7 czerwca - Tiwanaku
Noc była fatalna. Prawie wcale nie spałem, a od rana czułem się coraz gorzej. Wejście na Illimani, zakończone poprzedniego dnia okupiłem solidnym przeziębieniem, które właśnie zaczynało się rozkręcać. Na szczęście na dziś mogłem trochę odpocząć, bo mieliśmy w planie dzień odpoczynku połączony ze zwiedzaniem pozostałości kultury Tiwanaku – tajemniczej, przedinkaskiej cywilizacji, która rozwijała się na terenach dzisiejszej Boliwii i Peru, po czym nagle zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach.
Do samego miasta Tiwanaku, oddalonego o około 70 km na północny zachód od La Paz, planowaliśmy dostać się transportem publicznym. Busy miały odjeżdżać spod miejskiego cmentarza. Około 10:00 docieramy tam pieszo – ale żadnego transportu nie widać. Miejscowi machają rękami i kierują nas w boczną uliczkę. Faktycznie, jest tam szyld informujący o przejazdach do Tiwanaku, ale na miejscu okazuje się, że cena – 40 BS w dwie strony – obowiązuje tylko przy komplecie siedmiu pasażerów w busku. Nas jest natomiast czterech.
Kręcimy się chwilę po okolicy, licząc na szczęśliwy traf, ale ruch jest minimalny. W końcu proponujemy kierowcy 250 BS za cały bus i kurs w obie strony. Zgadza się bez większych oporów. Czekamy aż zatankuje i wyruszamy. Przez El Alto przebijamy się niemal godzinę, drugą godzinę jedziemy już w stronę Tiwanaku, dokąd docieramy tuż przed południem. Ustalamy z kierowcą, że poczeka na nas maksymalnie cztery godziny.
Kupujemy bilety – po 100 BS od osoby - jak na lokalne standardy cena kosmicznie wysoka. W cenie są cztery otwarte kompleksy archeologiczne, dwa muzea oraz oddalone od głównej części wykopaliska Puma Punku. Zaczynamy od największego obszaru.
Zwiedzamy powoli, przechodząc od jednego punktu do drugiego. Opisy – nawet po angielsku – są bardzo lakoniczne. Widać, że o kulturze Tiwanaku wciąż wiadomo zaskakująco niewiele. Nie do końca znamy funkcje budowli, które podziwiamy. Jedne miejsca robią wrażenie, inne mniej, ale bez wątpienia wyróżniają się dwie słynne bramy: Brama Słońca i Brama Księżyca, z charakterystycznymi geometrycznymi płaskorzeźbami.
Zaglądamy także do podziemnej świątyni schowanej poniżej poziomu gruntu oraz na piramidę Akapana, która z kolei dominuje nad okolicą.
Po zwiedzeniu wszystkich części wracamy do kierowcy – i tu zaczyna się mały teatrzyk. Twierdzi, że będzie czekał z odiazdem, aż zbierze komplet pasażerów, bo „tak się jeździ”. Problem w tym, że my zapłaciliśmy za cały bus. Kierowca po prostu chce sobie dorobić. Kiedy otwarcie protestujemy, odpuszcza i jedziemy sami do La Paz.
Szczegóły tej wymiany zdań przemilczę – dość powiedzieć, że potrafimy być stanowczy.
W drodze powrotnej moje przeziębienie zaczyna przyspieszać. Męczy mnie gorączka. Wieczorem, analizując prognozy, dochodzimy do wniosku, że z Sajamą nie ma się co spieszyć – codziennie zapowiadają dobrą pogodę, ale równocześnie prognozują wiatr 70–80 km/h. To wartości, przy których wchodzić na najwyższy szczyt Boliwii po prostu nie ma sensu.
W końcu decydujemy: przeczekamy złą pogodę i pojedziemy na kilka dni na boliwijską pampę. Do Potosí i Salar de Uyuni i tak nie dojedziemy – według opinii miejscowych blokady sparaliżowały drogi.
8 czerwca - Valle de las Animas
Rano kupujemy trzydniową wycieczkę na Pampę – 1250 BS od osoby. Wyjazd ma być o 18:00, więc postanawiamy wykorzystać dzień i odwiedzić Valle de las Ánimas – dolinę fantazyjnych form skalnych, wyrzeźbionych przez wodę w osadach erozyjnych.
W agencji schodzi nam dłużej, niż planowaliśmy, ale sama droga do doliny okazuje się dużo prostsza niż ta do Valle de la Luna. Wystarczy złapać minibus z Plaza de San Francisco do Ovejuyo, miejscowości położonej około 10 km na południowy wschód od La Paz. Podróż zajmuje około godzinę.
Wysiadamy, kierujemy się na wschód i po chwili ukazują się nam postrzępione, pionowe skały przypominające zastygłe organy albo iglice. Dolina zaczyna się na wysokości ok. 3750 m i ciągnie przez 3,5 km aż do 4250 m npm. Najlepiej zrobić pętlę i wrócić równoległą doliną biegnącą wzdłuż rzeki Ovejuyo. To około 7 km i 500 metrów przewyższenia w wymagającym terenie – ścieżki są tylko miejscami, nie ma żadnego oznakowania.
Widoki jednak wynagradzają wszystko – jest dziko, surowo, a formy skalne wyglądają jak z innej planety. Idziemy równym tempem i całość przechodzimy w 2,5 godziny. Dla mnie było to zdecydowanie za szybko – gorączka wciąż mnie trzymała, a ibuprofen już dawno przestał działać jak powinien.
