środa, 8 sierpnia 2018

Breithorn (4164 m) w jeden dzień bez aklimatyzacji - relacja

Dziś zacznę serię relacji z tegorocznego wyjazdu w Alpy. Tym razem postanowiliśmy, że uderzymy w okolice Doliny Aosty. Ogólny plan wyjazdu obejmował aklimatyzację na Breithornie (4164 m npm), atak na Matterhorn (4478 m) od południa i luźne dysponowanie resztą wolnego czasu, jaka zostanie z sześciu dni przeznaczonych na akcję górską. 



Z Krakowa wyjechaliśmy dość późno, gdyż o 20:00,  w piątek 14 lipca. Najpierw wraz z Robertem wyruszyliśmy samochodem do Kędzierzyna-Koźla, skąd w dalszą podróż mieliśmy jechać wraz z Tytusem. Na miejsce dotarliśmy przed 23:00 i wszyscy przepakowaliśmy się z Forda Focusa do Forda Galaxy, który pomieścił nasza trójkę oraz całą masę sprzętu i jedzenia. Przed północą wyruszyliśmy w drogę na południowy wschód. Trasa, wiodąca przez Niemcy, Austrię, Szwajcarię i Włochy miała zaprowadzić nas wprost do Doliny Aosty. Realizacja zajęła niestety więcej czasu, niż się spodziewaliśmy - do Cervini - tj. miejsca docelowego dotarliśmy dopiero po godz. 21 w sobotę ze względu na panujące dosłownie wszędzie korki. 



Po dotarciu na miejsce okazało się, że pogoda nie jest dobra, zaś po chwili zaczął padać deszcz. Jedyną aktywnością, jaką podjęliśmy było ugotowanie obiadu i przepakowanie na kolejny dzień.



15 lipca, celem aklimatyzacji ruszyliśmy na Breithorn, niewidoczny z miejscowości Cervinia. Na szczęście wypogodziło się i wszystko zapowiadało udane wyjście. Ruszyliśmy na lekko, choć ambitnie - mając przed sobą ponad 2000 m podejścia. Na nogi przywdzialiśmy podejściówki, a plecaku taszcząc ciężkie buty pod automaty. 



Chociaż nie znałem oficjalnego przebiegu szlaku na Breithorn, wiedziałem jakich punktów należy się trzymać i do nich dopasować marsz.  Obraliśmy kierunek północno-wschodni, kierując się na stoki nieczynnego w sezonie letnim kompleksu narciarskiego. Stoki pocięte były szeregiem szlaków i dróg, co ułatwiało marsz. Pokonując 500 m podejścia trafiliśmy na pierwszy "punkt kontrolny" - Plain Maison, gdzie dociera kolejka wyruszająca z Cervinii. Następnie poruszaliśmy się od jednych zabudowań wyciągu narciarskiego do kolejnych. Powyżej wysokości 2700 m npm okolica zgubiła właściwie całą zieleń, zaś trzysta metrów wyżej zaczynały się płaty śniegu, które należało pokonać w drodze na przełęcz Teodulo (3295 m) . Pomimo, iż godziny upływały, a słońce wznosiło się nad horyzont, pogoda okazała się dla nas łaskawa, gdyż niebo lekko zamgliło się i mogliśmy uniknąć palących promieni. Przed południem dotarliśmy więc na przełęcz oraz zatrzymaliśmy się w schronisku o tej samej nazwie. Tam zmielimy buty na sztywne i zostawiliśmy podejściówki. Po chwili odpoczynku ruszyliśmy dalej. Idąc bez aklimatyzacji, powoli zacząłem odczuwać skutki wysokości, objawiające się bólem głowy i krótkim oddechem. 







Wychodząc na grzbiet śnieżnego masywu znaleźliśmy się w otoczeniu zimowego kurortu narciarskiego. Wyznaczony przez nas szlak wiódł wielkim łukiem początkowo wzdłuż jednego stoku narciarskiego, omijając schronisko Testa Grigia, by następnie przeciąć linie wyciągu, wdrapując się wprost na ramię Klein Matterhorn (3 883 m). 



