Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pogórza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pogórza. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 lipca 2017

I Maraton na Orinetację "KIWON" - 16.09.2017 r. - serdecznie zapraszam na bieg !!!

Witam wszystkich.

Z nieukrywaną radością zapraszam wszystkich czytelników bloga, znajomych bliższych lub dalszych oraz sympatyków biegania na I Maraton na Orientację KIWON , który odbędzie się w dniach 15-17 września 2017 roku w Rozdzielu - gmina Lipinki (województwo małopolskie). 
Już od jakiegoś czasu, mniej lub bardziej poważnie, pojawił się u mnie pomysł organizacji biegu. Jako, iż do tej pory byłem jedynie uczestnikiem imprez biegowych, a organizacja wyjazdów nie jest mi obca, postanowiłem sprawdzić, jak to jest znaleźć się "po drugiej stronie" i zmierzyć z organizacja prawdziwej imprezy biegowej. 

Wraz z Anitą (małej Wielkie podróże) przemyśleliśmy temat i padło na maraton na orientację, jako iż imprezy tego typu darzymy największym uczuciem, a i najwięcej doświadczenia mamy w temacie.  Teren również nie został wybrany przypadkowo - przedgórze Beskidu Niskiego, a więc ziemia gorlicka i jasielska. Szczerze, byłem przeciwnikiem organizowania niejako "na siłę" kolejnej imprezy w samym Beskidzie Niskim. Tam biegów nie brakuje, a i ww. tereny dla organizacji imprezy na orientację nie są wcale korzystne. Przede wszystkim Magurski Park Narodowy ogranicza spektrum działania imprezy, które istotą jest brak ustalonej trasy. Ponadto w Beskidzie Niskim nie ma zbyt wielu miejsc widokowych, a im ich więcej na biegu, tym moim zdaniem ciekawiej. W konsekwencji postanowiliśmy zorganizować bieg "tuż obok", w terenie zapewniającym i swobodę w konstruowaniu przelotów i spektakularne widoki na Beskid Niski. :)

W organizacji biegu, wraz z Anitą, mamy przyjemność działać pod szyldem Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Lipińskiej "Jastrzębiec", które jest oficjalnym organizatorem biegu wraz z Wójtem Gminy Lipinki – mgr inż. Czesławem Rakoczym.
Patronat honorowy nad przedsięwzięciem objęła - Poseł na Sejm RP Barbara Bartuś.

Partnerem głównym imprezy jest FUNDACJA PZU 

W ramach biegu przygotowujemy dwie trasy - 20  km dla początkujących i chętnych spróbować swoich sił w bieganiu na orientację i klasyczne 50 km dla starych wyjadaczy oraz znawców tematu. 
Trasa będzie relatywnie łatwa nawigacyjnie. Przewyższeń również nie ma dużo, przy optymalnym wariancie około 1500-2000 m. 

Zapisy do I Maratonu KIWON ruszyły, więc tylko przypomnę, że do końca lipca jest najniższe wpisowe :) A świadczeń wręcz odwrotnie - najwięcej !:) 
Dzięki naszemu partnerowi głównemu Fundacji PZU, mamy  atrakcyjny pakiet startowy. Na każdego czeka okolicznościowa koszulka techniczna bardzo dobrej jakości, medal, dyplom, a dla najlepszych zawodników puchary i nagrody :) 
Zapraszamy do rejestracji na http://kiwon.towarzystwojastrzebiec.pl Kto pierwszy, ten lepszy :).

Wszystkie niezbędne informacje dotyczące biegu znajdziecie w mediach:
Z chęcią odpowiem również na wszystkie nurtujące Was pytania, piszcie śmiało :)



Pokrótce przedstawię jeszcze to, co dla zawodnika najważniejsze -  ŚWIADCZENIA STARTOWE

⦁ Dwa noclegi w Bazie Maratonu w warunkach turystycznych (należy posiadać własny śpiwór i karimatę),
⦁ Jeden ciepły posiłek regeneracyjny w Bazie Maratonu,
⦁ Opieka organizatorów w Bazie, na trasach, na mecie w trakcie trwania Maratonu (a także zdalnie przed i po),
⦁ Komplet map (kolorowe, w foliowym worku strunowym) i materiałów startowych,
⦁ Opracowane trasy Maratonowe wraz obsługą Punktów Kontrolnych na trasie,
⦁ Możliwość pozostawienia bagaży, toalety, prysznice w Bazie Maratonu,
⦁ Parkingi dla samochodów w okolicy Bazy Maratonu,
⦁ Komunikat techniczny,
⦁ Okolicznościowy numer startowy;
⦁ Wrzątek do celów spożywczych wraz z zestawem kawa, herbata, dodatki, kubki (dostępne na stołówce szkolnej),
⦁ Koszulka techniczna,
⦁ Dyplom i medal dla każdego, niezależnie od uzyskane wyniku na trasie,
⦁ Puchary i nagrody dla najlepszych zawodników z podziałem na trasy oraz płeć
⦁ Inne materiały w miarę napływu świadczeń,
⦁ Całodobowa opieka nad Bazą Maratonu (zabezpieczenie sanitarne: sprzątanie, wywóz śmieci, prąd, woda bieżąca).
⦁ Woda na jednym z punktów kontrolnych (samoobsługa),
⦁ Ubezpieczenie NNW na czas Maratonu (16 września 2017 roku – sobota),
UWAGA! Przy dokonaniu zapisu po dniu 31 sierpnia 2017 roku Organizator nie gwarantuje wszystkich świadczeń.


Podsumowując:

DATA: 15-17.09.2017 ( 16-wrz., 08:00 – start trasy TP50 oraz 09:00-start trasy TP20 )

START, META I BAZA ZAWODÓW: Szkoła Podstawowa w Rozdzielu (gmina Lipinki)

ZAPISY: http://kiwon.towarzystwojastrzebiec.pl/zapisy/

OPŁATY STARTOWE: sprawdź w  REGULAMIN 

ORGANIZATOR: Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Lipińskiej „Jastrzębiec”, Wójt Gminy Lipinki – mgr inż. Czesław Rakoczy

PARTNER GŁÓWNY: FUNDACJA PZU

PATRON HONOROWY: Poseł na Sejm RP Barbara Bartuś


Jeszcze raz serdecznie zapraszam i do zobaczenia na imprezie :)

Projekt współfinansowany jest ze środków Fundacji PZU.