W międzyczasie agencja informuje nas, że autobus jednak nie odjeżdża o 18:00, tylko o 16:30. Na dotarcie nie mamy szans, ale próbujemy – dosłownie galopujemy po dolinie, potem kombinujemy z transportem do La Paz, zerkając nerwowo na zegarki.
O 16:23 jesteśmy na miejscu. Autobusu nie ma. Pozostaje rozmowa z właścicielem agencji, który oczywiście „nic o zmianach nie wiedział”. Po ostrej wymianie zdań udaje się wywalczyć miejsca w późniejszym autobusie – klasy gorszej, za 60 BS – odjeżdżającym o 17:30 w kierunku Rurrenabaque. Sytuacja nie jest komfortowa, ale przynajmniej jedziemy.
Przed nami 15 godzin podróży przez 500 km drogi na północ – w kierunku lasu równikowego. Autobus jedzie po dzirach, jakby zsostał pozbawiony zawieszenia. Każdą dziurę, każdą muldę, każde wybojenie czuć w kręgosłupie. To bez wątpienia najgorsza podróż autobusowa w moim życiu.
9 czerwca - Rurrenabaque
Do Rurrenabaque docieramy o 9:00 rano. Pada. Niebo jest ciężkie, powietrze mokre. Zupełnie inny świat niż surowe, suche Altiplano. Dzień wcześniej było tu 27°C, dziś siedem stopni mniej.
Dworzec znajduje się za miastem. Dzwonimy do agencji. Po pół godzinie przyjeżdżają po nas dwa tuk-tuki. Kierowcy domagają się zapłaty, choć transfer miał być w cenie – odmawiamy.
W centrum organizacja transportu trwa dłużej, niż powinna. Do naszej grupy dołącza para Szkotów i para Peruwiańczyków. W końcu ruszamy autem do Santa Rosa, około 100 km na północny wschód. Droga jest zaskakująco dobra – wygląda na świeżą inwestycję, choć według opisu wycieczki mieliśmy jechać samochodem 4x4 po wertepach. Po drodze zatrzymujemy się dwa razy – najpierw przy leniwcu wiszącym na drzewie, potem przy stadzie kapibar pasących się na mokrej łące.
W Santa Rosa asfalt się kończy. Zaczyna się „prawdziwa” Boliwia – błoto zamiast ulic, domy kryte palmowymi liśćmi, psy kręcące się między kurami. Zatrzymujemy się na obiad, a potem jedziemy jeszcze gorszą drogą w stronę parku Pampas del Yacuma. Tam płacimy 200 BS za wstęp – jak na lokalne warunki to astronomiczna cena.
Wreszcie docieramy do przystani. Po godzinie zjawia się nasz przewodnik i zaprasza na łódkę – wąską na 1,2 m, długą na około 10 m, napędzaną prostym silnikiem. Wsiadamy i ruszamy rzeką Yacuma – jednym z dalszych dopływów Amazonki.
Nad brzegami rosną gęste zarośla – krzewy namorzynowe i duże drzewa. W wodzie szybko pojawia się delfin – znika i wynurza się co kilka sekund, wywołując podekscytowanie. Rzeka ma 15–20 metrów szerokości, pełna jest zakrętów i meandrów. Przewodnik zna każdy z nich.
Płyniemy około dwóch godzin – nawet mimo mżawki jest to fascynujące doświadczenie. Mijamy liczne ptaki, a co jakiś czas podpływamy pod korony drzew, po których biegają małpy. Najzuchwalsze z nich wskakują na łódkę, jakby liczyły na poczęstunek.
Pod wieczór dopływamy do przystani Sunset Tours – naszego noclegu. To kilka drewnianych domków połączonych pomostami, zawieszonych metr nad ziemią. Okna mają tylko moskitiery. Każde łóżko ma moskitierę – i dobrze, bo wieczorem komary dają o sobie znać, choć nie jest ich dramatycznie dużo.
10 czerwca - Pampa
Rano pogoda jest lepsza – ciepło, ale nie upalnie, bez deszczu. Po śniadaniu ruszamy łódką w stronę rozlewisk, gdzie przewodnik chce poszukać anakond. Brodzimy wśród zarośli ponad godzinę, ale żadnego węża nie widzimy. Szczerze mówiąc – nikt za nimi nie tęskni. Wszyscy chętnie wracają.
Po drodze udaje się wypatrzyć małego kajmana leżącego tuż przy brzegu – nieruchomego jak rzeźba.
O 15:00 ruszamy na łowienie piranii. Każdy dostaje prosty zestaw – żyłka nawinięta na drewniany kołek, haczyk i kawałki mięsa jako przynęta. Ryb w rzece nie brakuje – mięso znika natychmiast. Uczę się czuć szarpnięcia, walczyć o równowagę i wreszcie… udaje się. Łapię trzy ryby, w tym dwie piranie. Daje to sporo satysfakcji.
Im bliżej zmroku, tym żerowanie ryb słabnie. Łowimy w sumie kilkanaście sztuk. Wracamy po ciemku – z czołówkami w dłoniach, bo jeśli założyć je na głowę, chmara owadów wali w twarz.
Na wodzie szukamy odbić oczu zwierząt – najcenniejsze są pomarańczowo-czerwone oczy kajmanów. Kilka udaje się wypatrzyć – jeden z nich siedzi w zaroślach dokładnie naprzeciwko naszej przystani.
Na kolację pojawiają się piranie złowione przez nas. Są smaczne, choć mięsa mają niewiele. Raczej ciekawostka niż posiłek.
