Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małopolska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małopolska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 listopada 2018

Maraton na orientację KIWON 2018 - z pamiętnika organizatora.

Jako, iż w październiku miał miejsce II Maraton na Orientację Kiwon, chciałem podzielić się spostrzeżeniami z samego procesu organizacji imprezy.

Już we wrześniu roku poprzedniego udało mi się zrealizować kolejne z marzeń i wprowadzić w życie plan organizacji "własnego" biegu na orientację. Beskid Niski i Pogórze Karpackie okazały się przy tym znakomitymi krainami geograficznymi na organizację rajdu. Dopiero analizując mapy uświadomiłem sobie, jak szerokie spektrum możliwości oferują sobą wskazane tereny. 
Pierwsza edycja imprezy wypaliła w połowie września 2017 roku , a już miesiąc po niej zacząłem myśleć, gdzie będzie kolejną. 



W 2018 postanowiliśmy po raz drugi skorzystać z pomocy wójta gminy Lipinki i zaaranżować na bazę biegu teren byłej Szkoły Podstawowej w Rozdzielu. Nie było przy tym obawy, że teren został już wyeksploatowamy biegowo, gdyż rok temu punkty generalnie rozmieściłem na północ od miejscowości, zaś w tym roku chciałem pokazać zawodnikom, że prawdziwa zabawa czeka na południe od bazy, w głuszy Beskidu Niskiego. Nie ukrywam, że potencjał tego terenu bardzo mnie zainteresował - lużo lasów, relatywnie niewiele dróg oraz ciekawe punkty charakterystyczne - cmentarze wojenne, kapliczki, jaskinie. 
Przy tym pamiętam, że w ubiegłym roku pojawiły się głosy, że impreza jest zbyt łatwa. Tym razem postanowiłem, żeby popracować dłużej nad mapą i zgodnie z oczekiwaniami podkręcić poziom. Oczywiście nie chciałem sztucznie go stymulować i "chować punktów po krzakach", a urozmaicić same przeloty pomiędzy punktami. 

TP 15 fot Monika Tota

TP 50, fot. Monika Tota


Jak zwykle, wszystkie interesujące miejsca trzeba było objechać i sprawdzić, gdyż mapa okazała się nie odzwierciedlać rzeczywistości w wielu miejscach. Koncepcji na rozlokowanie punktów było sporo, przejechanych kilometrów jeszcze więcej. Spędziłem nad tym wiele godzin w terenie i przy komputerze, tak że ostateczna trasa powstała około dwa tygodnie przed biegiem i mapa następnego dnia poszła do druku.

Jak się okazało w praktyce, trasa TP50 była dla uczestników trudna i chyba nikt nie pokonał jej w najkrótszym wariancie proponowanym przez organizatora. Wybierane były przeważnie dłuższe warianty biegowe. Niemniej jednak na mecie widać było, że bieg się spodobał. Choć niewiele osób ukończyło w limicie czasu, to jednak nie słyszałem pretensji czy żalu. Było widać satysfakcję i chęć rywalizacji. Przy tym zasadniczą rolę odgrywał dla nas fakt, iż chociaż lokalizacja punktów była nieraz zagmatwana, to generalnie nie było znacznych problemów z ich znalezieniem. Tzn dla jednej osoby trudniejszy był jeden PK, dla drugiego inny, co pozwala mi na stwierdzenie, że zostały postawione poprawnie. Co by nie mówić, osobiście z trasy jestem bardzo zadowolony.

fot. Monika Tota


Druga edycja biegu pokazała, że impreza zyskuje na popularności. Zachowaliśmy konwencję imprezy kameralnej i z góry przyjętego limitu - 100 miejsc. Zapisało się 105 osób, zaś wystartowało 81 osób. Przy tym rok temu - nie oszukujmy się, w dużej mierze dopisali biegowi znajomi. W tym  niestety duża ich część wybrała Łemkowyne czy Harpagana (organizowanego tydzień później), jednak lista zapełniła się ludźmi z całej Polski. Tym samym są podstawy, aby twierdzić, że Kiwon 2017 roku miał swój oddźwięk i spodobał się w środowisku. Tendencja jest bardzo optymistyczna i dobrze rokuje na przyszłość. Nie ukrywam, że na frekwencję niewątpliwie wpłynęła znakomita pogoda i złota polska jesień. Z pewnością był to czynnik, który zachęcił niezdecydowanych. 