Pozdrawiam
Tomasz Duda



sobota, 26 kwietnia 2014

Rajd Wiosenny 2014 UKT Mimochodek Pogórze Ciężkowickie, Pogórze Rożnowskie - relacja

Rajd Wiosenny 2014 UKT Mimochodek Pogórze Ciężkowickie, Pogórze Rożnowskie - relacja

W drugiej dekadzie kwietnia, jak co roku odbył się Rajd Wiosenny Uczelnianego Klubu Turystycznego „Mimochodek”. Jako iż miałem okazje go prowadzić, chciałbym przedstawić skrótową relację z tego wydarzenia.
Teren tegorocznej eksploracji wybrany został jeszcze w zimie. Zdecydowaliśmy się podjąć marsz przez tereny do tej pory nieznane klubowi z Lublina – pogórza. Choć tereny te nie są zbyt wybitne (w sensie dosłownym), a szlaki w dużej mierze prowadzą już asfaltowymi drogami postanowiliśmy zaryzykować i postawić na nowatorstwo. Pomysłowi przewodziła idea, aby po raz kolejny nie drążyć tematu Bieszczadów czy innych pasm Beskidów, schodzonych na Rajdach Jesiennych wzdłuż i wszerz. Wybraliśmy Pogórze Ciężkowickie i Rożnowskie, oraz przewidzieliśmy limit miejsc na 20, który szybko udało się zapełnić.  Sam zająłem się zaplanowaniem trasy i mając w pamięci ubiegłoroczny szybki marsz, w tym roku postanowiłem nieco wydłużyć kilometraż – 27 km do przejścia jednego dnia i 21 km drugiego.



Sobota 12ego kwietnia rozpoczyna się dla każdego uczestnika rajdu skoro świt, a właściwie jeszcze w nocy. Wyjazd o 6:00 rano i kierunek południe – Rzeszów, Pilzno, Ryglice. Przejazd przebiega właściwie bez kłopotów. Na ostatnich kilometrach GPS kierowcy wodzi nas wprawdzie po leśnych ścieżkach, ale o 11:00 udaje się go poskromić i wreszcie dotrzeć do Ryglic, a nawet dwa kilometry dalej, na podejście. Z busa wychodzimy przy przejmujących wietrze i niezbyt ciekawej aurze. Termometr nie dochodzi do 10 stopni powyżej zera.

Postój pod Ostrym Kamieniem

Początkowo niemrawo, ale wkrótce coraz szybciej zaczynamy marsz i rozgrzewamy się. Idziemy wąskimi drogami za szlakiem niebieskim na południe. Po wejściu w las szlak zbacza, a my podążamy dalej drogą. Za kilkaset metrów skręcamy na zachód i na szlak żółty – osiągamy Ostry Kamień (527 m npm). Tam urządzamy pierwszy śniadaniowy postój, a posiliwszy się zaczynamy marsz Pasmem Brzanki. Okolica jest bardzo urokliwa. Na drzewach znać już ślady wiosny i ptaki śpiewają, tylko pogoda zdaje się być niepewna, a chmury ciemne. Przechodzimy przez malowniczo położony przysiółek Ratówki i po chwili osiągamy najwyższe wzniesienie pasma – Brzankę (534 m npm). Tam zatrzymujemy się na kolejny postój. Niektórzy kupują w schronisku ciepły posiłek, inni okupują wieże widokową usytuowaną kilkadziesiąt metrów dalej, właściwie każdy ma zajęcie. Miłą atmosferę trzeba jednak wkrótce przerwać, bo już po południu, a przed nami prawie 20 km do przejścia.

Widok z wieży na Brzance


Z Pasma Brzanki schodzimy szlakiem niebieskim, który będzie towarzyszył nam już cały dzień. Niebawem docieramy do Jodłówki Tuchowskiej, gdzie oznaczenia marszruty nie pokrywają się z mapą. Widocznie niedawno zostały zmienione i aż do Rzepiennika prowadzą drogą biegnąca na zachód w stosunku do pierwotnego szlaku. Dominują drogi utwardzone i urozmaicony krajobraz.  Z Rzepiennika Strzyżewskiego idziemy dalej w kierunku zachodnim przez las, skrywający cmentarze z czasów II wojny światowej – żydowski i partyzancki w wiosce Dąbry. Kilometr dalej, przy drodze do Ciężkowic usytuowany jest kolejny cmentarz – tym razem z I wojny światowej.  Na tym etapie szlak zbacza z drogi głównej i prowadzi wąską dróżką. Nią docieramy do Ciężkowic, choć przed nami jeszcze ponad 3km szlaku.

Rzepiennik Strzyżewski


Niedawno minęła siedemnasta, a asfalt każdy już odczuł w podeszwach, toteż entuzjazm kształtuje się na umiarkowanym poziomie. Jednak najbardziej atrakcyjna wizualnie część trasy przed nami. Niebawem wchodzimy pomiędzy domy i na podejściu zagłębiamy się w lesie. Szlak wiedzie teraz mocno urozmaiconym terenem, prowadząc przez doliny potoków i wspinając się po ich zboczach. W pewnym momencie wyrastają przed nami twory skalne i malutki strumyczek cieknący po twardym podłożu. Dotarliśmy do tzw. Wodospadu Ciężkowickiego, który tworzy kilkadziesiąt metrów swego rodzaju kanionu skalnego. Wygląda to naprawdę imponująco jak na lokalne pagórki, do tego jest wiele ścieżek wśród skał. Urządzamy postój, a  większość wykorzystuje go na aktywne spędzanie wolnego czasu, chcąc dotrzeć do źródła wodospadu.


