Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tatry zimą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tatry zimą. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 maja 2018

Wysoka od doliny Złomisk zimą - relacja, opis, Wielka Korona Tatr

Masyw Wysokiej (2547 m npm) pierwszy raz zobaczyłem w 2011 roku, podczas wycieczki w Polskie Tatry. Od tamtej pory jakoś nie miałem okazji na nią wejść. Jako, iż w 2017 roku za kolejny cel do zrealizowania postawiłem sobie zdobycie Wielkiej Korony Tatr, szczyt automatycznie znalazł się na mojej liście. 

W dniu 24 marca 2018 roku, kiedy jechałem w Tatry z zamiarem zdobycia Wysokiej, pozostawała ona najwyższym szczytem WKT, na który wchodziłem po raz pierwszy. Wyjazd podczas jednego z pierwszych dni wiosny tego roku, zapowiadał się bardzo dobrze. Bezwietrzna, piękna pogoda i zagrożenie lawinowe z tendencją opadającą to czynniki, które przyciągnęły w Tatry prawdziwe tłumy.



Ja wraz z Robertem i Anitą wyruszyliśmy z samego rana, tj. o 3:00 rano z Krakowa. Około 6:00 dotarliśmy już na parking przy Popradzkim Plesie i bez zwłoki ruszyliśmy w górę. Po wyjściu z samochodu okazało się, że na zewnątrz nie czuć wcale wiosny, ale jest co najmniej kilkanaście stopni mrozu. Temperatura nie pozwała więc stać bezczynnie. Dopiero na podejściu rozgrzaliśmy się. Droga wiodła asfaltem, aż pod schronisko Popradske Pleso. Na miejscu postanowiliśmy zatrzymać się, trochę ogrzać i wypić herbatę. Okazało się, że miejscowi turyści również dopiero zbierają się do wychodzenia. 



Po kilkunastu minutach ruszyliśmy dalej. Dosłownie kawałek przeszliśmy czerwonym szlakiem, by po chwili odbić w nieznakowaną ścieżkę wiodącą do Doliny Złomisk. Właściwie nie była to ścieżka, ale ślad po nartach turowych i początkowo nie byliśmy przekonani, czy dobrze idziemy. Rzecz jasna znajdowałem się w Dolinie Złomisk po raz pierwszy. Na tamtą chwilę wiosna w Tatry zawitała jedynie na kalendarzu. Rzeczywistość pokazała, że warunki ani o źdźbło nie różnią się od zimowych. Mróz trzymał w najlepsze a nam po kolei grabiały palce dłoni i stóp. Nie bez znaczenia pozostawał również fakt, że właściwie cała Dolina Złomisk jest zacieniona i próżno czekać tam na promienie słońca.



Podejście było dla mnie bardzo podobne do tego prowadzącego do Chaty Tery'ego. Trochę przydługawe i nużące. Przed nami szło kilka osób, za nami również widzieliśmy postacie, przemierzające stok krok za krokiem. Po wyjściu na pierwsze wypłaszczenie przeszliśmy na trawers, który szerokim zakolem wyprowadzał również na kolejny płaski odcinek. Wchodzenie było jednym długim podejściem ze zmieniającym się stopniem nachylenia. Dopiero po wejściu na wysokość Smoczego Stawu zobaczyliśmy, że tutaj zaczyna prawdziwe podejście. Nie był widoczny wprawdzie główny żleb, którym mieliśmy podchodzić, ale w górę prowadziły wyraźnie ślady. 






Na tym odcinku wyprzedziły nas cztery osoby, które poszły dalej do szczytu, gdyż my zatrzymaliśmy się, aby ubrać raki i uprzęże nad Smoczym Stawem. Tam też pozbyliśmy się docieplających warstw ubrań, gdyż słońce zaczęło mocno operować na horyzoncie. Zespoły przed nami wiązały się przed wejściem do żlebu, powyżej wysokości Draciego Sedla (2223 m npm). Również wyciągnęliśmy czekany, liny i sprzęt asekuracyjny, po czym związaliśmy się w zespole trójkowym - ja z przodu, za mną Robert i na końcu Anita. W miejscu postoju zostawiliśmy natomiast kijki trekkingowe, z zamiarem zabrania ich w drodze powrotnej.  Podziwialiśmy również piękną panoramę Doliny Złomisk, Kończystej, Smoczego szczytu i całego widnokręgu na południu. Z tej wysokości otoczenie wyglądało najbardziej spektakularnie.