11 czerwca - delfiny
Przed 6:00 rano znów pada, więc o obserwowaniu wschodu słońca możemy zapomnieć. Wstajemy jak zwykle około 7:30, jemy szybkie śniadanie i schodzimy do łodzi. Płyniemy kilka kilometrów rzeką Yacumą, aż docieramy do jej starorzecza – równoległego odcinka, gdzie woda jest wyraźnie czystsza i spokojniejsza. Przewodnik pozwala chętnym popływać; wygląda na to, że piranii tutaj nie ma. Wskakują Janusz, Marcin W. i Marcin K. – ja odpuszczam. Po pół godzinie ruszamy dalej w poszukiwaniu różowych delfinów. Udaje się je wypatrzyć i przez kilka minut obserwujemy ich zabawy z bezpiecznej odległości.
Jeszcze chwilę krążymy po kanałach, podziwiając ptaki i małpy, po czym około południa wracamy na obiad do przystani. Po jedzeniu pakujemy się do samochodu i ruszamy w drogę powrotną do Santa Rosy – trzy godziny jazdy przez bezkresną, zieloną nizinę.
Santa Rosa to biedna mieścina żyjąca głównie z turystyki. Małe, zaniedbane domy, brak asfaltu, pustka. Rurrenabaque, choć wyraźnie większe i nieco bogatsze, też nie zachwyca – brak mu miejskiego centrum, a nad rzeką widać przede wszystkim śmieci i zaniedbany brzeg. W głównej części miasteczka działa kilka restauracji i kawiarni pod turystów, ale wystarczy odejść kilkaset metrów, by zobaczyć prawdziwą Boliwię: biedniejszą, bardziej chaotyczną, bardziej surową.
Do autobusu mamy trzy godziny, więc idziemy pieszo na dworzec – około 4 km od centrum. Po drodze obserwujemy, jak zabudowa stopniowo przechodzi od skromnej do jeszcze skromniejszej, a w tle rosną tropikalne, soczyście zielone wzgórza. Na dworcu spotykamy trójkę Polaków, w tym dwóch, których widzieliśmy już wcześniej – w drodze do Copacabany. Rozmawiamy chwilę, jemy tanią kolację w lokalnej knajpie i po zmroku pakujemy się do autobusu.
Tym razem trafia się prawdziwy luksus – wielkie, wygodne fotele (trzy w rzędzie), miękkie zawieszenie, komfort nieporównywalny z poprzednią podróżą. Teraz już wiemy: wszystko zależy od konkretnego autobusu.
Przez ostatnie dni regularnie sprawdzaliśmy pogodę w okolicach Sajamy. Niestety – prognozy były brutalne: przez najbliższe 10 dni silny wiatr. Jedyną nadzieją było niewielkie okno pogodowe w okolicach najbliższej niedzieli – kilka do kilkunastu godzin spokojniejszego wiatru, około 25 km/h. Postanawiamy spróbować wstrzelić się właśnie w ten moment.
12 czerwca - La Paz - logistyka
Do La Paz docieramy około 7:00 rano. Zderzenie z zimnem po tropikalnym Rurrenabaque jest drastyczne – trzęsiemy się i jak najszybciej chcemy dotrzeć do hostelu.
Prognozy na Sajamę są trudne. Wstępny plan zakłada: wyjazd następnego dnia - w sobotę, dojście do bazy na 4800 m n.p.m., a stamtąd atak szczytowy w niedzielnym okienku pogodowym. Jest to ryzykowne, bo w sobotę wiatr ma dochodzić do 80 km/h – zbyt dużo, by wyjść wyżej, do obozu na 5600 m. Z drugiej strony, jeśli ruszylibyśmy tam dopiero w niedzielę rano, nie zdążylibyśmy wejść na szczyt przed nadejściem kolejnego załamania pogody w poniedziałek.
Skoro dzień przed wyjazdem jest wolny, decydujemy się wykorzystać go maksymalnie: jedziemy na słynną Drogę Śmierci – Camino de la Muerte.
Standardowe ceny jednodniowych wycieczek to 350–400 BOB za rower z przednim amortyzatorem i 450–500 BOB za pełne zawieszenie. My bierzemy tańszą opcję i przy czterech osobach udaje się zejść do 300 BOB. W pakiecie dostajemy rowery, kurtki, spodnie, ochraniacze i kask full-face. Umówieni jesteśmy na 7:30 następnego dnia.
Tego samego dnia szukamy również transportu pod Sajamę. Opcje są dwie:
- Publiczny autobus do Ariki w Chile (130 BOB) – wysiadka przy głównej drodze, potem jeszcze organizacja transportu do wioski Sajama (7 km), a potem dalej, w kierunku bazy.
- Prywatny transport z agencji turystycznej – najkorzystniejsza oferta to 950 BOB w jedną stronę albo 1800 BOB w dwie.
Decydujemy się na wyjazd z agencją w jedną stronę i ustalamy wyjazd na 14 czerwca rano. Tylko jedna rzecz nas niepokoi: inne agencje wspominały o protestach i możliwych blokadach dróg. Nasza – ani słowa. Wygląda to podejrzanie, ale trudno, ryzykujemy.
13 czerwca – Camino de la Muerte
O 7:30 bus zabiera nas spod hostelu. Po drodze zbieramy jeszcze cztery osoby z La Paz. Cała trasa wyjazdu z miasta zajmuje prawie dwie godziny – klasyka gatunku.
Jedziemy tą samą drogą, którą kilka dni wcześniej ruszyliśmy do Rurrenabaque, ale teraz – w dzień – po raz pierwszy widzimy jej pełną urodę. Pogoda jest idealna.
