ślizgając się po podejściu osiągnąć punkt dziesiąty przy kapliczce. Już od jakiegoś czasu się nie spieszyłem, a za plecami widziałem światła czołówek. Trójka zawodników dogoniła mnie pod punktem kolejnym- jedenastym. Następnie biegliśmy razem.
Powoli zaczynało świtać, ale pogoda nie rokowała poprawy. Od tego momentu biegliśmy głównie asfaltem, gdyż tak akurat układały się najdogodniejsze drogi marszu. Parę razy ścinaliśmy dtogę i parokrotnie nie był to dobry pomysł. Przy punkcie dwunastym znajdował się ostatni "wodopój", wobec czego wszyscy uzupełnili płyny. Na tym etapie biegło się już tragicznie. Przygnębiająca pogoda, mżawka i ogólne zmęczenie. Za jakiś czas dwójka zawodników wyrwała do przodu, a ja nie miałem już sił i chęci, aby ich gonić.
Dotychczas  nie rozmawiałem z trzecim zawodnikiem, który teraz poruszał się moją prędkością. Widziałem, że ma GPS, więc jakoś nie spieszyło mi się go wyprzedzać.
Po kilku-kilkunastu kilometrach zbiegliśmy do Krosnej. Przed nami wypiętrzył się masyw Jaworza, który zapowiadał, że jeszcze przed metą będzie ciężko. Mój GPS wskazywał prawie 100 km, a od dna doliny do szczytu dzieliło nas jeszcze 500 m podejścia.
Jak się spodziewaliśmy, tak też się stało. Na podejściu na wierzch wyszło  zmęczenie całego biegu. Na tym odcinku również do tej pory milczący, zaczęliśmy wraz z Waldkiem rozmawiać, dopingując się i jednocześnie złorzecząc na zbliżający się powoli grzbiet. Szczyt Jaworza osiągnęliśmy w prawdziwych bólach i deszczu,  który rozpadał się po raz kolejny. 
Na ostatnim punkcie poczęstowano nas bułką i colą. Po kilkuminutowtm odpoczynku ruszyliśmy dalej,  gdy po chwili na plecami usłyszeliśmy głosy. Ni stąd, ni z owąd niemal przed metą wyminęła nas kolejna dwójka zawodników. Było to bardzo dobijające, ale i wyzwoliło sportową złość, która do tej pory trochę wygasła. Zdecydowaliśmy nie iść szlakiem niebieskim, ale kierować się po najkrótszej linii, od południa.
Biegnąc szybko w dół poczułem wracające siły i .... bolące stopy. Te ostatnie szczególnie dały o sobie znać po wejściu na asfaltową drogę.
Niemniej jednak biegliśmy. Przyznam, że już mi się nie chciało, ale Waldek ostro mnie motywował. Mówił, że jeszcze przed metą można kogoś dogonić. Czas pokazał, że miał rację.
Bieg ukończyliśmy bieg razem na siódmej pozycji, z czasem 15 h 19". Co ciekawe, wyprzedziliśmy dwóch zawodników, którzy minęli nas na Jaworzcu - pośpiech do ostatnich chwil faktycznie się opłacał. Dostałem lekcję, że do samego końca nie można odpuszczać.

Kierat 2015 to chyba mój dotychczasowy największy sukces. Siódme miejsce, ponad sześciuset zawodników - czego chcieć więcej. Taktycznie rozegrany raczej na żywioł - niektóre decyzje się opłaciły, innych trzeba w przyszłości unikać. Najważniejszym jest jednak zdobyte doświadczenie i świadomość, iż cały czas procentuje.
Pozdrawiam
Tomasz Duda

środa, 13 maja 2015

Dusiołek Górski 2015 relacja

Dusiołek Górski jest rajdem, na który wprost nie mogłem się nie zapisać.
Niedaleko od Krakowa, w nowym, jeszcze nieznanym terenie i "pucharowa" trasa 50 km. Wszystko pasuje. Nic dodać, nic ująć, tylko jechać. No może poza jednym. Pogoda do ostatniej minuty nie dawała mi spokoju....