Niebawem wyruszyliśmy dalej na podejście, które z każdym metrem robiło się bardziej strome. Zamiast wchodzić głównym żlebem, zdecydowaliśmy się nie na wejście ścieżką wiodącą na wschód od niego, bezpośrednio przy ścianie wschodniego wierzchołka Wysokiej. Na podejściu tępo trochę spadło. Za nami szła czwórka ludzi, którzy zaczęli się do nas zbliżać z minuty na minutę. Droga początkowo wiodła wąskim żlebem, który w pewnym momencie wyprowadzał na trawers pod skalną ścianą. Sama ścieżka wiodła po nawierzchni śnieżnej, przy skałach i co pewien czas można było założyć przelot. Niestety nie mogłem iść zbyt szybko, gdyż przede mną poruszał się "drugi" z poprzedniego zespołu, który guzdrał się niesamowicie. Przy tym nie dało się go wyprzedzić, z uwagi, iż szliśmy krok za krokiem stromymi trawersami, gdzie trzeba było zachować wytężoną czujność. Niestety na tym trudniejszym odcinku dogonili nas ludzie idący niezwiązani z tyłu - jak się okazało - trzech klientów z przewodnikiem, którzy na siłę zaczęli wyprzedzać nas w terenie wybitnie do tego nieprzystosowanym.  Atmosfera zaczęła gęstnieć, choć na szczęście grupa szybko nas minęła.



Po przejściu kolejnych trawersów i skalnego stopnia wyszliśmy do głównego żlebu, który wyprowadzał na przełączkę w Wysokiej, pomiędzy dwoma wierzchołkami - wschodniego oraz zachodniego "z krzyżem", na który docelowo zmierzaliśmy. Aby do niego dotrzeć podeszliśmy kilkadziesiąt metrów do góry , aż do wysokości skalnej ścianki po zachodniej stronie żlebu. Poniżej tej formacji skalnej należało wejść na stromy stok i nim wzdłuż skał podejść na górę. Odcinek poniżej szczytu był chyba najbardziej czujny z całego podejścia. Stok zyskał na stromiźnie, a pod śniegiem zęby raków zgrzytały o lód. Na skale obok na szczęście udało się założyć trzy przeloty. Jeszcze kilkadziesiąt metrów do góry i zameldowaliśmy się na wierzchołku zachodnim o godz. 11:15. Oprócz nas znalazło się tam jeszcze osiem osób, a tym samym mieliśmy wrażenie lekkiego tłoku. 
Pogoda na szczycie była ciągle dobra, ale dało się zauważyć, że od strony dolin nadciągają chmury, które podchodzą do góry. Po wykonaniu kilku zdjęć, ponownie związaliśmy się z zamiarem schodzenia. Teraz Robert szedł pierwszy w dół, za nim Anita i na końcu ja. Ze względu, że odcinek był stromy, na pobliskim głazie założyłem stanowisko i po kolei z przyrządu opuściłem Roberta i Anitę. Gdy już założyli przeloty przy skałach sam zacząłem schodzić bez asekuracji. W międzyczasie, gdy schodziliśmy, w kopule szczytowej Wysokiej rozpoczęło się prawdziwe oblężenie. Takich tłumów, jakie zmierzały do góry nie pamiętam już dawno zimą, na jakimkolwiek szczycie tatrzańskim.  Uciekaliśmy w popłochach...






Tym razem postanowiliśmy, że z przełęczy w Wysokiej zejdziemy żlebem bezpośrednio w dół. Tak tez uczyniliśmy. Naprzeciwko nam do góry podchodziło wielu Słowaków na nartach turowych. Gdy schodziliśmy, żleb zasnuła chmura, która ograniczyła widoczność do kilku metrów. Dodatkowo nagle temperatura skoczyła powyżej zera, a konsystencja śniegu stała się mocno niestabilna. Przy tym nasze tępo schodzenia było bardzo wolne - dopiero później dowiedziałem się, że idący z przodu Robert miał duże problemy z rakami i stąd wynikał jego brak pośpiechu. Niestety nie wiedząc o tym poganiałem towarzystwo, chcąc jak najszybciej wydostać się z lawiniastego terenu. W całej tej "szamotaninie" przypomnieliśmy sobie, że kijki zostawiliśmy w równoległym żlebie, powyżej. Schodziliśmy więc w nerwowym nastroju z perspektywą niechcianego i niepotrzebnego podejścia. Szczęśliwie okazało się, że żleb, którym schodziliśmy kończył się tylko kilkadziesiąt metrów niżej i po wykonaniu niewielkiego trawersu, wylądowaliśmy nieopodal kijów. Robert poprawiał raki, Anita składała linę, a ja podszedłem po nasze zguby. 






Do Smoczego Stawu schodziliśmy już szybciej, pozbywszy się krępującej nas liny. Dopiero na tej wysokości wydostaliśmy się poniżej linii chmur i wokoło rozwidniło się. Na zejściu mieliśmy wątpliwą przyjemność obserwować akcję ratunkową HZS z udziałem śmigłowca, która zakończyła się ewakuacją skiturowca, a raczej "skiturowczyni". Odwracając się za siebie zauważyłem, że oblężenie Wysokiej trwa w najlepsze - ze szczytu schodziło ze 20 osób.