Obserwując otoczenie byłem zaskoczony mrowiem turystów i narciarzy. Okazuje się, że pomimo letniej pory wielu narciarzy nie rezygnuje z szusowania o lodowcu. Około południa przemieszczaliśmy się powoli w górę, idąc pomiędzy rozpędzonymi narciarzami. Na trasie minęło nas również wielu turystów i przewodników wracających już ze szczytu Breithornu. Pomimo dość późnej godziny zdecydowaliśmy się kontynuować marsz. Jeżeli chodzi o zespół to odczucia związane z brakiem aklimatyzacji były różne. Najlepiej czuł się Tytus, który, jak sam wspominał, wysokości nie odczuł. Robert mocno dyszał, ale utrzymywał, że samopoczucie jest w porządku. Ze mną natomiast dobrze nie było i narastająca wysokość mocno dawała mi się we znaki. Narastały oznaki nudności oraz brak apetytu.  O godzinie 13:00 osiągnęliśmy wysokość 3800 m npm, wyznaczającą rozległe pole śnieżne przed szczytem Breithornu, na wysokości Klein Matterhornu.  W tym miejscu założyliśmy uprzęże i związaliśmy się liną. Łagodny stok Breithornu z tej perspektywy wyglądał na bardzo odległy, zaś do góry zmierzało kilka łańcuszków ludzkich. Moje samopoczucie i opadające tempo nie wróżyło rychłego wejścia na szczyt. Zasugerowałem chłopakom, że w sumie cel aklimatyzacyjny już osiągnęliśmy i nie musimy wchodzić na szczyt, jednak widziałem, że Robert jest zmotywowany do wejścia na szczyt i ewentualny wycof raczej nie wchodzi w grę. 




Weszliśmy więc w rozlegle pola śnieżne, wyprowadzające długim trawersem na południowy stok Breithornu i snuliśmy się krok za krokiem - pierwszy szedł Tytus, za nim ja i na końcu Robert. Początkowo tempo było relatywnie dobre, jednak zaczęło sukcesywnie spadać, w miarę wzrostu nachylenia stoku. Systematycznie sprawdzałem wysokość na zegarku i oznajmiałem o pokonaniu każdych kolejnych 100 metrów. Po osiągnięciu 4000 m npm szło się już bardzo ciężko. Mimo, iż nie inicjowałem postojów, to zatrzymaliśmy się często i nie ukrywam że odpoczynki były mi potrzebne. W końcu Robert oznajmił, że zatrzymujemy się co 200 kroków. Było to dobre rozwiązanie. Pogoda w oddali powoli zaczęła się psuć i mój altimetr w zegarku pokazywał już 4200 m npm, zaś szczyt nie było widać. Dopiero po kilku minutach teren zaczął się wypłaszczać, zaś na szczycie spotkaliśmy grupę Anglików wracających z przeciwnego kierunku. Breithorn osiągnęliśmy okolo 14:40. Wzmógł się wiatr, szczyt zasnuła mgła oraz zaczął padać śnieg. Jeżeli o mnie chodzi to czułem się źle i chciałem jak najszybciej zejść, poganiałem chłopaków.







 O ile w gore wlekliśmy się krok za krokiem to droga w dół płynęła wprost błyskawicznie. Zła pogoda jedynie zachęcała do wysiłku. Szybko opuściliśmy trawers kopuły szczytowej oraz dotarliśmy do rozległych pól śnieżnych pomiędzy Klein Matterhornem, a Breithornem, brnąc we mgle niczym przez lodowa pustynię. Wyciągi były już nieczynne, zaś nasz trójka poruszała się pomiędzy pracującymi ratrakami. Im niżej, tym każdy z nas czuł się lepiej. Powoli nudności zaczęły ustępować, zaś apetyt powrócił. Poprawiła sie również pogoda, na lodowcu po chwili zapanowała temperatura jak w piekle. Po południu warunki trakcyjne znacznie się jednak pogorszyły. Stoki znacznie rozmiękły i poruszanie się po nich stało się bardzo niewygodne. O ile jeszcze w dół jakoś się szło, to już po płaskim terenie i pod gorę nogi ześlizgiwały się w różnych kierunkach. 