Wodospad Ciężkowicki


Po kilkunastu minutach idziemy dalej, a szlak powoli wyprowadza nas z doliny. Teraz kolej na Rezerwat Skamieniałe Miasto, który właśnie przemierzamy. Przy pierwszej „Skale z Krzyżem” zatrzymujemy się dłużej i podziwiamy panoramę miasta, widoczną jak na dłoni. Większą cześć Rezerwatu przechodzimy jednak nie zatrzymując się już dłużej przy obiektach. W Rezerwacie ścieżka jest dobrze oznaczona i wydeptana, a skalne twory oznaczone zwyczajowymi nazwami. To zdecydowanie dobre rozwiązanie zapraszające do dłuższej kontemplacji i  nakierowujące nieco wyobraźnię na wizje autora, z którą nie musimy się zgadzać. Granicę Rezerwatu witamy przy drodze wojewódzkiej prowadzącej do Ciężkowic. Centrum miasta osiągamy około dziewiętnastej, przy ostatnich minutach światła dziennego.



Skamieniałe Miasto


Na miejscu wytwarza się dziwna sytuacja i możemy stwierdzić,  że PTSM w którym mieliśmy nocować jest zamknięty, a do właściciela nie można się dodzwonić. Nie mając lepszego wyboru korzystamy z wiadomości tubylców, którzy bez problemów identyfikują posiadłość Pana X.  Po wizycie właściciel PTSM znajduje się i przekazuje nam klucze do obiektu. Nawiasem mówiąc jest to niezbyt przyjemny człowiek, zdający się winić nas za niedziałający telefon i brak jakiegokolwiek kontaktu. W krótkich słowach wyrzucam mu co sądzę o sytuacji, czym jednak niebyt się przejmuje, a i pozostaje obojętny. Najważniejsze, że przekazuje klucze, zbiera pieniądze i opuszcza budynek. Mamy wreszcie spokój i po całodziennym marszu możemy skupić się na sporządzaniu jedzenia i opróżnianiu szkła.



Ciężkowice



W leniwą niedzielę 13 kwietnia, wbrew obawom o pogodę, budzi nas słońce, którego właściwie nikt, a przede wszystkim meteorolodzy,  się nie spodziewał. Choć wieczór był imprezowy i skończył się parę godzin temu, rozbudzanie towarzystwa idzie bardzo sprawnie. Szybka toaleta, sprzątanie i śniadanie, a kilka minut po dziewiątej możemy już wychodzić na trasę. Dzisiaj znowu instynktownie szukamy niebieskiego szlaku i przekraczamy Rzepiankę w marszu na zachód. Stosunkowo ruchliwa droga po kilometrze kończy się, nieopodal dworku Ignacego Paderewskiego w Kąśnie Dolnej.  Nieopodal  malowniczo położonej budowli widnieją kolejne znaczki szlaku, które wyprowadzają nas na podejście. Ścieżka wiedzie przez park i las, by doprowadzić nas do asfaltowej dróżki wśród pól.  Nią zmierzam na zachód, idąc grzbietem niebyt wypiętrzonego pasma wzniesień. W oddali widzimy wieżę widokową w Styrkach, do której docieramy kilkadziesiąt minut później. W tym miejscu zatrzymujemy się na dłużej i odpoczywamy przy akompaniamencie promieni słonecznych.

Styrki
Wiosna ;)


Następnie podążając za niebieskimi oznaczeniami mijamy Bruśnik i wędrujemy długim podejściem  na kolejne wzniesienie. Z drogi którą podążamy rozpościera się znakomity widok na całą dolinę i sąsiednie wzniesienia, choć twarda nawierzchnia szybko nudzi się obutym stopom. W Bukowcu dajemy odpocząć nogom i korzystamy z ostatnich słonecznych chwil tego dnia. Niebo systematycznie się chmurzy, aż wreszcie staje się szare.  Przez Bukowiec maszerujemy w psującej się pogodzie. W miejscowości zmieniamy szlak na zielony i kierunek na północny, po czym niebawem docieramy do pięknego drewnianego kościoła pw. Niepokalanego Serca NMP i Rezerwatu Diable Skały. Oba obiekty , zarówno naturalny i architektoniczny robią na nas duże wrażenie.

Widok z wieży w Styrkach

Już grupo po południu, a znaki wskazują jeszcze godzinę marszu do Jamnej. Niebawem ruszamy w drogę, która w większości prowadzi nieutwardzonymi gruntami leśnymi. Po niemal całym dniu deptania asfaltu to bardzo miłe urozmaicenie i odpoczynek dla stóp. Samą miejscowość osiągamy kilkadziesiąt minut później. Okolica jest położona bardzo malowniczo – położona wśród lasów na wzgórzu. Nie zatrzymujemy się, ale kierujemy za znakami wskazującymi bacówkę PTTK. Niebawem docieramy do obiektu, który niestety jest zamknięty. Nie mając lepszego wyjścia, zadowalamy się odpoczynkiem w zabudowaniach knajpy leżącej 200 metrów dalej. Pogoda nie wróży nic dobrego, a większość z nas kontempluje niebo w oczekiwaniu na realizacje zamówień kulinarnych.   Po telefonie do kierowcy i upływie niepełnej godziny, z pełnymi brzuchami szukamy szlaku żółtego, który ma wyprowadzić nas do doliny. Zejście z niemal 500 metrowego wzniesienia zajmuje około 20 minut. Z lasu wychodzimy prosto na parking w miejscowości Paleśnica Potoki. Zgrywamy się idealnie, mogąc od razu wsiąść do oczekującego naszego przyjścia busa. Niemal dokładnie wtedy zaczyna kropić drobny deszcz, który z upływem czasu przybiera na sile. Jak na życzenie zdążamy uchronić skórę i w stanie suchym możemy dojechać do Lublina przed dwudziestą drugą.