Akcja górska prawie się zakończyła. Niespiesznie poruszaliśmy się Doliną Złomisk zmierzając do Popradskiego Plesa, gdzie dotarliśmy wreszcie ok. 14:30. Przed hotelem zatrzymaliśmy się, przepakowaliśmy i spędziliśmy tu dłuższą chwilę, jedząc to co jeszcze zostało w plecakach. Budynek "pękał w szwach" od turystów, skiturowców, taterników i niedzielnych turystów.



Po spożyciu ruszyliśmy w dalszą drogę w dół, aż do parkingu. W międzyczasie rozpogodziło się i ociepliło. W powietrzu czuć było prawdziwą wiosnę, co znacznie wpłynęło na nasze nastawienie i optymistycznie nastroiło na resztę dnia. W drogę powrotną do Krakowa wyjechaliśmy za dnia (biorąc pod uwagę ostatnie wyjazdy traktuję to jako ewenement) i do miasta dojechaliśmy niebawem po zapadnięciu zmroku.  To był dobry dzień!

Wysoka wbrew oczekiwaniom jakoś mnie nie porwała. Droga jest raczej łatwa, ewidentna. W złych warunkach pogodowych z pewnością główny żleb jest lawiniasty. Cała wycieczka była ciekawa, jednak ex post nie potrafię pojąć dlaczego ten szczyt przyciąga takie tłumy i co powoduje taką ekscytację? Być może całkiem wygodny dojazd, łatwa droga, relatywnie wysoki szczyt? W każdym razie tłumy ludzi, jakie spotkałem w drodze na szczyt i z powrotem były najsłabszym elementem całego wyjazdu.

Pozdrawiam


środa, 18 kwietnia 2018

Lodowy Szczyt przez "konia" zimą - relacja, opis, Wielka Korona Tatr

Marzec 2018 roku okazał się dla mnie miesiącem wytężonej nauki i przygotowań do egzaminu zawodowego. Aby jakoś funkcjonować i nie zwariować od napływu wiedzy, musiałem, ratować się wyjazdami. 

Początkiem marca mym łupem padł Lodowy Szczyt (2627 m npm). Na ten trzeci co do wysokości samodzielny szczyt tatrzański wybierałem się już od stycznia. Sam masyw natomiast zrobił na mnie duże wrażenie już w 2017 roku, kiedy patrzyłem na niego z Durnego Szczytu i Łomnicy, podczas przejścia drogi Jordana. Masyw wyglądał potężnie i imponująco. Zachęcał do zdobycia go, co w zimie stanowiło by jeszcze większe wyzwanie. Okazja ku temu pojawiła się na początku marca 2018 roku.



Na wyjazd wybrałem się wraz z Robertem i Bogumiłem oraz Anitą. Jednakże chłopaki mieli inny cel wyjazdu -  Łomnicę. Przed 7:00 rano jedynie "podrzucili" mnie i Anitę do Starego Smokovca, po czym wrócili do Tatrzańskiej Łomnicy, aby realizować swój cel.



Wyruszyliśmy więc we dwójkę, wraz z Anitą. Najpierw znaną ścieżką na Hrebeniok, następnie w kierunku Zamkovskiego Chaty i w Dolinę Małej Zimnej Wody. Poruszaliśmy się powoli, systematycznie do góry. Szlakiem nie szło zbyt wielu turystów jak na tak wspaniałą pogodę, która nam się przytrafiła. Było naprawdę cudownie, na niebie żadnej chmury i mróz szczypiący w twarz. W Dolinie, gdy tylko dosięgły nas pierwsze promienie słońca, szybko zrobiło się gorąco. Na stoku wyprowadzającym w Dolinę Pięciu Stawów Spiskich i do Chaty Tery'ego musieliśmy pozbyć się górnej warstwy odzieży, gdyż marsz stawał się już nieznośny.  




Standardowo, około 9:30 dotarliśmy do schroniska Teryego. Zatrzymaliśmy się tam tylko na krótki posiłek, po czym ruszyliśmy dalej na północ. Liczyłem, że ścieżka na Lodowy będzie przetarta, gdyż z oddali na stoku prowadzącym na grań widziałem wyraźną linię na śniegu. Także z oddali można było zaobserwować ludzi podążających w górę.  Sprawiało to dobre wrażenie i zachęcało do wejścia. Po zjedzeniu kanapek wyszliśmy więc za ścieżką. Po drodze minął nas Anglik, który zapomniał śrub lodowych i wracał po nie do schroniska. W tym momencie faktycznie zauważyliśmy pod ścianą dwa zespoły, które szykowały się na trudniejszą drogę. Kilkaset metrów dalej spotkaliśmy natomiast dziewczynę na nartach turowych, która najwyraźniej zrezygnowała ze zdobywania tego szczytu. Podeszliśmy do końca doliny, pod stok. Niestety dopiero przy podejściu bliżej okazało się, że widoczny z oddali ślad jest zasypany i nikt dziś nie szedł wyżej. Zostaliśmy sami.