Transport załatwiłem przez facebooka. Darek przyjechał niemal pod mój blok o 6:00 rano w sobotę. Wyruszyliśmy przez puste jeszcze miasto w kierunku Wieliczki, a następnie na Dobczyce. Do Wiśniowej dotarliśmy parę minut po 7:00 rano.
Na miejscu dopełniliśmy procedury rejestracji, wypiliśmy po kubku kawy i przebraliśmy się.
O 8:00 rano ponad sto osób ruszyło przed siebie.
Najpierw biegłem wraz z Darkiem. Pobiegliśmy niemal prosto w kierunku wschodnim, stopniowo wdrapując się na zbocze.  Darek uskarżał się na kontuzję ścięgna achillesa które widocznie utrudniało mu chodzenie. Początkowo również nie spieszyłem się, chcąc rozgrzać mięśnie stopniowym wysiłkiem. Bieg w dół zbocza poszedł szybciej niż podchodzenie stromym stokiem. Do drogi w Pogorzanach dotarliśmy przed 9:00. Tam Darek natarł nogę ketonalem i po dłuższej przerwie mogliśmy ruszyć dalej. Pierwszy punkt znajdował się na Górze Świętego Jana przy kościele, a ostatnie dwa kilometry do niego pokonaliśmy już wśród tłumu piechurów. Dopiero wtedy spostrzegłem, że jakimś cudem zamiast nadrobić, straciliśmy sporo czasu. Dostrzegłem również, iż Darek nie da rady przyspieszyć i nie ma zamiaru nogi forsować. Pożegnaliśmy się więc, a ja od tego momentu, po dobrej rozgrzewce rozpocząłem bieg i pościg.
Na pierwszym punkcie byłem na miejscu 42. Przeraziło mnie to trochę, ale bardziej dało ambicjonalno-motywacyjnego "kopa". Zacząłem myśleć jakby tu dogonić jak największą liczbę osób, choć z takiej pozycji zajęcie dobrego miejsca wydawało się wprost niemożliwe. Podczas biegu skupiłem się również nad wyborem optymalnych skrutów na trasie, co wkrótce dało efekty.
Najpierw wróciłem do drogi głównej długim zbiegiem. Następnie pognałem drogą na północ, którą wybrała chyba mniejsza część zawodników.
Pod szczyt Grodziska, gdzie na czarnym szlaku znajdował się drugi punkt dorarłem trawersem stromego stoku "na azymut". W tym miejscu byłem już na 26 pozycji.
Uzyskawszy tą informację bez zwłoki puściłem się biegiem wzdłuż grzbietu na południe. To jedna z lepszych "prostych" jaką pamiętam. Dysponując jeszcze sporą rezerwą sił, na wznoszących się formach terenu zostawiłem za sobą kilkanaście osób. 
Miła obsługa punktu nr trzy na szczycie Ciecienia poinformowała mnie o 9 pozycji. To wystarczyło zamiast postoju. Kolejno puściłem się stromym zboczem na zachód w kierunku wsi Wierzbanowa, by następny kilometr od przełęczy Wierzbanowskiej potruchtać drogą wojewódzką. Czytałem przy tym mapę, chcąc jak najszybciej dostać się do do pkt czwartego, zlokalizowanego na pobliskim grzbiecie.
Po oderwaniu się od drogi pomknąłem więc przez pola, w kierunku lasu. Szczęśliwie trafiłem na drogę, którą przy odrobinie kombinacji wspiąłem się na górę.
 Na czwartym punkcie byłem siódmy. Postój ograniczyłem do solidnego łyku wody a następnie czerwonym szlakiem turystycznym zacząłem biec na północ.
Wiedziałem, iż wystarczy trzymać się szlaku, toteż mogłem skupić się na samym biegu. Kilometry mijały szybko, ale nie spotykałem żasnych zawodników. To już czołówka i dopiero od teraz zacznie się prawdziwy wyścig - pomyślałem.
W praktyce tak właśnie się to odbyło - pierwszego oponenta zauważyłem dopiero tuż przed piątym punktem. Przyspieszył widocznie na mój widok, ale teraz wiedziałem, że wyminięcie go to tylko kwestia czasu.
Na punkcie piątym, usytuowanym na szczycie Lubomiru rozdawali batony, które skrzętnie przyjąłem. W międzyczasie poprawiła się również pogoda, co wymusiło zmianę bluzki na t-shirt.
Bieg na punkt kolejny był również łatwy orientacyjnie. Pozostało biec po szlaku czerwonym, w kierunku schroniska PTTK Kudłacze. Po drodze wyminąłem dwóch zawodników na następnie zaliczyłem punkt szósty na przełęczy. Teraz logika nakazywała wracać i wytrwać na podbiegu.
Postanowiłem gonić dwóch zawodników z jakimi minąłem się w drodze punkt. Byli kilkaset metrów przede mną, ale na podejściu szybko się do nich zbliżyłem. Minąłem ich jeszcze przed schroniskiem w szybkim marszu pod górę. Teraz na powrót przyszło biec grzbietem, który od tej strony wznosił się ku południu, utrudniając bieganie. Na tym etapie poczułem w nogach zmęczenie, choć świadomość dobrego miejsca (jeszcze nie wiedziełem które) motywowała. Siłą woli po jakimś czasie dotarłem w pobliże dawnego punktu piątego i stacji meteorologicznej. Przesz Lubomirem mijałem idące z naprzeciwka grupy turystów, po czym skierowałem się na zielony szlak, wiodący ostrym zbiegiem w dół.
Warunki były trudne - luźne kamienie, ślisko, mięśnie ud palące bez litości i mokre stopy, które już zaczęły obcierać buty. Mimo to biegłem. Błogosławiłem przy tym kijki, dzięki których wywróciłem się tylko raz;). Pomimo fizycznego bólu czułem psychiczną radość. Niewtajemniczemu czytelnikowi może to być trudne do wytłumaczenia, jednak czułem radość w czystej postaci.
Po wybiegnięciu z lasu zobaczyłem w oddali swój ostatni cel - masywną sylwetkę Ciecienia i dawny punkt trzeci. Do szczytu dzieliło mnie ładnych kilka kilometrów, w tym zbieg do dna doliny i pięćset metrów podejścia.
Na szczęście trasa była prosta. Do najniższego punktu we wsi  Wierzbanowa dotarłem po twardej nawierzchni. Ze skrzyżowania obrałem azymut na szczyt i ruszyłem intuicyjnie w pierwszą-lepszą ścieżkę prowadzącą w górę. Dróg w lesie było wiele, ale ostatecznie musiałem wspinać się przez krzaki z nadzieją, że punkt już niedaleko, a przynajmniej z każdym krokiem bliżej. Od jakiegoś czasu nie miałem również wody, którą zapomniałem uzupełnić na szóstym punkcie. Dodając do tego duże zmęczenie powstała suma niedogodności, która niszczyła mnie fizycznie i psychicznie. Powiem szczerze - było ciężko i tylko zdrowym rozsądkiem i świadomością bliskości celu dotoczyłem się na górę.
W punkcie siódmym organizatorzy powitali mnie z zaskoczeniem. Dowiedziałem się, że jestem trzeci, ze stratą kilkunastu minut do ostatniego zawodnika. Byłem bardzo wysuszony i poprosiłem o wodę. Nie mieli, za to uraczyli mnie zimnym piwem, z którego pociągnąłem solidny łyk. Zmotywowali mnie również do wysiłku i zachęcili do walki tuż przed metą.
Po kilku minutach odpoczynku pobiegłem więc zielonym szlakiem do Wiśniiwej. Chęci mi już trochę brakowało, ale świadomość, że ktoś mógłby mnie wyprzedzić wzięła górę.
O 14:21 dotarłem do mety. Jako TRZECI. Zadowolenie było tym większe, gdy dowiedziałem się, że do pierwszego zawodnika miałem tylko 20 minut straty. Biorąc pod uwagę, że przed pierwszym punktem straciłem 25 minut, była możliwość walki o pierwsze miejsce.
Wyścig mnie bardzo zmotywował. Okazuje się, że można stanąć na podium, opłaca się pościg i walka. Nawet ze straconej pozycji można się podnieść. Najważniejsze, gdy widać progres. Wtedy działa wiara w siebie i .... placebo również funkcjonuje lepiej ;). 
Impreza bardzo mi się podobała również pod względem krajobrazowym. Intensywna zieleń wzgórz, kwitnące drzewa i wiosna w pełni sprawiały, że wysiłek łatwiej się podejmowało.
Ponadto muszę przyznać, że nie spotkałem nigdy bardziej miłych i życzliwych wolontariuszy na punktach kontrolnych. Dusiołek pod tym względem bije na głowę imprezy masowe. Z pewnością wrócę niebawem w okolice Wiśniowej.

Dziękuję i pozdrawiam

piątek, 17 kwietnia 2015

Luboń - Mysłowice trail czyli cztery pory roku w Beskidzie Wyspowym

Sobotnie popołudnie spędziłem w biegu w Beskidzie Wyspowym. Trasa z Lubiąża do Myślenic. Najpierw szlakiem żółtym do głównego grzbietu, następnie szlakiem czerwonym przez schronisko na Kudłaczu, a dalej grzbietem aż do Zakopianki. Pogoda dopisała, po drodze przekrojowo cztery pory roku od lata aż po zimę.
Bardzo przyjemna trasa, dobrze oznaczona. Relatywnie łagodne podbiegi i zbiegi. Relaksacyjne 25km.
Polecam wszystkim. Dojazd i powrót - 13zł.

sobota, 7 lutego 2015

Na Turbaczu, na biegówkach, backcountry

Na biegówki wybierałem się już od dwóch lat. Próba sprawdzenia się w tej aktywności czekała na swoją kolej w liście rzeczy do zrobienia bez pośpiechu ale koniecznie. Do tej pory zawsze coś przeszkadzało w zmaterializowaniu tego zamiaru - brak pogody, czasu, inny wyjazd. Gdy jednak na stale znalazłem sie w Krakowie - zdałem sobie sprawę, że czas na dobre wymówki minął i trzeba na narty pojechać.

Już jakiś czas temu przemyślałem temat, że nie chcę stricte biegówek, ale narty backcountry - szersze i z krawędziami - lepsze do jazdy po pagórach. Za poletko doświadczalne miały posłużyć Gorce ze względu na dobry transport i dostępność w wypożyczalni desek tego rodzaju.

Wyruszyłem więc w pierwszy weekend lutego w towarzystwie Anity do Rabki Zdrój.
Pogoda zapowiadała się dobrze - bezwietrznie i lekki mróz. W takich okolicznościach wylądowaliśmy około 8:00 u podnóży Gorców i w bladym jeszcze świetle dnia dotarliśmy do wypożyczalni.
Chwilę zajęła pròba sprzętu, dłużej zakupy i wymarsz z Rabki.
Około 10 znaleźliśmy się na właściwym szlaku czerwonym i przypięliśmy deski.
Pogoda wyklarowała się zupełnie. Bezchmurnie, bezwietrznie i żadnej chmurki na niebie - tak miało pozostać już do wieczora.

Początowo podchodzenie szło niezdarnie i nawet piechurzy mijali nas na po drodze. Z godziny na godzinę było jednak coraz lepiej. Na płaskich odcinkach jazda stała się coraz przyjemniejsza. Warunki śniegowe kształtowały się na wspaniałym poziomie. Powierzchnia zmrożona, ale i bez zlodowaceń. Szlak ubity niczym droga dziesiątkami butów.
Po 11:00 dotarliśmy do schroniska na Maciejowej gdzie naszym oczom ukazała się wspaniała panorama Tatr.

Schronisko minęliśmy ze względu na brak czasu i pośpiech choć trudno było przejść obok obojętnie. Zaraz za nim czekało za to strome podejście, zmuszające do odpięcia nart.
Tak wyglądała i cała dalsza trasa - pod strome wzniesienia podchodzenie, na łagodnych i płaskim zjazd.
Od początku widziałem, że te ostatnie jakoś mi nie wychodzą, a żeby utrzymać równowagę muszę bardzo się starać. O ile na podejściach szybko złapałem synchronizację, to zjazdy wytknęły mi boleśnie cały brak obycia z nartami. Jeszcze przed Turbaczem wjechaliśmy na ratrakowaną nartostradę z Obidowej,  która doprowadziła nas pod samo schronisko.

Pod szczytem Turbacza tętniło życie. Mnőstwo narciarzy, trekkerów i innej maści turystów. Z racji niesamowitej pogody, na horyzoncie rozpościerał się znakomicie widoczny łańcuch Tatr. Ogół czynników stwarzał po prostu bajkowe wrażenie.

Niestety, zbliżała się już 15:00, uświadamiając nam, że trzeba się ewakuować. Paradoksalnie zdawałem sobie sprawę, że dla mnie rozpoczyna się trudniejszy etap wycieczki.
Zjazd był moim zdaniem stromy. Moim, czyli zdaniem człowieka mającego na nogach tego typu narty po raz pierwszy w życiu.

Upadków było co nie miara. Czasem często, czasem częściej. Na utwardzonej trasie wkrótce moglem policzyć wszystkie kości od miednicy w dół. Niemniej jednak, gdy jechałem bezkolizyjnie czerpałem  z tego niesamowitą radość. Tym razem podążyliśmy bardziej na południe, trzymając się znakomicie przygotowanej nartostrady. Droga do Obidowej była równa i opadała łagodnym i długim zjazdem w dolinę. Do samej wsi dotarliśmy około 16:00. Nie mając raczej szansy na łapanie stopa, z nartami na ramieniu skierowaliśmy się na szlak zielony wiodący stromym podejściem na Stare Wierchy.

Pod schronisko trafiliśmy o zachodzie słońca. Znowu nie było czasu, aby zatrzymać sie nawet na moment. Trwał wyścig z mrokiem na zasadzie - jak daleko zjedziemy szlakiem czerwonym - to nasze.
Ujechaliśmy stosunkowo daleko - miejscami niosąc narty.
Dopiero, gdy obraz zaczął mi się rozmazywać a baterie w czołówce okazały się wyczerpane - postanowiłem nie kusić losu i przyczepiłem narty do plecaka. Dalej poszliśmy pieszo w gwieździstą noc.

Do Rabki dotarliśmy dopiero przed 19:00 i na miejscu odkryliśmy, że mimo iż w sieci ostatni autobus miał być po 20:00 to na rozkładach nie widnieje nic po godzinie 18:00.
Konsternację rozwiały telefony do znajomych, w których ustalono że ostatni autobus odjeżdża za 30 min , ale z Zakopianki.
Siłą rzeczy, mimo przebytych dziś niespełna 50 km nie było innego wyboru jak galop w kierunku Zakopianki. Nie jestem peweien czy zdążyli byśmy gdyby nie jeden z miejscowycb, który zapytany o drogę podwiózł nas około kilometra.

Wyjazd się udał. Pogoda i warunki śniegowe nie mogły być lepsze. Narty backcountry ro z pewnością ciekawe doświadczenie i znakomity sposób na spędzanie wolnego czasu. Z pewnością do nich powrócę.

Koszt wypożyczenia w wypożyczalni Świstak w Rabce Zdrój - 39 zł za dzień w elastycznych godzinach.

Pozdrawiam wszystkich fanów cienkich nart;)