Kościół Bukowiec

Rezerwat Diable Skały


Tegoroczny Rajd Wiosenny UKT Mimochodek okazał się przedsięwzięciem nader udanym. Trasa, choć wydłużona, została zrealizowana w całości i we właściwym czasie. Asfalt trochę dał znać o sobie stopom, ale taka jest właśnie specyfika pogórzy – urbanizacja pociąga za sobą utwardzanie ścieżek. Na eksploracje tych terenów zdecydowanie polecałbym rower. Okolica jest bardzo ciekawa. Pomijając oczywiście kwestie widokowe, na uwagę zasługuje lokalna architektura sakralna i rezerwaty przyrody z różnorodnymi formacjami skalnymi. Po prostu jest na co popatrzeć. Mnie się bardzo podobało, z pewnością kiedyś tu wrócę. Mam nadzieję, że uczestnikom również.
Pozdrawiam
Tomasz Duda


piątek, 4 kwietnia 2014

Rajd Dolnego Sanu 2014 r. – relacja

Rajd Dolnego Sanu 2014 r. – relacja


Jak można było przeczytać na blogu, w drugiej połowie lutego miałem okazję brać udział w Ekstremalnej Imprezie na Orientację „Skorpion” na Roztoczu.  Był to właściwie powrót na tą imprezę po dwuletniej przerwie, toteż nie wiedziałem jak mi się to wszystko spodoba. Dobra pogoda, ciekawa atmosfera i błądzenie po wąwozach w poszukiwaniu punktów przypomniały mi się na wtedy dobre. Po imprezie już wiedziałem, że biegi przygodowe wciągnęły mnie z butami i na jednej imprezie sezon się nie skończy. Toteż jeszcze zanim nogi przestały boleć, zacząłem przeglądać kalendarz PMnO w poszukiwaniu jakiejś 50tki do przejścia. Wyboru zbytniego nie było, za to kandydat odpowiedni.  Tegoroczny Rajd Dolnego Sanu miał odbywać się Sanoku wśród lokalnych pagórków. Dla mnie znakomicie – lepsze to niż płaska Puszcza Sandomierska, a i w okolicy jeszcze nie chodziłem, toż chętnie zobaczę.



Zachęcony obserwacjami Skorpiona, w odróżnieniu od ostatniej imprezy postanowiłem teraz dobrać odzież na typowo biegową i zrobić trasę relatywnie szybko i przyjemnie, ale bez niepotrzebnych spięć i pospiechu. Prognozy pogody w ostatnich tygodniach wróżyły skrajną aurę – od kilkunastu stopni w słońcu, do temperatury w okolicach zera i śniegu. Niemniej jednak parę dni przez rajdem wszystko się wyklarowało i szykowała się impreza w typowo wiosennym klimacie. Według organizatora trasa miała liczyć 55km (w linii prostej pomiędzy punktami) z sumą podejść około 1400 m.
Pozostawała jeszcze sprawa transportu i współtowarzyszy, których nietrudno udało się namówić. Późno, bo dopiero po 20stej, w piątek 21 marca wyjeżdżamy z Lublina. Łącznie cztery osoby – poza mną Janusz, Łukasz i Piotrek, wszyscy na trasę 50km. Do punktu zbornego w szkole trafiamy dopiero około północy i rozpakowawszy się, czym prędzej kładziemy się na karimaty, aby złapać możliwie jak najwięcej snu.



Wstajemy o 7 rano, dwie godziny przed startem. Przy śniadaniu dowiadujemy się, że organizator rozdaje już mapy. Odtąd moje ruchy stają się gęstsze. Zaznaczam planowaną trasę na mapie, wyznaczam parę azymutów i obmyślam z chłopakami strategię przejścia. Dostajemy aktualne mapy firmy Compass, więc nawigowanie będzie łatwiejsze. Ma to swoje plusy, ale jakoś posługiwanie się sztabówkami z lat 60tych ma w sobie tą nutkę niepewności i wyzwania.
Tymczasem zakładamy marsz zgodnie z numerami punktów. Debata nad kartką trochę się przedłuża, toteż przy odprawa zastaje nas jeszcze zakładających buty. Niemniej jednak wyrabiamy się z przygotowaniem parę minut przed 9:00 i wychodzimy przed budynek, stając wśród około 80 uczestników rajdu.



Start rozpoczyna się leniwie. Lekki trucht, jedni na prawo inni na lewo i biegniemy. Sanoka nie znam, więc przy wyborze dróg wychodzących z miasta zawierzam ludziom przed sobą. Najpierw osiedlami, wkrótce biegniemy chodnikiem wzdłuż głównej drogi na południowy wschód. Piotrek odłącza się od nas kilkaset metrów za szkołą, biegniemy dalej we trzech. Na trzecim kilometrze przekraczamy San, na piątym, przy kościele skręcamy na północ. Podczas podejścia przechodzimy w marsz i po kilkuset metrach znajdujemy  pierwszy punkt kontrolny przy potoku.
Od niego czeka nas mozolna droga pod górę. Kijki znacznie pomagają, a wczesną porą w nogach zakumulowane jest jeszcze dużo mocy. Napieramy więc szybko, płaskie odcinki biegnąc. Mapie nie poświęcam zbyt wiele uwagi – idziemy przecież za szlakiem. Gdy dochodzimy do głównego grzbietu popełniam pierwszy i kardynalny błąd – idę za ludźmi. Próbuję co prawda zorientować się z mapy, ale w tym momencie to już trochę za późno. Kierunek według kompasu teoretycznie się zgadza. Zaczynamy schodzić. W pewnym momencie zejście przechodzi w trawers. Zaczynam powoli domyślać się, że towarzystwo przede mną (ok. 10 osób) pogubiło się. Mam jednak nadzieję, że po wdrapaniu się na widoczny grzbiet wejdziemy już w właściwą dolinę. Niestety mylę się, a radosny trawers trwa dalej. Przerażenie ogrania mnie dopiero gdy w dole widzę skrzącą się wstęgę rzeki Dunaj, której widzieć tu nie powinienem. Łukasz, który na podejściu odstał ode mnie i od Janusza teraz jest już z nami. Chwilę później na drzewach widzę znaki czarnego szlaku turystycznego. Jest źle. Idziemy po przeciwnej strony grzbietu – czas pod górę. Uświadomiwszy sobie głupotę i nadrobione dwa kilometry klnę na czym świat stoi przysięgając sobie od tej pory zaufać tylko swojej mapie i kompasowi. Po wejściu na grań również wybieramy nienajlepszą drogę. Zamiast doliny potoku zbiegamy grzbietem, co kosztuje nogi kilkaset metrów gratis i szukanie punktu.