Solidnie zmęczeni dotarliśmy do schroniska Teodulo, tuż przed załamaniem kapryśnej dziś pogody. Kiedy siedzieliśmy już w środku, a zewnątrz zaczął padać ulewny deszcz. Udało się nam, gdyż po chwili zza chmur znowu wyszło słońce i  mogliśmy suchą stopą ruszyć w dalszą drogę. Po zejściu poniżej płatów śniegu ponownie założyliśmy podejściówki. Wysokości szybko ubywało, ja zaś z każdym metrem niżej czułem się lepiej. We trojkę sprawnie minęliśmy Plain Maison, a zabudowania Cervini stawały się coraz większe.





Wokoło wprost roiło się od świstaków. W relacji koniecznie muszę o nich wspomnieć, gdyż wokół Cervinii jest ich tyle, że wyraźny gwizd słychać z parkingu w ciągu całego dnia. 
Na miejsce rezydencji, czyli parking obok pola golfowego dotarliśmy około 19:00. Byliśmy zmęczeni, szczególnie w kość dało nam ostatnie kilkaset metrów zejścia do miejscowości, które było bardzo strome i męczące. 
Po przybyciu na miejsce nie mieliśmy ochoty na nic. Widmo jutrzejszego wyjścia o 4:00 rano do schronu Carrel nie bawił nas jak dziś rano. Po prostu zbyt mocno wymęczyliśmy się aby kolejnego dnia być w pełni sił do marszu na 3800 m npm. Powyższe zgrało się nie bez znaczenia z prognozami pogody na poniedziałek, które były bardzo pesymistyczne. Zapowiadano opady deszczu, a wyżej śniegu. Biorąc pod uwagę te dwa czynniki zdecydowaliśmy, że kolejnego dnia zrobimy tylko rekonesans do schroniska Abruzzi, zaś do Carrrela pójdziemy we wtorek. 

Cała akcja na Breithornie zajęła nam około 11 godzin. 

Ciąg dalszy nastąpi :)

środa, 25 lipca 2018

Quechua NH500 - test recenzja opinia tanich "podejściówek" z decathlonu

Od kiedy na poważnie zacząłem jeździć w Tatry na sposób turystyczno-wspinaczkowy, naturalną moją potrzebą stał się zakup butów podejściowych. Przyzwyczajony, iż trasy pokonuję głównie w obuwiu powyżej kostki, z ostrożnością podchodziłem  do  niskiego obuwia i nie zamierzałem wydać za nie kilkuset złotych. W konsekwencji oszczędnościowego podejścia do tematu, również oczywistym kierunkiem jaki obrałem, był decathlon. W sklepie, po krótkim poszukiwaniu, natknąłem się na buty Quechua NH500, które na.pierwszy rzut oka wyglądały na klasyczne podejściówki. Bardzo mnie one zaciekawiły i chociaż, iż po lekturze ich opisu zrozumiałem, że nie są to buty podejściowe, a jedynie tak się prezentują, postanowiłem zaryzykować i zainwestowałem w nie 149 zł. 

Quecha NH 500 w zakresie cholewki wykonane są w 80% ze skóry zamszowej, reszta jest poliestrowa. Znaczy to, że skórzana jest cała cholewka poza wyściółką. W przedniej i tylnej części buta umieszczono natomiast gumowy otok, który ma ochraniać palce przed obiciem, czy usztywniać piętę. Podeszwa jest dość cienka, bieżnik średniej głębokości. Niezbyt agresywny, ale również nie szosowy. Konstrukcja podeszwy i cholewki jest natomiast miękka. Podeszwa się łatwo zgina, zaś stopa w bucie nie jest usztywniona. Quechua NH500 są relatywnie płytkie i niskie. System sznurowania poprawny, pozwala na dobre dopasowanie obuwia do stopy. 

