wtorek, 8 lipca 2014

Kazimierz Dolny - Janowiec - Puławy - wycieczka rowerowa

Kazimierz Dolny - Janowiec - Puławy - wycieczka rowerowa

Podczas pięciu lat studiów na UMCS Kazimierz Dolny był dla mnie od początku podstawowym celem dłuższych wycieczek rowerowych. Położony ok 50 km od Lublina stawał się dobrym punktem wypadowym i dawał możliwość zrobienia tzw. setki w wolne popołudnie. Z Lublina do Kazimierza można dojechać albo trasą wojewódzką przez Nałęczów i Wąwolnicę (tą zazwyczaj wracałem) lub mniej uczęszczanymi drogami gorszej kategorii przez Wojciechów (moja główna marszruta "do", którą co ważne nigdy nie wracałem). Kazimierz Dolny jakoś zawsze mnie przyciągał i to chyba nie bez powodu. Co by o nim nie mówiono to jedna z perełek lubelszczyzny, a jej popularności i historii nie będę tutaj przytaczał - łatwo można znaleźć. Powiem tylko, że raz będąc w okolicy, do kolejnych przejażdżek łatwo się zmotywować.

Mając świadomość chęci powrotu w te strony, na dobrą sprawę aż do czerwca tego roku nie zwiedziłem Kazimierza na poważnie.Zawsze wiedziałem, że mam tam po co wrócić i często wracałem. W Kazimierzu byłem kilkanaście razy rowerem zarówno samotnie, jak i ze znajomymi, o każdej porze dnia i nocy (kilka razy to ja namawiałem, a bywało że i zostałem namówiony na "nocną setkę" do Kazimierza) we wszystkie pory roku poza zimą. Z Kazimierza również chodziliśmy szlakami do Nałęczowa, w kwietniu 2014 nawet stamtąd przybiegliśmy, pokonując ponad 60 km szlakiem czerwonym. Wydawało by się, że zima będzie w tej kwestii tabula rasa - otóż nie, w okolicy uczyłem się jazdy na nartach czy w lokalnych wąwozach pierwszy raz doświadczyłem kontaktu z przyrządami wspinaczkowymi i liną.

Z wyżej wymienionych powodów trzeba stwierdzić, że podczas studiów bardzo zżyłem się z Kazimierzem Dolnym. Mimo wszystko paradoksalnie nie do końca go poznałem, a nawet nigdy nie pokusiłem się na standardową galerię z wycieczki.
Tyle tytułem wstępu. Pod koniec czerwca bieżącego roku zdałem sobie sprawę, że z racji końca studiów kolejna wycieczka do Kazimierza może mi się za szybko nie przydarzyć i wypada udokumentować tą jak wspomniałem sentymentalną dla mnie trasę, której z perspektywy studenckich wojaży nie sposób pominąć . Dodatkowo chciałem zobaczyć zamek na przeciwległym brzegu Wisły - Janowiec, a i Janusz od jakiegoś czasu zapraszał mnie na obiad do rodzinnych Puław.

Realizacja planu wycieczki zrodziła się dopiero w ostatnich dniach pobytu w Lublinie. Pewnej pochmurnej środy wyruszyliśmy wraz z Januszem, aby po raz kolejny czy ostatni "przejechać się" do Kazimierza Dolnego. Pogoda nie była stabilna, temperatura jak na lato jeżyła włosy na ciele, ale jechało się przyjemnie. W połowie trasy, zatrzymaliśmy się przy Lewiatanie w Wojciechowie, a ja podjechałem by zrobić zdjęcie okolicznemu zbytkowi - tzw. wieży ariańskiej.







Dalsza droga do Kazimierza pomimo słabego stanu asfaltu nie stwarzała problemów i przed południem dotarliśmy na charakterystyczny rynek i słynną studnię. Janusz, jako z Kazimierzem obyty od dziecka, został przy rowerach, ja zaś z aparatem w dłoni ruszyłem na połów.





Fotografowałem oczywiście okolice rynku, przepięknie odnowiony kościół farny w stylu renesansu lubelskiego, a następnie przeniosłem się na północ, w kierunku wzniesień. Tam dłuższą chwilę poświęciłem ruinom zamku kazimierzowskiego, baszcie obronnej, tym razem pomijając górę trzech krzyży, gdzie na wejściu pojawiła się bramka z biletami.



Schodząc do poziomu rynku po raz kolejny poświęciłem się okolicy, a szczególnie dwojgu najsłynniejszym kamienicom, zlokalizowanym w południowo-zachodnim jego narożniku.



Po obejściu miasteczka wraz z Januszem wybraliśmy się nad Wisłę, gdzie koniecznie chciałem uwiecznić kolejne charakterystyczne budowle Kazimierza - dawne spichlerze zbożowe.



Następnie ścieżką rowerową wałem wiślanym ruszyliśmy na południe, w kierunku przeprawy promowej. Konstrukcja, która miała przewieść nas na drugi brzeg aktualnie znajdowała się po stronie Janowca. Panowie reperowali usterkę i po zapytaniu odkrzyknęli przez wodę, że podjadą za pół godziny. Wyboru bardzo nie mieliśmy i czas oczekiwanie umilaliśmy sobie twórczym rzucaniem kamieni do wody.



Sama przeprawa kosztowała 5zł za osobę (studnecki bilet 4zł) i trwała dosłownie parę minut. Po chwili znaleźliśmy się na drodze do Janowca i od razu udaliśmy się w kierunku górującego nad miejscowością zamczyska.


Po drodze obejrzeliśmy jeszcze kościół - niepozorny ale malowniczy przykład renesansu lubelskiego.


































Zamek w Janowcu jest trwałą ruiną poddawaną pracom konserwacyjnym. Bilety są stosunkowo drogie (12 zł normalny i 8zł studnecki), choć poza zamkiem dają możliwość obejrzenia pobliskiego dworu szlacheckiego i spichlerza z muzeum etnograficznym. zamek, choć imponujący z oddali, przy bliższym poznaniu niestety nie zyskuje, gdyż duża jego część nie jest jeszcze oddana do zwiedzania.



Po obejrzeniu zamku, dworu i spichrza ruszyliśmy w dalszą drogę do Puław. z racji bardzo napiętego grafika niezbyt długo zwiedzaliśmy miasto, a mówiąc prawdę - na "wariackich papierach". Obejrzałem wprawdzie z zewnątrz kompleks pałacowy Czartoryskich i zespól parkowy z interesującymi obiektami, z których w pamięć najbardziej zapadły mi - kościół Wniebowzięcia NMP w kształcie Panteonu i tzw. Świątynia Sybilli - pierwsze polskie muzeum narodowe.




W Puławach zagościliśmy jeszcze dłuższą chwilę, racząc się solidnym obiadem w rodzinnym mieszkaniu Janusza, po czym przerażeni godziną, szaleńczym tempem ruszyliśmy drogą krajową prosto w kierunku Lublina.



Po drodze na szybkie zdjęcie zatrzymaliśmy się jeszcze w Końskowoli, gdzie chciałem obejrzeć niesamowicie klimatyczny i niedawno odnowiony Kościół parafialny pw. Znalezienia Krzyża Św. i św. Andrzeja Apostoła w stylu renesansu lubelskiego. Do Lublina dotarliśmy po 19:00 zdążając akurat na dalszą część przygodowego dnia, ale długo by o tym pisać....