Przy drugim PK znowu spotykamy Łukasza i po spisaniu go razem czym prędzej idziemy na drogę. Utwardzoną nawierzchnią maszerujemy kilkaset metrów, po czym skręcamy w polną drogę na północ, dopingowani przez panów z ławeczki pod sklepem. Podejście otwartym terenem ma spore walory wizualne. Ze stoku rozpościerają się wspaniałe widoki, przy których podejście szybko upływa. Znowu wraz z Januszem wybijamy się do przodu i sami docieramy na grzbiet. Tam napotykamy wiązankę szlaków turystycznych, która prowadzi grzbietem na płaski szczyt Słonnej (639 m). Blisko kilometr przez las pokonujemy w bardzo przyjemnym biegu. Zejście z grzbietu jest już bardziej strome, ale staramy się pobiec ile się da nie bacząc na jeżyny i potykając się co kilka kroków. Na 18stym kilometrze, nieopodal drewnianego kościoła w Hołuczkowie spisujemy trzeci punkt.



Przed nami długi odcinek asfaltem. Przekraczanie dwóch pasm wzgórz bez wiodącej ścieżki i zakończonych rzeką uznaję za niestosowne. Lepiej trochę pobiec twardą nawierzchnią. Tak też robimy. Pomimo połowy marca słońce w zenicie daje się nam we znaki. Wiatr jest dzisiaj sprzymierzeńcem biegaczy, który reguluje temperaturę i przyjemnie studzi organizmy. Długi łuk asfaltem ciągnie się około sześciu kilometrów i prowadzi nas aż do Krecowa, gdzie umiejscowiono czwarty punkt kontrolny. Nie ma przy nim nikogo i Januszowi zajmuje chwillę zanim go znajdzie, ale najważniejsze że jest. Za nami idą już kolejni zawodnicy.



Spod PK4 musimy wrócić drogą ponad dwa kilometry, po czym zagłębiamy się drogę wiodącą na północ, do lasu i na grzbiet. Idziemy za zielonym szlakiem i to przytępia moja uwagę. Zbaczamy ze szlaku a droga zaczyna zanikać. Nie bardzo wiem, co robić, konsultujemy się z dwoma zawodnikami idącymi za nami. Brniemy dalej na północ, ale wybieramy dwie oddzielne drogi. Wreszcie docieramy do szlaków, którymi idziemy do góry. Na skrzyżowaniu cos zaczyna mi się nie podobać. Ewidentnie mamy zły kierunek i musimy zawracać za szlakami. Spostrzeżeniami dzielę się z grupką osób, która już zdążyła się zebrać. Niektórzy twardo chcą iść na północ (gorzko im przyjdzie za to zapłacić), ja zaś zawierzam przekonaniu i kompasowi. Zawracamy i biegniemy niebieskim szlakiem w przeciwną stronę. To już 30sty kilometr rajdu, a przez zgubienie szlaku nadrobiliśmy dwa gratis. Niemniej jednak biegniemy właściwą drogą i to się teraz liczy. Po łagodnie opadającym zboczu trucht jest niebywale przyjemny. W bieg wkręcam się do tego stopnia, ze zapominam o konieczności odbicia do potoku. Dobiegamy do wsi a ja zadowolony patrzę na mapę. Po tym spojrzeniu w eter wylatuje sroga wiązanka przekleństw na siebie i własna nieuwagę. Biegniemy drogą w górę potoku. Punkt piąty spisujemy, ale kosztuje nas to kolejne dwa kilometry do ogólnej puli.



Z piątki znowu deptamy asfalt, aż do sklepu w Dobrej. Kupujemy 2,5 l pepsi i przelewamy w camelbaki. System ryzykowny, ale wypróbowany. Przy sklepie gryziemy jeszcze po batonie, robię zdjęcia cerkwi i bez zwłoki wracamy na asfalt. Droga do Ulucza to prawie 5 kilometrów asfaltem, z czego długo biegniemy. Okazuje się, że szósty punkt jest ulokowany na stromym wzgórzu Dębnik (344 m). Udom po biegu trudno przyzwyczaić się do uroków podejścia, ale jakoś wdrapuje się na górę.  Gdy docieram do polanki, moim oczom ukazuje się cerkiew jak z baśni. Tablica głosi, że to nawet najstarszy drewniany budynek tego typu w Polsce. Zdjęcia nie oddają klimatu, ale miejsce jest magiczne. Polanka na wzgórzu, drewno porośnięte mchem, aż nie chce się stąd wychodzić. Jednak musimy, kilometry same się nie zrobią.