Na wysokości 4700 m n.p.m. zatrzymujemy się i dołącza do nas drugi bus z grupą Francuzów. Razem mamy tworzyć jedną ekipę. Rozdajemy ubrania, kaski, ochraniacze, kto chce – okulary. Sytuacja ubraniowa jest zagadkowa: tu zimno, na dole tropik. Ostatecznie zakładamy cienkie warstwy pod kurtkę.
Rowery… no cóż. Chłopaki dostają przyzwoite, ja trafiam na złom: hamulce ok, ale przerzutki nie działają, a koło jest scentrowane. Kierownica drży jak oszalała. Po krótkiej odprawie ruszamy. Najpierw pół godziny zjazdu asfaltem, około 1000 m w dół. Trzeba uważać na samochody – nikt tu nie przestrzega przepisów, zakręt goni zakręt. Na dole czeka mnie „niespodzianka”: pedał po naciśnięciu w ogóle nie stawia oporu. Dostaję rower zastępczy na terenowy odcinek.
Kolejny etap zaczyna się na około 3100 m n.p.m. – tutaj zaczyna się prawdziwa Droga Śmierci. Wąska, brązowa nitka wykuta w zielonych zboczach gór, często zasłonięta przelatującymi chmurami. To robi wrażenie.
Nawierzchnia jest trudna: kamienie, uskoki, nierówności, fragmenty skalne. Trzeba mocno trzymać kierownicę – rower podskakuje jak piłka. Ale krajobraz wszystko rekompensuje. To jeden z tych zjazdów, gdzie jedzie się głównie po to, by patrzeć.
Po drodze zatrzymujemy się dwa razy: po dwóch godzinach i po kolejnej godzinie, kilkaset metrów przed końcem.
Zjazd kończymy na około 1200 m n.p.m. – tropikalne ciepło uderza natychmiast. Szybko zrzucamy rowerowe ubrania.
Bus zawozi nas do Coroico na obiad. Potem mamy godzinę wolnego – prysznic i basen robią robotę. O 16:30 ruszamy z powrotem w stronę La Paz. Im wyżej, tym gorzej z pogodą. Powyżej 3000 m zaczyna padać, a deszcz nie odpuszcza aż do przejechania grzbietu Cordillery.
W nocy docieramy do miasta. Pakujemy plecaki, jutro wyjazd pod Sajamę.
14 czerwca - Sajama base camp
O 9:00 spotykamy się z kierowcą, który ma nas zabrać pod Sajamę – najwyższy wulkan Boliwii, 6542 m n.p.m. Trasa liczy około 280 km: najpierw główną drogą do Oruro, potem w Patacamaya odbijamy na południe.
Za transport płacimy 950 BOB. Okazuje się jednak, że jedzie z nami także Chińczyk, który kupił wyjazd na Sajamę w innej agencji. Zaczyna się robić ciekawie.
Do momentu skrętu jest spokojnie… aż nagle, kilka kilometrów przed Sajamą, kierowca zamiast jechać dobrą drogą, odbija na północ, w stronę fatalnego szutru. Wygląda to dziwnie. Sprawdzamy mapę – jedziemy okrężną trasą, od zachodu, przez bezsensowny objazd.
Im dalej, tym bardziej zastanawiamy się, czy kierowca wie, dokąd jedzie. Problem: nie mówi po hiszpańsku.
Po godzinie szutru docieramy do Tomarapi – wioski z uroczym, maleńkim kościółkiem, wyglądającej jakby była częściowo opuszczona. Robimy krótką przerwę.
Dalej droga się poprawia i docieramy do Sajamy. Czeka nas tam kobieta oferująca noclegi – 50 BOB od osoby. Pokoje zimne jak lodówki, ale podobno pod prysznicem jest ciepła woda. Nocować mamy dopiero po zejściu, ale zgadzamy się zostawić tu depozyt.
Chińczyk zaczyna się orientować, że coś jest nie tak – jego agencja twierdziła, że śpi w Base Camp. Jest zdezorientowany, ale zostaje.
Kierowca próbuje… pozbyć się nas wszystkich. Tłumaczy, że tutaj jest koniec trasy. Ale my nie odpuszczamy – zgodnie z umową miał dowieźć nas do Base Camp. Po kilku minutach dyskusji jedziemy dalej.
Kilka kilometrów później skręcamy w drogę prowadzącą pod wulkan. Ta staje się coraz bardziej nieprzejezdna, aż w końcu – na około 4400 m n.p.m. – praktycznie znika. Kierowca zatrzymuje auto i oznajmia, że dalej nie pojedzie. Wysiadamy. Do Base camp mamy jeszcze kilka kilometrów marszu, a jest już po godz 15:00.
Ścieżka do bazy jest widoczna i wyraźna. Idzie się dobrze, chociaż jak to w obszarze wulkanicznym - nawierzchnia to pył poprzeplatany luźnymi kamieniami. Zgodnie z zapowiedziami wieje i to bardzo zimny wiatr. Pomimo, że świeci słońce i jesteśmy ciepło ubrani, to jest nam chłodno. Podejście jest relatywnie płaskie i systematycznie zdobywa się wysokość. Po drodze do bazy mijamy jedynie jedną osobę- boliwijskiego pasterza ze stadem owiec. Przed zapadnięciem zmierzchu docieramy do bazy i jak najszybciej rozkładamy namioty. Na miejscu nie ma nikogo poza nami, ale znajdujemy tutaj źródełko z bardzo czystą wodą bijącą wprost spod ziemi. Baza położona jest na brzegu ogromnej polany wyglądającej jak pozostałość po zbiorniku wodnym. Jest tutaj ogromna ilość miejsca pod namioty, ale, jako że możemy wybrzydzać, wybieramy naszym zdaniem te najlepsze.
