Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karpaty Zachodnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karpaty Zachodnie. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 maja 2017

Słowacki Raj – co warto wiedzieć przed wyjazdem

Słowacki Raj – co warto wiedzieć  przed wyjazdem





Dziś publikuję nowy post dzięki uprzejmości Anity Gurbisz. Tematem będzie Słowacki Raj, gdzie spędziliśmy tegoroczną majówkę.

Kiedy najlepiej pojechać: Zimą park jest popularny wśród lodowych wspinaczy, przy właściwych mrozach, z wodospadów tworzą się piękne lodowe kaskady. Od razu uprzedzam że nie jest to legalne, ale bardzo popularne zważając uwagą na ilość wpisów w internecie. Ja jeszcze nie próbowałam;) Najczęściej w Parku bywałam w okresie świąt wielkanocnych, a wiec w kwietniu. Wtedy Słowacki Raj jeszcze ma krajobraz bardziej zimowy niż wiosenny ale ogromnym plusem jest bardzo mała ilość osób. Od maja zaczyna się już właściwy sezon, zwłaszcza w majówkę na parkingach szybko zauważymy że to Polacy są głównymi turystami.

Opłaty w Słowackim Raju w roku 2017: Przy każdym większym węźle szlaków znajdziemy duży parking – 3 euro na dzień/osobówka, bilet wstępu 1,5 euro/ 1 dzień; 3,5 euro/3 dni. Rozsądna mapa 4,5 euro.




Co zabrać do Słowackiego Raju: Oprócz podstawowego wyposażenia jak górskie buty, lub inne z solidną podeszwą buty, plecaka- im mniejszy tym lepiej, kurtki przeciwdeszczowej- w górach nigdy nic nie wiadomo, to polecam zabranie rękawiczek (rowerowych, żeglarskich albo ogródkowych ;). Jest w nich zdecydowanie przyjemniej trzymać się łańcuchów i metalowych drabinek. Jeśli ktoś posiada polecam zwłaszcza w zimniejszych miesiącach nie przemakalne skarpety. Dobrym rozwiązaniem jest też kamerka go pro, gdyż nie zawsze będzie nam łatwo wyciągnąć aparat.

Na co zwrócić uwagę:
Opady deszczu- poziom wody szybko się podnosi i przejście określonych tras wydłuża się nieraz dwukrotnie. Trasy poprowadzone wzdłuż strumieni są w większości zalane, czasami Park decyduje się na zamknięcie pewnych odcinków, zostaniemy o tym poinformowani przy kasie. Ponadto drewniane schodki i belki po opadach są bardzo śliskie i trzeba uważać aby zbyt często się nie wykąpać ;)

Lęk wysokości: zdecydowanie nie polecam osobą z lękiem wysokości tras pieszych z pionowymi drabinkami, trasy piesze bez drabinek i stupaczek oraz rowerowe jak najbardziej.
Nowości: W cieśniawie Kyseľ pod Klaštoriskiem od 19.08.2016 udostępniono trasę via ferratę. Jeszcze nie byłam, ale będę zwłaszcza po  się filmików.




Jak tam trafić? Obieramy żółty szlak-  rozdroże przy niebieskim szlaku (Kláštorisko – Suchá Belá, záver) – vodopady – Kyseľ, rázcestie.
Nasz nocleg: jeśli macie ochotę na “dzikie” rozbicie namiotów pod lasem ze źródełkiem polecamy naszą miejscówkę- punkt na mapie powyżej miejscowości HRANOVNICA. Dla bardziej wyrafinowanych turystów jest sporo agroturystyk i campingów przy każdej miejscowości w Słowackim Raju: Podlesok, Vernar, Spisska Nova Ves, Spiske Tomasovce

Anita Gurbisz.

Podobał Wam się tekst?

Więcej postów znajdziecie na blogu: https://malejwielkiepodroze.blogspot.com/

Ponadto propozycje wycieczek - https://malejwielkiepodroze.blogspot.com/2017/05/sowacki-raj-co-warto-zobaczyc-trasa-na.html

Pozdrawiam

Tomasz Duda


czwartek, 19 czerwca 2014

Mapy Karpat - jakie wybrać i gdzie szukać (Polska, Słowacja, Ukraina, Rumunia)

Mapy Karpat - jakie wybrać i gdzie szukać (Polska, Słowacja, Ukraina, Rumunia)


Jednym z pierwszych kroków, jakie podejmuje osoba wybierająca się w góry jest zakup mapy. Stanowi to najmniejszy postęp, jaki można zrobić w stronę wyjazdu. Pomimo, iż w dzisiejszych czasach góry teoretycznie są pokryte gęstą siatką różnorakich szlaków turystycznych, rzeczywistość bywa różna, a świstek papieru bardzo się przydaje.
Jak bardzo realia są odmienne od teorii miałem nieraz okazje przekonać się przemierzając szlaki Karpat. Mapa przydawała mi się wtedy częściej lub rzadziej, ale z pewnością bez takiego gadgetu nie wyruszyłbym w żadną wędrówkę. Zebrałem się więc na stworzenie krótkiego posta, w którym opiszę pokrótce moje doświadczenia z mapami Karpat, źródła ich dostępu oraz opinie z używaniem konkretnych z nich.




Polska


Mapa Compass
W naszym pięknym kraju rynek map jest bardzo bogaty. Powiedziałbym nawet, że trudno znaleźć obszar, który byłby interesujący pod względem walorów naturalnym, a nad którym kartografowie jeszcze nie pracowali. Jeśli chodzi o polskie góry, polecam doskonałe mapy wydawnictwa Comapass w skali 1:50 tys., tylko Tatry i Karkonosze są wyjątkami (1:30 tys). Bardzo dobrze pokrywają się z rzeczywistością, są przejrzyste wizualnie i na bieżąco uaktualnianie. Dodatkowo nie ma problemu z ich znalezieniem również w wersji multimedialnej czy w wersji na GPS. Poza nimi mamy całe spektrum dostępnych map, więc pomijam opisywanie konkurencyjnych produktów, o których mam mieszane opinie.





Słowacja


zasięg map VKU Harmanec


mapa VKU Harmanec
Nasi południowi sąsiedzi i ich kartografowie również nie próżnują. Właściwie cały kraj pokrywają dobre mapy z lat 90tych firmy VKU Harmanec z zaznaczonymi wszystkimi szlakami (czasami dezaktualizowane), w skali 1:50 tys. Nie ma problemu z ich kupieniem na miejscu, ani znalezieniem w sieci. Ogólnodostępne i wystarczające dla każdego turysty na chodzenie szlakami i poza nimi.














mapa ruthenus
Ukraina


Tu zaczynają się schody i związany z nimi przywilej wyboru. Idąc w ukraińskie Karpaty można skorzystać z kilku rodzajów map. Najlepsze są oczywiście współczesne, wydane w ciągu ostatnich paru lat. Na bieżąco mapy Karpat ukraińskich wydaje firma ruthenus i w Polsce nie ma kłopotów z ich zakupem. To bardzo dobre mapy w skali 1:50 tys. problemem jest, że pokrywają tylko popularniejsze pasma gór ukraińskich i trzeba od nich szukać alternatywy.
Wyborem może być kupno miejscowych map ukraińskich. Nie ma ich zbyt wiele i znalezienie ich w postaci materialnej może być problemem, jednak pojawiają się w sieci, a skalę mają zbliżoną do klasycznych 50tek. Co prawda nie jest to jakość ruthenusa, ale swobodnie nawet niewprawny turysta może z nimi chodzić.


mapa WIG
Jeśli jednak szukamy czegoś innego, bądź powyższe propozycje nie pokrywają obszaru jaki chcemy  eksplorować, polecam poszukać map WIG. Archiwum Wojskowego  Instytutu Geograficznego udostępnia darmowo mapy polskie z lat 1919-1939 r. Biorąc pod uwagę iż tereny dzisiejszej Ukrainy zachodniej należały jakiś czas temu do Rzeczpospolitej możemy wyciągnąć wniosek.  Pod adresem http://polski.mapywig.org/news.php trzeba kliknąć skorowidz map 1:100000 i z mapy konturowej wybrać interesujący nas obszar. Następnie pozostaje pobrać, wydrukować i skleić. Jak wspomniałem, Instytut udostępnia mapy z lat 1919-39, i jeśli mamy wybór zalecam ściągnięcie tych kolorowych z lat 30stych, gdyż są najlepsze. Pierwszy raz drukując wskazane mapy byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Pomimo upływu 80 lat poziom przedwojennej kartografii polskiej napawa dumą. Mapy są czytelne, poziomice dokładne i gęste, zaznaczone źródła i inne obiekty potrzebne wojsku, a i turystom. Z mapami chodzi się bardzo przyjemnie, a patrząc na polskie nazwy aż łezka kręci się w oku.

sztabówka ZSRR 1:50 tys

Jeśli zamierzamy jednak zatwardziale zapuszczać się w rejon, którego nie obejmują żadne ze wskazanych wyżej map, zostają nam sztabówki ZSRR. Związek Radziecki w latach 80tych podjął wysiłek zobrazowania na papierze właściwie całego świata. Pod adresem http://loadmap.net/en wystarczy przybliżyć mapę świata i wybrać „Russia army maps” po czym pobrać i skleić. Radzieckie sztabówki, bo tak umownie je określam, są wersją ostateczną i całkiem przyzwoitą. Swoją jakością nie dotrzymują kroku co prawda nawet starczym odpowiednikom WIG, jednak można z nimi chodzić i nie błądzić, co wiem na własnym przykładzie. Co prawda wymagają nieco więcej umiejętności, podejścia i znajomości cyrlicy, jednak darowanemu koniowi…,  no właśnie. Jako pomocnicze wypełnienie luk terenowych nadają się znakomicie.








mapa Dimap
Rumunia


W kraju, który jest beneficjentem największego obszaru Łuku Karpat, z mapami bywa różnie. Jeśli chcemy odwiedzić Karpaty rumuńskie koniecznie zalecam zaopatrzyć się w mapy wydawnictwa Dimap. Są one wykonywane w różnych skalach, zależnie od przedstawianego pasma górskiego. 1:15 tys., 1:30 tys., a chyba najczęściej 1:60 tys. To dobre i aktualne mapy turystyczne, a przede wszystkim bardzo czytelne. Kolory są wyraziste i łatwo możemy na nich się połapać. Zaznaczono na nich szlaki, ścieżki, źródełka i wszystko co turyście do szczęścia potrzebne. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić to stosunkowo szeroko rozmieszczone poziomice, co jest jednak do zniesienia. Są stosunkowo drogie, ale można znaleźć je w sieci bądź wydać pieniądze, z pewnością się opłaci. Problemem jest, iż nie maja one pierwiastka zupełności i nie obejmują wszystkich pasm górskich.