Gdy Anita zatrzymała się na chwilę, aby odebrać telefon, ja podszedłem wyżej, aby zbadać stan podejścia. Należało przetorować wierzchnią warstwę śniegu, ale warunki nie były najgorsze. Pogoda , choć piękna, budziła moja zastrzeżenia. Na naświetlonym stoku co jakiś czas z góry spadały małe kulki śnieżne, zaś śnieg na ścianie skalnej zaczął się topić, aż słychać było szum wody. 
Podszedłem do pierwszej bariery skalnej i zatrzymałem się, aby wyciągnąć raki i sprzęt asekuracyjny, gdyż stok zaczynał "stawać dęba". Po kilkunastu minutach dołączyła do mnie Anita i również wyciągnęła żelastwo z plecaka. Związaliśmy się i poszliśmy dalej. Krok za krokiem zdobywaliśmy metry podejścia, Anita na pełnej długości liny, podchodziła 30 metrów za mną. W połowie wysokości stoku zaczęło robić się "czujnie", tj. stromizna wzrosła, zaś pod rakami zacząłem wyczuwać lód. Trzeba było zwiększyć skupienie i zwracać uwagę na każdy krok. Po pokonaniu zalodzonego odcina słyszałem z tyłu, że Anita jest mocno zaniepokojona zmianą podłoża, choć ja w odpowiedzi udawałem że nic szczególnego się nie dzieje.



Powyżej było już lepiej - nastromienie spadło, a śnieg dawał lepsze oparcie butom. Po podejściu na grań Lodowego Szczytu zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek, jedzenie. Wyciągnąłem również kości i friendy, aby w razie czego założyć kilka przelotów.





Poszliśmy dalej, najpierw połogim trawersem do grani głównej, następnie po ostrzu grani, do szczytu. Na szczęście dla nas grań w większości pokryta była stwardniały śniegiem, przez co szło się szybko. Dodatkowo pogoda wciąż rozpieszczała słońcem i niemal całkowitym brakiem wiatru. Miejscami należało zachować czujność z uwagi na nawisy, jednak w większości nie stanowiły one problemu. Po drodze założyłem kilka przelotów. Przed kopułą szczytową pojawił się słynny "koń". Przeszedłem go ostrożnie, zakładając na blokach skalnych taśmy. Po przejściu technicznego fragmentu, z uwagi na brak miejsca na przygotowanie stanowiska, siadłem na śniegu i z przyrządu asekurowałem Anitę, która w tym czasie "na sztywno" przechodziła konia.




Po pokonaniu technicznego fragmentu, powoli wdrapaliśmy się stromym podejściem na kopułę szczytową, gdzie nie sposób było założyć jakiegokolwiek przelotu. Dopiero przed granią szczytową znalazłem skałę, na którą udało się zarzucić taśmę. Przed samym szczytem należało jeszcze przejść kilkadziesiąt metrów łatwa grania, po czym zameldowaliśmy się przy tabliczce z napisem Ľadový štít - 2627 m npm, o godzinie 14:15. Cała droga od samochodu tutaj zajęła nam 7,5 h i była to naprawdę męcząca wycieczka. Dodatkowo, jeszcze nie zeszliśmy, a trasa w dół nie napawała nas optymizmem.
Na szczycie spędziliśmy jedynie chwilę, jako pierwsi i chyba jedyni jego zdobywcy tego dnia. Właściwie zrobiliśmy tylko kilka zdjęć, napisałem sms do Roberta, po czym rozpoczęliśmy drogę w dół.




Aż do fragmentu z koniem Anita schodziła jako pierwsza. Na trudniejszym odcinku zmieniliśmy się. Po raz kolejny założyłem trzy przeloty, Anita szła za mną, tym razem już "na lotnej". Do końca grani wszystko szło bardzo gładko. Dopiero poniżej ponownie puściłem Anitę przodem, a ja ruszyłem jako drugi.



Gdy wracaliśmy stok był już zdecydowanie bezpieczniejszy niż podczas drogi w pierwszą stronę. Słońce zdążyło schować się za masyw Lodowego Szczytu i okolicę ponownie ściął mróz. Łatwo jednak nie było i każde z nas uważnie patrzyło pod nogi.   Po przejściu stromego i zalodzonego odcinka mogliśmy odetchnąć z ulgą, schować sprzęt do plecaków i ruszyć w dalszą drogę w dół, która już zaczęła nam się dłużyć.