fot. Monika Tota


Inną kwestią pozostaje również kameralny charakter biegu. Pomimo zwiększonej liczby zawodników, których osobiście nie znam, na maratonie czułem się jak w grupie przyjaciół.Udało się osiągnąć coś niewymiernego, ale bardzo wartościowego. Atmosferę, której na typowym dużym biegu ultra po prostu nie sposób stworzyć. Przynajmniej tego rodzaju atmosfery małej społeczności towarzystwa i koleżeńskości. Ma to dla mnie większe znaczenie niż prestiż biegu, frekwencja, czy opinie środowiska. Co więcej uważam, że organizacja takich imprez pozwala im na przerwanie w rywalizacji z kolosami, organizowanymi na kilkaset osób. I nie mówię tutaj o konkurencji finansowej, bo na biegach PMnO trudno zarobić, a 1/4 opłaty startowej, jaką płaci się w porównaniu do standardowego "ultra" nie pozwala na zapewnienie analogicznych świadczeń, ale o samej popularności wydarzenia w środowisku biegowym. Ja jestem przekonany, że są i będą ludzie, którzy na tego typu imprezy będą chcieli jeździć i dla nich to robimy. 

fot. Monika Tota


Z dużym zadowoleniem piszę również, iż w trakcie Maratonu obyło się bez wypadków i nieprzewidzianych sytuacji. Jedyną niespodziewaną interwencją, jaką musieli podjąć organizatorzy była wymiana perforatora przy PK 11, który został uszkodzony. Pomimo, iż duża część uczestników skończyła zabawę po limicie, to nikt nie wpakował się w kłopoty. Zwieziono kilka osób jednak w każdym przypadku odbyło się to bez komplikacji.

Podsumowując, imprezę uważam za bardzo udaną i jestem szczęśliwy, że mogłem wziąć udział w .jej organizacji. Rok temu generalnie wszyscy byli zadowoleni, ale odbiło się jakoś bez echa. Tym razem miałem wrażenie, że osiągnęliśmy coś więcej. W rozmowach z uczestnikami właściwie nie tylko, że każdy miał dobrą opinię, ale był biegiem wyraźnie usatysfakcjonowany i czuć było z wypowiedzi rzeczywistą  radość. Przy tym wydaje mi się, że podniesienie poziomu trudności nie spowodowało niechęci - wręcz przeciwnie. W większości  wypadków  słyszałem o chęci rywalizacji i deklaracje pokonania trasy za rok.

fot. Monika Tota


Przy okazji opisywania moich spostrzeżeń i podsumowania chciałbym podziękować  wszystkim, którzy pomagali nam w organizacji przedsięwzięcia  i w jakikolwiek sposób dołożyli swoją cegiełkę do wspólnej budowy. Tym razem bez nazwisk. Jeżeli zrobiłeś cokolwiek w związku z imprezą, od prostych czynności, aż po udział - serdecznie dziękuję. Mam nadzieję, że zobaczymy się za rok.  


Tomek

poniedziałek, 27 listopada 2017

Gerlach drogą Martina (II)

Witajcie,
Dziś opowiem Wam, jak w pewną sierpniową sobotę zdobyłem Gerlach (2655 m npm) - najwyższy szczyt Tatr. Była to zarówno pierwsza moja wycieczka na ten szczyt, jak również i pierwsza droga taternicka (skądinąd), jaką udało mi się pokonać. Łojanci powiedzą, że nie ma się czym chwalić, dla mnie była to jednak wspaniała przygoda i doświadczenie. 