Wieczorem po rozbiciu namiotów zaszywamy się w ich czeluściach i przygotowujemy na nocne wyjście. Wiatr nie odpuszcza. Księżyc pięknie oświetla wulkan, ale to chyba ostatnia z dobrych wiadomości.
15 czerwca - Sajama - próba ataku szczytowego
Po północy wiatr rzeczywiście trochę cichnie. Niedługo potem budzimy się, pakujemy i wychodzimy z namiotów w noc. Pomimo słabego wiatru jest bardzo zimno, przypuszczam, że ok -7 stopni Celsjusza. Woda poza termosami zamarzła na kość.
Księżyc co prawda oświetla drogę, ale ta nie jest oczywista. Idę prawidłowo tylko dzięki szlakowi widocznemu na mapie w telefonie. Linia, jaką się poruszamy nieraz ginie w piaskowej pustyni. Po minięciu terenu Base Campu i wyschniętego koryta okresowej rzeki, która kiedyś spływała z lodowca, kierujemy się na północ, trawersem pokonując stoki Sajamy, aż dotrzemy do zachodniego grzbietu masywu. Początkowo idzie się bardzo dobrze i szybko. Im wyżej, tym kroki stają się trudniejsze i bardziej mozolne. Wokoło również robi się coraz chłodniej. Mimo ciepłego ubrania czuję, że mróz na zewnątrz staje się coraz bardziej dokuczliwy. Moja forma pozostawia też wiele do życzenia. Być może to kwestia przebytego niedawno przeziębienia, może aklimatyzacja jeszcze nie jest wystarczająca, trudno to stwierdzić. W efekcie czuję się dość słabo, co biorąc pod uwagę poprzednie wyjścia - bardzo mnie dziwi. Po wejściu na północno-zachodnią grań masywu Sajamy zmieniamy kierunek marszu i kierujemy się bardziej na wschód - prosto w ,kierunku kopuły szczytowej. Teren natomiast robi się coraz bardziej stromy i zarazem sypki. Gubimy również drogę, pomimo tego, że ta powinna być pod naszymi stopami. Dochodzimy na wysokość ok 5300, ale dostrzegamy, że jest bardzo zimno, a nasze tempo pozostawia wiele do życzenia. Szybka kalkulacja mówi, że na szczyt raczej nie mamy szans wejscia, w takich warunkach i z takim tempem. Do tego brak jasnej dogi to już gwóźdź do trumny tego wyjścia. Po rozważeniu za i przeciw proponuję zejście, a chłopaki mniej lub bardziej jednogłośnie się ze mną zgadzają. Nie jest to wymarzona decyzja, gdyż nie po to walczyliśmy w drodze do góry, ale widzimy, że nic tutaj nie ugramy. Przy tym krótkie okno pogodowe nie pozostawia złudzeń. Schodzimy. Wolno, krok za krokiem, zupełnie bez entuzjazmu. Łapiemy naszą zaginioną drogę, ale zbytnio się do niej nie przywiązujemy. Tak, że podczas zejścia schodzimy zupełnie w inną dolinę i musimy trawersować skalne rumowiska, tak aby z powrotem dojść do namiotów.
Po tych dodatkowych przygodach, do namiotów zwalamy się ok 4:00 rano, a z racji zmęczenia, na pozostałą jeszcze część nocy kładziemy się spać. Wraz z nastaniem świtu, jak w zegarku, wraca wiatr. Okno pogodowe, na które tak bardzo czekaliśmy ostatnie dziesięć dni, kończy się.
Gdy słońce przynosi trochę ciepła do obozu zaczynamy pakowanie. Wraz z nadejściem świtu wraca też wiatr, który wychładza w oka mgnieniu. Czym prędzej pakujemy namioty i ruszamy na dół.
Po drodze mija nas poważniejsza ekipa Hiszpanów, kierujących się w górę. Wyglądają na dobrze przygotowanych, z miejscowymi tragarzami i kombinezonami puchowymi. Na pewno im się one przydadzą.
My tymczasem kierujemy się z powrotem, piaszczystą ścieżką w kierunku miejscowości. Droga dłuży się, a przejście skądinąd 6 kilometrów zajmuje nam sporo czasu. Najpierw schodzimy do drogi głównej, następnie do miejscowości Sajama. Sama miejscowość wygląda jak wymarła - po okolicy prawie nikt się nie kręci. udaje nam się znaleźć jednak jakiś bar i zamówić obiad.
Kombinujemy, jakby tutaj jeszcze zaatakować górę, która wznosi się nad nami, ale w głębi zdajemy sobie sprawę, że prognozy nie rokują i raczej powrót pod szczyt nie będzie racjonalny. Po przemyśleniu wszystkich za i przeciw decydujemy się odpuścić ta górę.
Po obiedzie wracamy na nocleg, który zamówiliśmy jeszcze przed wyjściem na górę w dniu poprzednim. To dwa pomieszczenia z dwoma łóżkami, z widokiem na rozległy stepowy krajobraz wulkaniczny. Ogrzewania brak - wewnątrz jest zimno, tak, ze trzeba wejść w śpiwór puchowy aby komfortowo funkcjonować. Na szczęście jest ciepła woda pod prysznicem, ale żeby z niego skorzystać, trzeba przejść do przybudówki w innym budynku.