Do kładki nad Sanem wiedzie utwardzona droga. Biegniemy nią kawałek, ale bardzo silny wiatr wiejący prosto w twarz nie pozwala przebiec całego odcinka. Za nowiutkim mostem zmieniamy kierunek na południowy. Najpierw idziemy drogą, następnie wspinamy się na grzbiet za znakami szlaku niebieskiego. Po wyjściu z lasu ukazuje nam się miejscowość Łodzina, gdzie ulokowano kolejny punkt. Przed miejscowością widzę głęboki parów, który postanawiam obejść. Okazuje się, że nie jest to słuszna decyzja. Poza oszczędzonymi nogami i przewyższeniami, tracimy kilometr. Po zebraniu punktu dwunastego pod cerkwią, wracamy na południe i dalej idziemy asfaltem.
Mniej więcej na 53cim kilometrze docieramy do miejscowości Hłomcza, a stamtąd odbijamy szutrową drogą w kierunku zachodnim. Półtora kilometra dalej, przy śmieciach skręcamy w kierunku wyschniętego potoku. Okolica jest brzydka jak zapowiadał organizator, a więc dobrze trafiliśmy. To już punkt trzynasty.
Po spisaniu go, docieramy do drogi nieopodal i zbiegamy nią ponad kilometr, aż do miejscowości Mrzygłód. Pepsi w camelabaku już mi się skończyło, w najbliższym sklepie kupujemy 1,5 l wody, której jestem największym beneficjentem. Z ciężkimi nogami, powoli biegniemy dalej. To już ten etap, kiedy po każdym postoju powrót do ruchu sprawia ból, a nogi trzeba rozbiegać na nowo. Przez miejscowość biegniemy jeszcze jakieś kilkaset metrów, po czym przekraczamy most nad Sanem i docieramy do Tyrawy Solnej.
Zaraz za rzeką mamy dylemat, jaką drogą podążyć. Słońce jest już nisko nad horyzontem, w ciągu godziny na pewno zrobi się ciemno. Do wyboru mamy prostą orientacyjnie drogę szlakiem niebieskim przez masyw wzgórza Bucharewy (535 m), albo próbę obejścia wzniesienia wzdłuż Sanu. Gdy już mamy kierować się na wzniesienie dobiega do nas jeden z zawodników Rajdu i przekonuje, że wzdłuż Sanu jednak powinno być przejście. Człowiek spada nam z nieba, gdyż nadaje tempo i bez słów motywuje na tym ciężkim odcinku. Stan wody w Sanie okazuje się znikomy i możemy śmiało biec wzdłuż brzegu, przekraczając potok za potokiem. Co ciekawe, buty przez cały czas pozostają suche. Trzeba przyznać, że trasa okazała się bardzo sucha, a to że przeszliśmy ja bez mokrych butów można uznać za fenomen.
Nasze tempo zwiększa się teraz znacznie. Biegniemy stale, cały czas po terenie czasem pod górę. Pokonawszy trzy kilometry, podchodzimy w kierunku południowym, aby dotrzeć do miejscowości. Przechodząc siódmy z kolei potok w głębokim jarze, docieramy na polanę, z której już widać Liszną. Szybko dobiegamy do miejscowości, po czym przechodzimy w marsz. Tutaj dopiero czuję tempo ostatniego odcinka i zaczynam się regenerować. Nic dziwnego, za nami 60 kilometrów trasy. Dalej idziemy z nowym towarzyszem, który początkowo chce biec dalej, ale pozbawiony czołówki, w perspektywie zapadającej nocy zostaje z nami. Pomiędzy kościołem a cmentarzem na wzgórzu spisujemy przedostatni punkt i wciągamy żel energetyczny.
Spod kościoła w świetle czołówek podchodzimy prosto na południe chcąc trafić na szlak niebieski.  W nocy nie jest to łatwe, kilkukrotnie zastanawiamy się gdzie iść. Niemniej  jednak orientując się w położeniu, trafimy wreszcie na grzbiet i szlak. To już jesteśmy prawie w domu.  Za znakami przemierzamy kolejne kilometry szybkim marszem, zagłębieni myślami już w szkole, w Sanoku. Kilkadziesiąt minut później osiągamy drogę asfaltową, którą idziemy około dwustu metrów na północ i widzimy już kościół w Międzybrodziu. Pozostaje jeszcze znalezienie tzw. piramidy czyli grobowca rodu Kulczyckich i Bobrzańskich. Niebawem widać i charakterystyczny kształt, a przy nim już ostatni punkt piętnasty.



Nasz dotychczasowy towarzysz postanawia biec do Sanoka, a my maszerujemy. Dużo już dziś zrobiliśmy, ale jeszcze kilka kilometrów jest do zrobienia. Czuję, że mógłbym pobiec całość drogi do Sanoka, ale nogi uświadamiają mnie, że lepiej nie ryzykować kontuzji. Niemniej jednak na ostatnich kilometrach kilkukrotnie przechodzimy w trucht, a od mostu na Sanie już intensywnie biegniemy do szkoły. Znalezienie wejścia do obiektu powoduje u nas niemała irytację. Nadrabiamy kilkaset metrów po osiedlach, żeby wreszcie znaleźć bramę. Zmęczeni i zadowoleni wbiegamy do szkoły po 11 godzinach non stop na nogach.
Oficjalny czas mój i Janusza to 11h 05min, co sklasyfikuje nas na 8 miejscu w kategorii męskiej 50km (na 57 osób). W praktyce według Endomondo pokonaliśmy 75,2 km, co wskazuje niewiele ponad 7min/km i zaliczyliśmy wszystkie 10 punktów. Stanem wytrzymałości i kondycji jestem tym samym bardzo zadowolony, biorąc pod uwagę, że biegliśmy około połowy trasy, a pod koniec została jeszcze rezerwa siłowa. Daje to dobrą perspektywę do rychłego startu na 100km. Niezadowolony jestem za to  z mojej nawigacji. Chyba właśnie szybkie tępo przykróciło koncentrację i uwagę. Powstały głupie błędy, które kosztowały nas stratą ok. 13km (pętla miała w rzeczywiści 62 km zamiast planowanych 55). Na starcie jednak nie nastawialiśmy się na dobry wynik, ale sprawdzenie się w typowo  biegowym podejściu do imprezy. Rajd Dolnego Sanu to także kolejny trening, z którego należy się cieszyć. Otoczenie wprost nie mogło być lepsze. Piękne tereny, sucha nawierzchnia i cudowna pogoda – czego można chcieć więcej, żeby się zmotywować do wysiłku. To pierwszy RDS w mojej karierze i po jego doświadczeniach gwarantuję, że nie ostatni.
Pozdrawiam
Tomasz Duda.