Pozdrawiam Tomasz Duda

GALERIA

Endomondo

niedziela, 29 czerwca 2014

Rowerowa dwudniówka (Zamość - Jarosław - Łańcut - Leżajsk - Stalowa Wola)

Rowerowa dwudniówka (Zamość - Jarosław - Łańcut - Leżajsk - Stalowa Wola)

Gdy ostatniego dnia kwietnia bieżącego roku zmierzałem autostopem w kierunku granicy z Ukrainą w Medyce, moją uwagę przyciągnęły dwa miasta po drodze – Leżajsk i Jarosław. Dla mieszkańców pewnie nie ma w nich nic niezwykłego, ale podczas kilku minut obserwacji przez szybę mnie wydały się magiczne.
Z pewnością to zasługa budowli sakralnych. Przy wjeździe do Leżajska mój wzrok od razu skierował się na monumentalne mury z narożnymi basztami po lewej stronie drogi, czyli klasztor Bernardynów. Właściwie to samo z Jarosławiem. Przejeżdżając nieopodal miasta, obserwując krajobraz natknąłem się na kolejny klasztor umocniony murami z niewysokimi basztami – klasztor Benedyktynek.

Od tamtej pory szukałem sposobności aby wybrać się na wycieczkę i zahaczyć o wspomniane dwa miasta. Obserwując mapę Google zauważyłem, że optymalnym wyjściem będzie przejechanie od Zamościa do Stalowej Woli, z punktami przystankowymi w Jarosławiu, Łańcucie i Leżajsku. Kilometraż około 240 km akurat nadaje się na typową dwudniówkę, a w miejsce początku i końca trasy można pojechać koleją.
Plan był gotów, realizacja przyszła w połowie czerwca, kiedy pogoda przedstawiała się wybitnie rowerowo. Ponad 20 stopni, zachmurzenie z przejaśnieniami i znośny wiatr – takie prognozy miałem przed oczyma gdy wraz z Anitą i rowerami jechałem pociągiem regio w kierunku Zamościa.


We flagowym mieście Lubelszczyzny znaleźliśmy się przed południem i bez zwłoki zaczęliśmy szukać drogi wojewódzkiej w kierunku Krasnegostawu. Z racji krótkiej wycieczki mogłem wspomóc się GPSem, toteż wyjechanie z miasta nie sprawiło żadnych problemów. Pierwsze kilometry upływały bardzo przyjemnie – słońce, ciepełko i dobra droga, której stanem byłem szczerze zaskoczony. Na wysokości Krasnegostawu wybraliśmy drogę prosto – na Józefów i mogliśmy wrócić do lubelskiej rzeczywistości. Za Józefowem, który przejechaliśmy bez postoju nawierzchnia drogi wojewódzkiej przedstawiała sobą tragiczny obraz. Trudno byłoby odnaleźć jeden metr kwadratowy bez dziur, a samochody jadące przez tą „wielką łatę” wydawały straszny łoskot.
Z Józefowa wybraliśmy drogę prowadzącą wprost na południe i jechaliśmy nią, aż do miejscowości Różaniec.






Po drodze odwiedziliśmy pomnik i cmentarz upamiętniający bitwę partyzancką pod Osuchami.
Pogoda zaczynała się psuć i od północnego zachodu zaczęły napływać ciemne chmury. Niemniej jechało się przyjemnie, bo z wiatrem i „uciekając” przed burzowymi chmurami.  Na wysokości Różańca drogi wojewódzkie rozjeżdżały się na prawo, a przed nami wyrósł dylemat w powodu dużego kompleksu leśnego na południu, który skutecznie blokował drogę do Jarosławia. Po obejrzeniu map GPS nie zauważyłem co prawda przejazdu przez las, ale okrążenie go oznaczałoby dla nas kilkanaście kilometrów więcej.
Postanowiliśmy zaryzykować i puściliśmy się w plątaninę małych miejscowości kierując się na południe. Nie wiem, czy geograficznie to jeszcze część Roztocza, ale pokonując wiejskie drogi niemal przenieśliśmy się w czasie. Na długości kilkudziesięciu kilometrów minęło nas dosłownie kilka samochodów, w miejscowościach wyrastały klimatyczne cerkwie. Ludzi było tu niewielu, za to bydła na polach nie brakowało. Jakby cofnąć się w przeszłość, albo pojechać na Ukrainę.



W końcu dojechaliśmy do miejscowości Stary Dzików i ruszyliśmy prosto na południe drogą coraz gorszej jakości. Miejscowi jakoś nie potrafili powiedzieć czy przejedziemy przez las, ale my ufni w potęgę GPSu jechaliśmy przed siebie. Jakież było moje zdziwienie, gdy przed samym lasem wyrosła przede mną sieć nowiutkich dróg pożarowych. Prawie wszystkie asfaltowe i jakości lepszej od dróg otaczających miejscowości. Asfaltówki co prawda nie prowadziły bezpośrednio przez kompleks leśny, ale z pomocą urządzenia satelitarnego i ich dobrze rozwiniętej sieci szybko  i wygodnie wydostaliśmy się z lasu, wjeżdżając do miejscowości Mołodycz.
Po kilkugodzinnej przerwie znaleźliśmy się z powrotem na normalnej drodze, trafiając niejako znów do cywilizacji. Dalej droga wiodła już prosto przez podkarpackie miejscowości – Radawę i Wiązownicę. Na tym odcinku doznałem kolejnego pozytywnego zaskoczenia. Od Radawy biegła wzdłuż drogi głównej asfaltowa ścieżka rowerowa akurat w kierunku, w który zmierzaliśmy. Tym traktem przejechaliśmy około piętnastu kilometrów i dotarliśmy do granic samego Jarosławia.



W mieście zameldowaliśmy się o 18:30 zostawiając za sobą 110 km trasy. Pierwszym krokiem jaki podjęliśmy był zakup prowiantu na biwak, który zasilił nasze sakwy rowerowe. Następnie mogliśmy oddać się objazdowemu zwiedzaniu miasta. Do centrum wjechaliśmy ulicą Grodzką i szybko naleźliśmy się w klimatycznych okolicach Rynku. Słońce właśnie zachodziło i przebiło się przez chmury, co zapewniło nam dobre światło dla zdjęć, a i przyjemnej było popatrzeć na ratusz i pierzeje renesansowych  kamienic. Zwiedziwszy teren rynku objechaliśmy pozostałe interesujące budowle z których najbardziej w pamięci pozostał mi cerkiew pw. Przemienienia Pańskiego i kolegiata pw. Bożego Ciała. Jarosław to miasto klasztorów, toteż po obejrzeniu zabytków starego miasta szybko skierowaliśmy się w kierunku interesującej nas budowli.



Budowla, która przyciągnęła mnie w te strony jest jedna z najbardziej charakterystycznych w mieście. To kompleks koicielko-klasztorny dawnego opactwa ss. Benedyktynek. Już z oddali kierują do niego dwie strzeliste wierze kościoła i zapraszają do wejścia. Kompleks ufortyfikowano ceglanym murem, poprzetykanym basztami krytymi gontem. Całość wygląda naprawdę przepięknie. Wewnątrz murów znajdują się dawne zabudowania klasztorne, ogrody i kościół. Wstęp jest bezpłatny.
Poza tym klasztorem, w Jarosławiu znajduje się jeszcze kompleks oo. Franciszkanów i oo. Dominikanów w stylu barokowym, który obejrzeliśmy przy wyjeździe z miasta. Budowla jest również godna polecenia.  Poza obrębem starego miasta na uwagę zasługuje również nekropolia – cmentarz stary – jeden z najstarszych cmentarzy zamiejskich w Europie.



Gdy opuszczaliśmy Jarosław słońce już ledwo tliło nad horyzontem. Aby znaleźć dobre miejsce biwakowe musieliśmy przejechać jeszcze kilkanaście kilometrów na zachód od miasta. Aby uniknąć jazdy drogą krajową na Rzeszów skierowaliśmy się na miejscowość Zarzecze i rozbiliśmy namiot na polach, nieopodal wsi Cieszacin.




Rankiem obudziło nas nagrzane powietrze namiotu. Pomimo wczesnej pory pogoda zapowiadała się wyśmienicie, a słońce wznosiło się już wysoko nad horyzontem. Niewiele czasu zajęło nam pakowanie i zbieranie biwaku, około dziewiątej ruszyliśmy w dalszą drogę. Chociaż niebo wkrótce zaczęło się chmurzyc i pogoda psuła się z godziny na godzinę, bardzo przyjemnie pokonywało się kilometry dzielące nas od Łańcuta. Jechaliśmy przez Zarzecze i Markową drogami gminnymi o równej i dobrej nawierzchni. Przed miastem zmieniliśmy trasę na wojewódzką, a teren stał się bardziej pofalowany.