Około 16:30 znaleźliśmy się pod schroniskiem Tery'ego, gdzie zatrzymaliśmy się jedynie na jedzenie, nie wchodząc do środka. Po spożyciu tego co mieliśmy, puściliśmy się w dalszą drogę w dół. Słońce już powoli chyliło się ku zachodowi, gdy pokonywaliśmy Dolinę Małej Zimnej Wody. Na Hrebeniok dotarliśmy o zmierzchu. Dalej kroczyliśmy już w ciemnościach po oblodzonej ścieżce. Żałowaliśmy, że nie mamy ze sobą sanek, gdy obok nas zjeżdżali w ten sposób turyści, specjalnie przygotowaną w tym celu trasą z Hrebenioka do Starego Smokovca.  Na miejsce dotarliśmy około 19:00, po pełnych 12 godzinach akcji górskiej.



Wycieczka na Lodowy Szczyt okazała się taka jak przewidywałem - ciekawa i wymagająca. Wierzchołek miał dla mnie najbardziej wysokogórski charakter ze wszystkich tatrzańskich szczytów, na jakie do tej pory wchodziłem zimą. Długa droga wiodąca na sam koniec Doliny Pięciu Stawów Spiskich, następnie zmiana kierunku i marsz granią na południe. To chyba najdłuższy odcinek, jaki trzeba pokonać, aby od asfaltowej drogi dotrzeć do szczytu WKT. Ponadto po drodze spotkamy wymagający (jeżeli będzie zalodzony i w złych warunkach pogodowych lawiniasty) stok oraz trudności techniczne na grani. Przy zachowaniu rozwagi można się naprawdę bardzo dużo nauczyć, jednak szczyt jest chyba trochę zbyt trudny dla ludzi rozpoczynających przygodę z górami zimą.

Pozdrawiam.

środa, 4 kwietnia 2018

Kończysta zimą - relacja, opis, wejście, Tatry zimą

Po wyjeździe na Kieżmarski Szczyt nabawiłem się przeziębienia. Nie trwało ono długo i już dwa tygodnie później kombinowałem, jakby tu znowu pojechać w Tatry.  Tym razem na Kończystą (2538 m npm), która najlepiej nadawała się na panującą wkoło niestabilną aurę. Łatwa droga i małe zagrożenie lawinowe. Tego mi było trzeba. 

Niestety pogoda nie zapowiadała się szczególnie, ani nikt ze znajomych nie palił się do jazdy. Musiałem wysilić się więc i poszukać nowych towarzyszy. Jeszcze w piątek wieczór poruszałem niebo i ziemię, aby jakimś cudem w te Tatry pojechać. Poszli pod ogień dalsi znajomi i grupy na Facebook. Wszyscy po kolei odmawiali. Już prawie straciłem nadzieję, jednak w końcu dostałem powiadomienie. Okazało się, że nie jestem jedyną osobą spragnioną gór. Późno, bo około 21:00 nawiązałem kontakt z Justyną  Mariuszem. Gadania było dosłownie kilka minut. Gdzie, kiedy, i jak.  Konkretnie, tj. za kilka godzin, o 4:00 rano przy rondzie Grzegórzeckim. Jedziemy. 

Bez problemów skontaktowaliśmy się i każdy był na miejscu o umówionej porze. Bez zbędnego gadania wyruszyliśmy na południe.



Cel wycieczki stanowiły Wyżnie Hagi - niewielka  miejscowość/przysiółek w Słowackich Tatrach. Trochę  kłopotu zajęło nam znalezienie parkingu w miejscowości. Początkowo liczyliśmy na zatoczkę nieopodal drogi, ale gdy okazało się, że jest zasypana, wjechaliśmy w drogę prowadzącą do góry i zaparkowaliśmy niedaleko jakiegoś hotelu (bezpłatnie).



Z parkingu w kierunku północnym poprowadziły nas znaczki koloru biało żółtego. Szlak był przetarty. Słabo, ale jednak ktoś tędy chodził. Rankiem pogoda była bardzo ładna, niestety szybko od północy na widnokręgu pojawiły się chmury i zakryły wierzchołek Kończystej. Wkrótce pomiędzy drzewami zaczął również huczeć wiatr. Niby nic wielkiego, ale każdy wiedział, że jeżeli na dole wieje, to na górze może być kocioł. 



Maszerowaliśmy początkowo w trójkę, jednak szybko Marcin zaczął odstawać. Szedłem więc z przodu z Justyną. Niebawem wysunęliśmy się za linię lasu i przed nami ukazało się masywne ramię grzbietu Kończystej, niestety zasnute ciemnymi chmurami. Ku naszemu zdziwieniu również droga którą podążaliśmy skręcała na zachód, tj. w kierunku, który nam nie odpowiadał. Trzeba było  przetorować drogę na wschód od nas, do grzbietu. Na szczęście nie samotnie. Przed nami właśnie wracało się dwóch piechurów, którzy chcieli dostać się do Doliny Batyżowieckiej, a ścieżka zaprowadziła ich w przeciwnym kierunku. Poszli torować, a my w tym czasie zaczekaliśmy na Mariusza.