rumuńskie mapy, których nie polecam
Gdy nie znajdziemy map Dimapu, posiłkujemy się radzieckimi sztabówkami, o których napisałem wyżej.
W sieci można znaleźć dużo map rumuńskich Karpat, których nie polecam. To wytwory lokalnych kartografów z lat 80-90 XX wieku. Co prawda są kolorowe, jednak to chyba ich jedyna zaleta. To mapy bardzo niedokładne, a poziomice rozmieszczone co 200 m. Kto wie, co to 200m podejścia, ten rozumie o czym mówię. Na mapie grzbiet wygląda na płaski, a w praktyce okazuje się amplitudą wysokości – tragedia. Co więcej – na mapie jest mało oznaczeń – właściwie same szlaki. Nie ma za to w ogóle poziomic, co dobija te kawałki papieru pod względem wartości dla przeciętnego turysty. W wersji uboższej mapa tak jest typową graniówką (kto zna, ten wie o czym mówię). To wersja tylko dla wytrwałych i wprawnych turystów o mocnych nerwach. Sam z nimi chodziłem i jest to wykonalne, ale od tamtej pory omijam je szerokim łukiem.



Mapy świadomie opisałem w kolejności, od tych według mnie najlepszych, do tych stosowanych w ostateczności. Przy zbieraniu ich proponuję szukać w takim właśnie porządku, w razie braku tych z wyższej póki, posiłkować się coraz gorszymi. Osobiście stosowałem takie rozwiązanie i wydaje się ono być najlepszym z możliwych.
Gdyby ktoś miał jakiekolwiek uwagi, bądź miał informacje bądź doświadczenie we współpracy z lepszymi mapami, proszę o komentarze. Z pewnością każda uwaga okaże się cenna.

Pozdrawiam
Tomasz Duda


czwartek, 22 maja 2014

Mimochodkowa majówka w Gorganach 2014

Mimochodkowa majówka w Gorganach 2014


Miejsca biwaków oznaczyłem punktami

Tegoroczny weekend majowy przyszło mi spędzić na Ukrainie. Przyznam wprawdzie, ostatnimi laty brakowało mi kontaktu z tym krajem i jego naturą. O czasu przejścia Ukraińskich Karpat Wschodnich minęło już prawie trzy lata lecz wspomnienia pięknych i odludnych gór nawiedzały mnie jeszcze nieraz. Co więcej – kierowała mną również ciekawość. W 2011 r. przeszliśmy właściwie wszystkie pasma poza Gorganami i pewien niedosyt pozostał. Oczyma wyobraźni nieraz widziałem te zakątki Ukrainy, które w środowisku zyskały tajemnicze miano „najdzikszych gór Europy”….
 Pomimo prób wyjazdu na Ukrainę, czas wolny ostatnich lat jakoś nie potrafił zorganizować się tak, abym mógł powrócić w tę część Karpat.  Z pomocą przyszedł mi piąty rok studiów i możliwość wygospodarowania kilku dni weekendu majowego.
Już kilka miesięcy wcześniej na tą okazję snułem plany związane z Ukrainą i gdy znajomy rzucił pomysłem, aby wyjazd klubowy „Mimochodka” zorganizować do naszych południowo-wschodnich sąsiadów, nie omieszkałem się wtrącić. Od tamtego czasu stałem się zapalonym orędownikiem wyjazdu w Gorgany. Pomimo napiętej sytuacji na Ukrainie i przestrogom mądrych ludzi, iż niebezpiecznie pchać się tam w niespokojnych czasach, wyjazdu nie odwołaliśmy.

Mimochodkowa grupa backapacker’ów początkowo bardzo się podzieliła. Za punkt zborny obraliśmy Lwów, a każdy miał do tego miasta dostać się według własnych upodobań. Większość gawiedzi przyjechała samochodami, ja wraz z Januszem wybraliśmy opcję autostopową relacji Lublin-Przemyśl. Droga w znakomitej pogodzie upłynęła nam bardzo szybko. Niewiele musieliśmy pomachać , by dzięki uprzejmości dwóch kierowców, po południu 30ego maja, dotrzeć do Przemyśla.
W mieście spotkaliśmy się z Anitą i Pawłem, po czym razem pojechaliśmy w kierunku przejścia granicznego w Medyce. Samochód został zostawiony w miejscowości, w znanym już miejscu pod kościołem, po czym na piechotę udaliśmy się w stronę „wąskiego gardła”.
Samo przekroczenie granicy ku mojej uciesze odbyło się bez problemów. Nie było kolejek, toteż po upływie godziny staliśmy już na ukraińskiej ziemi, a pierwszą czynnością jaką tam wykonaliśmy była wizyta w lokalnym sklepie. Po kilkudziesięciu minutach, wszyscy już okupieni w kolorowe specyfiki wtaczaliśmy się do przepełnionej marszrutki.
Droga do Lwowa trwała około 2 godzin. Na trasie dostrzegliśmy poprawę stanu drogi głównej do miasta, powstałej z okazji Euro 2012 i  niepokojem obserwowaliśmy pogarszającą się pogodę. Prognozy na weekend majowy kształtowały się tragicznie. Synoptycy zapowiadali kilka stopni powyżej zera i deszcz, który miał stać się codziennością przez najbliższy tydzień. Póki co niebo zasnuło się chmurami, ale przyjemna temperatura i nowe otoczenie jakoś dodawały otuchy.
We Lwowie postanowiliśmy konstruktywnie wykorzystać czas wolny, którego mieliśmy aż nadto. Pociąg do Kołomyi i Tatariva jaki zarezerwowali nam znajomi Ukraińscy odjeżdżał dopiero po 1 w nocy, toteż do tego czasu postanowiliśmy poszwendać się po mieście. Starówka wieczornego Lwowa wyglądała bardzo klimatycznie zachęcająco do spędzenia dłuższej chwil. Z przykrością opuszczaliśmy ją przed północą, by wrócić na dworzec kolejowy i wyczekiwać znajomych.
Mimochodkowa ekipa wraz z trzema zaprzyjaźnionymi Ukraińcami pojawiła się niedługo przed 1 i razem mogliśmy załadować się do pociągu. Miejsca było niewiele, a w środku panował duszny i swojski klimat, charakterystyczny dla ukraińskiej kolei. Kto był, ten wie, kto nie był – ten powinien spróbować. Pomimo później pory snu zaznaliśmy niewiele. Z kilkunastu osób wykrystalizowała się kilkuosobowa ekipa wzajemnej adoracji, za cel postawiwszy sobie spędzenie nocy na rozmowie.  Wtórowała temu żonglerka ukraińskim szkłem, z którego po kolei znikała kolorowa zawartość. Jednym słowem – było przyjemnie znaleźć się w tym miejscu i z taką kompanią.


O 6 rano czasu lokalnego na stację w Kołomyi wytoczyło się kilkanaście zjaw, które mimo woli brnęły w nieznanym kierunku. Jeden z Ukraińców zaprosił nas do swoich dziadków, gdzie przy znakomitym śniadaniu przetrwaliśmy czas oczekiwania na przesiadkę. Dwie godziny później, wraz z nieprzebranym tłumem Ukraińców szturmowaliśmy już niewielką elektriczkę, która miała zawieść nas do Tatariva. W tym pociągu również klimat nas nie zawiódł. Gwar, radość, muzyka wtórowała nam jeszcze prawie trzy godziny.


W Tatarivie uzupełniliśmy prowiant i spożyliśmy śniadanie. Do szlaku turystycznego pozostało jeszcze kilka kilometrów deptania asfaltem, więc szybko pojawił się pomysł pokonania tej odległości niekoniecznie na własnych nogach. Długo nie musieliśmy czekać by zostać zagadanym przez jednego z tubylców, który za pomocą małej i rozklekotanej „masziny” podjął się przewiezienia nas w pożądane miejsce razem z plecakami. Sprawa rozwiązała się połowicznie. Ukrainiec bowiem zebrał nam plecaki, ale w drodze wykalkulował, że trzynastu osób w pięcioosobowy samochód nie zmieści i w akcie desperacji zatrzymał dla nas przejeżdżającą marszrutkę. Po takich perypetiach, w kilkanaście minut znaleźliśmy się przy wejściu na szlak, gdzie czekały nasze plecaki.



Na początku przywitało nas zalesione podejście i deszcz. Pogoda, która od rana zapowiadała się nadzwyczaj optymistycznie, postanowiła spłatać nam figla gdy stawialiśmy pierwsze kroki pod górę. W konsekwencji na koszulkę trzeba było narzucić kurtkę, na plecak pokrowiec i tak ubranym pokonywać serpentyny podejścia. Siąpiący deszcz wtórował nam przez kilka godzin, aż do osiągnięcia grzbietu. W marszu okazało się, że w górach nie byliśmy sami. Co jakiś czas mijaliśmy krajowych turystów, którzy w pstrokatych strojach wybrali się w tutejsze góry.
Na grzbiecie, gdzie zbiegały się dwa szlaki urządziliśmy postój. Okazało się, że samotność nie będzie nam doskwierać, a miejsce jest bardzo uczęszczane przez Ukraińców.  Mimo iż deszcz przestał padać zrobiło się całkiem chłodno, toteż po krótkim posiłku podjęliśmy dalszy marsz.



Szlak prowadził grzbietem. Według mapy czerwony, według oznaczeń w terenie zielony, był oznaczony stosunkowo dobrze jak na lokalne standardy. Przez pierwsze godziny maszerowaliśmy zalesionym trawersem, by wyjść na połoninę, omijając szczyt Chomiak (1542 m npm). W oddali majaczył już cel, który z tej perspektywy wydawał się bardzo wybitny – szczyt Siniak (1666 m npm). Aby dostać się do niego pokonaliśmy najpierw odcinek prowadzący przez las, który systematycznie przeszedł w wielkie gruzowisko poprzecinane pasami kosówki. Marsz po tym terenie wydawał się początkowo miłą odmiennością. Kamienie dawały stabilny grunt i przeskakiwanie z jednego na drugi było całkiem zabawne. Gdy jednak z upływem kilometrów teren nie zmienił się, a my minęliśmy już szczyt Siniaka, stopy zaczęły piec, a kolana boleć od wymagającego podłoża.