Endomondo x3



poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Pogórze Dynowskie – Rajd Wiosenny 2013 UKT Mimochodek


Pogórze Dynowskie – Rajd Wiosenny 2013 UKT Mimochodek 

Trasa Rajdu
Kwiecień bieżącego roku rozpoczął  się nadzwyczaj osobliwie.  Mrozem i śniegiem, bo właśnie takie Prima-Aprilis dane mi było obserwować blisko dwa tygodnie temu. Kolejne dni również nie dawały wielkich nadziei na przyjście wiosny i zapowiadały zbliżający się Rajd, w odmiennym niż założony, zimowym tonie.
Niemniej, 13 kwietnia zbliżał się nieuchronnie, a z nim pogodowy przełom. Jeszcze kilka dni wcześniej, Lublinowi towarzyszył całkowicie biały krajobraz, lecz kolejne kartki kalendarza niosły za sobą skok temperatury i nadejście długo oczekiwanej wiosny.
Tegoroczny Rajd Wiosenny UKT Mimochodek  odbyć się miał na Pogórzu Dynowskim. Powód wyboru tego miejsca był prosty – po tych terenach jeszcze nie chodziliśmy, a jak wiadomo lepiej podążąć za śladem innowacji, niż powtarzać utarte schematy.  Tym samym nadszedł czas eksploracji Pogórza.





Z Lublina wyruszyliśmy wczesnym rankiem, niezbyt pogodnej soboty, 13 kwietnia. Mały, wynajęty busik sprawnie pokonywał kilometry na S19, a my mogliśmy się jeszcze trochę wyspać.
Po około trzech godzinach dynamicznej jazdy, kierowca dojechał do celu.
Wysiedliśmy w miejscowości Godawa, parę kilometrów na południe od Strzyżowa. Wycieczka w tym momencie liczyła 13 osób, zaś 3 kolejne zjawiły się niebawem .
Pomimo groźnych ostrzeżeń meteorologów i niezbyt ciekawej perspektywy poranka, pogoda wokół nas zaczęła się klarować.
Początkowo szliśmy drogą, z zamiarem znalezienie początku trasy – szlaku czarnego.  Po kilkuset metrach marszu poboczem, wreszcie za znaczkami skręciliśmy w pola. Szlak wiódł drogami gruntowymi, tak manewrując pomiędzy polami, aż  wkrótce gdzieś nam uciekł. Biorąc pod uwagę nieskomplikowany charakter terenu, nie sprawiło to większego problemu i kierując się rozsądkiem, niespiesznie wdrapaliśmy się na Pasmo Brzeżanki.
Podejście, niby krótkie i niebyt strome, troszkę nas zmęczyło. Pod grzbietem pojawił się śnieg, a promienie słoneczne zaczęły dogrzewać po plecach. Tym samym, po osiągnięciu pasma i krótkim postoju, większość wędrowców maszerowała już tylko w T-shircie.

Na grzbiecie zmieniliśmy szlak na zielony i nim kontynuowaliśmy marsz na południe. Im niżej schodziliśmy, tym więcej błota czaiło się na leśnych ścieżkach. Mimo prób zachowania uwagi i względnej czystości – do kolejnej miejscowości Bonarówki – dotarliśmy solidnie sfatygowani.
Dla odmiany, przez miejscowość trzeba było przejść asfaltem. Trwało to jakieś pół godziny, a zakończyło się krótkim postojem w cieniu cerkwi PW Opieki Matki Boskiej.  Budowla, jakkolwiek klimatyczna i ciekawa, „nie dała” zobaczyć się z bliska. Naszą grupę przywitały szczelnie zamknięte drzwi a nawet brama ogrodzenia.

Z Bonarówki, znowu za szlakiem zielonym, poszliśmy na południe. Pogoda od jakiegoś czasu zaczęła się systematycznie pogarszać. Jeszcze było przyjemnie i rześko, jednak chmury na horyzoncie nie zapowiadały niczego dobrego. Płaskie, jak naleśnik, podejście na Czarny Dział powiało nam w twarz zimą. Od pierwszych kroków w lesie, towarzyszył nam brejowaty śnieg, który przez ostatnie parę dni nie zdążył jeszcze stopnieć.
Na grzbiecie Małej Kiczory urządziliśmy krótki postój. Tu już zrobiło się trochę chłodniej, a aura niezbyt dobrze rokowała na dalszą część popołudnia.







Dalsza część rajdu przewidywała łagodne i przyjemne zejście do Węglówki. Tak wyglądało ono na  mapie, ale w rzeczywistości było trochę gorzeć. Zbocze właściwie całe płynęło, a na leśnych drogach utworzyły się potoki, którymi systematycznie podążaliśmy. Im teren bardziej się wypłaszczał, tym bardziej cieki wodne przekształcały się w bajora. Maszerowało się żmudnie, a wyzywającym zajęciem okazało się czyszczenie butów z błota pod lokalnym sklepem.
W miejscowości zwróciliśmy uwagę na wygląd budynku tutejszego kościoła. Nawet niewprawne oko zauważyłoby, że nie wyglądał on typowo, ale jest „urządzony”  w bryle dawnej cerkwi. Ten sposób przekształcania, w okolicy jest swego rodzaju precedensem, pokazującym cień przeszłości tej krainy geograficznej. Podobne budowle można było później zobaczyć w Godawie czy Czarnorzekach.

W Węglówce czekał nas długi kawałek deptania asfaltu. Tutaj też właściwie wszyscy narzucili coś na siebie. Niebo zakryło się chmurami,  temperatura spadła, podniósł się wiatr.
Po dłuższym marszu przez miejscowość, niebawem skręciliśmy w stronę lasu i Pasma Królewskiej Góry – najwyższego punku, jaki dziś został osiągnięty.  Podejście trochę się dłużyło, jednak pod presją burzy czy ulewy, zostało szybko przedeptane.
Na pokryty lasem, wierzchołek Królewskiej Góry (554m npm), wdrapaliśmy się o piętnastej. W zeszycie, który znaleźliśmy w pudełku na szczycie, zamieszczony został pamiątkowy wpis „Rajd Wiosenny 2013 UKT Mimochodek”. Wokół nas aura znacząco się pogorszyła.  Wiał wiatr i drobny deszczyk zaczął kropić nam po kurtkach.
Po krótkim postoju na tabliczkę czekolady,  ruszyliśmy w dalszą drogę.


Z lasu wyszliśmy po kilkunastu minutach zejścia. Przed nami ukazała się miejscowość Podzamcze z ruinami fortecy i piękną panoramą na horyzoncie. Zauważyliśmy, że ulewa właściwie nas ominęła i smugi deszczu przesuwały się w oddali, w kierunku granicy. Dotarliśmy już prawie na miejsce noclegu, trzeba go tylko było odnaleźć.  Zarezerwowaną agroturystykę wskazało nam miejscowe pomocne towarzystwo, żwawo popijające piwo pod sklepem.
Domek, który wynajęliśmy, jakkolwiek by nie rozpieszczał standardem, miał kilka istotnych cech pozytywnych.
Z pewnością jedną z nich było położenie. Ze wzgórza roztaczał się przepiękny widok na Krosno i Beskid Niski, a zachód słońca zrobił na obecnych naprawdę duże wrażenie.
Innym pozytywem było również miejsce na ognisko, które skwapliwie wykorzystaliśmy. Wieczór, jak się można domyśleć, należał do udanych. Gitara poszła w ruch, płomień wesoło trzaskał, a po napojach z butelek, dotychczasowe problemy i języki się rozwiązały. Trwało to kilka godzin, aż wieczorny chłód wgonił nas do pomieszczeń i przeniósł imprezę do środka.

Niedzielny ranek zapowiadał się nadzwyczaj smętnie. Niebo wstało szare i ponure, nie dając szans na jakiekolwiek wypogodzenia, a ze wczorajszej temperatury, pozostały tylko wspomnienia.
Skoro świt, około dziesiątej,  wybraliśmy się obejrzeć zaległe ruiny zamku. Budowla, o historii z pewnością niebanalnej, zapamiętana został przede wszystkim jako świadek sporu szlacheckich rodów, który uwieczniony został w komedii „Zemsta” A. Fredry.


Dawna twierdza, położona w malowniczym miejscu, na bieżąco jest odrestaurowywana. Bilet wstępu kosztuje 4zł ,a zwiedzić można tzw. zamek niski i średni.  Najwyższej części warowni nie udostępniono jeszcze turystom.
Z zamku zeszliśmy do drogi, a następnie skierowaliśmy się na wschód, podążając szlakiem czarnym.Wkrótce zaczęło padać.  Deszcz zapowiadał się solidny, lecz w rzeczywistości trwał tylko kilka minut.



Po długim podejściu lasem, wyszliśmy na drogę wojewódzką Strzyżów-Krosno. Tu zaczynał się Rezerwat Prządki, kolejny cel wycieczki.
Skalne ostańce – „etykieta” Rezerwatu, wyrastają z ziemi już kilkadziesiąt metrów od drogi. Te bardzo ciekawe i malownicze twory nazwę biorą od kształtu przypominającego niby przędące kobiety. Każda forma skalna ma swoją nazwę i szczególny kształt, któremu ją zawdzięcza.
W Prządkach spędziliśmy ponad godzinę. Szlak wiódł nas ponad kilometr wzdłuż kilkudziesięciometrowych ostańców zalesionym grzbietem.  Niebawem zaś zmierzał w dół, do Czarnorzek. W miejscowości, poza wspomnianym już kościołem adoptowanym z dawnej cerkwi, nie było wiele do zobaczenia, zatem przeszliśmy ją bez zatrzymywania.
Szlak kierował się ciągle na północ, robiąc spory łuk w kierunku pasma Suchej Góry. Po drodze widać było wiele znaków, informujących o pobliskiej sztolni i źródle „Mieczysław”, do których wkrótce dotarliśmy.
Dalej towarzyszyło nam podejście i trawers grzbietu, w kierunku szczytu Suchej Góry (585 m) . Na samym wierzchołku wzniesienia, spostrzegliśmy wielką wieżę telewizyjną, psującą całkowicie urok tego miejsca.









Po krótkim postoju pomaszerowaliśmy w dalszą drogę. Aby zejść do drogi przyszło nam okrążyć cały kompleks wieży i zejść stromym stokiem Suchej Góry. Panowały tam jeszcze całkiem zimowe warunki. Okolica zaśnieżona, potoki płynące ścieżkami  i wiatrołomy zostały nas na finiszu wycieczki. Po zejściu ze wzniesienia spotkaliśmy kolejną przeszkodę – wartki strumień, gdzie według wyboru można było skakać, bądź obejść go dłuższą drogą.
Na skrzyżowanie w Węglówce dotarliśmy o czternastej. Z racji wczesnej pory zdecydowaliśmy, że przejdziemy się jeszcze kawałek – czarnym szlakiem na Górę Kiczorę(515 m).
Ten fragment zajął nam prawie dwie godziny i pozwolił „dobrudzić się” nazbyt czystym osobnikom.
W drodze powrotnej powiadomiliśmy kierowcę busa o miejscu spotkania i przed szesnastą mogliśmy wyruszyć już w kierunku Lublina.

Rajd Wiosenny 2013 UKT Mimochodek przyniósł wiele zabawy i odprężenia od szarego, w dodatku zimowego miasta. Pogoda straszyła, lecz właściwie zaskoczyła pozytywnie i nie pozwoliła zmoknąć. Miłą odmianą była także organizacja ogniska – ten proceder ciągnął się za nami z roku na rok i wreszcie się udało. Wyruszyliśmy na spotkanie wiosny i znaleźliśmy ją.
Dziękuję uczestnikom za wspólnie spędzony czas 




Pozdrawiam
Tomasz Duda

GALERIA (przepraszam za jakość, ale na wyjazd zapomniałem wziąć lustrzanki i musiałem zadowolić się aparatem telefonu)