Po chwili ruszyliśmy za śladami naszych poprzedników, którzy zrobili za nas część roboty, wyprowadzając nas aż za linię kosodrzewiny. Tam zrobiliśmy krótki postój, po którym ponownie czekaliśmy na Mariusza. Osłonięty od wiatru teren opuściliśmy po krótkim posiłku. Wyszliśmy znowu we trójkę, ja prowadziłem. Zmierzaliśmy niewielkim grzbietem, w kierunku grani Kończystej. Gdy nastromienie zaczęło wzrastać, a śnieg stał się twardy, wyciągnęliśmy raki, czekan, kaski. Ja jeszcze na softshell zarzuciłem kurtkę. Było to słuszne posunięcie, gdyż na grani wiało jak diabli. Nie jest to wprawdzie jeszcze wicher, który przewraca, ale już zaburzał równowagę piechura. Wiedziałem, że pogoda miała się zepsuć się około 15:00, więc trzeba było się spieszyć. Nie miałem problemu z motywacją - tylko dzięki ruchowi zachować ciepła było możliwe. Mozolnie krok za krokiem torowałem więc drogę do góry. Śnieg był w większości twardy.  Wiatr osłabił komfort marszu na tyle, że kopanie się przez zaspy byłoby prawdziwą udręką.






Początkowo widoczność sięgała kilkuset metrów i byla dobra, ale im wyżej tym jest gorzej. Podczas marszu trzymałem się grani, zmierzając od jednych skał do drugich, potem do kolejnych. Krok za krokiem. Niedaleko za mną idzie Justyna. Maszerowałem tak kilkaset metrów, kilka kilometrów, sam nie wiem. Wkrótce podejście stało się tak monotonne, że straciłem poczucie czasu. Po chwili dostałem sms od Mariusza, który napisał, że zawrócił i będzie na nas czekał na dole.  Przynajmniej o niego nie musimy się martwić. 

Grań początkowo niezbyt stroma, wkrótce stała się skalista i nabrała charakteru. Miałem świadomość, że przed szczytem trzeba będzie wykonać trawers, ale nie wiedziałem dokładnie gdzie. W pewnym momencie zauważyłem trzy równolegle żleby i wydawało mi się, że to może być odpowiedni moment. Przetrawersowaliśmy więc jeden "czujny" żleb, w którym leżało trochę nawianego śniegu. Dalej znowu szliśmy granią. Nie na długo. Grań stała się ostrzejsza, by po chwili zamienić się w teren stricte wspinaczkowy. Już teraz zauważyłem, gdzie teren tworzy naturalną grzędę, a my powinniśmy nią iść. Niestety, przed nami wyrósł trudny teren, a kilkadziesiąt metrów poniżej upragniona grzęda.




Chcąc oszczędzić na czasie zaproponowałem Justynie, że mogę poasekurować ją, a ona zejdzie do nieszczęsnego trawersu. Początkowo realizacja pomysłu szła sprawnie, niestety po dłuższej chwili musiałem pomóc Justynie wyjść z powrotem na grań, gdyż trafiła na strome płyty skalne, nie widząc możliwości zejścia. Musieliśmy zawrócić. W międzyczasie pogoda zepsuła się permanentnie. Wichura trwała w najlepsze, widoczność spadła maksymalnie do kilkudziesięciu metrów, a do tego zaczął sypać śnieg. Sytuacja nie była komfortowa, gdyż dołożyliśmy sobie kilkadziesiąt metrów zejścia w kierunku trawersu, które niebawem musiało skutkować również dodatkowym podejściem. 



Przy wejściu na trawers Justyna rozważała sytuację i zaproponowała wycof. Przyznam się, że również zastanawiałem się nad tym rozwiązaniem. Nie wiedziałem, gdzie jest szczyt, jednak miałem świadomość, że nie mógł znajdować się daleko. Wyciągnąłem telefon, sprawdziłem GPS. Szczyt znajdował się teoretycznie, ok. 200 m. Zaproponowałem, aby spróbować przejść jeszcze do widocznego w oddali wierzchołka, a jeżeli okaże się, że to nie ten - to wracać. Wspomnę również, iż w trawersie znajdowało się trochę nawianego śniegu, dlatego też od czasu ostatniej asekuracji na grani, w celu zabezpieczenia lawinowego, szliśmy razem prowizorycznie związani. Na szczecie okazało się, że śniegu nie ma wcale tak dużo. Dodatkowo, po kilkudziesięciu metrach trafiłem na stare ślady. Jeszcze kolejne kilkadziesiąt i ukazało mi się charakterystyczne kowadło Kończystej. Byliśmy na szczycie.



W kopule szczytowej na przełączce wiatr dął z niespotykaną siłą. Wychylenie głowy nad grań skutkowało łzawieniem i bólem całej twarzy. Aby utrzymać się na nogach najlepiej było klęknąć. W tych niesprzyjających warunkach na samo charakterystyczne kowadełko nie wchodziliśmy. Na szczycie spędziliśmy zaledwie kilka minut. 



Droga w dół wbrew obawom poszła sprawnie. Bardziej czujny trawers zachodniego stoku kopuły szczytowej Kończystej pokonaliśmy związani liną, niżej już "sznurek" poszedł do plecaka. Nasze ślady pomimo silnego wiatru były ciągle jeszcze dobrze widoczne na śniegu. Za nimi pokonywaliśmy kolejne metry w dół.



Im niżej tym widoczność się poprawiała, a wiatr słabł. Z grani zeszliśmy przed 15:00, a w głowach huczało nam jeszcze bardzo długo. Niebawem zaczął padać śnieg - sygnał, że w dobrym momencie opuściliśmy masyw Kończystej.



Przed 16:00 zeszliśmy do miejscowości. Droga w dół upłynęła bardzo szybko i sprawnie. Przy samochodzie czekał już Mariusz, który powoli schodził i kontemplował okolicę. Zmęczeni wpakowaliśmy się do samochodu i po chwili odjechaliśmy.



Kolejny szczyt Wielkiej Korony Tatr został zaliczony. Z perspektywy cieszę się, że nie było łatwo. Kończysta przy dobrych warunkach pogodowych byłaby niewielkim wyzwaniem. Co innego przy pogodzie jaka nam się przytrafiła. Tym bardziej jestem zadowolony z wyjazdu oraz faktu, iż po raz kolejny udało się przezwyciężyć słabości i zdobyć szczyt.

Pozdrawiam

czwartek, 29 marca 2018

Kieżmarski Szczyt zimą - relacja, opis, wejście, Wielka Korona Tatr

Początkiem lutego po raz kolejny przyszło mi zmierzyć się z tatrzańskimi szczytami. W sobotę 10 lutego 2018 r. zjechali do mnie Janusz i Janek, w niedzielę o 4:20 wraz z Robertem już wyjeżdżaliśmy spod mojego bloku w Krakowie, kierując się na południe.

Robert prowadził. Początkowo rozmawialiśmy, jednak po jakimś czasie zaczął morzyć mnie sen. Gdy się obudziłem byliśmy już w Tatrzańskiej Łomnicy, szukając parkingu i dojazdu pod kolejkę. Dzień wstał, ale zapowiadał się bardzo ponoro. Wszystko wokoło było spowite chmurami i mgłą. 
Drogę pod stację kolejki znaleźliśmy szybko, a pod nią i parking. Co najważniejsze - parking okazał się on bezpłatny - co nas zdziwiło i ucieszyło jednocześnie. 


Szybko wypakowaliśmy się z samochodu i zaczęliśmy iść w stronę stoku narciarskiego. Początkowo chciałem szukać szlaku, ale za namową Roberta postanowiliśmy iść brzegiem stoku narciarskiego, licząc że nie zostaniemy przegonieni przez obsługę. Wybór drogi okazał się bardzo korzystny, a marsz ratrakowaną ścieżką niczym przechadzka asfaltem. 



Aura również wkrótce zaczęła sprzyjać. Im wyżej, tym mocniej zza mgły przebijało się słońce. W końcu, za pośrednią stacją kolejki wypogodziło się zupełnie, tak że naszym oczom ukazało się granatowe niebo i dywan chmur ciągnący się aż po horyzont. Wbrew uprzedzeniom, droga choć trwająca trzy godziny, upłynęła całkiem przyjemnie. Ja spędziłem ją na podziwianiu widoków i rozmowie z Jankiem. Janusz z Robertem wyprzedzili nas trochę i pomaszerowali szybciej do góry. 



Razem spotkaliśmy się w schronisku Skalnata Chata na Skalnatym Plesie. Początkowo liczyłem, że spędzimy tutaj dłuższą chwilę na posiłek, jednak "chatkowy" starszy Pan łypał na nas spode łba. Do tego wisząca z boku kartka zakazująca spożycia własnego jedzenia skutecznie zniechęcała do spędzania tu czasu. 


Szybko więc opuściliśmy Skalnatą Chatę i poszliśmy w dalszą drogę. Batony trzeba pogryźć w marszu. Przy zabudowaniach infrastruktury kolejki spotkaliśmy już niemały tłum narciarzy, który rozpoczął właśnie zjazdy. Z oddali nasza dalsza droga, czyli południowo-zachodnia część stoku Huncovskigo Szczytu wyglądała przyjaźnie i co najważniejsze - była przetorowana przez narciarzy i piechurów. Bezpośrednio za stacją kolejki skierowaliśmy się na czerwony szlak, by po chwili odbić z niego prosto na północ.Robert poszedł pierwszy, za nim ja z Januszem i na końcu Janek. Podejście było długie, nużące, ale warunki do podchodzenia idealne. Niezbyt gorąco i nie za zimno. 





Po 12:00 wdrapaliśmy się się na Huncovski Szczyt, a właściwie na przełęcz poniżej wierzchołka. Dalej droga prowadziła trawersem przecinając północny stok poniżej szczytu, wprost na Huncovską przełęcz. Odcinek został wcześniej zaporęczowany, a ze szczytu schodziły jakieś dwa zespoły. Widocznie z przewodnikami. Na przełęczy wyciągnęliśmy sprzęt - kaski, uprzęże, ubraliśmy raki. Wraz z Robertem i Januszem oczekiwaliśmy na Janka, który odstał na podejściu. Przyszedł po kilkunastu minutach, po czym oświadczył, że rezygnuje ze szczytu. Pozostała nasz trójka. Założyliśmy, że chcemy dojść do szczytu przed 14:00, a z tej perspektywy wydawał się dość odległy. Bez zwłoki weszliśmy na trawers. Krąży opinia, że odcinek jest dość niebezpieczny, ale nie miałem jakoś takiego wrażenia. Na Huncovskiej przełęczy poczekałem na chłopaków i już we trójkę ruszyliśmy w górę wzdłuż zachodniej grani Kieżmarskiego Szczytu. Póki szliśmy po skałach i po grani, nie wiązaliśmy się. Dopiero, gdy przyszło nam przetrawersować pole śnieżne w kierunku północno-wschodniej grani - związaliśmy się. Ja pierwszy, za mną Robert i na końcu Janusz. Odcinek wydawał mi się niebezpieczny w kontekście lawinowym, przemierzyliśmy go więc bardzo szybko. Na pierwszej napotkanej skale założyłem przelot, dający jaką taką asekurację. 





Tutaj zabawię się w małą dygresję i odpowiem na pytania czy uśmieszki osób, w których opinii wiązanie na ternie 0+ , I jest zbędne. Latem - moim zdaniem tak, jednak zimą uznaję, że idąc żlebami, przekraczając pola śnieżne, czasem lepiej się związać. Fakt jest ryzyko, że jeżeli będziemy bez przelotów, to poleci cały zespół, ale pod względem lawinowym lina zawsze daje jakie takie zabezpieczenie. Takie jest moje zdanie, ale z przyjemnością wdam się w merytoryczną dyskusję. 




Wracając do relacji, na grani północno - wschodniej czułem się już bezpieczniej Co prawda trzeba było uważać na nawisy, jednak co jakiś czas pojawiały się skały, na których można było coś założyć i ścieżka prowadziła ewidentnie w kierunku wierzchołka.




Na szczycie zameldowaliśmy się podejrzanie szybko - o 13:30. Z wierzchołka można było obserwować cały widnokrąg. Chmury ciągle układały się szczelnym dywanem poniżej linii kosodrzewiny, kolejka na Łomincę zdawała się być na wyciągnięcie ręki. Grań Wideł robiła piorunujące wrażenie. Z Kieżmarskiego po kolei rozróżnialiśmy - Durny Szczyt, Baranie Rogi i Lodowy Szczyt. Pogoda dopisywała, dokuczał tylko lekki wiatr. 



Podziwianie widoków zajęło nam kilka minut. Niebawem puściliśmy się w drogę powrotną. Schodziło się dobrze, ale czujnie. Założyłem po drodze kilka przelotów, szczególnie na trawersie pola śnieżnego. Idąc z asekuracją lotną szybko pokonywaliśmy kolejne metry. Na Huncovskiej Przełęczy Robert odwiązał się od naszej liny i poszedł na trawers, ja z Januszem w celu treningowym postanowiłem przejść się bezpośrednio przez skały na Huncovski Szczyt. Ten "wariant" nie sprawił nam wielu trudności, za to był miłą odmianą od standardowej drogi. 



Na Huncovskim szczycie sprzęt z powrotem trafił do plecaków. Słońce już powoli kładło się za masywem Łomnicy, gdy rozpoczęliśmy zejście. Piękna pogoda dopisywała, ale stok Huncovskiego Szczytu mimo tego okazał się bardzo nużący. Adrenalina zeszła, a jej miejsce zajęły objawy zmęczenia i lenistwa. Nogi same niosły, jednak droga w dół nieco się dłużyła. Na Łomnickie Pleso Zeszliśmy już po zamknięciu kolejki.  Czekał tam na nas Janek i razem zaczęliśmy zejście w dół, wzdłuż stoku. Mijali nas już tylko pracownicy przygotowujący stok na dzień następny. 



Im niżej schodziliśmy, tym atmosfera gęstniała. Dosłownie. Niebawem opuściliśmy się w morze mgieł. Widoczność spadła do kilku metrów.  Jeszcze niżej trochę się poprawiło, jednak z westchnieniem wspominaliśmy pełne słońce na Kieżmarskim Szczycie. Do samochodu dotarliśmy właściwie z nastaniem zmroku. Kolejny szczyt do WKT zaliczony!!! I to w wariancie zimowym.

Z górskim pozdrowieniem :)