Quechua NH500 używałem na co dzień i podczas uprawniania aktywności outdoorowej. Pokonywałem w nich drogi w góry niższe i wyższe, przechodziłem via ferraty, jeździłem na rowerze. Podchodziłem w nich pod lodowiec do wysokości 3500 m npm, chodziłem po drogach wspinaczkowych w Tatrach do trudności II-III (grań Martina na Gerlach, grań Jordana). Moja narzeczona "na drugiego" przechodziła w nich drogi IV - kowe. Pomimo miękkiej podeszwy dały radę w Tatrach, czy Alpach jako buty podejściowe. Pokonywaliśmy w nich również via ferraty o trudności D-E. Szerokie spektrum użytkowania przez okres ponad roku pokazało, że buty z decathlonu za 150 zł mogą być dobre. Pomimo dość wątpliwej amortyzacji nigdy nie odbiłem w nich stóp, czy placów. Noga w bucie czuje się komfortowo i wygodnie. W butach poruszałem się w zakresie temperatur od 0 do 25 stopni celsjusza i w tym zakresie radziły sobie znakomicie. Na tatrzańskim granicie bieżnik trzyma relatywnie dobrze, na śliskich wapieniach już gorzej. W błocie buty zachowują się prawidłowo, na śniegu raczej nie bardzo. Dodam jeszcze, ze nad piętami, z tytułu buty posiadają wszyte tasiemki, umożliwiające przytroczenie ich do uprzęży.W tym zakresie byty również były testowane i zachowują się wzorowo.

Via ferrata kyssel, fot. Anita Gurbisz
Gerlach drogą Martina
Via ferrata Falbach


Jeżeli chodzi o wady, przede wszystkim butom doskwiera miękkość podeszwy. Na wąskich stopniach trzeba mocno usztywniać stopę, aby stabilnie stanąć. Sama konstrukcja buta również powinna być stabilniejsza i sztywniejsza, w szczególności w okolicach kostki. Noga w butach czuje się stabilnie, jednak wymaga to porządnego i dokładnego ich związania. Gdyby obuwie były twardsze, bo mieniałbym im nic do zarzucenia. Quechua NH500 również słabo radzą sobie z wodą. Zamszowa skóra bez impregnacji namaka szybko i schnie długo. W szczególności w miejscach, gdzie brakuje otoku - tj po bokach Podczas pokonywania odcinków trawiastych jest to bardzo problematyczne i sprawia, że buty koniecznie wymagają impregnacji. Dodam, iż przedmiotowych butów poza mną używa intensywnie również moja narzeczona i znajomi. Nikt nie ma do nich większych zastrzeżeń. 

Buty po roku intensywnego używania



Quechua NH500 są bardzo odporne na czynniki wewnętrzne i wytrzymałe. Po roku użytkowania w naprawdę trudnych warunkach zaczął poszczać jedynie jeden szew na zgięciu buta. Ostatnimi dniami zauważyłem również, iż w niektórych miejscach otok odkleił się na dosłownie 2-3 mm, ale w żadnym razie nie wpływa to na konstrukcję butów. Przy cenie 150 zł, według mnie obuwie są rewelacyjne. W poprzednich latach, w tym modelu butów ujawniły się problemy ze słabym materiałem wewnętrznym butów - wyściółką. U mnie jedynie w jednym, bucie zauważyłem niedawno drobne przetarcie, które nie wpływa na użytkowanie butów i jest efektem ich intensywnej eksploatacji. Moja narzeczona pierwszą parę Quechua NH 500 kupiła na początku 2017 roku i oddała na reklamację ze względu na przecieranie się materiału na zapiętkach. Została ona uwzględniona i w nowej parze butów, która otrzymała w zamian nie było już wskazanego problemu - widocznie został wyeliminowany przez producenta.






Pomimo intensywnego użytkowania bieżnik pozostał w poprawnej kondycji. Nie zauważyłem jego ponad standardowego starcia, zaś przyczepność butów do podłoża nie zmieniała się. Jedynie w przedniej części buta zużycie bieżnika było bardziej widoczne niż na podstawowym obszarze podeszwy.





Ze względu na pęknięcie szwa w dniu dzisiejszym zareklamowałem buty w sklepie. Otrzymałem nową parę. W międzyczasie producent z pewnością zaimpregnował skórzane boki butów, do wysokości ok. 3 cm nad stykiem z podeszwą. Zmiana zdecydowanie na plus. Podeszwa również wydaje się trochę twardsza. Za to cenię decathlon i jego podejście do reklamacji. Zobaczymy jak nowa para sprawdzi się w praktyce. 





Podsumowując Quechua NH500 to dobre buty za śmieszna cenę. W kwocie 150 zł wprost nie sposób znaleźć niczego tak trwałego, uniwersalnego i co więcej -  skórzanego. Stosunek ceny do jakości jest nie tylko dobry, ale rewelacyjny. Co prawda osoby poszukujące precyzyjnych butów podejściowych na ambitne przejścia nie będą z nich usatysfakcjonowane, jednak turyści i którzy nie chcą płacić za przejściówki dużych pieniędzy, a chciałyby otrzymać relatywnie dobre, uniwersalne buty "do wszystkiego", będą zadowolone. Ja, dokonując zakupu Quechua NH500 otrzymałem dokładnie to, czego potrzebowałem i tym faktem jestem przede wszystkim usatysfakcjonowany. Jeżeli ktoś kupując buty przejawia motywację zbliżoną do mnie, z czystym sercem polecam te obuwie. 


Konstrukcja – 3/5
Funkcjonalność – 4/5
Wygoda – 4/5
Wykonanie – 5/5
Trwałość/Niezwodność - 5/5

wtorek, 10 lipca 2018

Pośrednia Grań - 2441 m npm - relacja, opis, Wielka Korona Tatr

W czerwcu 2018 roku, na mojej liście pt Wielka Korona Tatr pozostały tylko dwie pozycje - Pośrednia Grań i Sławkowski Szczyt.  

Jeszcze w maju zaplanowałem wolne weekendy tak, aby sprawnie ogarnąć przedsięwzięcie i zamknąć temat. Na pierwszy ogień poszła Pośrednia, którą mimo wszystko chciałem zrobić jakąś ciekawą drogą.

17 czerwca wyjechaliśmy wraz z Januszem i Robertem z Krakowa o 2:30 rano. Było ciepło i pogoda, która od tygodnia zmieniała się jak w kalejdoskopie, wreszcie się ustabilizowała. Zapowiadano słońce rano, zachmurzenie od południa i co najważniejsze brak deszczu. Super.

W drodze z Krakowa na Słowację poruszaliśmy się bardzo sprawnie, by po około dwóch godzinach jazdy  znaleźć się w Starym Smokovcu.  Na parkingu stało już parę samochodów i kilku turystów szykowało się do wyjścia. Po szybkim przepaku ruszyliśmy w stronę Hrebenioka. Było relatywnie ciepło i trochę wietrznie. Droga na wzgórze upłynęła bardzo sprawnie. Dziwiliśmy się, jak to zazwyczaj na Hrebeniok wchodzi się błyskawicznie, zaś zejście trwa wieki. Analogicznie, w mgnieniu oka  wdrapaliśmy się do schroniska Zamkovskego i wyżej w Dolinę Małej Zimnej Wody. Obserwowaliśmy przy tym Zimnowodzką Grań, z której przejścia zrezygnowaliśmy ze względu na brak czasu oraz bujną kosówkę, gęsto zalegającą na podejściu. 






Poszliśmy dalej w kierunku Chaty Tery'ego, do której dotarliśmy po godz 8:00. Nie zatrzymywaliśmy się tutaj, ale po chwilowej kontemplacji Doliny Pięciu Stawów Spiskich ruszyliśmy dalej, w kierunku Lodowej Dolinki. Stamtąd prowadził wyraźny szlak na południe, kierujący się do szerszego, sypkiego żlebu, wyprowadząjego na grań Żółtej Ściany. Dominował łatwy I - kowy teren, który miejscami jednak wymagał koncentracji. Po około pół godziny dotarliśmy na grań. Gdy chłopaki zachwycali się okolicą, ja w kilka minut zdobyłem szczyt Żółtej Ściany, położony nieopodal. Po powrocie, już razem poszliśmy w drugą stronę, za ostrzem grani w kierunku ławki Dubkego. Ten fragment wycieczki bardzo mi się podobał. Grań wyglądała spektakularnie, szczególnie duże wrażenie robiły gładkie płyty Żółtej Ściany, opadające do żlebu Hurnsdorfera. Poza samym ostrzem grani, znalazły się tutaj również odcinki wspinaczkowe, które urozmaiciły wycieczkę. 







Jakże niekorzystnie jednak zmienił się charakter drogi, gdy dotarliśmy już na samą ławkę Dubk'ego. Teren stał się bardzo łatwy, za to sypki i kruchy. Niemal każdy krok powodował osunięcie się o pół kroku. Dopiero po kilkudziesięciu minutach doczłapaliśmy wreszcie na miejsce, tuż poniżej Pośredniej Przełęczy. Tutaj postanowiliśmy chwilę odpocząć, którą ja wykorzystałem na wejście na Małą Pośrednią Przełęcz. Spostrzegłem przy tym, że piękna do tej pory pogoda zaczyna się psuć. W dolinach na południu zbierały się chmury, które powoli zaczęły przemieszczać się do góry, zasłaniając pobliskie szczyty. 




Wróciłem do chłopaków i razem zaczęliśmy maszerować w kierunku żlebu wyprowadzającego na Wyżnią Pośrednią Przełączkę. Robert poszedł pierwszy samą rynną żlebu, ale ze względu na zalegający tam śnieg, nie była to dobra decyzja. Ja również zamierzyłem się w tym kierunku, jednak po chwili odbiłem na prawy filarek tej formacji, który wygodnie wyprowadziła nas wszystkich na przełęcz. W żlebie było bardzo krucho i z tego powodu poruszaliśmy się w niewielkich odstępach. 




Na przełęczy poszliśmy na lewo, bezpośrednio w kierunku kopuły szczytowej Pośredniej Grani, która powoli zachodziła mgłą. Po prawej stronie, patrząc w kierunku wierzchołka, znajdował się charakterystyczny wąski komin. Na lewo od niego prowadziła właściwa droga na szczyt.
My zdecydowaliśmy, że zwiążemy się na sztywno i pójdziemy trudniejszym wariantem, jeszcze bardziej na lewo. 





Założyliśmy szpej, wyciągnęliśmy linę. Zacząłem prowadzenie. Przyznam, że świadomie wspinałem się trudniejszym terenem, żeby chłopaki po drodze się nie nudzili. Skała była lita, warunki bardzo dobre, asekuracja pewna. Dominował teren o trudności II z elementami, które wyceniam na III. Po jakimś czasie problematyczne stało się przesztywnienie liny, tak że stanowisko musiałem założyć po ok. 50 metrach. 
Następnie wybierałem liny chłopakom. Robert szedł pierwszy, za nim Janusz, przy czym asekurowałem ich równocześnie. Chłopakom poszło dość sprawnie i szybko pokonali wyciąg.
Choć do szczytu było ju niedaleko poszliśmy na drugi wyciąg, z którego faktycznie prowadziłem ok. 20 m. Dalej już nie było potrzeby gdyż teren wypłaszczał sie przed szczytem. Około 11:00 stanęliśmy wreszcie na szczycie Pośreniej Grani - 2440 m npm. Byliśmy tam sami, zaś w międzyczasie wierzchołek zasnuł się mgłą.





Dopiero po chwili udało się cokolwiek zobaczyć w dolinach. Chmury zalegały akurat na wysokości około 2400-2500 m npm - taki traf. 
Ze względu na pogodę nie zabawiliśmy na wierzchołku zbyt długo. Rozwiązaliśmy się i zaczęliśmy schodzić. Po około 40 metrach stanęliśmy na progu, gdzie zaczynał się stromy, wąski komin. Założyliśmy zjazd z jednej liny. Okazało się, że wystarczy idealnie. Zjechałem pierwszy, za mą Robert i Janusz. Po chwili spędzonej na przełęczy trzęsłem się już z zimna. Następnie czekało nas pokonanie żlebu prowadzącego na Ławkę Dubkego. Robert i Janusz postanowili zjechać, ja uznałem, że mi zimno i nie kalkuluje się to czasowo. Zacząłem schodzić i wg mnie była to dobra decyzja. Ostrożnie, ale szybko pokonałem żleb, na chłopaków czekałem 20 min. Na Ławce Dubkego.



Po chwili postoju razem ruszyliśmy w dół po bardzo sypkim terenie. Kilkanaście minut później dotarliśmy już do początku grani Żółtej Ściany i płyt opadających do żlebu Hurndorfera. Tam Robert zamontował mailona, a przez niego przełożyliśmy liny 2 x 60 m. Po raz kolejny zjeżdżałem pierwszy poprawiając poplątane sznurki. Zjazd dłużył się i był trochę męczący. Zjechaliśmy na całą długość lin tj 60 metrów.  Niżej już teren stawał się łatwiejszy, choć bardzo kruchy i sypki. Zwolniłem linę i zszedłem poniżej bariery skał, w obawie przed spadającymi kamieniami. Po mnie sprawnie zjechali Robert i Janusz. Ten ostatni ściągnął bez żadnych problemów linę i  razem ruszyliśmy w dół. Szeroki żleb wypełniony był po brzegi małymi i dużymi kamieniami. Droga w dół była tym samym bardzo nieprzyjemna. Należało zachować szczególną uwagę, żeby nie pojechać w dół z całym ruchomym stokiem. Im niżej, tym kamienie zwiększały swój rozmiar, ale nie zamierzały się ustabilizować. Za to przynajmniej pogoda trochę się poprawiła. Gdy w okolicach zjazdu zaczęło mżyć, na dole żlebu trochę się rozpogodziło. Właściwie do samego szlaku turystycznego schodziliśmy niepewnie, powodując większe lub mniejsze lawinki kamienne. Schodziło się naprawdę nieprzyjemnie, w oczekiwaniu jak cały stok wyjedzie spod butów. Dopiero przy ścieżce trafiliśmy na pewny grunt. Tam zrobiliśmy postój na jedzenie. 






Zegarek pokazywał 14:00, gdy ruszyliśmy w dół, mijając duże grupy turystów zmierzające "do" i "z" Chaty Ter'ego. Pogoda nieco się ustabilizowała, tzn. deszcz nie zaczął padać, chociaż chmury nie ustąpiły. Rozpoczęliśmy schodzić wśród turystów idących do Chaty Tery'ego. Jak błyskawicznie pokonaliśmy drogę do schroniska, tak zejście dłużyło się w nieskończoność. Chociaż szliśmy szybko, kilometrów jakoś nie ubywało. Po 16:00 dotarliśmy do Starego Smokovca i udaliśmy się w drogę do Krakowa.

Na liście został jeden szczyt - Sławkovski. Mam nadzieję, że niebawem się z nim przywitam :)