Od początku,
Wizja zdobycia Gerlacha narastała w mojej głowie co najmniej od roku 2013. Miała paść droga żlebem Karczmarza, na który już kilka lat ostrzyłem sobie zęby. Jednakże wejście powyższym szczytem wariantem jest specyficzne. Tzn. specyficzne o tyle, że do zrobienia najlepiej w zimie i to przy minimalnym zagrożeniu lawinowym.  Niestety takich warunków, w korelacji z wolnym czasem nie udało się na przestrzeni ostatnich lat osiągnąć. 
Koniec końców moje taternicko-tatrzańskie ambicje odrodziły się lego lata. W znajomym gronie padła propozycja jedziemy na Gerlach. Znalazł się nawet wolny termin. Jedziemy!
... Gorzej było natomiast z pogodą, która jak wiadomo - w Tatrach nie rozpieszcza. 
Sobota, jaka była jedynym logicznym terminem na wyjazd zapowiadał się przygodowo. Mianowice - do 12:00 ładna pogoda, po południu  mżawka, po 14:00 ulewa i załamanie trwające następnych kilka dni. Postanowiliśmy zaryzykować. 


Było nas trzech - ja wraz z Marcinem i Krzyśkiem oraz Anita, która supportowała całą akcję z dołu. Z Krakowa wyjechaliśmy o 1:30 w sobotę, zaś o 4:00 już wytoczyliśmy się z samochodu w Tatranskiej Polance. Pomimo iż wokoło panowała jeszcze noc, na szlak ruszyło oprócz nas co najmniej kilka czołówek. Niebawem zaczął wstawać świt. Od strony Popradu bezchmurne niebo dobrze nam wróżyło, niestety nad tatrzańskimi szczytami niebawem szybko zaczęły zbierać się chmury. 
Przy tym temperatura była podejrzanie wysoka, no chyba że dla kogoś 18 stopni Celsjusza o 4:00 rano w Tatrach do niska temperatura. Nie wróżyło to dobrze, gdyż zapowiadało się załamanie. Przyznam, iż spina czasowa motywowała mnie i demotywowała jednocześnie. W czwórkę wystrzeliliśmy błyskawicznie do przodu, mijając po drodze turystów idących do góry. Szybko dotarliśmy do Śląskiego Domu (1670 m npm ), z którego przed chwilą wyruszali przewodnicy z klientami, po czym błyskawicznie skierowaliśmy się w stronę przełęczy. Do tego momentu poruszałem się wraz z Anitą, a Krzysiek z Marciniem przyspieszyli kroku przed nami. Od hotelu poszedłem już szybciej i zacząłem samotnie gonić chłopaków, z uwagi na presję czasową. Anita miała zejść przez przez Zbójnicką Chatę do Starego Smokovca.





Ścieżka wiodąca na przełęcz była w bardzo dobrym stanie, zaś nawierzchnię stanowiły równo ułożone granitowe płyty. Bezpośrednio przez ostatnim podejściem dogoniłem Marcina i Krzyśka i już wspólnie wdrapaliśmy się po łańcuchach na Polski Grzebień (2200 m npm). Była godzina 6:30, zaś nad Gerlachem kłębiły się ciemne chmury burzowe. Zaczęliśmy się obawiać, że prognoza może ulec przesunięciu niekorzystnie dla nas, jednak pomimo niekorzystnie wyglądającego nieba postanowiliśmy zaryzykować. Ubraliśmy uprzęże, kaski i w bojowym nastroju zaczęliśmy poruszać się na zachód, w kierunku początku grani.




Początkowo grań przejawiała łagodny charakter, dominowały skały z domieszką odcinków trawiastych. Pierwsza wspinaczka rozpoczęła się na ścianie Wielickiego Szczytu. Nie były to jednak żadne trudności, wiele możliwość obejścia i duże, wygodne chwyty. Po prostu przyjemnie. Zaobserwowaliśmy, że co najmniej dwie osoby związane liną poruszają się przed nami. Po zejściu z wierzchołka Wielickiego Szczytu, na stanowisku z wielu taśm tam pozostawionych zjechaliśmy szybko ok. 10 metrów w kierunku przełęczy.