Gdy dotarliśmy do Łańcuta niebo zasnuło się burzowymi chmurami. Nie zważając na to wzięliśmy się za podziwianie wspaniałego pałacu – niewątpliwie najważniejszej atrakcji turystycznej w okolicy. Chociaż ze względu na ceny biletów (28zł) nie wchodziliśmy do środka, to jednak cały zespół parkowy jest zdecydowanie wart obejrzenia. Czerwcową porą park przyciąga przede wszystkim kolorem. Intensywna zieleń świeżo przystrzyżonej trawy, czerwień róż i inne kolory ogrodowych kwiatów wywołują niesamowite wrażenia wizualne. Wokoło nie brakuje turystów, a nad utrzymaniem przyzwoitego stanu kompleksu czuwa tabun ludzi.




Zwiedzanie dużego kompleksu leśnego zajęło nam ponad godzinę. W międzyczasie chmury rozpierzchły się i groźba burzy minęła. Zważywszy, że przed nami było jeszcze 80 km do przejechania po zjedzeniu lodów opuściliśmy Łańcut i skierowaliśmy się drogą wojewódzka w kierunku Leżajska.
Przejechanie 30 km dzielących nas od miasta zajęło około dwóch godzin. Im dalej na północ tym teren stawał się coraz bardziej płaski, a podjazdy mniej wymagające. Przeszkadzał natomiast wiatr, który w przeciwieństwie do dnia poprzedniego – teraz wiał nam w oczy z pełną siłą.














Do Leżajska dotarliśmy w godzinach popołudniowych wyjeżdżając prosto na rynek główny. W centrum łatwo znaleźliśmy tablicę informacyjną z zabytkami i zaczęliśmy rozglądać się po okolicy. Sam rynek nie jest z byt ciekawy, ale kilak kamienic ma swój interesujący klimat i historię. Ratusz to charakterystyczna i osobliwa konstrukcja, choć pięknem wprawdzie nie grzeszy. Wejście do cmentarza żydowskiego zagrodzone jest wysokim ogrodzeniem z zamkniętą furtką, która uniemożliwia wejście do środka. Trochę zniesmaczeni tym faktem udaliśmy się w dalszą drogę w kierunku Niska przy okazji zatrzymując się przy najciekawszym zabytku.



Kościół i klasztor oo. Bernardynów swoja genezą sięga XVII wieku. W centralnym punkcie kompleksu znajduje się kościół pw. Zwiastowania NPM reprezentujący style baroku, manieryzmu i rokoko. Najcenniejszym elementem jego wyposażenia są monumentalne XVII wieczne organy. To nie tylko cenny zabytek na skalę polską, ale również europejską. Organy wypełniają całą zachodnią ścianę bazyliki aż po sklepienie i stanowią jej ogromna fasadę. Największa piszczałka ma ponad 10 metrów długości, a na instrumencie może grać trzech organistów jednocześnie. Instrument jest naprawdę ogromny i wygląda wspaniale. Warto zatrzymać się na dłużej i podziwiać poszczególne detale których nie sposób wprost wszystkich wychwycić.



Kościół otoczony jest obwarowaniami. Kurtyny murów zakończone są w narożnikach basztami, a wejścia znajdowały się pierwotnie tylko w dwóch bramach. Klasztor udostępniony jest do zwiedzania bezpłatnie, obecnie trwają prace renowacyjne w obiekcie.

























Z Leżajska musieliśmy przejechać jeszcze 50 km żeby dostać się do Stalowej Woli. Ponad trzy godziny jakie spędziliśmy na drodze krajowej nr. 77 nie należą do najprzyjemniejszych wspomnień z tego wyjazdu. Niemniej na pociąg o 19:00 zdążyliśmy i wraz z rowerami jeszcze przed nocą dotarliśmy do Lublina.
W czasie wycieczki przejechaliśmy około 240 km. Jak na dwudniówkę to dystans wystarczający żeby cos obejrzeć i jednocześnie trochę pomachać nogami. Miejsca, które odwiedziliśmy pozwoliły lepiej poznać Podkarpacie i obszar, który do tej pory omijałem w swoich wycieczkowych planach. Gdyby ktoś chciał powtórzyć trasę – serdecznie polecam (koniecznie należy zmodyfikować ostatni odcinek czyli drogę krajową 77 na jakąś lokalną.

Pozdrawiam
Tomasz Duda

ZDJĘCIA

Endomondo:



czwartek, 19 czerwca 2014

Mapy Karpat - jakie wybrać i gdzie szukać (Polska, Słowacja, Ukraina, Rumunia)

Mapy Karpat - jakie wybrać i gdzie szukać (Polska, Słowacja, Ukraina, Rumunia)


Jednym z pierwszych kroków, jakie podejmuje osoba wybierająca się w góry jest zakup mapy. Stanowi to najmniejszy postęp, jaki można zrobić w stronę wyjazdu. Pomimo, iż w dzisiejszych czasach góry teoretycznie są pokryte gęstą siatką różnorakich szlaków turystycznych, rzeczywistość bywa różna, a świstek papieru bardzo się przydaje.
Jak bardzo realia są odmienne od teorii miałem nieraz okazje przekonać się przemierzając szlaki Karpat. Mapa przydawała mi się wtedy częściej lub rzadziej, ale z pewnością bez takiego gadgetu nie wyruszyłbym w żadną wędrówkę. Zebrałem się więc na stworzenie krótkiego posta, w którym opiszę pokrótce moje doświadczenia z mapami Karpat, źródła ich dostępu oraz opinie z używaniem konkretnych z nich.




Polska


Mapa Compass
W naszym pięknym kraju rynek map jest bardzo bogaty. Powiedziałbym nawet, że trudno znaleźć obszar, który byłby interesujący pod względem walorów naturalnym, a nad którym kartografowie jeszcze nie pracowali. Jeśli chodzi o polskie góry, polecam doskonałe mapy wydawnictwa Comapass w skali 1:50 tys., tylko Tatry i Karkonosze są wyjątkami (1:30 tys). Bardzo dobrze pokrywają się z rzeczywistością, są przejrzyste wizualnie i na bieżąco uaktualnianie. Dodatkowo nie ma problemu z ich znalezieniem również w wersji multimedialnej czy w wersji na GPS. Poza nimi mamy całe spektrum dostępnych map, więc pomijam opisywanie konkurencyjnych produktów, o których mam mieszane opinie.





Słowacja


zasięg map VKU Harmanec


mapa VKU Harmanec
Nasi południowi sąsiedzi i ich kartografowie również nie próżnują. Właściwie cały kraj pokrywają dobre mapy z lat 90tych firmy VKU Harmanec z zaznaczonymi wszystkimi szlakami (czasami dezaktualizowane), w skali 1:50 tys. Nie ma problemu z ich kupieniem na miejscu, ani znalezieniem w sieci. Ogólnodostępne i wystarczające dla każdego turysty na chodzenie szlakami i poza nimi.














mapa ruthenus
Ukraina


Tu zaczynają się schody i związany z nimi przywilej wyboru. Idąc w ukraińskie Karpaty można skorzystać z kilku rodzajów map. Najlepsze są oczywiście współczesne, wydane w ciągu ostatnich paru lat. Na bieżąco mapy Karpat ukraińskich wydaje firma ruthenus i w Polsce nie ma kłopotów z ich zakupem. To bardzo dobre mapy w skali 1:50 tys. problemem jest, że pokrywają tylko popularniejsze pasma gór ukraińskich i trzeba od nich szukać alternatywy.
Wyborem może być kupno miejscowych map ukraińskich. Nie ma ich zbyt wiele i znalezienie ich w postaci materialnej może być problemem, jednak pojawiają się w sieci, a skalę mają zbliżoną do klasycznych 50tek. Co prawda nie jest to jakość ruthenusa, ale swobodnie nawet niewprawny turysta może z nimi chodzić.


mapa WIG
Jeśli jednak szukamy czegoś innego, bądź powyższe propozycje nie pokrywają obszaru jaki chcemy  eksplorować, polecam poszukać map WIG. Archiwum Wojskowego  Instytutu Geograficznego udostępnia darmowo mapy polskie z lat 1919-1939 r. Biorąc pod uwagę iż tereny dzisiejszej Ukrainy zachodniej należały jakiś czas temu do Rzeczpospolitej możemy wyciągnąć wniosek.  Pod adresem http://polski.mapywig.org/news.php trzeba kliknąć skorowidz map 1:100000 i z mapy konturowej wybrać interesujący nas obszar. Następnie pozostaje pobrać, wydrukować i skleić. Jak wspomniałem, Instytut udostępnia mapy z lat 1919-39, i jeśli mamy wybór zalecam ściągnięcie tych kolorowych z lat 30stych, gdyż są najlepsze. Pierwszy raz drukując wskazane mapy byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Pomimo upływu 80 lat poziom przedwojennej kartografii polskiej napawa dumą. Mapy są czytelne, poziomice dokładne i gęste, zaznaczone źródła i inne obiekty potrzebne wojsku, a i turystom. Z mapami chodzi się bardzo przyjemnie, a patrząc na polskie nazwy aż łezka kręci się w oku.

sztabówka ZSRR 1:50 tys

Jeśli zamierzamy jednak zatwardziale zapuszczać się w rejon, którego nie obejmują żadne ze wskazanych wyżej map, zostają nam sztabówki ZSRR. Związek Radziecki w latach 80tych podjął wysiłek zobrazowania na papierze właściwie całego świata. Pod adresem http://loadmap.net/en wystarczy przybliżyć mapę świata i wybrać „Russia army maps” po czym pobrać i skleić. Radzieckie sztabówki, bo tak umownie je określam, są wersją ostateczną i całkiem przyzwoitą. Swoją jakością nie dotrzymują kroku co prawda nawet starczym odpowiednikom WIG, jednak można z nimi chodzić i nie błądzić, co wiem na własnym przykładzie. Co prawda wymagają nieco więcej umiejętności, podejścia i znajomości cyrlicy, jednak darowanemu koniowi…,  no właśnie. Jako pomocnicze wypełnienie luk terenowych nadają się znakomicie.








mapa Dimap
Rumunia


W kraju, który jest beneficjentem największego obszaru Łuku Karpat, z mapami bywa różnie. Jeśli chcemy odwiedzić Karpaty rumuńskie koniecznie zalecam zaopatrzyć się w mapy wydawnictwa Dimap. Są one wykonywane w różnych skalach, zależnie od przedstawianego pasma górskiego. 1:15 tys., 1:30 tys., a chyba najczęściej 1:60 tys. To dobre i aktualne mapy turystyczne, a przede wszystkim bardzo czytelne. Kolory są wyraziste i łatwo możemy na nich się połapać. Zaznaczono na nich szlaki, ścieżki, źródełka i wszystko co turyście do szczęścia potrzebne. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić to stosunkowo szeroko rozmieszczone poziomice, co jest jednak do zniesienia. Są stosunkowo drogie, ale można znaleźć je w sieci bądź wydać pieniądze, z pewnością się opłaci. Problemem jest, iż nie maja one pierwiastka zupełności i nie obejmują wszystkich pasm górskich.


rumuńskie mapy, których nie polecam
Gdy nie znajdziemy map Dimapu, posiłkujemy się radzieckimi sztabówkami, o których napisałem wyżej.
W sieci można znaleźć dużo map rumuńskich Karpat, których nie polecam. To wytwory lokalnych kartografów z lat 80-90 XX wieku. Co prawda są kolorowe, jednak to chyba ich jedyna zaleta. To mapy bardzo niedokładne, a poziomice rozmieszczone co 200 m. Kto wie, co to 200m podejścia, ten rozumie o czym mówię. Na mapie grzbiet wygląda na płaski, a w praktyce okazuje się amplitudą wysokości – tragedia. Co więcej – na mapie jest mało oznaczeń – właściwie same szlaki. Nie ma za to w ogóle poziomic, co dobija te kawałki papieru pod względem wartości dla przeciętnego turysty. W wersji uboższej mapa tak jest typową graniówką (kto zna, ten wie o czym mówię). To wersja tylko dla wytrwałych i wprawnych turystów o mocnych nerwach. Sam z nimi chodziłem i jest to wykonalne, ale od tamtej pory omijam je szerokim łukiem.



Mapy świadomie opisałem w kolejności, od tych według mnie najlepszych, do tych stosowanych w ostateczności. Przy zbieraniu ich proponuję szukać w takim właśnie porządku, w razie braku tych z wyższej póki, posiłkować się coraz gorszymi. Osobiście stosowałem takie rozwiązanie i wydaje się ono być najlepszym z możliwych.
Gdyby ktoś miał jakiekolwiek uwagi, bądź miał informacje bądź doświadczenie we współpracy z lepszymi mapami, proszę o komentarze. Z pewnością każda uwaga okaże się cenna.

Pozdrawiam
Tomasz Duda


poniedziałek, 9 czerwca 2014

Gent, Gandawa – miasto gotyku

Gent, Gandawa – miasto gotyku


Ślepy los  i nadwątlony po wyprawie do Kirgistanu budżet sprawiły, że przełom września i października spędziłem w Holandii. Wraz ze znajomymi w każdy weekend jeździliśmy po okolicach Niderlanów zwiedzając miasta i miasteczka. Osobiście byłem zauroczony elegancją i estetyką kraju oraz zmyślnym połączeniem tradycji z nowoczesnością w budownictwie. Oczywiście, nie wszystko w tym zachodnim kraju mi się podobało, ale długo by mówić…

Wyświetl większą mapę

Temat, który piszę dotyczyć ma czego innego – a mianowicie Belgii, którą odwiedziłem na początku października 2013r. Wyjazd ten był, jak większość, na wariackich papierach, a miejsce wybrane zostało jakby przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności.
Od początku. Pewnej niedzieli postanowiłem wraz ze znajomymi wybrać się do Belgii.  Celem miała być konkretnie Brugia – miasto znane jako „Wenecja północy”, popularne w sieci i wychwalane przez zwiedzających. Niestety, gdy zmierzałem do tego miejsca, samochód kolegi którym jechaliśmy zaczął szwankować. Nie pamiętam już, o co dokładnie chodziło, ale odgłosy jakie wydawał były co najmniej niepokojące. Zdarzanie miało miejsce właśnie na przedmieściach miasta, o dziwnie brzmiącej nazwie Gent. Jako iż kolega nie zamierzał jechać dalej (na zwózkę samochodu nie byłoby nas zapewne stać), a silnik prewencyjnie powinien przestygnąć – zatrzymaliśmy się niedaleko centrum. 
Miasto zwiedzaliśmy pół dnia i okazało się niesamowicie interesujące. Dopiero po powrocie zasięgnąłem o nim informacji i teraz chciałbym nieco przybliżyć naszą wycieczkę, korelując wspomnienia z obiektywnymi faktami.

gandawski rynek


Gandawa (bo tak po polsku nazywa się miasto Gent) jest stolicą Flandrii Wschodniej, w północno-zachodniej Belgii. Nazwa oznacza „ujście”, „połączenie” i odnosi się do zbiegu rzek Leili i Skaldy, nad którym miasto jest usytuowane. Osadnictwo okolic Gandawy w swojej genezie sięga czasów celtyckich, jednak największy rozkwit ośrodka przypada na okres średniowiecza. Mówi się, że między XII a XV wiekiem, Gandawa była drugim co do wielkości miastem na północ od Alp i w tym okresie ośrodek zamieszkiwało ok. 60-65 tys. mieszkańców (w tym samym czasie Kraków czy Wrocław jako jedne z największych polskich miast liczyły maksymalnie kilkanaście tysięcy ludzi). Ośrodek rozwój zawdzięczał dochodom handlu suknem, z którego utrzymywało się 60% mieszkańców. Późne średniowiecze i czasy nowożytne nie były dla miasta korzystne – cierpiało w wyniku tłumienia buntów miejscowego mieszczaństwa, ruchów reformacji i inkwizycji. Nigdy nie odzyskało swojej dawnej pozycji, choć odziedziczyło spuściznę „złotego wieku” w postaci wielu zabytków późnego średniowiecza i renesansu. W krótkich słowach opiszę właściwie tylko najważniejsze z nich, które udało mi się zobaczyć.


katedra św. Bawona

Najważniejszym zabytkiem Gandawy jest niewątpliwie katedra św. Bawona. Budowla z mierzącą 82 m wysokości wieżą była miejscem chrztu cesarza Karola V, a jej budowa trwała w trzech fazach od XIV do XVI wieku. Stąd katedra jest obiektem niejednolitym architektonicznie. W teorii reprezentuje styl gotycki, w praktyce poszczególne elementy różnią się szczegółami wykonania, charakterystycznymi dla konkretnych okresów w których prowadzono prace.

 Ołtarz Gandawski znany jako Adoracja Mistycznego Baranka – dzieło uważane za jeden z najwybitniejszych przykładów malarstwa średniowiecznego, autorstwa Huberta i Jana van Eyck, ukończony w 1432 r. Gdy zwiedzałem Gandawę, katedra była niestety w remoncie. Główną wieżę przystrajały rusztowania z tandetnymi reklamami (taka komercja charakterystyczna jest dla Niderlandów), a mimo tego budowla robiła ogromne wrażenie przytłaczając swoim monumentalizmem. Wejście do katedry jest bezpłatne.
wnętrze katedry św. Bawona
Katedra św. Bawona, mimo iż piękna i monumentalna, znana jest przede wszystkim ze swojej zawartości. We wnętrzu mieści się tzw.


ratusz gandawski
Nieopodal katedry usytuowany jest kolejny wysoki na 91 m zabytek – ratusz gandawski. Budowla składa się z czworokątnej wieży głównej i relatywnie niewielkiego, przybudowanego budynku. Wpisana jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Budowę ratusza rozpoczęto w XIV wieku, a w kolejnych stuleciach bryłę modyfikowano i ozdabiano. W czasach obecnych reprezentuje styl neoklasycystyczny i dobrze komponuje się wśród otaczających ją budowli sakralnych. W konstrukcji wieży ratusza można zaobserwować wiele pieczołowitych szczegółów i rzeźb, które przyciągają uwagę widza. Na dolny poziom można wejść bezpłatne i obejrzeć skromną wystawę malarstwa, zajmującą jedno pomieszczenie. Płatne jest wejście na wieżę, z której rozpościera się spektakularny widok na miasto.

kościół św. Mikołaja

Drugim co do popularności zabytkiem sakralnym Gandawy jest kościół św. Mikołaja, swoją genezą sięgający XIII wieku. Budowa opierała się początkowo o dawny kościół romański, jednak ostatecznie była prowadzona w stylu tzw. gotyku skaldyjskiego, na bazie charakterystycznego szaroniebieskiego kamienia z okolic Turnai. Wieża kościoła, którą sfinansowały władze miasta, jest jednym z bardziej charakterystycznych punktów orientacyjnych w panoramie miasta, razem z wieżami ratusza i katedry św. Bawona.

wnętrze kościoła św. Mikołaja
Wnętrze kościoła jest dosyć surowe, choć stąd tez bierze się jego niepowtarzalny klimat. Mówię to o większości kościoła. Pozostałą częśc kościoła jest odgrodzona od jego głównej części i pełni funkcje inne niż sakralne. Gdy zwiedzałem budowlę (można do niej wejść bezpłatnie), odbywała się tam akurat giełda staroci. Takie zagospodarowanie kościołów jest również charakterystyczne dla Niderlandów, o grozo.
















Gravensteen


Jednym ciekawszych i przykuwających uwagę zabytków Gandawy jest Gravensteen – zamek hrabiów Falndrii. W miejscu murowanej warowni początkowo znajdowała się drewniano-ziemna konstrukcja postawiona przez wikingów. Pierwszą murowana wieżę wzniesiono tu w XI wieku, a solidne obwarowania pojawiły się sto lat później. Na przestrzeni lat dokonywano licznych przebudów, dzisiaj możemy podziwiać go w formie z XVI wieku. Co ciekawe, forteca miała służyć nie tylko obronie przed atakami z zewnątrz – przede wszystkim była wykorzystywana do opierania się zbuntowanym mieszczanom. Gravensteen ma w sobie coś z zamku idealnego.

Owalna konstrukcja leżąca częściowo nad naturalna fosą rzeczną zawiera w sobie dwie linie umocnień. Pierwszą stanowi zewnętrzny pierścień, drugą – właściwe zabudowania obronno-mieszkalne. Charakterystyczna bryła zwieńczona jest blankami i wzmocniona 24 bartizanami wystającymi poza linie murów. Każdy miłośnik fortyfikacji znajdzie tu coś dla siebie i będzie zadowolony z odwiedzenia tego miejsca. W środku znajduje się muzeum uzbrojenia i tortur (stosunkowo skromne), które niejako uzupełnia budowlę. Najbardziej wartościowa obejrzenia jest sama architektura miejsca. Wszystkie budynki zachowane w znakomitym stanie, odnowione i udostępnione dla turystów. Po zamku prowadzi znakowana ścieżka która pozwala zobaczyć po kolei każdy detal miejsca. Z najwyższego poziomu zabudowań mieszkalnych rozpościera się wspaniały widok na miasto.  Moim zdaniem warto zainwestować 8 euro (studencki 4 euro) i zwiedzić wnętrze tego zabytku.

panorama z dachu Gravensteen


Graslei i Koornlei
Z pewnością najbardziej malowniczym miejscem w Gandawie są Graslei i Koornlei. To dwie ulice, położone wzdłuż głównego kanału rzecznego przechodzącego przez miasto. Każdą z nich wzdłuż tafli wody prowadzi bulwar, a po obu stronach rzeki usytuowane są przepiękne średniowieczne kamienice, ozdobione rzeźbami i przyciągające uwagę każdego odwiedzającego to miejsce.


Kanały poza walorami wizualnymi pełnią również funkcję szlaków wodnych. Pływają tędy łodzie, które zabierają na podkład turystów chętnych do skorzystania z tej, ekskluzywnej wersji zwiedzania miasta. 
Poza wymienionymi przez mnie kilkoma sztandarowymi zabytkami Gandawa kryje mnóstwo innych, których obejrzeć nie zdążyłem. Jedne dzień to zdecydowanie za krótko aby zwiedzić miasto, które oferuje tak wiele atrakcji do odkrycia. Interesująca jest sama zabudowa rynku, rzędy mieszczańskich kamienic i nabrzeża kanałów skrywające perełki architektury mieszczańskiej sprzed pół wieku. Sam spacer klimatycznymi uliczkami może wciągnąć na kilka a nawet kilkanaście godzin. 



Nie namawiam wszak na wyjazd do Belgii w celu zobaczenia Gandawy, jednak gdy ktoś znajdzie się w tym kraju i po zwiedzeniu przykładowej Brukseli będzie dysponował wolnym czasem, proponuję mu tu zajrzeć i zatrzymać się na dłuższy czas. Gwarantuję, że nie będzie zawiedziony i miasto zrekompensuje mu stracone godziny.
Pozdrawiam
Tomasz Duda

P.S.
Zdjęcia ze starego telefonu SE. za jakość przepraszam

piątek, 30 maja 2014

Kierat 2014 – relacja z debiutu na 100 km

Kierat 2014 – relacja z debiutu na 100 km

Jak to jest pokonać pieszo 100 km? Takie pytanie zadawałem sobie wielokrotnie od paru lat. Po raz pierwszy, gdy wziąłem udział w imprezie na orientację na 50 km. Wtedy, zmęczony tym dystansem z podziwem patrzyłem na ludzi, którzy łamali tzw. „setki” i choć czasem kusztykając, wydawali się rozpromienieni i tryskający energią.
Jeszcze parę miesięcy temu nie spodziewałem się, że w maju wystartuję w Kieracie, a pokonywanie dużych odległości na własnych nogach tak mi się spodoba. Przełom pojawił się końcem lutego, kiedy biorąc udział w „Skorpionie” na 50 km, jakby na nowo odkryłem ten rodzaj aktywności fizycznej. W marcu wziąłem udział w  Rajdzie Dolnego Sanu, gdzie pokonałem ponad 76 km, a chęć zdobywania szczebelków i progresu podsunęła znakomitą myśl. Parę dni później zapisałem się na Kierat.
Do imprezy jakoś szczególnie się nie przygotowałem, a uczestnictwo w niej miało być (poza próbą złamania magicznej „setki”) elementem treningu wytrzymałościowego, który uskuteczniałem ostatnimi czasy. Mając na uwadze duży (jak na moje dotychczasowe pojęcie) dystans, którego do tego momentu jeszcze nie pokonałem bez odpoczynku, imprezę postanowiłem rozegrać z nastawianiem typowo taktycznym, bez zbytniego starania się o osiągnięcie dobrego  czasu. Wraz z Januszem, który w Kieracie mi towarzyszył, za główne założenie przyjęliśmy samo pokonanie dystansu ultra zachowując przyzwoite tempo i obserwując nasze organizmy.

Piątek 23 maja 2014 r. okazał się bardzo gorącym dniem. Po tygodniu opadów przyszedł wreszcie ciepły front atmosferyczny, który przyniósł przyjemną pogodę. Przyjemną, jednak niezbyt trafną na imprezy tego rodzaju. Żar lał się z nieba, co dla nieprzyzwyczajonych jeszcze do temperatur oznaczało duże zapotrzebowanie na wodę. Na sobotnie popołudnie prognozowano natomiast burze.


Do Limanowej wraz z Januszem dotarliśmy przed piętnastą. Do startu pozostały raptem trzy godziny i każdy z nas miał świadomość, że to niebyt dużo czasu aby dobrze się przygotować. Po zarejestrowaniu się w biurze zawodów i odebraniu pakietu startowego mogliśmy zacząć organizować nasz biegowy ekwipunek. W teorii spakowanie kilku rzeczy i jedzenia, w praktyce oznacza mozolną układankę, w której trzeba wszystko zrobić pieczołowicie by po ciemku znać ułożenie wszystkich poszczególnych elementów.  Przed startem odebraliśmy również mapy, mając kilka chwil na zapoznanie się z nimi. Wykorzystując ten czas zaznaczyłem flamastrem trasę rajdu, wyznaczyłem parę azymutów i prześledziłem poszczególne punkty. Janusz natomiast rozpisał międzyczasy na kolejnych PK. Postanowiliśmy, że wycelujemy niezbyt wysoko, ale rozsądnie – dając sobie 20 godzin na pokonanie całej trasy.

O 17:30 wyruszyliśmy na miejsce startu maratonu. Znajdowało się już tam ponad siedemset osób znudzonych przemowami, a skorych do upuszczenia z siebie nagromadzonej energii. Pół godziny później strzał z wiwatów ki rozdarł powietrze i rozpoczął się Kierat. W Limanowej biegnący zbili się w ciasne gromady, w których wszyscy wprost kipieli energią. Grupa maszerująca została w tyle, zaś biegacze wysunęli się na prowadzenie. W swoim planie założyłem, że biegania w pierwszej 50tce powinniśmy się wystrzegać, choć w kilku miejscach puszczały wodze i przechodziliśmy w trucht, uświadamiając sobie, że trochę przebiec jeszcze trzeba, choćby dlatego, aby uniknąć postojów w kolejkach na pierwszym i drugim punkcie kontrolnym.

Pierwsze chwile Kieratu były niesamowicie radosne. Przyjemne ciepełko, lekki wietrzyk i bezchmurne niebo. Gdy wyszliśmy za Limanową pojawiały się również dalekie widoki malowniczych krajobrazów, które skutecznie motywowały do wytężonego wysiłku i pokonywania kilometrów.
Punkt kontrolny numer jeden znajdował się na siódmym kilometrze zielonego szlaku turystycznego, pod szczytem wzniesienia Kuklacz. Dotarliśmy tam bez problemów nawigacyjnych, właściwie za sznurkiem ludzi.  Dalszy marsz prowadził nas lokalnymi drogami asfaltowymi, aż do masywu Jeżowej Wody (895 m npm). Od tego miejsca peleton nieco rozrzedził się, a na trasie pojawiły się pierwsze rozbieżności nawigacyjne.



Pomimo chwili konsternacji, szybko znaleźliśmy drogę do Młyńczysk, fragmentem idąc za znakami niebieskiego szlaku, który absolutnie nie miał pokrycia na mapie. Z miejscowości kierowaliśmy się a południe, depcząc asfaltową drogę, która wyprowadzała nas na kolejne wzniesienie z krzyżem, dominującym nad okolicą. Na tym fragmencie towarzyszyła  nam koza i samochód telewizji Beskidy, z którego filmowano nasze wesołe poczynania. Po osiągnięciu grzbietu niedługo dane nam było cieszyć się zdobytą wysokością. 500 metrów jakie pozostało do drugiego checkpointu należało pokonać jak najszybciej po drodze i trawiastych zboczach.
Drugi punkt kontrolny znajdował się na skrzyżowaniu dróg i strumienia w Kiczni. Tam, już na szesnastym kilometrze zrobiło się przestronno. Chwilę zajęło nam sczytanie kart SI i podanie numerów sędziom, po czym bez zwłoki ruszyliśmy dalej na zalesione podejście, sugerując się wskazaniami kompasu i azymutem 223. Wraz ze mną i Januszem drogę tą wybrało jeszcze kilka osób, niepewnych co do tego jaką ścieżką chcą się poruszać.



Ja nie miałem wątpliwości co do kierunku i zawierzyłem kompasowi. Brnąc przez mroczny już las dotarliśmy najpierw do przecięcia żółtego szlaku turystycznego, a następnie kierując się wzdłuż rozległej polany – do drogi asfaltowej i miejscowości Zbludza. Gdy wyszliśmy z lasu przed nami roztaczał się widok na cała dolinę  w tym miejscowość Kamienica, gdzie zmierzaliśmy. Pomimo gasnącego dnia bez problemów znaleźliśmy wydeptaną ścieżkę przez pola – byli tu już widocznie „nasi” biegnący. Szybki marsz o zachodzie słońca do Kamienicy pamiętam jako najprzyjemniejszy moment całego rajdu. Miękkie podłoże, zapach trawy i światła w oddali. Chwila mogłaby trwać wiecznie.
Do Kamienicy dotarliśmy w nocy przy światłach latarni. Punkt trzeci usytuowano zaraz za rzeką, w okolicach zabytkowego dworku. Tu po raz pierwszy mogliśmy uzupełnić nasze camelbagi i spożyć batony. Wszystko odbywało się w dużym pospiechu, bo wkoło przybywało kolejnych uczestników rajdu. Nawodniwszy się, bez wytchnienia ruszyliśmy w dalszą drogę. Aby opuścić miejscowość skierowaliśmy się najpierw na cmentarz, a minąwszy go poruszaliśmy się za znakami szlaku niebieskiego na południe. Początkowo dreptaliśmy drogą asfaltową, która stopniowo przekształciła się w terenowy szlak, by niedługo później znowu wejść na asfaltówkę. Niebieski szlak doprowadził nas aż do grzbietu kolejnego pasma i następnego punktu kontrolnego.


Czwarty przystanek organizatorzy zapewnili na dwudziestym szóstym kilometrze, niedaleko zabudowań wsi Młynne. Z oddali ujrzeliśmy charakterystyczne ognisko, choć zatrzymaliśmy się przy nim tylko na niezbędnego batona. Dalszą cześć szlaku niebieskiego pokonaliśmy w towarzystwie dużej grupy uczestników rajdu. Po drodze każdy pokonywał szlak swoim tempem, ale tak właściwie poruszaliśmy się jedną prędkością. Z tego odcinka zapamiętałem wielu intensywnie biegających, którzy jednak na podejściach wytracali cała zdobytą przewagę. Minęliśmy ich później…
Po niecałych trzech kilometrach marszu niebieskim szlakiem postanowiliśmy skręcić na nieoznaczoną ścieżkę. Poruszaliśmy się teraz w dół, pasmem Gołego Wierchu (781 m npm). Tu po raz pierwszy doświadczyliśmy kontaktu z licznymi wiatrołomami, które zmuszały nas do przedzierania się przez las i utraty cennego czasu.  Nikt nie mógł zbytnio szarżować i spójny peleton utrzymał się aż do wyjścia na pierwszą polanę. Idąc w awangardzie, w pewnym momencie skierowaliśmy się na złą ścieżkę do lasu i musieliśmy zawracać około 100-200 metrów widząc już w oddali uciekający peleton.



Niebawem pojawiło się kolejne ognisko, punkt piąty i kłopoty z orientacją wynikające z mojej nieuwagi. Zaraz za punktem, nie bacząc na znaki, ale przeżuwając batona intuicyjnie wybrałem ścieżkę na wschód, która okazała się niewłaściwa. Olśnienie przyszło niebawem, bo po około minucie, ale naszego peletonu już nie zdążyliśmy dogonić. Schodząc w kierunku Ochotnicy popełniłem kolejny błąd, dając się ponieść drodze. Zapomniałem, że na mapie widniała drobna ścieżka, która szybko wyprowadziła by nas do Ochotnicy. Mając przed sobą długą i wijącą się drogę postanowiłem spróbować przebić się do Ochotnicy na skróty, bardzo stromym stokiem. Tutaj pierwszy raz poprosiłem Janusza o wyciągnięcie GPSa i kierowanie się na południe, do miejscowości. Ten fragment trasy był jednym z najmniej przyjemnych na całym Kieracie. Weszliśmy w bardzo stromy i niestabilny teren, usłany kamieniami i gęstymi krzakami. Poza przedarciem spodni nikomu nic się nie stało, ale trzeba było bardzo uważać. Z ulgą przyjęliśmy wiadomość o rychłym wyjściu na drogę asfaltową.
Peleton już nam uciekł, ale postanowiliśmy podjąć pogoń. W Ochotnicy Dolnej przemierzyliśmy drogą kilkaset metrów, po czym skierowaliśmy się w drogę na północ. Rozpoczęło się najbardziej wybitne podejście całej trasy – na szczyt Lubania (1211 m npm). Poza wysiłkiem, naszej dwójce sprawiło ono wiele radości. Poruszaliśmy się bardzo swobodnie, równym tempem, mijając kolejnych uczestników rajdu. Szliśmy drogą, która zamieniła się w ścieżkę, aby zakończyć się po kilku kilometrach w potoku i pomiędzy drzewami. Gdy droga się skończyła postanowiliśmy podejść trawersem bezpośrednio na południe. Od tego momentu kierowaliśmy się tylko za stromizną stoku, podążając coraz wyżej. Ścieżka bardzo się dłużyła, a osiągnięcie szczytu przeciągało niemiłosiernie. Grubo po północy dotarliśmy wreszcie do głównego grzbietu i szlaku czerwonego, mijając po drodze kilkanaście osób. Teraz już tylko wejść na szczyt – pomyślał chyba każdy z nas, lecz zapał ostudził się w brutalnej konfrontacji z wiatrołomami. Podejście pod wierzchołek Lubania było niczym droga przez mękę. W świetle czołówek trzeba było przebijać się przez las omijając powalone drzewa, które przegradzały ścieżkę szlaku labiryntem gałęzi. Wejście stało się niezwykle wymagające, a droga prowadziła po konarach, tunelami pomiędzy gałęziami i korytarzami wśród wiatrołomów. Do tego pod górę. Bardziej niż fizycznie, odcinek męczył psychikę i dłużył się.
Około drugiej w nocy osiągnęliśmy punkt szósty na Lubaniu. Oznaczało to, że pokonaliśmy 40km trasy i połowę przewyższeń (jak informowali nas wolontariusze). Tam również nie zatrzymywaliśmy się zbyt długo, zadowalając się spożyciem orzeszków ziemnych w panierce i paroma łykami wody. Ruszyliśmy niebawem, mając w zamiarze nadrobić opóźnienie z Ochotnicy. Trzeba zaznaczyć, ze pomimo nocnej pory i wysokości ponad 1000 m npm, było bardzo ciepło i bezwietrznie. Od początku rajdu szliśmy w krótkich koszulkach i nikomu z nas nie dokuczało zimno. Taka aura wzmagała co prawda pragnienie, jednak pozwalała oszczędzić czasu na przebieranie odzieży.
Na głównym szlaku beskidzkim sprawdziły się nasze najgorsze obawy. Wiatrołomy pojawiały się dziesiątkami i zmuszały do kluczenia i szukania dróg obejścia. Prosty odcinek zamienił się w prawdziwy „bieg przez kłodki” (jak subtelnie określił to później sędzia główny). Początkowo sami, z czasem szliśmy w kilkuosobowej grupie. Wszyscy klęli i narzekali gdy po raz wtóry w świetle czołówek zauważali kolejne powalone drzewo na szlaku. Taki stan rzeczy trwał aż do wzniesienia Runek (1005 m npm), którego osiągnięcie było znakiem do szukania ścieżki zejściowej na północ. Po szybkiej obdukcji lasu okazało się, że idealną drogę przykrył jeden z wiatrołomów i stąd wzięły się problemy ze znalezieniem jej. Ścieżka zejściowa była stosunkowo stroma i poprzecinana zwalonymi drzewami. W dolnym biegu przechodziła w strumień, który dzięki kijkom trekingowym udało nam się pokonać suchą stopą. Nad rzekę Ochotnica w dolinie wyszliśmy już bladym świtem. Nie widząc możliwości przejścia suchą stopą ludzie przed nami przechodzili w bród wodę sięgającą po kolana. Traf chciał, że przed pójściem w ich ślady zastanowiliśmy się chwilę i zaobserwowaliśmy, że biegnący za nami skręcają w górę rzeki. Jak się okazało dosłownie kilkanaście metrów dalej przebiegał mostek, który po raz wtóry uchronił nasze buty przed przemoczeniem.
Dokładnie na półmetku trasy, w Ochotnicy Górnej umiejscowiono siódmy punkt kontrolny, osiągnięty przez nas przed czwartą rano. Poza wodą, która czekała w butelkach zastaliśmy tam pojemniki z wrzątkiem i kubki z kawą, herbatą, a nawet rosołem i barszczem instant. W pudełku obok czekały również bułki z ciekawą zawartością. Teoretycznie drobiazgi, w praktyce bardzo mnie ucieszyły, gdyż na tym etapie akurat miałem dość słodyczy , a  żołądek domagał się strawienia czegoś konkretnego.



Pomimo, iż w tym miejscu wielu zawodników rozsiadało się na dłużej, my na stojąco zjedliśmy co swoje i po napełnieniu camelbagów ruszyliśmy dalej. Tu po raz pierwszy i ostatni idąc w krótkiej koszulce poczułem chłód. Pomiędzy drzewami panował jeszcze półmrok, ale wyjście na pole prowadzące do grzbietu uświadomiło mnie, że wstaje nowy dzień. Temperatura mimo woli sugerowała, że niebawem skoczy temperatura i trzeba urwać z trasy jak najwięcej przed wschodem palącego słońca. Po wyjściu z Ochotnicy natknęliśmy się na grupę kilku piechurów, z którymi ruszyliśmy w dalszą drogę. Ścieżka prowadziła grzbietem, a po wejściu na Jaworzynę Gorcowską (1047 m npm) znakowanym szlakiem zielonym. Mimo iż było to niepotrzebne, przez nieuwagę zdobyliśmy wierzchołek Gorca (1228 m npm), by po chwili zejść do szlaku czerwonego.

Punkt ósmy znajdował się przy bacówce nieopodal. Po sczytaniu naszych kart oznajmiono nam, że mamy odpowiednio 56 i 57 miejsce. Jako iż był to 59 kilometr uznałem, że powoli możemy zacząć ścigać zawodników przed nami. Na dalszą drogę zjedliśmy jeszcze czekoladę i we wschodzącym słońcu, z nową motywacją w głowach, ruszyliśmy na niebieski szlak. Na odcinku w dół po raz pierwszy konsekwentnie truchtaliśmy. Powoli, ale jednak. Dotarłszy do miejscowości Rzeki na przełaj przez zroszoną trawę puściliśmy się w poszukiwaniu szlaku żółtego. Znaleźliśmy go niebawem i za jego śladami równo maszerowaliśmy na podejściu.
Do punktu dziewiątego na przełęczy Przysłopek zbiegliśmy trawiastą łąką. Tu nie zatrzymywaliśmy się w ogóle, ale z marszu ruszyliśmy dalej na północ. Podczas tego długiego odcinka zakończonego na Mogielicy mogłem obserwować swój organizm, który delikatnie komunikował czego mu brakuje. Gdy stawałem się słabszy po prostu trzeba było stanąć, zjeść czekoladę i napierać dalej. W pewnym momencie węglowodany już nie pomagały. Zdałem sobie sprawę, że temperatura rośnie, mi zaczyna brakować wody, a do kolejnego punktu z zaopatrzeniem pozostało jeszcze kilkanaście kilometrów. W żadnym razie nie osłabłem, przeciwnie – trzymałem równe tempo na podejściach i  biegałem na stokach, mając jednak świadomość, że bez wody może nagle przyjść „odcięcie” i game over. Głupie by to było na „końcówce” rajdu.



Niebawem równym tempem zdobyliśmy punkt dziewiąty pod Mogielicą, widząc przed sobą kilku rywali. W punkcie chłopaki odstąpili mi kilka łyków wody, a kolejne dołożył Janusz, który uznał że do następnego punktu jemu samemu wystarczy. Czułem, że to trochę mało, ale wyśledziwszy na mapie strumień po drodze, zmotywowałem się do jeszcze większego wysiłku. Mogielicę (1170 m npm)wzięliśmy szturmem przez wierzchołek , jak zwykle nie bawiąc się w szukanie obejść, po czym zaczęliśmy biec żółtym szlakiem w dół.



 Trzy kilometry dalej wreszcie usłyszałem znajomy szum wody i w mig dotarłem do strumienia. Nie było pod ręką kubka więc początkowo piłem z dłoni, a później z czapki, która sprawdzała się znakomicie. Niecały litr wystarczył, abym poczuł przypływ mocy i przyjemny chłód. Zaopatrzeni mogliśmy biec do następnego punktu leśną ścieżką, a następnie asfaltową drogą prowadzącą otwartym terenem do Słopnic.
Punkt dziesiąty znajdował się w miejscowości przy Urzędzie Gminy. Po raz kolejny napełniliśmy camelbagi, wzięliśmy w dłoń po bułce i poszliśmy dalej, w plątaninie uliczek wiejskich. Idąc początkowo wzdłuż rzeki, niebawem zabrnęliśmy między domy i o dalszą drogę zapytaliśmy miejscowych, którzy wskazali nam ulice prowadzącą do Tymbarku. Na kilkukilometrowej prostej wzdłuż rzeki rywalizowaliśmy jeszcze z trzema zawodnikami, z których wyminęliśmy dwójkę, a z ostatnim kontynuowaliśmy bieg do ostatniego punktu przed metą. Znalezienie go sprawiło nam duże problemy. Po odszukaniu punktu poboru wody nad rzeką okazało się, że checkpointu nie ma a nam pozostaje szukać dalej. Po krążeniu zalesionym zboczem, wspinaniu się na rzeczne klify i wypowiedzeniu ton przekleństw wreszcie się udało. Okazało się że punktów poboru wody po drodze było trzy, a przy ostatnim dopiero stał znajomy znak.



Ostatni punkt kontrolny przeszliśmy prawie z marszu. Stąd już tylko dziesięć kilometrów dzieliło nas od Limanowej i trzeba było zmusić się na ostatni wysiłek. Przyznam, ze nie przychodziło mi to łatwo, gdyż od kilkunastu kilometrów borykałem się z kontuzją mięśnia prawego golenia (prostownika długiego palców jak się później dowiedziałem). W normalnych warunkach wystarczyłoby zatrzymać się i rozmasować, ale tu nie było na to czasu. No i z każdym kilometrem szło mi się i biegło gorzej. O ile podejścia nie sprawiały strasznych problemów, o tyle na zbiegach noga paliła jak diabli, a zaciśnięte zęby towarzyszyły mi już do końca rajdu. Wbrew przeciwnościom dużą część pozostałej trasy biegliśmy. Jeden z miejscowych wskazał nam ścieżkę na Paproć (647 m npm), a dalej zbiegaliśmy już zielonym szlakiem. Najbardziej dłużył się odcinek dwóch kilometrów drogi asfaltowej, prowadzący bezpośrednio do Limanowej. Prawej nogi od kolana w dół najchętniej bym się pozbył, ale zbliżająca się linia mety działała jak magnes i osiągnięcie jej wymagało dwóch kończyn .
Jeszcze przed Limanową puściliśmy się w ostatni bieg, który zakończył się na mecie Kieratu. Ostatni odczyt karty powiedział nam , że maraton ukończyliśmy w czasie 18h i 34 min. Taki czas zapewnił nam odpowiednio 36 i 37 miejsce.


Wielki wysiłek skończył się, został ukoronowany sukcesem, a radości jaką czułem się po takim wysiłku niemal nie sposób opisać. Każdy z nas był zmordowany, ale na swój sposób szczęśliwy. Nic szczególnego co prawda nie dokonaliśmy, ale przesunęliśmy swoje granice i Kierat okazał się pozytywnym doświadczeniem niemal w każdym aspekcie. Przyjęta taktyka sprawdziła się bardzo dobrze, pozwoliła na wygospodarowanie energii i ściganie zawodników do ostatniego kilometra. Po zrobieniu setki nie czuliśmy się szczególnie wyczerpani. Zwiększyło to z pewnością nasze morale i wiarę we własne siły, dając aspirację i chęć na osiągnie lepszych wyników. Wystartowanie w Kieracie pozwoliło nam lepiej poznać swoje organizmy, ich odporność i reakcję na długotrwały wysiłek. Rywalizacja uwypukliła nasze słabsze i mocniejsze strony oraz pokazała odporność na ból. Z pewnością każdy z imprezy wyniesie swoją lekcję, która kiedyś zaprocentuje w sytuacji ekstremalnej.



Klimatu imprez na orientację i ultra maratonów chyba nie muszę opisywać.  Pokochałem to już kiedyś i teraz tylko z uśmiechem wspominam całą otoczkę wydarzenia. Kto był ten wie, kto nie był – polecam.  Mam nadzieję wrócić tu za rok.
Pozdrawiam
Tomasz Duda



P.S.
Odczyt z GPS pokazał 103 km i 3970 m przewyższeń. Niżej trasa endomondo.

Zdjęcia z telefonów - mojego i Janusza.