Spacer aż do szczytu Małego Gorgana (1592 m npm) umilała nam piękna pogoda. Wprawdzie widać było przechodzące nad dolinami smugi deszczu, jednak w tamtej chwili bynajmniej nam to nie przeszkadzało.  Na szczycie urządziliśmy dłuższy postój, aby poczekać na całość rozwleczonej już ekipy. Tak właśnie pokrótce można opisać nasz sposób marszu. W awangardzie szło kilka osób swoim szybszym tempem, by po dojściu do określonego punktu odpoczywać i czekać na pozostałych.



Z Małego Gorgana zeszliśmy na południe. Stok pokryty ruchomym gruzowiskiem okazał się bardziej stromy niż mogłoby się to wydawać i wymagał zachowania uwagi. Kamienie sypały się spod nóg i trzeba było ostrożnie stawiać kroki, żeby nie zrobić krzywdy sobie i innym.  Zejście do Połoniny Bladżiw zajęło nam stosunkowo dużo czasu i na miejsce dotarliśmy już o zachodzie słońca. Jako iż według mapy najbliższe kilometry miały przebiegać niesprzyjającym terenem, zadecydowaliśmy urządzić to nocleg.



Po trudach dnia i nieprzespanej nocy towarzystwo było zadowolone z zakończenia marszu około 19:00. W ciągu pół godziny na polanie stanęło pięć namiotów a grupa rozbiegła się w poszukiwaniu drewna na ognisko. Wieczór i noc były bardzo spokojne. Bezwietrzna aura aż do północy pozwoliła cieszyć się płomieniem ogniska i grą gitary, którą na zmianę taszczyliśmy przez górskie ostępy. Teraz ten trud został wynagrodzony, choć zmęczone towarzystwo niedługo dotrzymało pola i udało się na zasłużony odpoczynek.



Pierwszy górski poranek na Ukrainie zapowiadał się całkiem dobrze. Co prawda po niebie grasowało trochę chmur i wiał wiatr jednak równocześnie mogliśmy nacieszyć się słońcem i  wspaniałymi widokami. Zbieranie obozowiska przebiegało leniwie. Wyszliśmy przed 10, każdy swoim tempem aby zmotywować do wyjścia tych, którzy jakoś nie mogli się zebrać. Dobrze oznaczony czerwony szlak wiódł teraz przez zalesione grzbiety, przełęcze i szczyty. W lesie poruszaliśmy się trochę po omacku. Widnokrąg ograniczały drzewa i nie można było wychwycić żadnego punktu odniesienia, z wyjątkiem ścieżki prowadzącej przed siebie. Monotonny odcinek skończył się na przełęczy Stoły, gdzie dotarliśmy w południe. Tu odpoczywaliśmy przed czekającym nas żmudnym podejściem na połoninę Dowga (ponad 1300 m npm).
Marsz pod górę z ciężkimi plecakami przyspieszył nieco nasze oddechy, ale dawał również  satysfakcję. Po kilkudziesięciu minutach mozolnego stawiania kroków las zaczął się przerzedzać, a przed nami wyrosła trawiasta przestrzeń połoniny.


Przed trawersem stoku zatrzymaliśmy się na postój obiadowy ze znakomitym widokiem na masyw Dowbuszanki (1755 m npm) w tle.
Posiliwszy się ruszyliśmy dalej, w kierunku północno-zachodnim.  Po osiągnięciu grzbietu połoniny naszym oczom ukazała się niepokojący widok. Widnokrąg był niemal czarny, a w oddali przetaczały się burze i smugi deszczu, które nie napawały optymizmem osób zmierzających w tym kierunku. Nie pozostało jednak nic lepszego jak przekląć i brnąć ustaloną trasą, która teraz prowadziła wzdłuż dawnej polsko-czechosłowackiej granicy z czasów dwudziestolecia międzywojennego.


Wzdłuż ścieżki, którą podążaliśmy wyrosły znikąd słupki graniczne i towarzyszyły nam przez kolejne dni. Te niewielkie, betonowe graniastosłupy jakoś dobrze wpływały na morale. Przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie. Po pierwsze, ułatwiały orientację w terenie. Po drugie stwarzały jakąś specyficzną aurę polskości na obcej ziemi. Po trzecie rozbudzały wyobraźnię.  Ktoś przecież musiał postawić je tutaj prawie sto lat temu, zapewne nielicho się przy tym zajęciu trudząc.


Po przejściu kilku kilometrów połoniną szlak znowu zagłębił się w las. Postanowiliśmy pokonać ten odcinek jak najszybciej , by dojść do odkrytego terenu i zorientować się w sytuacji. Niespełna godzinę później w piątkę staliśmy na skraju połoniny Ploskiej. Reszta grupy snuła się kilkaset metrów za nami, również zdając sobie sprawę z rychłego załamania pogody. Na szybko uznaliśmy, że im szybciej osiągniemy wierzchołek, tym szybciej zejdziemy do lasu, gdzie nie będziemy tak narażeni na deszcz.


Na szczycie Ploskiej (1352 m npm) obserwowaliśmy kolorowym spektakl, w którym ściana burz i deszczu przesuwała się po widnokręgu. Wkrótce i u nas zaczęło padać, co było sygnałem, że musimy szybko wytracić na wysokości. Zejście, ciągle wzdłuż dawnej granicy, wkrótce nabrało na stromiźnie. Po śliskim gruncie szybko zeszliśmy ponad dwieście metrów w dół i zagłębiliśmy się w las.






















 Deszcz niedługo później przestał padać, lecz wśród drzew miało kapać na nas aż do wieczora. Ten nieprzyjemny i zacieniony odcinek, który mierzyliśmy od słupka do słupka ciągnął się kilka ładnych kilometrów i nie dostarczył chyba nikomu szczególnej przyjemności. Ścieżka stawała się coraz węższa aż po pewnym czasie trzeba było prześlizgiwać się pomiędzy drzewami.
O 18:00, gdy już zbliżał się wieczór urządziliśmy ostatni, dłuższy postój przed noclegiem. W okolicy nie było dobrego miejsca na obozowisko, pozostawało iść aż do szczytu Czarnej Kliwy (1719 m npm). Razem z całą grupą wyznaczyliśmy prawdopodobne miejsce na biwak po czym oświadczylismy, że w piątkę idziemy swoim szybszym tempem,  a spotkamy się właśnie na noclegu.

Przed nami pozostało do przejścia ładnych kilka kilometrów i ponad 500 metrów w pionie. Leśna ścieżka nieco się dłużyła, ale we wspólnej rozmowie wzajemnie umilaliśmy sobie czas gadając o wszystkim i niczym. Przed masywem szczytu Czarnej Kliwy góra nabrała charakteru, a przed nami wyrosło kilkusetmetrowe, strome podejście, po którym wspinała się ledwie widoczna, wąska ścieżka. Jako iż do zachodu słońca mieliśmy niewiele czasu, nie było mowy o sentymentach. Bez sprzeciwu i z werwą weszliśmy na podejście i śmiejąc się, że ci za nami będą mieli gorzej, systematycznie zdobywaliśmy metry dzielące nas od szczytu.
Niedługo potem drzewa zaczęły się przerzedzać, a my dotarliśmy do kopuły szczytowej wzniesienia. Tutaj pojawiły się płaty śniegu i krokusy, które w tym roku widziałem po raz pierwszy. Brnąc do góry na prowadzeniu grupy, w pewnym momencie zorientowałem się, iż ścieżka zniknęła w jagodziankach i dalej trzeba będzie iść „na kreskę”. Nie było to wygodne, ale w gasnącym dniu omijając coraz gęstsza kosówkę jakoś wygramoliliśmy się na grzbiet, którym doszliśmy aż na szczyt.



Gdy osiągnęliśmy wierzchołek Czarnej Kliwy, w dolinach panował już mrok. O dalszym marszu nie było już mowy i szybko zadecydowaliśmy o rozbiciu namiotów na polanie, poniżej szczytu. Z oddali brnęła w naszym kierunku burza i dął silny wiatr, skutecznie utrudniając nam pracę. Do później nocy stawialiśmy murki z pobliskich kamieni, przygotowując się na rychłe załamanie pogody. Wody nie brakowało, jak i śniegu, z którego ją pozyskiwaliśmy. W międzyczasie został nawiązany kontakt telefoniczny z pozostałą częścią grupy, która początkowo miał do nas dotrzeć, a ostatecznie zabiwakowała w niewielkiej odległości.  Pozostało nam umówić się na poranne spotkanie na szczycie i zaszyć w śpiwory.



Mimo wszechobecnych oznak na niebie i ziemi, noc mięła bardzo spokojnie. Wychodząc z namiotów mieliśmy okazję podziwiać piękny poranek, ale w przeciągu godziny niebo szybko zasnuło się morzem cirrusów. Oczekiwanie na grupę wydłużało się. Spotkanie, początkowo umówione na 9:00, w rzeczywistości odbyło się prawie dwie godziny później i dopiero o 11:00 mogliśmy zacząć schodzić zachodnim zboczem góry. Przed nami rozpościerał się widok na grzbiet Ruskiej (1677 m npm) i morze kosówki jakie mieliśmy do przejścia.

Sama kosodrzewina, przez jaką przyszło nam się przedzierać  wymaga krótkiego komentarza. Nie jest ona w żadnym razie taka jak w polskich górach, gdzie mierzy około 1-1,5 m i można tak po prostu przez nią przejść. Pole kosówki, które przekraczaliśmy na zejściu z Czarnej Kliwy mierzyło kilkadziesiąt hektarów powierzchni, a krzaki sięgały na 2,5-3 m wysokości. Przez taki las wiódł jeden, jedyny tunel wydeptany przez przechodzących i poprawiony piłami i siekierami uczynnych ludzi. Nie było nawet mowy, aby w tym gąszczu zmienić kierunek, czy zejść na bok. Szliśmy sznurkiem przed siebie, przedzierając się, a każdy wystający element po kilku minutach został zaczepiony, wyjęty, wytargany. Z pola kosówki wyszliśmy po dwóch godzinach choć tego rodzaju krzaki towarzyszyły nam już przez cały dzień.