Dalsza droga w kierunku Litworowego Szczytu była bardzo łatwa i również częściowo trawiasta. Po obserwacji całego masywu Gerlachu wydawało się, że Litworowa Przełęcz była ostatnim miejscem, gdzie można bez większego problemu zejść w kierunku Doliny Wielickiej. O schodzeniu nie było jednak mowy, bo pomimo silnego wiatru szło się wyśmienicie, a pogoda paradoksalnie zaczęła się poprawiać.




Od Litworowego szczytu teren stał się nieco trudniejszy, ale jak na moją ocenę, idąc bez asekuracji czułem się psychicznie bezpieczny. Wraz z Marcinem szliśmy z przodu, Krzysiek zaczął nieco odstawać. W pewnym momencie nawet straciliśmy go z oczu i czekaliśmy na niego dłuższą chwilę. Przy spotkaniu powiedział, że zgubił ścieżkę i wpakował się w trudniejszy teren. Zasugerował przy tym mocno, że trzeba się związać. Jakkolwiek ja nie widziałem takiej potrzeby, z uwagi na samopoczucie całego zespołu związaliśmy się i zaczęliśmy iść na lotnej. Od tego momentu tempo dramatycznie spadło. Marsz w zespole trójkowym na lotnej asekuracji w mojej ocenie nie był ani bezpieczny, ani szybki, a czas leciał ....  Subiektywnie powiem, że bezpieczniej czułem się niezwiązany.





Do przełęczy przed Lawinowym Szczytem dotarliśmy przed południem. Właściwe równolegle z nami szedł dwuosobowy zespól słowacki - przewodnik z klientem. Dójka przed nami nie wchodziła na Lawinowy i Zadni Gerlach, ale zamierzała obejść go ścieżką od zachodu. Sam nie wiem dlaczego, zamiast iść granią zdecydowaliśmy się pójść za nimi. Była to zła decyzja. Dwójka szybko nam jednak znikła z pola widzenia, tak samo jak ścieżka, którą podążali. Zostaliśmy w kruchym terenie pozostawieni sami sobie, nie widząc dobrego wyjścia z sytuacji. Postanowiliśmy wrócić na grań jednym z przyjaźniej wyglądających żlebów. Prowadziłem nasz zespół, próbując wygramolić się na górę. Nie było to ani przyjemne, ani bezpieczne. Kamienie w żlebie były luźne i co jakiś czas chłopaki za mną musieli uważać na te spadające. Z powrotem osiągnęliśmy grań na wysokości Jurgowskich Czubów. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę. Trzeba było się spieszyć, gdyż po ładnej pogodzie nie zostało ani śladu. Zrobiło się cieplej, niebo zasnuły chmury i co jakiś czas przez grań przechodziły mniejsze lub większe mżawki.




Trawersowaliśmy Zadni Gerlach nieopodal szczytu. Stąd było widać już znakomicie przełęcz Tetmajera i wierzchołek głównego Gerlachu. Ściana robiła imponujące wrażenie, na drodze było również kilka zespołów. Na samej przełęczy spędziliśmy tylko chwilę, chcąc za wszelką cenę zdążyć przed ulewą. Krzysiek szybko przekazał mi sprzęt zebrany po drodze, po czym zabrałem się znowu do prowadzenia. Teoretycznie najtrudniejszy fragment na całej drodze (II) był dla mnie bardzo przyjemny i łatwy technicznie. Grań stanęła dęba, jednak droga była dobrze widoczna i znaczona dużymi chwytami. Wspinało się naprawdę łatwo i przyjemnie. Z racji, iż czułem się bezpiecznie, zaś chciałem odcinek pokonać za jednym razem, z rzadka zakładając przeloty. Gdy już teren wypłaszczył się, droga przybrała postać poszarpanej grani, zakończonej skalnymi głazami i ostańcami.  Założyłem tu kilka punktów na taśmach, jednak głównie operowałem liną pomiędzy skałami, gdyż już właściwie cały sprzęt asekuracyjny mi się skończył. Grań przeszedłem bardzo sprawnie. Po chwili okolica nieco się zamgliła i czasem nie widziałem końca liny i chłopaków idących za mną. Po kilku minutach jednak w oddali zamigotał charakterystyczny krzyż. Niebawem byłem na szczycie i przyasekurowałem towarzyszy.