Na noclegu spotykamy Chińczyka, który został tutaj wczoraj wieczorem. Mówi, że poszedł sam do base camp, aby spotkać przewodnika, ale miejsce było puste i agencja, nie zapewniła mu żadnej aprowizacji, aby umożliwić wejście na górę, więc wrócił do miejscowości. Uderza nas, że chłopak bez emocji opisuje stan faktyczny, który na pewno nie jest mu obojętny. Chyba musiał przywyknąć do poczucia, że z miejscowymi sprawy mogą potoczyć się inaczej niż jest to ustalone i nie ma co się przejmować z tego powodu.
Po południu wykorzystujemy jeszcze resztki słońca, aby pospacerować po okolicy.
Wracając kupujemy bilety autobusowe do miasta Patacamaya, aby spróbować dostać się na południe kraju, w okolice pustyni solnej Salar de Uyuni. Pomimo, iż według doniesień medialnych drogi do tego miasta miały być zamknięte, to postanawiamy spróbować się tam dostać, gdyż to wygląda nam na najlepszą opcję zagospodarowania pozostałych dni wyjazdu.
W miejscowości Sajama nie ma nic lepszego do robienie niż po prostu iść spać. Tak tez robimy.
16 czerwca - Uyuni
Z Sajamy wyjeżdżamy jeszcze przed świtem. Jest piekielnie zimno, więc ubieramy na siebie wszystko co mamy pod ręką. Miejscowi również zdają sobie z tego sprawę, gdyż na wyposażaniu busa, którym mamy podróżować są koce, których ochoczo wszyscy używają. Tak w ogóle to mam wrażenie, że miejscowi zawinięci są w kilka koców, które ściągają dopiero, gdy robi się cieplej.
Pierwszym naszym postojem jest miasto Patacamaya, które leży przy trasie Las Paz - Oruro - Uyuni. Mamy więc nadzieję, że z tego miejsca łatwiej będzie nam dostać się na południe, bez konieczności ponownego odwiedzania stolicy Altiplano. Nie myliliśmy się, gdyż już po chwili od opuszczenia busa, przejmują nas miejscowi i kilka minut później mamy zamówiony transport do Oruro, który wyruszy, gdy tylko zbiorą się pasażerowie.
Do Oruro przed południem. Miasto nie zachęca do głębszej eksploracji. Pomimo, że jest sporych rozmiarów, to wokoło nic nie przyciąga naszej uwagi. No może poza tym, że jest odczuwalnie chłopdniej niż w La Paz i bardziej czuć boliwijską zimę. Działa to trochę na przekór logice Europejczyka - im dalej na południe - tym chłodniej.
W Oruro musimy z bagażami przemieścić się kilka kilometrów na dworzec autobusowy, gdzie kupujemy już bezpośrednie bilety do Uyuni.
Do miasta słynącego z kolei i największej pustyni solnej na świecie docieramy po kilku godzinach jazdy, przed wieczorem. Na dworcu autobusowym od razu jesteśmy zaczepiani przez osoby, które chcą nam sprzedać wycieczki po okolicy. Jest to tutaj chyba najlepsza usługa, jaką można zaoferować Europejczykowi. Dobrze trafili, bo my właśnie tego szukamy. W La Paz 3 dniowa wycieczka na pustynię kosztuje ok 1200 BS, tutaj niewiele ponad 50% tej ceny. Nas interesuje natomiast wycieczka dwu dniowa, gdyż na dłuższą nie mamy już czasu. Kobieta, która zamiera sprzedać nam usługi swojego biura oferuje wybór pomiędzy kilkoma opcjami. Ostatecznie, targując się, zbijamy cenę do 550 BS za wycieczkę dwudniową, z dwoma noclegami. Na pewno chcemy zobaczyć pustynię, a w pozostałej części zdajemy się na propozycje Pani z biura turystycznego.
Gdy nocleg mamy już zapewniony wychodzimy jeszcze do centrum aby pospacerować po Uyuni. Miasto wygląda dość ciekawie. Wszędzie wokoło widać symbolikę nawiązującą do dwóch najpopularniejszych motywów w okolicy - soli i kolei. Po mieście kręci się również sporo turystów. Tutaj widać też dużo bardziej niż w La Paz, że znajdujemy się w okresie zimowym - pomimo bezchmurnego nieba na zewnątrz jest lodowato - chodzimy ubrani w puchówki. Centrum Uyuni wygląda przyzwoicie - czyste ulice, chodniki, restauracje, nocne życie mieszkańców. Kilka przecznic dalej okolica sprawia już wrażenie sporo biedniejszej.
Wieczorem wracamy do hotelu przy dworcu PKS i delektujemy się rzadkością w tym kraju - ogrzewanymi pokojami.
17 czerwca 2025 roku - Salar de Uyuni
Wstajemy dość wcześnie - przed 8:00 rano. Ogarniamy się szybko, idziemy na skromne śniadanie i spacer po mieście. Kierowca przyjeżdża dopiero po 10:00. Na początku jedziemy niedaleko, tuż za miasto, by zwiedzić cmentarzysko starych lokomotyw.
Chyba wszystkie wycieczki po okolicy zaczynają tutaj swój bieg, gdyż na miejscu znajdujemy już sporo zaparkowanych samochodów terenowych, a co kilka minut przyjeżdżają nowe. Dominują duże pojazdy 4x4 typu Toyota Land Cruiser, w różnym stanie technicznym. Ten, w którym my siedzimy jest raczej w gorszej kondycji i lata świetności ma już za sobą. Samo cmentarzysko lokomotyw jest na pewno interesujące samo w sobie - nieczęsto widuje się tyle stali w jednym miejscu. Duża część pociągów jest już pociętych przez złomiarzy, z wielu pociągów pozostał już tylko szkielet, a najlepsze blachy dawno zyskały nowy użytek. Tym jednak nawet więcej w nich uroku.
Na miejscu robimy kilka zdjęć i jedziemy dalej. W innej części miasta Uyuni pakujemy do samochodu gumowce, a następnie wyjeżdżamy z zabudowań w kierunku pustyni. Na początku zatrzymujemy się w miejscowości Colchani. Nie ma tam nic ciekawego poza bazarami i ozdobami. Orientujemy się, że to tradycyjna wioska, gdzie miejscowi trudnią się wydobyciem i przetwórstwem soli, której dookoła jest w bród. Niestety nie dowiadujemy się wiele więcej, gdyż nasz przewodnik po angielsku potrafi powiedzieć jedynie kilka słów. W okolicach solnej wioski jemy obiad, a po nim wreszcie udajemy się na samą pustynię.
Trzeba przyznać, że Salar de Uyuni naprawdę robi piorunujące wrażenie. Po przejechaniu około kilkunastu kilometrów wjeżdżamy na teren pustyni solnej. Okolica jest biała jak śnieg, a nawierzchnia płaska jak stół. Wytyczonu tutaj kilka "dróg", ale samochody terenowe śmiało mogą jeździć gdzie im się podoba. Poza zagłębieniami, w których może gromadzić się woda, teren jest twardy, stabilny i bezpieczny. Na początku poruszamy się po "suchej" części pustyni. Nasz kierowca robi nam zabawne zdjęcia bawiąc się perspektywą, która na tej pustyni potrafi płatać figle. Akurat w tym zakresie miejscowy jest dobrze wyszkolony i robi nam ciekawe zdjęcia, których sami sobie zapewne nie potrafilibyśmy zrobić. Po serii fotografii odwiedzamy teren solnego labiryntu zlokalizowanego w centralnej części pustyni. Trzeba zapłacić za niego bodajże 50 BS, ale atrakcja jest ciekawa. Labirynt naprawdę jest niebanalny i trochę trzeba się nachodzić, aby znaleźć wyjście. Za nim zaś znajdują się solne rzeźby, które wyglądają dość ciekawie i fotogenicznie. Warte aby zawiesić na nich oko na dłużej.
Po zwiedzeniu labiryntu jedziemy do centralnej części pustyni. Zatrzymujemy się przy pomniku DAKAR BOLWIA, postawionego na pamiątkę odbywającego się tutaj rajdu terenowego. Nieopodal posadowiono natomiast budynek który obecnie pełni funkcję skalnego hotelu i restauracji. Może nie jest tutaj przytulnie, ale na pewno nocleg na solnej pustyni jest atrakcją samą w sobie.
Późnym popołudniem jedziemy na "mokrą" część jeziora i drugą sesję a la lustro. Nasz kierowca stara się mocno, aby zrobić nam wymarzone zdjęcia i filmy, o które nie prosiliśmy, ale które chyba fajnie będzie mieć na pamiątkę. Mamy film z choreografią, zdjęcia w różnych dziwnych pozach i konfiguracjach. Początkowo patrzymy na to trochę z przymrużeniem oka, ale biorąc pod uwagę, że ma to być element ceny wycieczki, więc nie warto stawiać oporu.
Ostatnią atrakcją na pustyni jest wieczorny szampan przy zachodzie słońca. Kierowca z bagażnika wyciąga wszystkie niezbędne do tego atrybuty i możemy działać dalej. Po zachodzie słońca jedziemy na nocleg - kierowca odstawia nas w znanej już wiosce Colchani, gdzie wg planu mamy nocować w solnym hotelu. Hotel to zwykły budynek, tyle, że ściany pokojów od wewnątrz faktycznie wyłożone są blokami solnymi. Tak samo jak łóżka, których konstrukcja zrobiona jest z solnych bloków. Największymi jednak udogodnieniami tutaj, z których jesteśmy najbardziej zadowoleni są ciepłe nawiewy, których używamy do ogrzania pomieszczeń. Po paru chwilach temperatura w pokojach robi się naprawdę przyjemna - miła odmiana do marznięcia na zewnątrz.
W ramach anegdoty napiszę, że warto wiedzieć, że na solnej pustyni jest po prostu zimno. Piękna pogoda i ładne kolory sprawiają złudne wrażenie ciepła i wysokiej temperatury. Prawda jednak jest zgoła inna - temperatura jest niska, a wiatr przenika ciało do kości. Na pustyni towarzyszą nam kurtki puchowe - już zdążyliśmy się do nich przyzwyczaić
18 czerwca 2025 roku - Okolice Uyuni
Drugi dzień wycieczki na Uyuni jeszcze bardziej nas zaskakuje. Przyjeżdża po nas inny kierowca niż w dniu poprzednim, chyba jeszcze bardziej rozpadającym się samochodem, który jeszcze mniej mówi po angielsku. Gdy wyjeżdżamy w zupełnie innym kierunku niż poprzednio, jakoś udaje się z nim skomunikować. Dowiadujemy się, że na pustynię już nie wracamy, co bardzo nas zaskakuje, gdyż liczyliśmy, że spędzimy tam jeszcze kolejny dzień. Jak widać jednak w sumie jednodniowa wycieczka na Salar de Uyuni wyczerpuje wszystkie, a na pewno większość lokalnych atrakcji. Jeżeli ktoś zastanawia się, czy na tutejszą pustynię solną warto przyjechać na jeden czy dwa dni, to powiem, że warto, a jeden dzień wystarczy, żeby w skrócie zobaczyć to, co najważniejsze. I mieć dobre wspomnienia :)
Tym razem jednak oddalamy się od pustyni. Kierowca wiezie nas w zupełnie innym kierunku niż dnia poprzedniego - w kierunku miasta Potosi. Początkowo jedziemy przyzwoita drogą krajową, by po kilkunastu kilometrach skręcić na zachód, na prowincję, w drogi szutrowe, które będą nam towarzyszyć aż do wieczora. Po drodze zatrzymujemy się przy wulkanicznych formacjach skalnych, które nie wzbudzają w nas jakiegoś większego zachwytu po prawie trzech tygodniach pobytu w tym kraju.