Rzeczywistość przyniosła powtórkę z dnia poprzedniego. Pięcioosobowa grupa, w której się znajdowałem odłączyła się od pozostałych i maszerowała przodem. Poza trzymaniem dobrego tempa miało to jeszcze jedną zaletę. Niedługo o południu dotarliśmy do źródełka i w oczekiwaniu na pozostałych dysponowaliśmy czasem, aby ugotować sobie obiad. Nadgorliwość czasami popłaca.
Gdy cała grupa znalazła się wreszcie nad źródełkiem, a nasza piątka pakowała palniki do plecaków, nadeszło gwałtowne załamanie pogody, które zapowiadało dłuższą ulewę. Nie pozostało nic innego jak założyć ceratowe ubrania i wyruszyć w dalszą drogę. Kilkanaście minut zajęło nam podejście na Ruską, po czym szlak prowadził grzbietem na szczyt Bratkiwskiej (1788 m npm).  W pewnym momencie deszcz przestał padać i aura dawała wrażenie lekkiej poprawy. Tym większe było nasze rozczarowanie, gdy na Bratkwiskiej ogarnęła nas mgła, a deszcz lunął ponownie.



Będąc w niekomfortowym położeniu puściliśmy się w drogę na dół, by dopiero przed trawersem szczytu Gropy (1758 m npm),  w rzęsistym deszczu oczekiwać na resztę grupy. Przyszli wszyscy oprócz trzech osób, który snuły się gdzieś na końcu. Jako, iż Ukraińcy poszli teraz przodem, a stanie w miejscu moknąc przestało nam się podobać, postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę. Szlak przebiegał ciągle wzdłuż słupków granicznych, a grzbiet był tak wyraźny, że trudno byłoby się zgubić. Początkowo postanowiliśmy wejść na szczyt Durnej (1705 m npm), ale gdy ujrzeliśmy zawracających z kosówki Ukraińców wybraliśmy drogę trawersem. To ostatnie chwile, jakie spędziliśmy na połoninie.



Za masywem Durnej szlak schodził na zalesiony grzbiet, ciągnący się w kierunku północnym. Gdy zagłębiliśmy się pomiędzy drzewa deszcz przestał padać, a droga stała się bardzo monotonna i nieprzyjemna. Większość z nas solidnie przemokła, każdy but był pełen wody, a do przejścia pozostało jeszcze pięć kilometrów. Bez werwy pokonaliśmy ten dystans, zatrzymując się dopiero na podejściu pod wzgórze Pantir (1213 m npm). Tam znaleźliśmy dużą polanę z dostępem do wody i czym prędzej zaczęliśmy rozbijać namioty. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się że Ukraińcy z naszej grupy biwakują tuż „za rokiem”. Trójce znajomych, która jeszcze nie dotarła, zostawiliśmy drogowskazy do naszego biwaku. Wieczoru nie udało się spędzić konstruktywnie z powodu zmęczenia i deszczu który ostudził nasze zapały i udaremnił próbę rozpalenia ogniska. W kiepskich nastrojach położyliśmy się spać.





Rano pogoda nie wróżyła poprawy. Co więcej, temperatura spadała, a mgła pokryła wszystko szczelną zasłoną. Zdecydowaliśmy, że wyjdziemy o 10:00 czekając jeszcze na trójkę osób, które odłączyły się wczoraj, ale gdy nasze nadzieje okazały się złudne, wyruszyliśmy w dalszą drogę.
Na szczycie Pantiru udało się wreszcie złapać zasięg i odebrać wiadomość od naszych zaginionych. Okazało się, że zeszli inną drogą, szlakiem niebieskim z Bratiwskiej, co każdy przyjął z nieukrywaną ulgą. Ukraińcy również wybrali swój wariant zejścia – powrót na południe i zejście czerwonym szlakiem do Bystricy.
Nasza grupa założyła sobie na dziś najbardziej ambitny wariant – marsz wzdłuż słupków granicznych aż na przełęcz Legionów (1130 m npm) i zejście Drogą Legionów, za znakami żółtego szlaku. Mieliśmy przy tym wielką nadzieję, że fortuna sprzyja odważnym, a deszcz znając maksymę nie zacznie padać i nie pożałujemy swojego wyboru.



Trasa w większej części biegła zalesionym grzbietem górskim. Tylko czasami wychodziliśmy na polany, z których i tak nic nie było widać z powodu mgły. Na ścieżce poza słupkami towarzyszyły nam kilometry pozostałości fortyfikacji z czasów pierwszej wojny światowej. Pasmo graniczne było wszak nimi usłane na całej swojej długości.



Na przełęcz Legionów dotarliśmy po południu i ze znaku odczytaliśmy odległość do Bystricy – 11,5 km. Biorąc pod uwagę iż tego dnia była niedziela, a na noc musieliśmy dostać się do Iwanofrankowska, trzeba było zagęścić ruchy. Marsz drogą Legionów która płynęła strugami wody nie należała do najwygodniejszych. Ścieżka co prawda kiedyś została wybrukowana, jednak pozostało po tym fakcie niewiele i nasza prędkość nieznacznie różniła się od osiąganej w terenie. Okazało się również, że w dolinach jest jeszcze chłodniej niż na grzbiecie. Pomimo, iż straciliśmy kilkaset metrów wysokości ciągle towarzyszyło nam przenikliwe zimno.
Po prawie trzech godzinach marszu stan drogi zdawał się poprawiać. Różnice nie były znaczące ale widoczne gołym okiem. Powoli zaczęliśmy zbliżać się do umownie przyjętej cywilizacji.  Bystrica nie zyskała na bliższym poznaniu. Z mapy wyglądała na porządną, większą miejscowość, a w rzeczywistości przedstawiała stan godzien pożałowania. Domy zbudowane w dziwnie dużych odległościach od siebie i droga, którą samochody pokonywały slalomem towarzyszyła nam podczas marszu. Podłe wrażenie potęgował wiatr zacinający igłami mżawki, która właśnie zaczęła padać.



Docierając do miejscowości przed 16:00 zdążyliśmy na ostatnią marszrutkę do Nadwirnej. Jazda była nader klimatyczna, gdyż do około 20-30 miejscowego busa zmieściło się ponad 40 osób z wraz bagażami. Ludzie i plecaki ściśnięto w środku do oporu materiału, a prędkość jazdy po wybojach nie przekraczała 30km/h. Jakkolwiek miło wspominam ową przejażdżkę.

W Nadwirnej złapaliśmy autobus do Ivanofrankowska, który był już naprawdę komfortowy. Jazda po relatywnie dobrej drodze trwała niecałą godzinę. Jak widać Europa wkradła się tu niespodziewanie.
Dawny Stanisławów powitał nas rzęsistym deszczem. Pociąg do Lwowa mieliśmy zarezerwowany na 3:00 w nocy, więc przed nami było sporo wolnego czasu. Do 23:00 zaszyliśmy się w knajpie przy rynku, po jej zamknięciu bezcelowo spacerowaliśmy po ulicach by jeszcze wrócić na dworzec kolejowy i spróbować złapać godzinkę snu na ławkach poczekalni. Pociąg pojawił się o 3:00 w nocy, a do Lwowa dotarł po trzech godzinach jazdy.
Wróciliśmy w pierwotne miejsce wspólnego spotkania i stąd mniejsze grupki rozeszły się w swoją stronę. Część osób bezpośrednio wróciła do Polski, a pozostali (w tym i ja) zostali do wieczora na szybkie zwiedzanie Lwowa. Aura po kilku dniach niepogody wreszcie dopisywała. W słoneczny dzień aż chciało się spacerować i tym sposobem Lwów zatrzymał nas prawie do wieczora. Granicę przekroczyliśmy po zmroku, a do mieszkanie dotarłem już 6 maja, o 1:30 w nocy.


Majowy wyjazd na Ukrainę okazał się bardzo ciekawy i kształtujący. Pogoda pomimo zapowiedzi pozwoliła nam na trzy dni właściwie komfortowego marszu. Tylko ostatnia doba dała wycisk i pokazała kto w górach naprawdę rządzi.  Dzikość Gorganów, którą z początku lekceważyłem została przeze mnie doceniona. Przedzieranie się przez las kosówki w deszczu było niezapomnianym doświadczeniem, które zapamiętam na lata. Gorgany okazały się również niezwykle wartościowe dla mnie jako osoby zainteresowanej historią XX wieku. Niesamowite wrażenie zrobiły  kilometry dawnych umocnień polowych, zbudowanych na potrzeby I wojny światowej. Rowy wydrążone w ziemi, jak i ułożone z ułomków skalnych na każdym kroku rozbudzały moją wyobraźnię. O marszu wzdłuż dawnej, polsko-czechosłowackiej granicy już wspominałem. Aż łezka się w oku kręci patrząc na dumnego polskiego orła wyciętego na jednym z słupków. Do tego zwyczajowe nazwy jak „przełęcz Legionów”, „droga Legionów” i cmentarze wojenne dodają tym górą klimatu. Moim zdaniem Gorgany mają w sobie coś niesamowitego. Po przejściu większości pasm Karpat ukraińskich mogę powiedzieć  to  z pełną stanowczością, dodając  że z pewnością wrócę w ten piękny rejon aby poznać go jeszcze lepiej i cieszyć się jego niesamowitym charakterem.
Pozdrawiam
Tomasz Duda

Reszta zdjęć



środa, 11 września 2013

Oznaczenia szlaków górskich w Karpatach – Słowacja

Oznaczenia szlaków górskich w Karpatach – Słowacja

Jako, iż dwa miesiące temu miałem okazję przejść kilka pasm słowackich Karpat Zachodnich i nabyłem w miarę przekrojowy ogląd sytuacji, dlatego też postanowiłem z tej okazji coś napisać. Będzie to osobny post, lecz pełniący również rolę uzupełnienia tematu „Oznaczenia szlaków górskich w Karpatach(Polska, Ukraina, Rumunia) – subiektywnie i praktycznie”.


Po obserwacji słowackich szlaków powiem wprost – „serce roście”.
Nasz południowy sąsiad, mimo iż niewielki powierzchniowo, a pokryty górami od wschodu po zachód nauczył się doceniać swoje bogactwo naturalne, co więcej – pojął, że trzeba szanować je i chronić. Mając w pamięci szeroki przekrój realiów oznaczania szlaków górskich w Karpatach – Słowacja wyraźnie wyminęła peleton i wysunęła się na prowadzenie w wyścigu o umilenie wędrówki turystom.
Ze znalezieniem drogi w górach nie ma najmniejszego problemu. Znaczki malowane są często, gęsto i konsekwentnie. W samym oznakowaniu zaś widać pewnego rodzaju ład  i porządek, czego w innych krajach brakuje.  Tym samym oprócz prostokątnych znaczków malowanych na drzewach, szlak znaczą drogowskazy i  tyczki.







Model standardowego, malowanego  znaku jest taki sam jak polski i na dłuższe wywody nie zasługuje. Ciekawą kwestią jest zaś oznaczanie zakrętów, a właściwie odległości do nich. Nie wszędzie, ale w większości,  pod „zakręcającym” znakiem szlaku wypisana jest odległość do samego skrętu (np. 20m).  Głupota możecie rzecz – jednak z doświadczenia powiem, iż czasem znacznie ułatwia życie. Nieraz do wyboru mamy kilka ścieżek i wtedy taki znaczek będzie bardzo pomocny.  Szkoda, że tego typu wskazówek brakuje w Polsce.
Drogowskazy z charakterystycznym kapeluszem na Słowacji ustawione są bardzo licznie i rosną niczym grzyby po deszczu. To właśnie w tej kwestii widać konsekwencję i staranność. Drogowskazy są na bieżąco ewidencjonowane i naprawiane (uzupełniane), o czym świadczą daty produkcji i numery i tablic. W każdym miejscu, do którego jakiś drogowskaz wskazuje określony czas przejścia, stoi kolejny (lub stał, zanim zaczął komuś przeszkadzać). Nieraz, choć sam szlak jest zarośnięty i nieprzedeptany niemal możemy mieć pewność, że w spodziewanym miejscu zobaczymy znajomy słupek w kapeluszu. Taka konsekwencja w stawianiu drogowskazów jest bardzo pomocna w marszu. Nie dość, że pokazuje kierunek, to jeszcze pozwala na bieżąco śledzić tempo chodzenia nawet bez pomocy mapy.


Na polach, łąkach i otwartych przestrzeniach Słowacji możemy śmiało oczekiwać tyczek z wymalowanymi oznaczeniami. Powiecie, że i w Polsce bywają, a ja odpowiem, że znam realia. Na Słowacji pierwszy raz mogłem zaobserwować, że tyczki nie w teorii, ale w praktyce stoją na polach i pomagają trafić do celu. Co innego w Polsce. Tam najczęściej nadają się one rolnikom do konstruktywnego wykorzystania  lub spalenia.

Podczas wędrówki grzbietami kolejnych pasm słowackich zauważyłem ciekawą prawidłowość. Im bliżej stolicy, tym szlak lepiej oznaczony. Widać to po ilości znaków i poziomie ich utrzymania, który proporcjonalnie rośnie z każdym kilometrem  w kierunku południowo-zachodnim. W praktyce na zapomnianych szlakach Małych Karpat było więcej oznaczeń niż np. w Fatrze Luckanskiej.
Podsumowując, muszę przyznać iż tak dobrym stanem oznakowania szlaków w Karpatach słowackich byłem szczerze zaskoczony. Tym samym, w obliczu nowych faktów Słowacja wędruje w moim rankingu na pierwsze miejsce. Od południowych sąsiadów musimy zacząć się uczyć, zarówno porządku znakowania, jak i szacunku dla włożonej w to pracy. Chodzi więc nie tylko o malowanie nowych znaków i stawianie słupków, ale o powstrzymywanie się przed niszczeniem tablic, czy wyrywaniem tyczek.  Zróbmy tylko/aż tyle, a szlak będzie wyglądał znacznie inaczej.

Pozdrawiam
Tomasz Duda

środa, 28 sierpnia 2013

Karpaty Zachodnie, Słowacja - relacja z trawersu masywu

Karpaty Zachodnie, Słowacja - relacja z trawersu masywu

Poglądowa mapa przejścia. Wybrany został wariant "C" z nieznacznymi modyfikacjami
Już rok temu wracając z Rumunii snułem plany na przyszłoroczny, wakacyjny wyjazd. Jako iż Rumunia mocno mnie nakręciła swoim pięknem, dlatego  celem miały być tamtejsze Karpaty Wschodnie. I tak było, aż do wiosny.
Tak jak mówią u mnie największym terrorystą okazał się czas. W marcu udało się kupić bilety do Kirgistanu - ukształtowała się granica czasowa 17 lipca, zaś w czerwcu Alma Mater UMCS zafundował mi ostatni egzamin  w niefortunnym terminie 2 lipca.
Zostało więc 15 dni wolnego. To raczej zbyt mało aby myśleć o Rumunii i plany trzeba było zmienić.
Wyboru dużego nie miałem  i alternatywnie zaplanowałem wyjazd na Słowację.
Plan trawersu Karpat Zachodnich obmyśliłem na szybko.  Wytyczyłem przy tym jedną z krótszych dróg ze słowackiej stolicy do granicy z Polską, Janusz wydrukował mapy. Wyjazd w założeniu miał być uzupełnieniem luki czasowej przed Kirgistanem, oraz służyć  poprawie kondycji przed wyjazdem na Pik Lenina. Tak też się stało.
Dojazd do Bratysławy  był przedsięwzięciem kombinowanym.  2 lipca po egzaminie, zdążam właściwie tylko zrzucić garnitur, po czym siedzę wraz z Januszem w busie do Krakowa. W dawnej stolicy udaje się szczęśliwie przenocować i następnego dnia przed południem złapać transport do Katowic. Tam już na strudzonych turystów czeka klimatyzowany Polski Bus – idealny na upalny dzień jakim okazała się środa 3 lipca.

Bratysława wita nas wieczorną porą. O 19:30 opuszczamy autokar i za wskazaniem wydruku mapy Google kierujemy się na starówkę.

Znikający pies ;)
Wokół panuje przyjemna aura letniego wieczoru. Jest gorąco. Mimo stosunkowo później pory miejskie termometry wskazują 29 stopni Celcjusza.  Na zwiedzanie słowackiej stolicy mamy niewiele czasu. Właściwie tyle, aby jeszcze w świetle dnia wyjść za miasto i znaleźć miejsce na nasz hotel, który Janusz niesie na plecach.
Przez Bratysławę się więc właściwie prześlizgujemy, kierując się za ruchem i zagęszczeniem spacerowiczów. Przechodzimy obok ambasady USA, katedry, kluczymy między uliczkami by dojść na główny plac miasta.

 Właściwie bez postojów przechodzimy jeszcze przez Michalską bramę i wychodzimy z obrębu starówki, po drodze nacieszywszy jeszcze oczy wspaniałym widokiem na hrad.
Tym czasem mija godzina 20 i czas ruszać w stronę pobliskich pagórków. Mając do wyboru autobus i marsz decydujemy się zawierzyć własnym stopom. Bez mapy, z wypisanymi nazwami ulic staram się wyprowadzić nas z miasta.  Słowacka stolica okazuje się być mniejsza niż przewidywaliśmy więc droga upływa szybko i bez komplikacji. Po niedługim czasie znajdujemy wyczekiwany zielony szlak i za znaczkami zmierzamy na północ.
Podejście jest długie i trochę monotonne. Ciągnie się aż do zmroku, kiedy wreszcie osiągamy wierzchołek wzgórza Kamzik (433 mpm) , które chyba każdy bratysławianin zna. Mimo późnej pory mnóstwo tu ludzi i samochodów. Spacerują, biegają, siedzą przy ognisku. Wkoło komercja aż piszczy, a nam wypada znaleźć miejsce i lec snem sprawiedliwego. Początkowo chcemy iść dalej, ale po chwili gubimy w mroku szlak i zwracamy.  Po omacku udaje się znaleźć w miarę płaskie i oddalone od drogi tereny zielone, gdzie wkrótce się udajemy. Miejsce jest w porządku, więc oganiając się od komarów szybko rozbijamy namiot i błyskawicznie pakujemy się do środka. Insekty są tu naprawdę wielką plagą, która uniemożliwia jakiekolwiek czynności poza namiotem. Sprayu na komary oczywiście zapomnieliśmy, co zapowiada solidną pokute na kolejne dni…



04.07 Dzień pierwszy


Pomimo bliskości zabudowań i tabunów ludzi, noc na Kamziku upływa bardzo spokojnie.  Aby uniknąć ciekawskich oczu zbieramy się o 5 rano. Poranek co prawda zimny, jednak komary nie odpuszczają. Opatuleni w ciepłe rzeczy jemy śniadanie w nieczynnym jeszcze bufecie i łapiemy pierwsze promienie rozgrzewającego słońca. Następnie zmierzamy na szlak. Kilkaset metrów i fail. Tracimy z oczu znaczki i musimy zawrócić. Na szczęście niedaleko i po dłuższej chwili zmierzamy już za czerwonymi znakami Magistrali Stefanikowej.
Szlak początkowo wiedzie szerokim, leśnym duktem. Musi być bardzo popularny. Mimo wczesnej pory co jakiś czas mijają nas rowerzyści, a droga znaczona jest licznymi udogodnieniami. Tu źródełko, tam ławeczka, nawet i pole namiotowe się trafiło.
Po kilku kilometrach gruntowy szlak przechodzi w asfaltówkę. Twarda droga jest dla nas bardzo niewygodna i jak zbawienia wyglądamy jej końca. Ten następuje dopiero po ładnych kilku kilometrach i zapowiada właściwy początek szlaku górskiego, który prowadzi leśnymi ostępami.

O 11:20 docieramy wreszcie na łyse wzgórze Somar, skąd możemy podziwiać pierwszy porządny widok na Małe Karpaty. Stamtąd następnych parę kilometrów pokonujemy w towarzystwie sympatycznego, 50 letniego Słowaka, z którym rozmawiamy po rosyjsku. Pech chce, że rozmówca okazuje się być zatwardziałym komunistą i obiera sobie za cel nawrócenie nas na „czerwony ustrój” argumentami: „wcześniej było lepiej, a teraz jest gorzej” i „kapitaliści strzelają do robotników”. Mimo różnicy poglądów i burzliwej dyskusji, po kilku kilometrach rozstajemy się z czerwonym w przyjaznej atmosferze, a na najbliższym przystanku urządzamy dłuższy postój.











Po południu temperatura zaczyna powoli przekraczać granice tolerancji naszych organizmów. Pod ochroną lasu maszeruje się bardzo dobrze, odkryte podejścia wyciskają pot. Konsekwentnie idziemy dalej, zahaczając o źródełko i uzupełniając wodę.
Pod koniec dnia mamy za cel znalezienia miejsca biwakowego z dostępem do wody, jednak szybko zdajemy sobie sprawę, że to niewykonalne.  Pierwszego dnia marszu nie ma sensu się przemęczać, a wody jakoś musi wystarczyć. Opierając się o takie argumenty nocujemy w lesie na przełęczy Skałka.



05.07. Dzień drugi


Dzień rozpoczynamy od pobudki o  6:00 i szybkiego pakowania. Nie mamy już wody, więc i czasu do stracenia również. Żeby uzupełnić zapasy, przejściowo zmieniamy szlak na niebieski, który wiedzie przez doliny na przełęcz Uhliska.  Następnie przed południem mijamy rezerwat na wzgórzu Klokoc , który daje nam szeroki widok na okolicę.  Od tego momentu trawersujemy i schodzimy terenem o zmiennej nawierzchni.  Na tym odcinku szlak czerwony w dużej części pokryty jest asfaltem i twardą nawierzchnią. Mocno nad tym ubolewamy, gdyż taki stan asfaltu kończy się dopiero przed podejściem na Zarubę (767 npm).  Na skraju lasu chwilę odpoczywamy mając w perspektywie czekającą na nas stromiznę.

 Kilkanaście minut później już mozolnie zdobywamy kolejne metry. Wzniesienie niby niewysokie, jednak specyficzne i dające się we znaki. Masyw Zaruby jest stosunkowo mocno wypiętrzony i nie ma mowy o łagodnym wejściu czy przełęczy wyprowadzającej na grań. Po kilkunastu minutach docieramy do punktu pośredniego masywy. Na Ostrym Kamieniu malowniczo prezentują się ruiny dawnej twierdzy. Stamtąd już blisko do wapiennej grani prowadzącej na szczyt.  W oddali zbierają się burzowe chmury, jednak słońce ciągle ostro piecze. Szczególnie w otoczeniu skał upał jest nieznośny. Nabieramy prędkości, aby szybko wydostać się z kotła. Na szczęście po jakimś czasie szlak kieruje się do lasu i dalej wiedzie zalesionym wypłaszczeniem. Na szczycie Zaruby robimy postój, który przerywają dźwięki zbliżającej się burzy.  Perspektywa przeczekania nawałnicy  na najwyższym wzniesieniu w okolicy nie napawa nas optymizmem i dlatego szybko obieramy dalszą drogę w dół. Powoli problematyczny staje się brak wody. Nie mamy jej zbyt wiele, ale cały masyw jest suchy jak pieprz. W ogóle okolica do najlepiej nawodnionych nie należy, gdyż ostatnie źródło spotkaliśmy o 10 rano.

Kolejne kilometry Magistrali Stefanikovej prowadzą nas przez pomniejsze wzniesienia do wsi Bukova. Następnie szlak wyprowadza ze wsi, by ponownie dotrzeć do niej po paru kilometrach. Wody ciągle brak, a okolica sucha. Nawet strumienie wyschły. Nasza droga biegnie na zmianę asfaltem i leśnymi ścieżkami.   Z racji wieczornej pory rozglądamy się za miejscem na rozbicie namiotu. Jedynym a zarazem nieosiągalnym wymaganiem jest woda. Dziś już wypadało by się umyć i napić do woli. Konsekwentnie idziemy więc dalej w stronę miejscowości Dobra Voda. Po jakimś czasie szczęście zaczyna sprzyjać. Około 19 spotykamy wreszcie źródełko z niesamowicie smaczną wodą, a po godzinie rozbijamy namiot przy napotkanym strumieniu.  Wreszcie czas na należny nam odpoczynek po 12 h marszu.









06.07 Dzień trzeci


Rano pogoda psuje się. Po niebie przelewają się burzowe chmury. Dla nas, po pobudce to sygnał, aby szybko zwijać namiot i pakować plecaki. Wychodzimy o 7:00 i zdążamy w ostatniej chwili przed deszczem. Na szczęście deszcz tylko straszy. Po kilku minutach odpuszcza. Ostatni fragment szlaku do Dobrej Vody biegnie polami.  We wsi  kupujemy coś do przegryzienia i idziemy dalej bez dłuższego postoju. Zmieniamy szlak na zielony, prowadzący na północny wschód. Przy wyjściu ze wsi łupimy przydrożną czereśnię i obżeramy się owocami, których od jakiegoś czasu nam brakowało.

 Szlak w dalszym biegu prowadzi relatywnie płaskim terenem. Przemierzamy pola, lasy, czasami zdarzy się również asfaltowy odcinek. Niebo od rana jest zachmurzone, co po części oszczędza nam potu.  Mimo to  dziś spory fragment szlaku prowadzi polnymi drogami i szybko czujmy, że jesteśmy oblepieni kurzem.  Długie i płaskie odcinki są nużące i ciągną się w nieskończoność. Po kilku godzinach mijamy Pustą Ves, a przed południem, klepiąc kilka kilometrów asfaltem, docieramy do Prasnika. Ostatni, „twardy” odcinek okazuje się bardzo męczący, więc na najbliższym przystanku robimy dłuższy postój. Perspektywa przejścia następnych kilometrów asfaltem mocno nas dobija.  Decydujemy się próbować złapać stopa do Novego Mesta.

Na oczekiwanie wyznaczamy limit – 25 minut. Jeśli nic się nie zatrzyma – idziemy dalej. Początkowo jest niewesoło. Samochodów mało, do tego nikt z jadących nie chce się zatrzymać. Gdy już mamy odchodzić, w 25 minucie czekania, zatrzymuje się młody Słowak, który podrzuca nas na wylotówkę w Piestanach. Tam już jest szybciej, bo nie stoimy nawet 20 minut. Mówiący po niemiecku Słowak i jego biały Mercedes dotrzymują nam towarzystwa aż pod Tesco w Novym Mescie.
Tam zatrzymujemy się na większe zakupy. Zaopatrujemy się na najbliższe 3 dni. Kupujemy właściwie wszystko w cenach promocyjnych, a i tak wychodzi drogo. Wizyta w Tesco zajmuje nam stosunkowo dużo czasu. Następne pół godziny tracimy na przejście całego Novego Mesta w drodze na wylotówkę. Tu również szukamy szczęścia na stopa. Drogą jedzie niezliczona ilośc pojazdów, ale jakoś nie kwapią się zatrzymywać.  Znowu ustalamy limit czasu na 25 minut i przy dwudziestej szczęście dopisuje. Mamy podwózkę do miejscowości Beckov.  Ten wariant trasy minimalnie wydłuż nam drogę, jednak wynagradza pięknymi ruinami zamku w Beckovie, które już z oddali wydają się bardzo imponujące.

W miejscowości pierwsze kroki robimy właśnie ku fortecy.  Tędy też wiedzie zielony szlak, którym planujemy iść dalej. Zwiedzanie zamku kosztuje nas 2 godziny i po 3,5 euro na głowę (bilet studencki). Obiekt jest odrestaurowany i skomercjalizowany, przez co idealny na sobotnie, ciepłe popołudnie jak dziś, dlatego też ludzi nie brakuje. Zwiedzanie okazuje się dobrą forma odpoczynku i pozwala przeczekać najgorętsze godziny dnia.

W dalszą drodze ruszamy dopiero przed wieczorem , zmierzając już w stronę kolejnego pasma górskiego – masywu Inovca. Droga wiedzie przez niewielkie, zalesione wzgórza. Po drodze nękają nas gzy i kleszcze. Te dwa gatunki insektów w słowackich górach najbardziej dają nam się we znaki i zmuszają do nierównej walki. Legiony kleszczy bardziej niż mnie upodobały sobie Janusza. Na całym wyjeździe wyciągnął z siebie jednego i wyłapał  osiem chodzących po ciele.
 Około 19:00 wreszcie zielony szlak wyprowadza nas z lasu na rozległe pola. Mając dobry wgląd na okolicę wybieramy miejsce na nocleg. Rozbijamy się przy potoku nieopodal wsi Selec.



07.07. Dzień czwarty


Mimo niepewnej pogody wieczorem, niedzielny ranek wita nas mocnym słońcem. Szybko suszymy zroszony namiot i ruszamy w kierunku wsi. Schodzimy do pustego Selca i pierwszego spotkanego Słowaka prosimy o wodę. Jej spory zapas przyda się niebawem.  Spieszymy się, aby podejście na Inovec  zrobić jeszcze w chłodzie poranka.
W przyjemnej temperaturze marsz pod górę idzie bardzo sprawnie. Pod szczytem jesteśmy około 9:00, ale rezygnujemy z wejścia na wierzchołek.  Schodzimy za to do Chaty pod Inovcem. Patrząc na mapę liczymy na przytulne schronisko, a trafimy do prawdziwej jamy komercji. Ścianka wspinaczkowa, plac zabaw i góralska muzyka w tle. Ludzie, którzy przyjechali tu samochodami patrzą na nas jak na stworzenia z innej planety. Nieopodal budynku siedzimy dłuższą chwile i suszymy przepocone ubrania, jednak klimat miejsca wybitnie nam nie odpowiada. Chatę pod Inovcem opuszczamy z ulgą.

Następną godzinę schodzimy do drogi głównej i wsi Jarky.  Tam przypominamy sobie jaka temperatura panuje w dolinach. I bynajmniej nie jest ona znośna dla turysty z ciężkim  plecakiem. We wsi zatrzymujemy się tylko aby nabrać wody w znanym nam stylu  - około  litra do żołądka i kolejny litr na plecy, po czym ewakuujemy się w jedynym prawidłowym kierunku – do góry.

Z Jarków wychodzimy za znakami szlaku czerwonego w kierunku północno wschodnim na Trencianską Vrchovinę . Bardzo dobre oznaczenie szlaku,  jakie obserwowałem w Małych Karpatach, tutaj pogarsza się. Wycinka dużej połaci lasu sprawia, że na chwilę gubię szlak. Trzeba wreszcie popracować mapą.  Znalezienie położenia na szczęście nie jest problematyczne i po chwili wracamy na właściwą ścieżkę, wiodącą w kierunku Ostrego Verchu.
Po drodze liczymy kolejny raz na postój w słowackim schronisku. Niestety po raz drugi – Chata pod Ostrym Verchem okazuje się zamkniętą podniszczona chatą. Zniesmaczeni, po krótkim odpoczynku, idziemy więc dalej, zmieniając szlak na niebieski.  Jak na tą wysokość, słońce bezlitośnie grzeje na odkrytych terenach, a pot kapie z twarzy.   Droga do Trencianskich Teplic jest bardzo monotonna. Do miasta docieramy po 17stej. Jest bardzo gorąco, a centrum dziwnie oczyszczone z normalnych sklepów. Idąc po znakach znajdujemy za to Tesco i uskuteczniamy tanie obżarstwo. Sam się dziwię, jak szybko znika pól chleba na głowę, popite jogurtem. Ludzie zwracają uwagę na nasze studenckie jedzenie, jednak mało nas to obchodzi.
 Dziś robimy jeszcze jedno podejście i docieramy w interesujące miejsce. Skaliste formy zwane Kamenne Vrata wzbudzają zaufanie i zachęcają do rozbicia namiotu. Tak też robimy i w tym malowniczym terenie spędzamy najbliższą noc.



08.07 Dzień piąty


Rankiem zbieramy się niespiesznie i idziemy zalesionymi wzgórzami na wschód. Od wczorajszego wieczora, kiedy opuszczaliśmy Teplice, aż do późnego ranka nie spotykamy żadnego człowieka. Wokół tylko natura i spokój. Szlak również jest mało przedeptany i miejscami zarośnięty. Początkowo wiedzie polna drogą by po kilku kilometrach zagłębić się w leśny gąszcz.
Po kilku godzinach, gdy wreszcie wychodzimy z lasu, na horyzoncie ukazuje się kolejne pasmo górskie, do którego zmierzamy – Strazovske Vrchy i charakterystyczny wybitny szczyt – Vapec (935 npm), który wyróżnia się na tle całego widnokręgu. Przed wejściem w nowe góry przechodzimy przez wieś Horna Poruba i uzupełniamy wodę wspomnianą wcześniej metodą.

Podejście na niewysoki co prawda szczyt, wygląda niezbyt przychylne jednak w większości prowadzi lasem i okazuje się całkiem przystępne. Postanawiamy pokonać go szybko, póki temperatura jeszcze bardzo nie doskwiera. Odcinek leśny robimy dobrym tempem, a na odkrytym terenie pod szczytem zwalniamy. Szlak nie prowadzi bezpośrednio na górę, ale obchodzi szczyt i wyprowadza na zalesioną przełęcz. Tam zostawiamy plecaki i na wapienny wierzchołek Vapec’a wspinamy się na lekko. Ze szczytu „ubranego” w stalowy krzyż rozciąga się niesamowita panorama 360 stopni  na całą okolicę.  Możemy zobaczyć naszą dotychczasową trase i co jeszcze  nas w oddali czeka.  Szczególnie wyróżnia się charakterystyczny kształt Strazova (1231 npm).
Z wapiennego szczytu schodzimy w kierunku miejscowości Kapec. Szlak wiedzie trawersem przez las, długim i monotonnym. Aby nie było nudno, większość drogi towarzyszą nam gzy. Wieś Kapec okazuje się zbieraniną paru bezludnych domów i drogą wyłożoną betonowymi płytami. Rezygnujemy z zatrzymywania się tam. Od wsi droga wiedzie otwartym terenem. Jest gorąco, a popołudniowe słońce praży wszystko, co wyjdzie z cienia choć na chwilę. Szlak prowadzi inaczej niż na mapie, a w pewnym momencie znika zupełnie. Z rozterki co do wyboru drogi wyprowadza nas starszy Słowak, wskazując właściwy kierunek do wsi.

W Zliechowie trafiamy od razu pod sklep i posilamy się przed dalszą drogą. Naszą uwagę zwraca tablica we wsi, ostrzegająca przed niedźwiedziami.  Przypominamy sobie słowa spotkanych wcześniej rowerzystów, którzy również o nich wspominali.
Po posiłku ruszamy w stronę Strazova. W jednym z ostatnich domów prosimy o wodę – słońce praży niemiłosiernie. Jak najszybciej pokonujemy łagodne odcinki na otwartym terenie – w takiej temperaturze kluczem jest dotarcie do linii lasu. Na szczęście szybko się to udaje. Wśród drzew panuje idealny klimat. Po zejściu z otwartego terenu, w lesie jest tak przyjemnie, że można by tu spędzić cały dzień. Tymczasem trzeba się ruszać, bo w planach jeszcze ładnych kilka kilometrów do przejścia.

Na szczyt Strazova nie wchodzimy. Idziemy prosto za znakami szlaku czerwonego, które trawersują kopułę szczytową niedaleko wierzchołka, a następnie prowadzą w dół do wsi Cicmany.  Przed miejscowością jeszcze zatrzymujemy się na chwilę, aby co nieco się umyć przy strumieniu i doprowadzić do stanu używalności. Do Cicman wchodzimy przed 19:00. Na pierwszy rzut oka widać, że nie jest to zwykła wieś, jakich wiele. Tablice informacyjne wskazują iż mamy do czynienia właściwie ze skansenem, a UE wrzuciła w ten skansen kupę grosza na renowację tradycyjnych chałup.  Połowa, jeśli nie większość budynków we wsi jest drewniana i odnowiona. Nie tylko o chałupy tu chodzi. Odnowione i zakonserwowane jest właściwie wszystko, co można by zakonserwować i wziąć na to dotację– od drewutni i stajni po psie budy i sławojki.  Niektóre domki naprawdę robią wrażenie.

W większości są bogato zdobione w drewnie i  malowane białymi wzorami, przez co samym kontrastem  jakoś samoistnie budzą zainteresowanie i przyciągają wzrok.
Z racji wieczornej pory „turystyczna zazwyczaj” wieś jest opustoszała, a wszystkie sklepy pozamykane. Tu życie kończy się o 17:00. Dla pewności pytamy idącą z naprzeciwka dziewczynę o sklepy, które jakoby miałby wyrosnąć nagle spod ziemi. Odpowiada, że owszem są zamknięte, ale po chwili zastanowienia każe podążać za sobą. Idziemy do jednego z domków, w którym znika dziewczyna. Po chwili wraca z naszą dzisiejszą kolacją i jutrzejszym śniadaniem. Pieniędzy, mimo próby wciśnięcia czegokolwiek, nie chce. Przyznam szczerze, że takiej życzliwości w miejscowości turystycznej się nie spodziewałem. Sam podarek zaś przyniósł nam podwójną korzyść – morale znacznie wzrosło, a z perspektywy czasu wiem, że jedzenie faktycznie uratowało nas przed chodzeniem o pustym żołądku.


Bogatsi psychicznie i materialnie wychodzimy z Cicmanów przed zmrokiem. Nie mamy już ochoty zbytnio  się nadwyrężać, zalegamy więc nieopodal wsi, przy zabudowaniach nieczynnego teraz wyciągu. Jemy darowane nam produkty i jak najszybciej rozbijamy namiot pod świerkiem, chcąc zażyć jak najwięcej wypoczynku, przed jutrzejszym, ciężkim dniem.




09.07. Dzień szósty 


Wtorek 9 lipca planujemy jako dzień ponadprzeciętnej wyrypy. Według zamierzeń wypadałoby dziś dojść do Strecna oddalonego wg mapy o ponad 40 km od Cicman.  Mamy świadomość, że nie będzie różowo, ale zarazem nadzieję, że przy odpowiednim tempie i przedłużeniu dnia marszu jakoś się uda. Więcej możemy tylko domniemywać bez solidnej mapy – o mapie Fatry Luckanskiej akurat udało mi się zapomnieć przy pakowaniu.
Uzbrojeni w ambitne plany zaczynamy dzień jeszcze przed świtem – o 4:00. Bardzo trudno o tej godzinie zmusić się do obudzenia, jednak powoli i niezgrabnie udaje się. Wychodzimy o 6 rano i zmierzamy przez pasmo Javorinki śladami czerwonego Cesta Hrodinov SNP. Szlak jest tu oznaczony gorzej niż zwykle. Początkowo maszerujemy szybko i sprawnie, z czasem wychodzimy na otwarty teren i gubimy szlak. Oznaczeń nie widać, trzeba za to wrócić pod górę i wyciągnąć kompas. Nawigacja nie sprawia większych problemów poza jednym – gdy ja wyznaczam naszą przyszła drogę, Janusz odgania ode mnie legiony gzów. Po tej operacji szybko znajdujemy drogę do przełęczy. Niestety brodzenie w trawie kosztuje mnie mokre buty, które przyjdzie mi suszyć cały dzisiejszy dzień.
Dalsza trasa niespełna 900- metrowym pasmem nie sprawia problemów. Ponad 3 godziny idziemy jeszcze tymi wzniesieniami i stromym zejściem wiodącym stokiem narciarskim docieramy na przełęcz Fackovske Sedlo. Tu pora na zasłużony dłuższy postój. Janusz idzie po wodę, a ja zyskuję chwilę na podsuszenie butów i skarpet. Na przełęczy przegryzamy coś jeszcze ze skromnych zapasów i zbieramy się w stronę charakterystycznego szczytu Klak. Po drodze pytamy napotkanych turystów o mapę, chcąc zrobić jakiekolwiek zdjęcia, niestety nikomu poza nami nie jest ona potrzebna.

Na Klak wchodzimy w samo południe. Nie możemy dokładnie określić swojego położenia, jednak czasy godzinowe na znakach nie napawają optymizmem- Strecno nie jest jeszcze w ogóle uwzględnione, a na Velką Lukę znak prognozuje odległe 9 godzin. Bez zwłoki ruszamy więc w dół do kolejnej przełęczy. Po drodze spotykamy wreszcie turystę z GPSem, który nie nastraja nas obiecująco. Idzie ze Strecna, ale wyszedł wczoraj i biwakował po drodze. Odległość do miasteczka szacuje stąd na 30 kilometrów. Mimo to nie zwalniamy tempa. Głównym problemem zaczyna być brak wody. Po drodze nie ma źródełek czy potoków, a okolica choć porośnięta bujna roślinnością, jest paradoksalnie sucha. Na jednym z postojów podejmujemy nawet próbę zejścia z grzbietu po wodę, jednak rezygnujemy, orientując się ile trzeba by nadrobić przewyższenia.





Dobrą nowinę przynosi za to idąca z naprzeciwka dwójka turystów -  za 10 minut spotkamy źródło. Mają oni również ze sobą mapę Fatry Luckanskiej, której robimy zdjęcia i od tego momentu nie idziemy już na ślepo.
Za kilka minut spotykamy wspomniane oznaczenie źródła, które nie znajduje się bezpośrednio przy szlaku. Napis po słowacku – „Promen” nie mówi nam nic. Bez wskazania spotkanych chłopaków minęlibyśmy je z pewnością i nie zwrócili uwagi.

Po wodopoju wartko ruszamy na Hnilicką Kycerę (1218 npm).  Tu czeka nas jedno z najgorszych podejść tej wycieczki. Duża stromizna i ścieżka wiodąca prosto pod górę nie wyglądają zachęcająco. Jednak mamy szczęście – podczas mozolnego zdobywania metrów słońce zachodzi za jedną  z niewielu chmur i oszczędza nam sporo wysiłku. Przez następne kilometry szlak czerwony prowadzi w kierunku północnym, wąską granią, w kierunku Usypanej Skały (1158). Idziemy szybko i jakoś automatycznie co spowodowane jest lekkimi plecakami i zbliżającym się wieczorem.














Robimy bardzo mało postojów, a ostatni na Hornej Luce (1299 npm). W oddali widać już masyw Velkiej Luki, oświetlony przez zachodzące słońce. Choć dzieli nas od niego tylko  100 metrów zejścia i 250 w górę, to jesteśmy solidnie zmęczeni i po 13 godzinach solidnego marszu oznacza to jeszcze sporo wysiłku.  Idziemy bez problemów, ale apatycznie, noga za nogą. Na wzgórzu Veterne (1442 npm) odzyskujemy resztki animuszu, choć niebawem kończy się wysiłek na dziś. Po konfrontacji rzeczywistości z mapą zatrzymujemy się przed Velką Luką, nieopodal opustoszałej bacówki i źródełek wody. Na tej wysokości po zachodzie słońca niemal od razu robi się chłodno, ale po całym dniu zmuszamy się na pobieżne mycie w strumyku.  Po rozbiciu namiotu – chłód i lenistwo nie pozwalają już z niego wyjść. Gotujemy w środku, a kilka chwil po jedzeniu zasypiamy.

Przypomina mi się zeszłoroczna Rumunia. Właściwie od początku wyjazdu mamy pierwszy nocleg na połoninie, z pięknym widokiem na okolicę.  Może w porównaniu z Rumunią byłby tylko przeciętny, ale tutaj jest co najmniej niebanalny…




10.07 Dzień siódmy


Siódmego dnia wycieczki mamy nadzieję zbytnio się nie przemęczać. O 5:30 poza budzikiem wita nas słońce oświetlające ścianę namiotu i podnoszące temperaturę do poziomu akceptowalnego do wyjścia. Ranek wykorzystujemy aby ogarnąć czynności wczoraj pominięte, nawiasem mówiąc grzebiąc się, w konsekwencji pierwsze kroki na szlaku stawiamy o 7:15. Pogoda jest z pozoru ładna, ale cirrusy na horyzoncie wróżą rychłe załamanie. Jutro zapewne wszystko się posypie – dzielę się uwagą z Januszem. Trzeba zastanowić się nad rewizją naszych planów.


Tymczasem rankiem maszerujemy przez połoniny i pokonujemy kilometry szlaku czerwonego. Szybko mijamy Velką Lukę (1471 npm), po czym zaczynamy schodzić przez Zazrivę i Mincol. Po dwóch godzinach marszu szlak przechodzi w leśną drogę i trawersuje masyw Grunia. W oddali widać już zakole rzeki i nasz cel – miasteczko Strecno z górującym nad nim zamkiem. Widok dodaje nam energii i napędza nogi do klepania niewygodnej nawierzchni szutrowej. Do miasteczka docieramy o 11:00, nawiedzając po drodze wspomnianą fortecę ryglującą niegdyś przeprawę przez rzekę Vah.

Od razu zmierzamy do marketu znanej nam już sieci Coop , który wyszukałem jeszcze na Street View, i robimy zakupy na kolejne 2 doby. Poza kupnem na zaś odbijamy sobie oszczędność ostatnich dni solidnym obżarstwem do oporu.  Siedząc pod sklepem, nieogoleni, rwąc chleb z bochna wyglądamy raczej jak menele. Tylko piwa brakuje, ale je zostawiliśmy na później.
Po napełnieniu brzuchów do syta podejmujemy decyzje co do dalszej drogi. Mając za sobą doświadczenia Fatry Luckanskiej, perspektywę załamania pogody i wyśrubowany czas wyjazdu do Kirgistanu, decydujemy się zmienić dalszą trasę z Małej Fatry na niewysokie góry Kysucka Vrchovina. W tym celu przechodzimy most na rzece Vah i idziemy asfaltem do miejscowości Varim. Pomimo chmur na niebie słońce daje o sobie znać i doskwiera podczas marszu.

Na głównej drodze łapiemy stopa. 10 minut oczekiwania i zatrzymuje się bus. Słowacy podwożą nas około 5 kilometrów, na skrzyżowanie i życzą szerokiej drogi. Stamtąd dreptamy drogą do wsi Lysica, gdzie zaczyna się żółty szlak prowadzący w góry. We wsi prosimy o wodę, ale miejscowy odpowiada, że ma tylko chlorowaną i prowadzi nas do źródełka, gdzie możemy po raz kolejny opić się do woli.


Żegnamy się z pomocnym „tubylcem” i kierujemy na polną drogę. Pilnujemy przy tym oznaczeń szlaku, bo w tym terenie są słabo widoczne. Wyrobioną przez wodę drogą szybko pniemy się do góry, raźno odganiając gzy. Po chwili jesteśmy już na przełęczy ze znakomitym widokiem na górską dolinę. Przechodzimy przez wsie Chabudovci i Durcovcii. Za nimi zaczyna się nieprzyjemna i zakurzona droga na przełęcz Zlień. Tam zmieniamy szlak na zielony, a kierunek na wschodni i maszerujemy dalej głównym grzbietem Kysuckiej Vrchoviny. Pasmo na tym odcinku jest bardzo przystępne dla oka.  W oddali prezentują się wyszczerbione grzbiety Małej Fatry, a drogę znaczą przydrożne drewniane kapliczki. Stale towarzyszą nam gzy, ale po tygodniu ich ciągłego towarzystwa nauczyliśmy się skutecznie z nimi radzić.

Przemierzamy kolejne kilometry polnymi i leśnymi drogami mimo wieczornej pory. Dziś musimy przejść jak najwięcej, póki utrzymuje się dobra pogoda. Po jakimś czasie zmieniamy znowu szlak na niebieski i maszerujemy wzdłuż granicy otuliny Parku Narodowego Małej Fatry.  Stan nawierzchni i aura psuje się. Szlak prowadzi typowa drogą wycinkową, która jest już nieprzejezdna a do przejścia bardzo trudna – koleiny sięgają ponad pól metra głębokości. Na horyzoncie pojawiają się ciemne chmury.  Na zniszczonej drodze tempo nam trochę spada, ale maszerujemy do zmroku. Biwak rozbijamy przy drodze, po zejściu z Zavorskiej Kycery (900 npm). Gotujemy i wciągamy jedzenie już przy czołówkach.  Od strony polskiej granicy widać błyskawice i słychać odgłosy burzy.





11.07 Dzień ósmy


Budzimy się o 5:00 i szybko pakujemy. Pogoda lada chwila ma się spieprzyć i aż dziwne, że rankiem jeszcze jest w porządku. Maszerujemy dalej na wschód z deszczowym frontem za plecami. Ten motywator na karku bardzo dobrze wpływa na nasze tempo – o 7:00 jesteśmy już na Javorince (1210 npm) i stamtąd kierujemy się prosto na granicę polską – na północ.

Wręcz przyspieszamy, gdy wkoło robi się ciemnawo, mgliście i wilgotno. Widać, że od deszczu dzielą nas tylko chwile, a pierwsze krople deszczu spadają na zejściu z Okruhlicy. Przeczekujemy je pod drzewem, a gdy cichnie idziemy dalej. Mżawka kropi właściwie przez cały czas, a buty w mokrej trawie szybko przemiękają. Około 10:00 docieramy do wsi Oravska Lesna, gdzie kupujemy prowiant i jemy co nieco na miejscu.  Następnie idziemy dalej szlakiem zielonym, wzdłuż drogi, której moja mapa nie uwzględnia. Deszcz nawiedza nas nagle jeszcze kilkukrotnie tego dnia.

Trochę przemoczeni, o 13:30 docieramy wreszcie do granicy z Polską na Telapkovym Beskidzie, kończąc tym samym trawers słowackich Karpat Zachodnich. Na dziś pozostaje nam jeszcze dojść na nocleg – do schroniska PTTK na Rycerzową i spędzić pochmurny i zimny wieczór odpoczywając przy herbacie.


























Wycieczka po Karpatach Zachodnich zajęła nam niespełna 8 dni marszu. Ile kilometrów liczyła nasza trasa raczej trudno oszacować, ale stawiam na około 350. Urwaliśmy z tego około 20km autostopem, więc około 330 kilometrów przeszliśmy. Pogoda podczas wyjazdu była przez 90% czasu znakomita. Załamała się dopiero ostatniego dnia, kiedy do przejścia zostało już bardzo niewiele. Również temperatura, jak na lipiec – oszczędziła nas. Do 30 stopni jeszcze idzie wytrzymać, a wyższej nie było. Dokuczały za to insekty. Mając w pamięci doświadczenia Rumunii jakoś zbagatelizowaliśmy problem gzów i komarów i nie kupiliśmy  żadnego specyfiku przeciw tym stworzeniom. Z perspektywy czasu okazało się to błędem i przestrzegam wszystkich przed popełnianiem go, w wypadku wyjazdu na Słowację.

                                             GALERIA ZDJĘĆ