Na szczyt dotarliśmy przed 14:00 i przed załamaniem pogody. Posiedzieliśmy tu kilkanaście minut. Napięcie częściowo minęło, trzeba było jednak jeszcze zejść. Szliśmy ciągle na linie, szukając wyraźnej ścieżki. Nie znając drogi do Doliny Wielickiej, zaczęliśmy schodzić w kierunku widocznej Doliny Batyżowieckiej, przez Batyżowiecką Próbę. Słyszeliśmy, że ktoś idzie przed nami. Nie minęło kilkanaście minut, gdy zaczęło padać. Najpierw słabo, po pewnym czasie nastała ulewa i burza z piorunami. Sytuacja zrobiła się nieciekawa, teren śliski, jednak zamiast martwić się tym, byliśmy raczej zadowoleni, że bezpiecznie opuściliśmy grań. Początkowo szliśmy żlebem, który jednak opuściliśmy po kilkunastu minutach, idąc czymś w rodzaju "grzędy". Po chwili intensywnych opadów, żleb, którym niedawno schodziliśmy z minuty na minutę zamienił się w rwący potok. Początkowo wydawało się, że droga jest łatwa, jednak im niżej, tym bardziej robiło się stromo i ślisko. W kilku miejscach teren był pionowy, a co jakiś czas przytwierdzono klamry i punkty do asekuracji. Ciągle prowadziłem i jeden taki trudny odcinek udało mi się zejść. Chłopaki zdecydowali się na zjazd.  Przy kolejnym ubezpieczonym i trudniejszym odcinku dogoniłem grupkę Słowaków, której wyposażenie wyglądało "radośnie". Musiałem jednak czekać na chłopaków, którzy zostali z tyłu. Przemokłem cały i było mi zimno, toteż z dłuższego oczekiwania nie byłem szczęśliwy. Cieszyłem się za to, że chwilowo przestało padać. Dolina wydawała się być niedaleko, chociaż teren nie pozwalał na przyspieszenie. Trzeba było szczególnie uważać na połogie, śliskie skały, które nie dawały odpowiedniego oparcia butom. Na relatywnie płaskim gruncie stanęliśmy dopiero około  godziny16:00.






Tutaj po raz kolejny dogoniliśmy Słowaków, oswobodziliśmy się ze sprzętu, po czym rozpoczęliśmy już spokojnie zejście w łatwym terenie. Około pół godziny zajęło nam nam dotarcie do czerwonego szlaku pod Batyżowieckim Plesem. Dalej już poszło dosłownie z górki, choć droga trochę się dłużyła. Najpierw szlakiem czerwonym do żółtego, następnie żółtym do zielonego, którym szliśmy rano do góry. Zmęczenie dawało się już we znaki. Gdy w pewnym momencie zatrzymaliśmy się z Marcinem, aby poczekać na Krzyśka, zasnąłem siedząc na kamieniu. Zielony szlak wiódł drogą asfaltową, która dosłownie wlekła się jak flaki z olejem. Dodatkowo pogoda przypominała o sobie, gdyż w drodze do parkingu deszcz zlał nas jeszcze kilkukrotnie.



Do samochodu dotarliśmy ok. 18:00, po 14 godzinach akcji górskiej. Było to już chyba wystarczające dla każdego. Jako, iż swoją wachtę za kierownicą pełniłem w nocy, teraz to Marcin prowadził. Większą cześć drogi powrotnej przespałem.

Podsumowując, jak wskazałem, cała akcja górska na Gerlach drogą Martina "od samochodu do samochodu" zajęła nam 14 godzin.
W tym przejście drogi od Polskiego Grzebienia do szczytu zajęło nam 6 godzin, co o ile dobrze pamiętam oddaje czasy opisywane w przewodnikach i relacjach na przejście tej drogi.
Osobiście bardzo mi się podobało. Droga Martina jest w mojej ocenie idealnym polem do ćwiczeń dla osób, które ze szlaków turystycznych gotowe są na wejście szczebelek wyżej i poznanie czegoś nowego. Konieczne jest obycie ze skałą, obycie z wysokością i tzw "lufą". Tego nie brakuje. Jednak nie potrzebne są umiejętności wspinaczkowe, a wskazane zdolności do sprawnego napierania. Przejście całej drogi bez liny jest moim zdaniem możliwe, na relatywnie bezpiecznym poziomie, jednak wymaga wskazanego obycia. Przejście całości w zespole związanym liną byłoby wręcz niecelowe.  Na odcinkach gdzie idziemy z liną w grę wchodzi przy tym tylko właściwie asekuracja lotna ze względu na oszczędność czasu. Asekuracja sztywna na drodze Martina wydaje się zbędna.

W razie jakichkolwiek pytań proszę o komentarze.

Pozdrawiam






poniedziałek, 17 lipca 2017

I Maraton na Orinetację "KIWON" - 16.09.2017 r. - serdecznie zapraszam na bieg !!!

Witam wszystkich.

Z nieukrywaną radością zapraszam wszystkich czytelników bloga, znajomych bliższych lub dalszych oraz sympatyków biegania na I Maraton na Orientację KIWON , który odbędzie się w dniach 15-17 września 2017 roku w Rozdzielu - gmina Lipinki (województwo małopolskie). 
Już od jakiegoś czasu, mniej lub bardziej poważnie, pojawił się u mnie pomysł organizacji biegu. Jako, iż do tej pory byłem jedynie uczestnikiem imprez biegowych, a organizacja wyjazdów nie jest mi obca, postanowiłem sprawdzić, jak to jest znaleźć się "po drugiej stronie" i zmierzyć z organizacja prawdziwej imprezy biegowej. 

Wraz z Anitą (małej Wielkie podróże) przemyśleliśmy temat i padło na maraton na orientację, jako iż imprezy tego typu darzymy największym uczuciem, a i najwięcej doświadczenia mamy w temacie.  Teren również nie został wybrany przypadkowo - przedgórze Beskidu Niskiego, a więc ziemia gorlicka i jasielska. Szczerze, byłem przeciwnikiem organizowania niejako "na siłę" kolejnej imprezy w samym Beskidzie Niskim. Tam biegów nie brakuje, a i ww. tereny dla organizacji imprezy na orientację nie są wcale korzystne. Przede wszystkim Magurski Park Narodowy ogranicza spektrum działania imprezy, które istotą jest brak ustalonej trasy. Ponadto w Beskidzie Niskim nie ma zbyt wielu miejsc widokowych, a im ich więcej na biegu, tym moim zdaniem ciekawiej. W konsekwencji postanowiliśmy zorganizować bieg "tuż obok", w terenie zapewniającym i swobodę w konstruowaniu przelotów i spektakularne widoki na Beskid Niski. :)

W organizacji biegu, wraz z Anitą, mamy przyjemność działać pod szyldem Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Lipińskiej "Jastrzębiec", które jest oficjalnym organizatorem biegu wraz z Wójtem Gminy Lipinki – mgr inż. Czesławem Rakoczym.
Patronat honorowy nad przedsięwzięciem objęła - Poseł na Sejm RP Barbara Bartuś.

Partnerem głównym imprezy jest FUNDACJA PZU 

W ramach biegu przygotowujemy dwie trasy - 20  km dla początkujących i chętnych spróbować swoich sił w bieganiu na orientację i klasyczne 50 km dla starych wyjadaczy oraz znawców tematu. 
Trasa będzie relatywnie łatwa nawigacyjnie. Przewyższeń również nie ma dużo, przy optymalnym wariancie około 1500-2000 m. 

Zapisy do I Maratonu KIWON ruszyły, więc tylko przypomnę, że do końca lipca jest najniższe wpisowe :) A świadczeń wręcz odwrotnie - najwięcej !:) 
Dzięki naszemu partnerowi głównemu Fundacji PZU, mamy  atrakcyjny pakiet startowy. Na każdego czeka okolicznościowa koszulka techniczna bardzo dobrej jakości, medal, dyplom, a dla najlepszych zawodników puchary i nagrody :) 
Zapraszamy do rejestracji na http://kiwon.towarzystwojastrzebiec.pl Kto pierwszy, ten lepszy :).

Wszystkie niezbędne informacje dotyczące biegu znajdziecie w mediach:
Z chęcią odpowiem również na wszystkie nurtujące Was pytania, piszcie śmiało :)



Pokrótce przedstawię jeszcze to, co dla zawodnika najważniejsze -  ŚWIADCZENIA STARTOWE

⦁ Dwa noclegi w Bazie Maratonu w warunkach turystycznych (należy posiadać własny śpiwór i karimatę),
⦁ Jeden ciepły posiłek regeneracyjny w Bazie Maratonu,
⦁ Opieka organizatorów w Bazie, na trasach, na mecie w trakcie trwania Maratonu (a także zdalnie przed i po),
⦁ Komplet map (kolorowe, w foliowym worku strunowym) i materiałów startowych,
⦁ Opracowane trasy Maratonowe wraz obsługą Punktów Kontrolnych na trasie,
⦁ Możliwość pozostawienia bagaży, toalety, prysznice w Bazie Maratonu,
⦁ Parkingi dla samochodów w okolicy Bazy Maratonu,
⦁ Komunikat techniczny,
⦁ Okolicznościowy numer startowy;
⦁ Wrzątek do celów spożywczych wraz z zestawem kawa, herbata, dodatki, kubki (dostępne na stołówce szkolnej),
⦁ Koszulka techniczna,
⦁ Dyplom i medal dla każdego, niezależnie od uzyskane wyniku na trasie,
⦁ Puchary i nagrody dla najlepszych zawodników z podziałem na trasy oraz płeć
⦁ Inne materiały w miarę napływu świadczeń,
⦁ Całodobowa opieka nad Bazą Maratonu (zabezpieczenie sanitarne: sprzątanie, wywóz śmieci, prąd, woda bieżąca).
⦁ Woda na jednym z punktów kontrolnych (samoobsługa),
⦁ Ubezpieczenie NNW na czas Maratonu (16 września 2017 roku – sobota),
UWAGA! Przy dokonaniu zapisu po dniu 31 sierpnia 2017 roku Organizator nie gwarantuje wszystkich świadczeń.


Podsumowując:

DATA: 15-17.09.2017 ( 16-wrz., 08:00 – start trasy TP50 oraz 09:00-start trasy TP20 )

START, META I BAZA ZAWODÓW: Szkoła Podstawowa w Rozdzielu (gmina Lipinki)

ZAPISY: http://kiwon.towarzystwojastrzebiec.pl/zapisy/

OPŁATY STARTOWE: sprawdź w  REGULAMIN 

ORGANIZATOR: Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Lipińskiej „Jastrzębiec”, Wójt Gminy Lipinki – mgr inż. Czesław Rakoczy

PARTNER GŁÓWNY: FUNDACJA PZU

PATRON HONOROWY: Poseł na Sejm RP Barbara Bartuś


Jeszcze raz serdecznie zapraszam i do zobaczenia na imprezie :)

Projekt współfinansowany jest ze środków Fundacji PZU.

Pozdrawiam
Tomasz Duda