Około południa dojeżdżamy do miasteczka Tomave, które znajduje się dosłownie "in the middle of nowhere" jak tylko można to sobie dosłownie wyobrazić. Miasto w środku pustkowia, na wysokości prawie 4000 m npm. W centrum miejscowości położona jest największa atrakcja okolicy - kolonialny kościół z XVI wieku, który naprawdę robi wrażenie. Po jego odwiedzeniu jemy w miejscowości obiad, a następnie kierujemy się dalej w dzicz. Na krótki postój zatrzymujemy się nieopodal jeziora, gdzie oglądamy strachliwe flamingi, a następnie jedziemy dalej, co naszego celu, którym są gorące źródła i sauna.
Gdy dojeżdżamy na miejsce jest zimno, tak, że nie chce nam się wychodzić z samochodu. Po krótkim zastanowieniu orientujemy się, że jednak skoro jechaliśmy tutaj pół dnia, to nie wypadałoby nie skorzystać. Atrakcja kosztuje grosze, jest całkiem przyjemna i to nie byle co, bo sauna na wysokości ponad 4200 m n.p.m. to już porządny trening.
Nie spieszymy się, tak, że dopiero kierowca wyciąga nas do samochodu, tłumacząc iż musimy już wracać, aby zdążyć na autobus do La Paz. W drodze powrotnej odwiedzamy jeszcze jedno jezioro z flamingami i zatrzymujemy się na punkcie widokowym podziwiając spektakularny zachód słońca nad Uyuni.
Wieczorem o 21:00 mamy autobus do Uyuni, który jest bardzo wygodny i ciepły. Trasa przebiega sprawnie i przyjemnie. Przed nami ostatni dzień w Boliwii i lot do Pragi.
19 czerwca 2025 roku - La Paz i powrót
Do La Paz docieramy skoro świt, a właściwie jeszcze w nocy, bo około 5:00 rano. Na szczęście w naszym hostelu "Wake up hostel" ktoś czuwa i wpuszcza nas do środka. Po raz ostatni przepakowujemy bagaże, przygotowując się do lotu, który mamy wieczorem.
Jak to zazwyczaj ostatniego dnia wyjazdu, na mieście mamy trochę tematów do załatwienia. Ostatnie zakupy, wymiana waluty, sprzedaż sprzętu. Mając już dwukrotnie pozytywne doświadczenia z Peru postanawiamy spróbować sprzedać trochę sprzętu w miejscowych agencjach turystycznych. Nie mylimy się - miejscowi są żywo zainteresowani zakupem. Często tylko cena ma znaczenie, a po odwiedzeniu kilku agencji udaje się sprzedać wszystko za uczciwe pieniądze, które następnie wymieniamy na dolary.
W wolnym czasie postanawiamy jeszcze zwiedzić trochę okolicy i wybieramy się na miejski cmentarz. Z pozoru może to nie wydawać się jakąś bardzo ciekawą atrakcją, ale po jego odwiedzeniu stwierdzę, że naprawdę warto się tam wybrać. Cmentarz nie przypomina bowiem miejsc pochówku jakie znamy z naszego rodzinnego kraju. Pomijając już nawet sam sposób grzebania zmarłych, to interesująca jest atmosfera miejsca, grafiki na murach i ozdoby, które uświadamiają, że tutaj śmierć jest z pewnością odbierana w inny sposób niż na Starym Kontynencie. Z mniejszą dozą powagi, a większym humorem i dystansem.
Po południu jeszcze ostatkiem wolnego czasu udaje się nam odwiedzić Parque Urbano Central gdzie spacerujemy po kładce dla pieszych, z której rozciąga się jeden z bardziej spektakularnych widoków na centrum miasta. Również zdecydowanie polecam, aby odwiedzić to miejsce.
Po kolacji na mieście z bagażami wyruszamy w kierunku lotniska. Chcąc uniknąć przebijania się busem na El Alto postanawiamy dojechać tam niekonwencjonalnie, ale najlepszym możliwym sposobem - Teleferico. Kupujemy więc ostatnie bilety na kolejkę i dojeżdżamy nią błyskawicznie tak blisko lotniska, jak to tylko możliwe. W oddali po raz ostatni majaczy wieczorna sylwetka Ilimani, górująca nad miastem. Fajnie było wejść na tą górę.... Następnie idziemy około dwóch kilometrów i jesteśmy na miejscu, tj. na lotnisku. Żegnamy ten piękny kraj, a ja wiem, że na pewno jeszcze kiedyś tutaj wrócę!
Pora kończyć tą przygodę! Do następnego razu.
























































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz