Po powrocie z wyprawy do Boliwii w maju 2025 roku cel kolejnego wyjazdu krystalizuje się niemal natychmiast. Wejście na Ojos del Salado – najwyższy wulkan świata i drugi szczyt Ameryki Południowej – chodziło mi po głowie od co najmniej roku. Jak zwykle w takich sytuacjach zaczynam metodycznie monitorować połączenia i ceny biletów lotniczych. Gdy na radarze pojawia się dobra okazja cenowa na przelot do Santiago de Chile, decyzja zapada bez większego wahania.
Założenia całego przedsięwzięcia od początku są bezdyskusyjne: maksymalna samodzielność, cięcie zbędnych kosztów i całkowite ominięcie komercyjnych agencji trekkingowych. Całą logistykę – od pozwoleń (permitów), przez aprowizację, po strategię aklimatyzacji – bierzemy na siebie. Zamiast korzystać z gotowych pakietów przewodnickich czy ułatwiać sobie sprawę lotem wewnętrznym do Copiapó, decydujemy się na wariant dający największą satysfakcję: wynajem pickupa z napędem 4x4 bezpośrednio w Santiago i pokonanie trasy na Pustynię Atakama na własnych kołach.
Zależy nam na czymś więcej niż tylko na odhaczeniu wierzchołka. Przejazd przez pół kraju w Ameryce Południowej – od zurbanizowanej stolicy, wzdłuż chłodnego Pacyfiku, aż po surowe bezdroża płaskowyżu Puna de Atacama – wnosi do wyjazdu potężny pierwiastek eksploracyjny i pozwala poczuć prawdziwą skalę Chile. Własny transport trawie dwóch setek litrów wody i paliwa na sporą wysokość oraz autonomiczne podejmowanie decyzji pod samą górą to dla jednych niedogodności, ale wg mnie czynniki, które dają nieporównywalnie większą frajdę niż wejście zorganizowane przez zewnętrzną agencję.
Poniżej zamieszczam pisaną na bieżąco podczas wyjazdu relację.
7 marca 2026
Po długiej nocy spędzonej w samolocie, lądujemy w Santiago de Chile o godzinie 10:30. Przechodzimy odprawę na lotnisku. Wszystko idzie sprawnie – w porównaniu z innymi krajami spoza Unii Europejskiej jest tu wyjątkowo mało formalności. Nikt nawet nie prześwietla naszego dużego bagażu rejestrowanego. Po wyjściu z terminala wita nas bardzo przyjemna temperatura – około 20°C w cieniu. Warunki są idealne: lekki wietrzyk i ciepło, ale bez upału, dzięki czemu przenoszenie 150 litrów bagażu między środkami transportu nie daje się szczgólnie we znaki. Słońce operuje już mocno, choć w powietrzu czuć jeszcze poranną rześkość.
Z lotniska łapiemy autobus do stacji metra, a stamtąd podziemną kolejką docieramy prosto do hostelu. Pierwsze wrażenie z pobytu w Chile jest bardzo pozytywne, a im dłużej przebywamy w Santiago, tym bardziej to miasto zyskuje nasze uznanie. Przypomina raczej metropolię europejską niż południowoamerykańską: infrastruktura jest zadbana, zabudowa estetyczna, a w przestrzeni miejskiej widać mnóstwo zieleni. Jest jej zaskakująco dużo, biorąc pod uwagę, że otaczające miasto góry sprawiają wrażenie bardzo suchych. W hostelu Casa Aborigen, który rezerwuję jeszcze z Polski, zostawiamy graty, przebieramy się i ruszamy w stronę centrum.
Słońce świeci pełną mocą, gdy spacerem zmierzamy do śródmieścia. Pokonujemy kolejne przecznice. Santiago przy bliższym poznaniu podoba się jeszcze bardziej: na chodnikach tętni życie, ale ruch samochodowy pozostaje umiarkowany. Dochodzimy na Plaza de Armas – główny plac miasta. Mamy do załatwienia zestaw obowiązków logistycznych: zakup kartuszy z gazem, lokalnych kart SIM oraz wymianę waluty. Wszystko udaje się załatwić od ręki, dzięki czemu możemy skupić się na samym mieście. Z Plaza de Armas ruszamy w stronę artystycznej dzielnicy Barrio Lastarria, a stamtąd podchodzimy na wzgórze Cerro Santa Lucía. Wzniesienie to jest historycznym miejscem założenia stolicy, a obecnie miejskim parkiem z punktem widokowym. Przy wejściu strażnik spisuje dane każdego wchodzącego – do końca nie wiemy, w jakim celu. Wspinamy się na szczyt wśród bujnej, kwitnącej roślinności. Miejsce przyciąga tłumy turystów i mieszkańców. Z punktu widokowego na szczycie rozpościera się panorama całego Santiago i okalających je pasm górskich. Szczególnie przykuwa wzrok nowoczesna, biznesowa część miasta na wschodzie, zdominowana przez strzeliste sylwetki szklanych drapaczy chmur.
Ze wzgórza idziemy do supermarketu po prowiant na najbliższe dni, a następnie wracamy w stronę kwatery. Po drodze, w jednym z parków, zaczepia nas polska siostra zakonna, która rozpoznaje nasz język. W trakcie krótkiej, sympatycznej rozmowy dowiadujemy się, że mieszka w Chile od pół roku i niezwykle rzadko spotyka rodaków. Korzystając z okazji, pytamy, czy nie miałaby przypadkiem do pożyczenia kanistrów na paliwo, które będą nam niezbędne w drodze pod Ojos del Salado. Siostra z uśmiechem deklaruje pomoc i zostawia kontakt do siebie. Przed zmrokiem wracamy ciepłymi ulicami do hostelu. Gotujemy kolację, przepakowujemy plecaki na jutrzejsze wyjście w góry i przed północą gasimy światło. Dzień kończy się łagodnym, ciepłym wieczorem.
8 marca 2026
Dzień Kobiet w Santiago wita nas piękną, rześką aurą. Jemy śniadanie, domykamy pakowanie i wyruszamy na pierwszą akcję górską. Cel to wejście na Cerro El Plomo (5424 m n.p.m.), leżący nieopodal stolicy w granicach Parku Narodowego Glaciares de Santiago. Kluczowym założeniem jest solidna aklimatyzacja, która ma zaprocentować później na Ojos del Salado.
Najpierw musimy wydostać się na wschodnie obrzeża miasta. Niedzielny poranek w Santiago płynie powolnym rytmem. W centrum ma odbyć się demonstracja z okazji Dnia Kobiet, w związku z czym wiele ulic jest wyłączonych z ruchu, a auta pojawiają się sporadycznie. Zastanawiamy się nad metrem i autobusem; wybieramy tę drugą opcję i maszerujemy z ciężkimi worami pod dworzec Estación Mapocho. Tam wsiadamy w autobus linii 409 zmierzający na wschód, aż do pętli w zamożnej dzielnicy Lo Barnechea. Trasa przecina nowoczesne kwartały miasta. Architektura osiedli mieszkaniowych prezentuje się znakomicie – często lepiej niż w wielu europejskich stolicach, w tym w Warszawie. Przechodzi mi przez myśl, że Santiago to pierwsze miasto w Ameryce Południowej, w którym bez problemu mógłbym zamieszkać. Nie przytłacza, a wręcz zachęca do zadomowienia się. Ludzie spędzają wolną niedzielę w typowo zachodnim stylu: na każdym kroku widać biegaczy i kolarzy szosowych, których na podjazdach jest chyba więcej niż samochodów.
Na pętli autobusowej Marcin zamawia Ubera do górskiej stacji La Parva, położonej na wysokości około 2700 m n.p.m. Zastanawiamy się, czy jakikolwiek kierowca podejmie tak stromy kurs, ale już po 15 minutach pakujemy się do auta. Za 37-kilometrowy przejazd w wysokie góry płacimy równowartość około 80 zł, co jest w pełni uczciwą stawką. Jedziemy wąską, dość ruchliwą szosą, wymijając dziesiątki kolarzy mozolnie kręcących pod górę. Droga wspina się ciasnymi, asfaltowymi serpentynami, jest jednak w dobrym stanie technicznym. Im jesteśmy wyżej, tym bardziej spektakularne stają się widoki, a dachy Santiago powoli znikają w dolinie. Do La Parvy docieramy około południa. Tutaj pogoda nie jest już tak bezchmurna jak w dolinie. Od strony grani niebo zaciąga się ołowianymi chmurami, które szczelnie zasłaniają słońce.
Wciągamy szybki posiłek i ruszamy ścieżką przecinającą zbocza, na których w sezonie zimowym działa stacja narciarska. Dziś wyciągi stoją nieruchomo, a ze szlaku co jakiś czas schodzą pojedynczy turyści wracający ze szczytu. Na dzisiaj planujemy umiarkowany wysiłek: około 400 metrów podejścia. Orientacja jest ewidentna – podchodzimy wzdłuż linii wyciągów. Z braku słońca robi się dość chłodno. Po osiągnięciu 3000 m n.p.m. zaczynamy wypatrywać miejsca biwakowego wskazanego na mapach. Niestety teren jest mocno kamienisty i nieprzyjazny, a w pobliżu brakuje bieżącej wody.
Podchodzimy więc wyżej, w stronę zielonej dolinki, w której pasą się konie i bydło. Na wysokości 3150 m n.p.m. decydujemy się rozbić namiot. Tuż obok szemrze górski potok, a po łące spacerują konie. Podejście z parkingu zajmuje nam około dwóch godzin. Do wieczora jedyne co robimy to gotujemy wodę na liofile, uzupełniamy płyny i gadamy. Głównym zadaniem jest zbieranie wysokości pod Ojos del Salado. Przy braku operacji słonecznej i narastającym wietrze temperatura błyskawicznie spada. Chowamy się do namiotu. Ponieważ nie wzięliśmy ze sobą nadmiaru prowiantu, od pierwszego dnia ściśle racjonujemy jedzenie i oszczędnie gospodarujemy zapasami.
9 marca 2026
Po wietrznej nocy wstaje krystaliczny dzień. Budzimy się niespiesznie, tuż przed 8:00. Zwijamy obóz, zanim pierwsze promienie słońca zdążą oświetlić dno doliny.
Na dziś mamy w planie 8 kilometrów marszu do obozu na wysokości około 3400 m n.p.m. Choć różnica poziomów na mapie wydaje się symboliczna, trasa prowadzi zboczami w poprzek bocznych ramion doliny, zmuszając nas do mozolnych podejść i zejść: trzykrotnie podchodzimy w okolice 3550 m n.p.m. i trzykrotnie schodzimy na około 3400 m n.p.m. Sumarycznie zbiera się z tego ponad 1000 metrów przewyższenia. Po drodze mijamy kilka dogodnych punktów biwakowych z różnym dostępem do cieków wodnych. Nie forsujemy tempa, robiąc regularne postoje.
Do obozu Piedra Numerada docieramy około godziny 13:00 i rozstawiamy namiot tuż przy wydajnym źródle. Dla mnie to zdecydowanie za wczesna pora na zakończenie aktywności, decyduję się więc na samotne wyjście wyżej. Z analizy mapy wynika, że z obozu odchodzi wyraźna ścieżka zmierzająca na przełęcz przekraczającą 4000 m n.p.m. Ruszam w tamtą stronę. Jest ciepło, wieje orzeźwiający wiatr, a bez ciężkiego wora na plecach idzie się lekko i dynamicznie. Ścieżka okazuje się wyraźnie przetarta, w większości przecina rozległe piarżyska. Po półtorej godziny równego podejścia melduję się na przełęczy El Cepo na wysokości 4050 m n.p.m. Zejście zamieniam w dynamiczny zbieg, który zajmuje mi zaledwie 45 minut. O 15:15 jestem z powrotem w Piedra Numerada, mając na koncie pierwsze przekroczenie granicy czterech tysięcy metrów. Reszta popołudnia mija leniwie: gotowanie, rozmowy, a gdy dopada nas senność – wczesny odwrót do ciepłych śpiworów.
10 marca 2026
Stabilna, wyżowa pogoda trzyma. Wstajemy o 8:00, pakujemy graty i ruszamy w górę. Dzisiejszy etap to 5 kilometrów dystansu i 700 metrów przewyższenia. Z początku nieco podwiewa, lecz z każdą minutą temperatura rośnie, dzięki czemu szybko zostajemy w samych koszulkach technicznych. Podejście wiedzie najpierw stosunkowo płaskim dnem doliny, by po około dwóch kilometrach zyskać na stromości. Na podejściu doganiamy dwójkę wędrowców idących w tym samym kierunku. Zgodnie z zasadami aklimatyzacji nie szarżujemy – miarowym krokiem zdobywamy kolejne metry.
Do obozu Federación na wysokości 4150 m n.p.m. docieramy około 12:20. Ku naszemu zaskoczeniu jesteśmy tu na razie zupełnie sami. Na miejscu stoi nowoczesny schron ratunkowy, wybudowany w 2019 roku. W środku przygotowano prycze dla 8 osób, a na półkach znajdujemy resztki kartuszy z gazem i żywność pozostawioną przez poprzedników. Dla nas to znakomity prezent od losu: zabraliśmy racje żywnościowe z lekkim deficytem wagowym, więc perspektywa dodatkowych kalorii daje ogromny komfort psychiczny. Resztę dnia spędzamy w rejonie schronu, głównie na gotowaniu i odpoczynku. Z czasem zaczynają docierać kolejni ludzie: najpierw para Chilijczyków wyprzedzona na podejściu, potem dwóch Argentyńczyków, a na końcu jeszcze jeden Chilijczyk, który schodzi właśnie z wierzchołka El Plomo. Przed zmrokiem schron wypełnia się po brzegi. Dwa zespoły planują jutro wczesne wyjście szczytowe, więc zaraz po zachodzie słońca gasną czołówki i wszyscy układają się do snu.
11 marca 2026
Noc jest ciężka. Ścisk na pryczach oraz turyści krzątający się po ciemku przed wyjściem w góry sprawiają, że nikt z nas nie może porządnie zasnąć. Na szczęście zmagazynowany sen z poprzednich dni pozwala nam zachować dobrą formę.
Na dziś wyznaczamy sobie wejście na Cerro Leonera (4954 m n.p.m.) jako docelowe przetarcie aklimatyzacyjne przed atakiem na El Plomo. Wstajemy bez pośpiechu i po solidnym śniadaniu wychodzimy na szlak o 9:30. Ścieżka prowadzi w głąb doliny polodowcowej, po czym zaczyna piąć się w stronę grzbietu, okrążając kocioł rozległym łukiem. Dystans wynosi 5 kilometrów – to niemal tyle samo, co na wierzchołek El Plomo, z tą różnicą, że grań kończy się około 500 metrów niżej. Nie zamierzamy się forsować, traktując wyjście jak mocniejszy spacer wysokogórski. Po opuszczeniu dna doliny teren przechodzi w sypkie piargi.
Gdy wznosimy się ponad kocioł, planujemy przeciąć otaczający go rygiel skalny. Powyżej tej formacji, na wysokości około 4500 m n.p.m., zaczyna się właściwa ścieżka biegnąca granią ograniczającą dolinę od zachodu i północy. Aby dostać się na grań zgodnie ze wskazaniami nawigacji, musimy odbić z głównego traktu na północ. W tym miejscu ścieżka całkowicie zanika. Każdy z nas szuka optymalnego przejścia na własną rękę; ja trzymam się śladu GPS. Idę częściowo po omacku, aż w końcu łapię niewyraźne ślady stóp w rumoszu. Gdy odnajduję właściwy ciąg terenu, chłopaki są już kilkadziesiąt metrów w bok. Mija około 20 minut, zanim schodzimy się w jednym punkcie. Wyprowadzam zespół przez skalne progi.
Dalej droga na Cerro Leonera wiedzie już bezpośrednio grzbietem – ścieżka jest bardzo wygodna, umiarkowanie nachylona i doskonale widoczna. Po drodze mijamy fantastyczne formacje skalne wyrzeźbione przez wiatr – Piedras Lunares. Ich nazwa idealnie oddaje księżycowy, surowy krajobraz. Same formacje robią duże wrażenie, ale jeszcze lepsza jest panorama: w dole lśni jezioro polodowcowe, obok wznosi się potężny masyw Cerro El Plomo, a w dole widać dolinę potoku del Cepo. Ścieżka wspina się przez kolejne kulminacje grani. W oddali wyłania się wreszcie wierzchołek Cerro Leonera. Trasa aż pod kopułę szczytową ma charakter spacerowy – wije się łagodnymi zakosami. Wysokość rośnie miarowo i bez gwałtownych zrywów. Dopiero na podejściu pod samą kopułę stok wyraźnie staje dęba. Szlak prowadzi ciasnymi zakosami po ruchomym rumoszu i blokach skalnych.
Na wierzchołku melduję się o 12:00, tuż za mną staje Janusz. Marcin dochodzi kilkanaście minut później. Pogoda jest wybitna, a w miejscach osłoniętych od podmuchów wiatru czuć przyjemne ciepło. Marcin wspomina, że podejście mocno dało mu w kość. Jesteśmy tym z Januszem nieco zaskoczeni, bo sami weszliśmy bez większego kryzysu tlenowego, traktując to wyjście jak solidny spacer.
Zejście to dla mnie czysta frajda: nawierzchnia idealnie nadaje się do dynamicznego zbiegania. Pokonywanie setek metrów w dół po ruchomych piargach daje mnóstwo satysfakcji. Tempo całego zespołu spada jednak diametralnie – Marcin czuje się wyraźnie osłabiony i stawia każdy krok z dużą ostrożnością, by uniknąć upadku. Odcinek do bariery skalnej mija spokojnie. Pogoda wciąż dopisuje i mimo wolnego tempa marsz przebiega w dobrych nastrojach. Przed zejściem do obozu Federación decydujemy się na wariant alternatywny: lekko wydłużamy trasę, ale schodzimy z grzbietu w innym miejscu, omijając niewyraźny odcinek, na którym rano błądziliśmy. Wybrana droga okazuje się znacznie ciekawsza – prowadzi bezpośrednio pod ścianami skalnymi, oferując kapitalne widoki na pionowe zerwy.
Do Federación wracamy o 14:30. Zejście przeciąga się, bo Marcin od samego szczytu zmaga się ze złym samopoczuciem. Mimo to dzień ze zdobytym pięciotysięcznikiem należy uznać za w pełni udany. Wieczorem na niebie tradycyjnie gromadzą się chmury, z których jednak nic nie pada. Kilka osób wraca z El Plomo, a schron ponownie wypełnia się po brzegi. Korzystając z wolnej chwili, zabieram się za porządki. Niestety, wiele rzeczy pozostawionych tu rzekomo „dla innych” to w rzeczywistości zwykłe śmieci, których autorom nie chciało się znosić na dół. Robię więc bezwzględną selekcję: odpadki lądują w worze, podłoga zostaje zamieciona, a żywność nadająca się do spożycia równo ułożona. Wieczorem pakujemy sprzęt na jutrzejszy atak szczytowy i ustalamy zestaw odzieży.
12 marca 2026
Pobudka o 6:00. Ja zresztą czuwam już od 5:00, kiedy to do wyjścia zaczyna szykować się dwójka lokalnych wspinaczy. Szybkie śniadanie. Przy pakowaniu Marcin melduje, że po fatalnej nocy nie ma sił i rezygnuje z wyjścia. Wychodzimy więc na szczyt we dwóch z Januszem równo o 7:00. Ściska mróz, na grzbietach mamy grube puchówki, ale na nogach wciąż lekkie buty biegowe – ciężkie buty wysokogórskie niesiemy w plecakach z cichą nadzieją, że uda się w nich nie iść.
Pierwszy próg terenowy stanowi zapowiedź całego ataku: wbijamy się w ścieżkę z luźnego, osuwającego się rumoszu. Taka nawierzchnia będzie nam dziś towarzyszyć przez 70% drogi. Po pokonaniu pierwszego podejścia organizm łapie temperaturę roboczą. Zrywa się wiatr, więc zamieniamy puch na hardshelle. Narzucamy mocne, równe tempo. Metry w pionie uciekają błyskawicznie. Na wysokości 4600 m n.p.m. osiągamy blaszany schron Agostini, w którym doganiamy Chilijczyków startujących wcześniej z Federación. Konstrukcja jest miniaturowa, ale szczelna i zapewnia solidne schronienie przed wichurą. Wrzucamy po batonie i ruszamy na długi trawers wyprowadzający na grań szczytową El Plomo. Podejście jest strome, grunt usuwa się spod nóg przy każdym kroku. Marsz wymaga skupienia, a czołowy wiatr obniża komfort.
Robi się przyjemniej, gdy zza grani wychodzi słońce. W trakcie mozolnego podchodzenia moje stopy zaczynają jednak dotkliwie marznąć, aż w końcu tracę czucie w palcach. Po wejściu na grań bez wahania zmieniam buty biegowe na La Sportiva Olympus Mons. Ścieżka na grani wciąż jest stroma i sypka. Dopiero po przejściu na zacienioną stronę grzbietu wiatr na moment cichnie, a stok łagodnieje. Idziemy miarowym, ekonomicznym krokiem prosto ku kopule. Mijamy schodzącego ze szczytu Chilijczyka poznanego w Federación; rzuca z uznaniem, że idziemy świetnym tempem i do wierzchołka zostało nam około pół godziny.
Ostatni fragment drogi wyraźnie się wypłaszcza. Po wejściu na odcinek wyprowadzający bezpośrednio na plateau szczytowe meldujemy się na wierzchołku Cerro El Plomo o 10:10. Zostajemy na górze dłuższą chwilę, korzystając z faktu, że wiatr całkowicie ustał. Panorama Andów jest fenomenalna.
Na wierzchołku ponownie przebieram buty na lekkie i bez zbędnej zwłoki ruszamy w dół. Zejście – a w zasadzie dynamiczny zbieg – idzie ekspresowo. Na zejściu robi się gorąco, więc szybko zrzucamy kolejne warstwy odzieży. Powyżej schronu Agostini mijamy jeszcze dwóch wspinaczy mozolnie podchodzących do góry. Aż do samego Federación piarg jest mało stabilny i wymaga ciągłej czujności.
Do schronu Federación docieramy kilkanaście minut po południu – dokładnie po 5 godzinach i 13 minutach od porannego wyjścia. Samopoczucie rewelacyjne, akcja górska wyszła znakomicie. Całe popołudnie i wieczór spędzamy na odpoczynku w schronie. W ciągu dnia przewija się tu jeszcze kilka osób, ale ostatecznie na noc zostajemy sami.
13 marca 2026
Wstajemy przed świtem, o 6:00. Po śniadaniu i zbalansowaniu wagi w plecakach zbieramy się do powrotu w doliny. Postanawiamy wracać do La Parvy inną trasą niż podchodziliśmy – schodzimy bezpośrednio grzbietem w kierunku południowym. Wariant ten jest znacznie krótszy od drogi przez Piedra Numerada i pozbawiony podejść, prowadzi jednak stale na pułapie około 4000 m n.p.m., co przy załamaniu pogody czyniłoby go skrajnie ryzykownym. Wychodzimy po ciemku: najpierw podchodzimy na 4300 m n.p.m., by stamtąd rozpocząć długie, łagodne schodzenie. Wysokości ubywa powoli, ale trasa okazuje się wybitnie widokowa – w promieniach wschodzącego słońca Andy wyglądają obłędnie. To bezsprzecznie najbardziej malowniczy fragment całego wyjścia. Narzucamy mocne tempo marszu, kilometry uciekają w oczach.
O 9:10 meldujemy się na wierzchołku Cerro Falsa Parva (3740 m n.p.m.), skąd ścieżka opada już stromo w dół po sypkim żwirze. O 10:30 docieramy na parking w La Parvie. Z miejsca łapiemy Ubera do Santiago, a stamtąd metrem docieramy do naszego hostelu.
O 14:00 jesteśmy już po prysznicu i wychodzimy na miasto uzupełnić zapasy. Dokupujemy gaz na pustynię Atakama – zakładamy zużycie około 2,5 kg gazu na 5 osób na okres 10 dni. Kartusz 230 g kosztuje w przeliczeniu poniżej 20 zł. Do bazy wracamy pod wieczór. Udaje mi się wygospodarować godzinę na trening biegowy i wbiegam na wzgórze Cerro San Cristóbal (880 m n.p.m.). To kapitalna trasa z widokiem na zachodzące nad Santiago słońce – perfekcyjne domknięcie intensywnego etapu.
Ciąg dalszy nastąpi !!!




















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz