środa, 13 maja 2015

Dusiołek Górski 2015 relacja

Dusiołek Górski jest rajdem, na który wprost nie mogłem się nie zapisać.
Niedaleko od Krakowa, w nowym, jeszcze nieznanym terenie i "pucharowa" trasa 50 km. Wszystko pasuje. Nic dodać, nic ująć, tylko jechać. No może poza jednym. Pogoda do ostatniej minuty nie dawała mi spokoju....




Transport załatwiłem przez facebooka. Darek przyjechał niemal pod mój blok o 6:00 rano w sobotę. Wyruszyliśmy przez puste jeszcze miasto w kierunku Wieliczki, a następnie na Dobczyce. Do Wiśniowej dotarliśmy parę minut po 7:00 rano.
Na miejscu dopełniliśmy procedury rejestracji, wypiliśmy po kubku kawy i przebraliśmy się.
O 8:00 rano ponad sto osób ruszyło przed siebie.
Najpierw biegłem wraz z Darkiem. Pobiegliśmy niemal prosto w kierunku wschodnim, stopniowo wdrapując się na zbocze.  Darek uskarżał się na kontuzję ścięgna achillesa które widocznie utrudniało mu chodzenie. Początkowo również nie spieszyłem się, chcąc rozgrzać mięśnie stopniowym wysiłkiem. Bieg w dół zbocza poszedł szybciej niż podchodzenie stromym stokiem. Do drogi w Pogorzanach dotarliśmy przed 9:00. Tam Darek natarł nogę ketonalem i po dłuższej przerwie mogliśmy ruszyć dalej. Pierwszy punkt znajdował się na Górze Świętego Jana przy kościele, a ostatnie dwa kilometry do niego pokonaliśmy już wśród tłumu piechurów. Dopiero wtedy spostrzegłem, że jakimś cudem zamiast nadrobić, straciliśmy sporo czasu. Dostrzegłem również, iż Darek nie da rady przyspieszyć i nie ma zamiaru nogi forsować. Pożegnaliśmy się więc, a ja od tego momentu, po dobrej rozgrzewce rozpocząłem bieg i pościg.
Na pierwszym punkcie byłem na miejscu 42. Przeraziło mnie to trochę, ale bardziej dało ambicjonalno-motywacyjnego "kopa". Zacząłem myśleć jakby tu dogonić jak największą liczbę osób, choć z takiej pozycji zajęcie dobrego miejsca wydawało się wprost niemożliwe. Podczas biegu skupiłem się również nad wyborem optymalnych skrutów na trasie, co wkrótce dało efekty.
Najpierw wróciłem do drogi głównej długim zbiegiem. Następnie pognałem drogą na północ, którą wybrała chyba mniejsza część zawodników.
Pod szczyt Grodziska, gdzie na czarnym szlaku znajdował się drugi punkt dorarłem trawersem stromego stoku "na azymut". W tym miejscu byłem już na 26 pozycji.
Uzyskawszy tą informację bez zwłoki puściłem się biegiem wzdłuż grzbietu na południe. To jedna z lepszych "prostych" jaką pamiętam. Dysponując jeszcze sporą rezerwą sił, na wznoszących się formach terenu zostawiłem za sobą kilkanaście osób. 
Miła obsługa punktu nr trzy na szczycie Ciecienia poinformowała mnie o 9 pozycji. To wystarczyło zamiast postoju. Kolejno puściłem się stromym zboczem na zachód w kierunku wsi Wierzbanowa, by następny kilometr od przełęczy Wierzbanowskiej potruchtać drogą wojewódzką. Czytałem przy tym mapę, chcąc jak najszybciej dostać się do do pkt czwartego, zlokalizowanego na pobliskim grzbiecie.
Po oderwaniu się od drogi pomknąłem więc przez pola, w kierunku lasu. Szczęśliwie trafiłem na drogę, którą przy odrobinie kombinacji wspiąłem się na górę.
 Na czwartym punkcie byłem siódmy. Postój ograniczyłem do solidnego łyku wody a następnie czerwonym szlakiem turystycznym zacząłem biec na północ.
Wiedziałem, iż wystarczy trzymać się szlaku, toteż mogłem skupić się na samym biegu. Kilometry mijały szybko, ale nie spotykałem żasnych zawodników. To już czołówka i dopiero od teraz zacznie się prawdziwy wyścig - pomyślałem.
W praktyce tak właśnie się to odbyło - pierwszego oponenta zauważyłem dopiero tuż przed piątym punktem. Przyspieszył widocznie na mój widok, ale teraz wiedziałem, że wyminięcie go to tylko kwestia czasu.
Na punkcie piątym, usytuowanym na szczycie Lubomiru rozdawali batony, które skrzętnie przyjąłem. W międzyczasie poprawiła się również pogoda, co wymusiło zmianę bluzki na t-shirt.
Bieg na punkt kolejny był również łatwy orientacyjnie. Pozostało biec po szlaku czerwonym, w kierunku schroniska PTTK Kudłacze. Po drodze wyminąłem dwóch zawodników na następnie zaliczyłem punkt szósty na przełęczy. Teraz logika nakazywała wracać i wytrwać na podbiegu.
Postanowiłem gonić dwóch zawodników z jakimi minąłem się w drodze punkt. Byli kilkaset metrów przede mną, ale na podejściu szybko się do nich zbliżyłem. Minąłem ich jeszcze przed schroniskiem w szybkim marszu pod górę. Teraz na powrót przyszło biec grzbietem, który od tej strony wznosił się ku południu, utrudniając bieganie. Na tym etapie poczułem w nogach zmęczenie, choć świadomość dobrego miejsca (jeszcze nie wiedziełem które) motywowała. Siłą woli po jakimś czasie dotarłem w pobliże dawnego punktu piątego i stacji meteorologicznej. Przesz Lubomirem mijałem idące z naprzeciwka grupy turystów, po czym skierowałem się na zielony szlak, wiodący ostrym zbiegiem w dół.
Warunki były trudne - luźne kamienie, ślisko, mięśnie ud palące bez litości i mokre stopy, które już zaczęły obcierać buty. Mimo to biegłem. Błogosławiłem przy tym kijki, dzięki których wywróciłem się tylko raz;). Pomimo fizycznego bólu czułem psychiczną radość. Niewtajemniczemu czytelnikowi może to być trudne do wytłumaczenia, jednak czułem radość w czystej postaci.
Po wybiegnięciu z lasu zobaczyłem w oddali swój ostatni cel - masywną sylwetkę Ciecienia i dawny punkt trzeci. Do szczytu dzieliło mnie ładnych kilka kilometrów, w tym zbieg do dna doliny i pięćset metrów podejścia.
Na szczęście trasa była prosta. Do najniższego punktu we wsi  Wierzbanowa dotarłem po twardej nawierzchni. Ze skrzyżowania obrałem azymut na szczyt i ruszyłem intuicyjnie w pierwszą-lepszą ścieżkę prowadzącą w górę. Dróg w lesie było wiele, ale ostatecznie musiałem wspinać się przez krzaki z nadzieją, że punkt już niedaleko, a przynajmniej z każdym krokiem bliżej. Od jakiegoś czasu nie miałem również wody, którą zapomniałem uzupełnić na szóstym punkcie. Dodając do tego duże zmęczenie powstała suma niedogodności, która niszczyła mnie fizycznie i psychicznie. Powiem szczerze - było ciężko i tylko zdrowym rozsądkiem i świadomością bliskości celu dotoczyłem się na górę.
W punkcie siódmym organizatorzy powitali mnie z zaskoczeniem. Dowiedziałem się, że jestem trzeci, ze stratą kilkunastu minut do ostatniego zawodnika. Byłem bardzo wysuszony i poprosiłem o wodę. Nie mieli, za to uraczyli mnie zimnym piwem, z którego pociągnąłem solidny łyk. Zmotywowali mnie również do wysiłku i zachęcili do walki tuż przed metą.
Po kilku minutach odpoczynku pobiegłem więc zielonym szlakiem do Wiśniiwej. Chęci mi już trochę brakowało, ale świadomość, że ktoś mógłby mnie wyprzedzić wzięła górę.
O 14:21 dotarłem do mety. Jako TRZECI. Zadowolenie było tym większe, gdy dowiedziałem się, że do pierwszego zawodnika miałem tylko 20 minut straty. Biorąc pod uwagę, że przed pierwszym punktem straciłem 25 minut, była możliwość walki o pierwsze miejsce.
Wyścig mnie bardzo zmotywował. Okazuje się, że można stanąć na podium, opłaca się pościg i walka. Nawet ze straconej pozycji można się podnieść. Najważniejsze, gdy widać progres. Wtedy działa wiara w siebie i .... placebo również funkcjonuje lepiej ;). 
Impreza bardzo mi się podobała również pod względem krajobrazowym. Intensywna zieleń wzgórz, kwitnące drzewa i wiosna w pełni sprawiały, że wysiłek łatwiej się podejmowało.
Ponadto muszę przyznać, że nie spotkałem nigdy bardziej miłych i życzliwych wolontariuszy na punktach kontrolnych. Dusiołek pod tym względem bije na głowę imprezy masowe. Z pewnością wrócę niebawem w okolice Wiśniowej.

Dziękuję i pozdrawiam

Krokusy i biegowa wiosna w Tatrach

Ostatnim weekendem kwietnia biegałem po Tatrach.




Trudno, ażeby stało się inaczej biorąc pod uwagę nader optymistyczne prognozy pogody i propozycję wyjazdu, która pojawiła się właściwie z dnia na dzień.
W sobotę rano wyjechałem wraz z Anitą, Markiem i Edytą na południe. Do wylotu Doliny Chochołowskiej dotarliśmy po dwóch godzinach jazdy, około 9:00 rano. Na parkingu było już tłoczno, więc po podzieleniu się na dwa zespoły wtopiliśmy się w tłum turystów.
W Dolinie było chłodno, a w  zacienionych miejscach ciągle utrzymywał się śnieg. Tym samym biegło się przyjemnie, a tłum na szlaku był jedyną przeszkodą do pełnego zadowolenia.
W sprzyjających okolicznościach szybko osiągnęliśmy Polanę Chochołowską. Jeżeli wcześniej uważałem że magia zdjęć z polami krokusów to wyłącznie kwestia korzystnej perspektywy, z tą chwilą zmieniłem zdanie. Było na co popatrzeć i co fotografować. Fioletowe pola rozlewały się wokoło i tylko tłumy oglądających psuły krajobraz i kompozycję zdjęć.
Po przerwie na jedzenie w schronisku skierowaliśmy się na szlak prowadzący na Grzesia. Od samej granicy lasu otoczenie zmieniło się diametralnie. Przeszliśmy w krainę śniegu i rzeźkiego powietrza. Podejście upłynęło szybko. Ze względu na śliski i mokry śnieg nie mogło być mowy o bieganiu, ale szybkim marszem sprawnie pięliśmy się do góry, mijając kolejne osoby.
Powyżej granicy lasu zaczęło wiać i na koszulki trzeba było założyć wiatrówki. Tempo jednak nie spadło. Bez zbędnych postojów weszliśmy na Grzesia i skierowaliśmy się w kierunku Rakonia. Początkowo relatywnie płogim i ośnieżonym stokiem, a następnie przewianym grzbietem podbiegaliśmy w kierunku szczytu. Na tym odcinku stopy zyskały co prawda stabilne oparcie, jednak tylko pozostawanie w ruchu pozwoliło uniknąć wychłodzenia przez zimne podmuchy wichru.
Na Rakoń wbiegliśmy około 13:00 wzbudzając niemałe zainteresowanie. Dwie osoby ubrane w buty biegowe i "letnie" ubranie dziwnie kontrastowały z turystami przyodzianymi w membrany i czapki. Na szczycie wiało mocno i trzeba było podjąć decyzję, co do dalszej drogi. Jako, iż grań prowadząca w kierunku Wołowca wyglądała na zaśnieżoną, a wiatr zyskał na sile, podjęliśmy decyzję o powrocie.
Zbieganie było ciekawym przeżyciem. Szczególnie w miękkim i śliskim śniegu trzeba było bardzo uważać, gdzie stawia się buty. Właściwie aż do Grzesia biegliśmy, mijając zdziwionych turystów. Szczyt tego wzniesienia był aż obesłany ludźmi, którzy ciasną masą obsiedli wzniesienie. Dalszą drogę do schroniska trudno natomiast nazwać biegiem, gdyż bardziej polegała na półswobodnym ślizgu.
Kijki okazały się nieocenione, gdyż bez tego steru nieraz wylądowalibyśmy plackiem na śniegu. Niemniej jednak obyło się bez wypadków, a Polanę Chochołowską osiągnęliśmy w oka mgnieniu.
Jako, iż u wylotu Doliny umówiliśmy się z Edytą i Markiem dopiero o 19:00 mieliśmy sporo czasu. Prawie godzinę spędziliśmy susząc przemokłe do cna buty i obserwując prawdziwe mrowie ludzi. Następnie udaliśmy się na szlak żółty, kierujący się w stronę Iwaniackiej Przełęczy. Na tym etapie już właściwie szliśmy, gdyż Anita zaczęła wspominac o bólu w kolanie, a pośpiech nie miał najmniejszego sensu.
Na przełęcz owszem weszliśmy, ale dalej można było podjąć galop. Tym razem zacienione zbocze nie było już tak wygodne dla butów i trzeba było zachować większą uwagę.
W Dolinie Kościeliskiej panował nieporównywalny spokój. Turyści nie dotarli tu w takiej liczbie jak do Chochołowskiej. W ramach odpoczynku od zgiełku posiedzieliśmy w schronisku i zjedli po kawałku szarlotki.
Dopiero przed 18:00 ruszyliśmy w dół Doliny. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem skutki zeszłorocznego huraganu. Gołe zbocza sprawiały naprawdę przygnębiające wrażenie powojennego krajobrazu. Dolinę pożegnałem więc z dziwną ulgą.
Z Kir ruszyliśmy na zachód mało popularnym szlakiem zielonym wzdłuż granicy parku narodowego.
O 19:15 na parkingu spotkaliśmy się z Markiem i Edytą, a stamtąd pojechaliśmy bezpośrednio do Krakowa.
Pozdrawiam
Tomasz Duda

środa, 29 kwietnia 2015

14 Cracovia Maraton

19 kwietnia przebiegłem mój pierwszy drogowy maraton.
Po ilości przemierzonych biegiem kilometrów można by zapytać dlaczego pierwszy? Odpowiedź jest prosta - niezbyt lubię biegi po z góry ustalonej trasie, a przede wszystkim biegi uliczne.
Do maratonu zabierałem się już w Lublinie, w czerwcu 2013 r jednak kontuzja kolana pokrzyżowała mi plany. Po tym terminie biegi tego typu olałem.
Dopiero po przeprowadzeniu się do Krakowa przyszła mi myśl, że trzeba formalności dopełnić, a Cracovia Maraton będzie ku temu znakomitą okazją.
Od czasu zapisów żadnych przygotowań typowo pod maraton nie robiłem. Co więcej - w marcu chorowałem, leczyłem kontuzję i moje akcenty biegowe były co najwyżej impulsami utrzymującymi formę na jakim-takim poziomie.
Dopiero ostatnie dwa tygodnie przed imprezą przycisnąłem solidniejszym wysiłkiem, kiedy teoretycznie powinienem już odpoczywać przed startem. Podsumowując, moje przygotowania były czystym zaprzeczeniem teorii przygotowań maratońskich.
Na zapisach wybrałem sugerowany czas na 3:45 - 4:00 h lecz w trakcie treningów wyliczyłem, iż mógłbym pobiec sporo szybciej. Nic więc dziwnego, że przed startem ustawiłem się na 3:30 h.
W dniu maratonu panowała idealna pogoda. Oczywiście mój punt widzenia jest subiektywny i nie wszyscy wymarzyli sobie temperaturę 8 - 11 stopni , umiarkowany wiatr i zmienne zachmurzenie.
Dka mnie było idealnie. Cenię sobie dobre chłodzenie a delikatny chill tylko zachęcał do wzmożonego wysiłku.
Jakkolwiek pakiety startowe pobrało ponad 6 tys uczestników,  na starcie nie odczuwało się tłumów. Dopiero po wystrzale kolumna zbiła się w gęstą masę.
Ze względu na wskazaną liczbę uczestników początkowo biegło się wolno, około 6 min  a kilometr. Dopiero po kilkunastu minutach utworzyły się mniejsze grupki biegaczy i atmosfera stała się luźniejsza.



Początkowo biegłem za ostatnim peacemakerem na 3:30 h. Facet dobrze trzymał tempo i grupkę kilkunastu wokoło. Po drodze w większości punktów pobierałem wodę a na 10 kilometrze zjadłem kawałek banana. Co prawda szwankowały mi słuchawki od telefonu, jednak motywacja przychodziła z zewnątrz.
Ludzie głośno kibicowali, motywowali, muzyka dudniła na każdym kroku.
Po prostu chciało się biec, więc biegłem. Aż do połowy trasy trzymałem się za peacemakerem. Walczyłem przy tym z chęcią wyprzerzenia go, gdyż czułem w sobie duże pokłady energii. Wiedziałem jednak, że takie wrażenia mogą wydać się złudne i siłą woli powstrzymywałem się przed przyspieszeniem.



Dopiero około 27 kilometra zacząłem powoli zagęszczać kroki. Na pierwszy plan poszło osiągnięcie najszybszego peacemakera na 3:30 h. Poszło to nadspodziewanie sprawnie i już wiedziałem, że to bezpieczny  moment na podjęcie "gonitwy". Na 30 kilometrze przegryzłem jeszcze banana żeby do końca biegu wystarczyło mi glukozy. Piłem przy tym bardzo często i miałem wrażenie, że z tej perspektywy bardzo mi się to opłacało.



Ponad 10 kilometrów przed metą podjąłem więc pościg. Tempo zwiększałem powoli ale systematycznie. Byłem bardzo zadowolony ze zmagazynowanej energii, która pozwoliła mi na ten wysiłek. Na ostatnim etapie wyminąłem przynajmniej kilkadziesiąt osób, samemu nie będąc przy tym wyprzedzanym. Ostatni kilometr pokonałem w czasie 4:24 minut na kilometr.
Maraton skończyłem w czasie 3:23:40 h. Na mecie miałem jeszcze duże nadwyżki energii, co dobrze rokuje na przyszłość.
Po prostu - super się biegło.
Pozdrawiam
Tomasz Duda

piątek, 17 kwietnia 2015

Luboń - Mysłowice trail czyli cztery pory roku w Beskidzie Wyspowym

Sobotnie popołudnie spędziłem w biegu w Beskidzie Wyspowym. Trasa z Lubiąża do Myślenic. Najpierw szlakiem żółtym do głównego grzbietu, następnie szlakiem czerwonym przez schronisko na Kudłaczu, a dalej grzbietem aż do Zakopianki. Pogoda dopisała, po drodze przekrojowo cztery pory roku od lata aż po zimę.
Bardzo przyjemna trasa, dobrze oznaczona. Relatywnie łagodne podbiegi i zbiegi. Relaksacyjne 25km.
Polecam wszystkim. Dojazd i powrót - 13zł.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Salomon Speedcross 3 - test i przykra niespodzianka uszkodzonych butów

Swoje Salomony Speedcross 3 kupilem 8 listopada 2013 r. Dlaczego pamiętam dokładnie datę?
Ano sprawdzałem ostatnio na potrzeby reklamacji.

Salomony Speedcross 3 zakupiłem jako buty typowo terenowe. Trudno odmówić im zresztą tego przymiotu, biorąc pod uwagę charakter bieżnika i budowę.
Do właściwości samych butów zastrzeżeń nie mam. Świetnie trzymają się na gruncie i śniegu, wygodne. Podeszwa miękka i jakkolwiek po typowo skalistych górach w nich nie biegałem to na moje potrzeby jest idealna. Wzmocnienie czuba  buta również poprawia jego odporność. W butach co prawda biegałem również po asfalcie i chodnikach, w sytuacjach awaryjnych. Nie dziwi więc fakt, że bieżnik trochę wytarł się na wysokości śródstopia i pięty.

Salomony Speedcross 3 najlepiej radzą sobie w lesie i na polu. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek poślizgnął się w takim terenie. Buty nie trzymają się podłoża jedynie wyjątkowo - na lodzie i miękkim błocie. Są to jednak warunki ekstremalne i wyjątkowe.

Salomon Speedcross 3 to buty wygodne i dobrze oddychające. Wbrew pozorom przy zachowaniu uwagi udaje się w nich stosunkowo długo zachować suche stopy. Przy tym zaznaczam, iż używam ich o każdej porze roku, a nigdy nie było mi ani zbyt gorąco, ani zbyt zmimno.

Teraz część krytyczna. Jeszcze niedawno uważałem Salomony za buty odporne i wytrzymałe. Jeszcze do niedawna nie nosiły wprost śladów zużycia poza bieżnikiem. Trudno mi oszacować, ile kilometrów w nich pokonałem, ale sądzę, że około 700, w tym kilka rajdów terenowych na 50 i 100 km.
Jakież było więc moje zdziwienie, gdy podczas tegorocznego "Skorpiona" zauważyłem dziurę. Na tym rajdzie nieraz wpakowałem się w plątaninę jeżyn, co w moim odczuciu uzasadniało powstałą wadę.
Jeszcze wieksze zdziwienie pojawiło się na mojej twarzy po wyczyszczeniu butów. Zauważyłem cztery ogromne dziury, szerokości 2 - 3 centymetrów. Każdy z butów miał po dwie. Symetryczne, na wysokości śródstopia, w miejscu zgięcia buta.

Początkowo sam winiłem siebie za uszkodzenie obuwia. Następnie jednak usłyszałem, że to bardzo popularny problem, iż w wyniku reklamacji  zwracają nowe buty właściwie każdemu. Potwierdzały to opinie w sieci, więc buty wysłałem. Zdziwienie jednak tknęło mnie i po raz trzeci kiedy okazało się, iż rzeczoznawca reklamacji nie uznał. Oczywiście standardowo: "Uszkodzenie mechaniczne" , " niewłaściwe użytkowanie" - ile razy każdy z nas to słyszał. Zresztą przesyłam ją poniżej. Ciekawe w jaki sposób powinny być używane buty terenowe? I jak uszkodzenie mechaniczne tłumaczyć w obliczu jego powszechności u innych użytkowników?
Również ciekawi mnie jak "specjalista od skór" wydał opinię w sprawie butów, które wedle moich informacji nie mają żadnego elementu skórzanego.
Ocenę pozostawiam Wam. Według mnie buty za prawie 400 zł powinny służyć dłużej.

P.S.
Jak powiedział sprzedawca: "reklamacje u producenta X rozpatruje niezależny rzeczoznawca Y, jakkolwiek może być niezależny w stosunku do ludzi, którzy mu płacą";). Myślę, że to wyczerpuje temat.

Dwa pierwsze zdjęcia podeszwy są sprzed roku. Kolejne - aktualne

Pozdrawiam
Tomasz Duda

czwartek, 26 marca 2015

Rajd Dolnego Sanu 2015 - przekraczając granice komfortu

Rok temu Rajd Dolnego Sanu zapamiętałem z pięknej pogody i wspanialych okoliczności przyrody. Nic więc dziwnego, że gdy kilka tygodni temu zapisałem się wraz z Januszem na trasę 100 km liczyłem co najmniej na powtórkę.
Niestety, pogoda jak ma w zwyczaju - lubi byc kapryśna i przyjeżdżając do Dwikóz w piątek 13 marca wiedziałem, że nie będzie nas rozpieszczać. W ostatniej chwili udało mi się pożyczyć od Janka kurtkę, gdyż swoją zostawiłem w Krakowie. Gdyby nie ona z pewnością obdarzyłbym Rajd nader niemiłymi wspomnieniami.

Do Dwikóz przyjechałem około 22:00 więc czasu wystarczyło akurat na przebranie się i spakowanie. O 24:00 Rajd się rozpoczął i ponad trzydzieści osób pomknęło przed siebie w noc.
Początkowo pogoda rozpieszczała. Panowała tylko drobniutka mżawka, która w ruchu była prawie nieodczuwalna. Pierwszy punkt zdobyliśmy dość szybko, biegnąc po polnych drogach i asfalcie. Czołówka zawodników szybko nas wyprzedziła. Następne kilometry biegły w większości asfaltowymi drogami. Nawigacja nie sprawiała większych problemów, a korzystnym wyborem drogi do punktu czwartego, położonego na terenie Gór Pieprzowych, nawet trochę dystansu odrobiliśmy.
Od tego momentu deszcz nagle się wzmógł.
Biegliśmy początkowo drogami, aż przejście zagrodził nam stary PGR, który minęliśmy przecinając grzązki orne pola.
Punkt w postaci starej latarni był ledwie dostrzegalny i tylko mocne światło czołówki pomogło w jego lokalizacji. Od tego momentu zaczęło padać jeszcze bardziej, a drogi zamieniły się w śliskie i lepkie bajora. Kolejny punkt znajdował się w zaśmieconym wąwozie. Na tym etapie zaczęła się agonia, która trwała już przez cały Rajd. W polach ewidentnie odezwało się moje lewe kolano, które tydzien temu nadwyrężyłem na treningu. Musiałem założyć stabilizator i ewidentnie zmienić strategię. Biegłem już coraz rzadziej, obserwując "postępy" mojej niedogodności. Z goryczą stwierdziłem, że kolano z godziny na godzinę boli coraz bardziej i tym sposobem nie skończę rajdu w ogóle. Od 50 kilometra zaprzestałem biegu, a rajd stał się ciężkim psychicznie marszem. Przyjemność pokonywania kilometrów zaburzyły mi myśli o kontuzji i ból.

W międzyczasie wstał nowy dzień i ku naszemu zmartwieniu wzmógł się deszcz.
Aż do 75 km trasa prowadziła bardzo monotomnym odcinkiem przes pola. Na tym etapie pojawił się wiejący w twarz wiatr, który w korelacji z zacinającym deszczem spowodował, iż marsz nie sprawiał żadnej przyjemności, a jedynie wyciskał obfity potok przekleństw i złorzeczeń. O ile w nocy cieszyłem się ciepełkiem i skrycie jeszcze żałowałem, iż niosę dodatkową bluzkę, o tyle rano założyłem ją z wdzięcznością, gdyż było po prostu zbyt zimno. W takich okolicznościach Rajd ciągnął się w nieskończoność. Noga bolała permanentnie, jeszcze na dwunastym punkcie byłem bliski od rezygnacji. Nawet nie z powodu bólu, ale obawy o "skasowanie" kolana na początku sezonu. Gdy jednak skupiłem się na marszu, a zaprzestałem biegu zauważyłem że ból nie wzrasta, ale utrzymuje się na relatywnie znośnym poziomie. Wyciągnąłem również kijki, które wbrew obawom przydały się niezaprzeczalnie. Od 35 kilometra szedłem wraz z Januszem i Władkiem, który również maszerował z kontuzją, z tą różnicą, iż czasem próbował biegu.

Nawigacyjnie Rajd był łatwy. Drogę zgubiliśmy tylko raz i to w śmiesznym miejscu przez nieuwagę. Na trzech czwartych długości Rajdu teren stał się znowu urozmaicony, a naszym oczom ukazali się zawodnicy trasy 50 kilometrów. Zrobiło się jakoś raźniej.
Im bliżej mety, tym kilometry bardziej się dłużyły. Około 14:00 osiągnęliśmy Zawichost i 15 punkt na trasie. Ostatnie odcinki siłą rzeczy klepaliśmy asfaltem. Im dłużej trzymałem się na nogach, tym bardziej odczuwałem narastający ból w kolanie. Najgorsze były podejścia, więc to ostatnie, przed punktem szesnastym przyjąłem przekleństwami. Na końcowy punt trasa schodziła na wał wiślany i po przeskoczeniu rowu melioracyjnego prowadziła nim dalej na południe. Punktu siedemnastego poszukiwali już Janusz z Władkiem, ja odpocząłem dłuższą chwilę czekając. Kolejne 7 km klepania asfaltu pokonaliśmy juz sami z Januszem. W Dwikozach ból kolana osiągnął punkt krytyczny gdyż parokrotnie musiałem się zatrzymywać. Do szkoły dotarliśmy po 16 h i 20 min rajdu. Deszcz ciągle padał....

Wynik dał nam 14 miejsce w klasyfikacji na 100 kilometrów. Osiągnięcie to wprawdzie małe, ale biorąc pod uwagę okoliczności naprawdę jestem z niego zadowolony. Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni. Ja czuję się się mocniejszy psychicznie. Granica wytrzymałości została przesunięta.
Wbrew obawom - po kilku dniach już normalnie chodziłem, chociaż poważne bieganie "zdroworozsądkowo" ograniczyłem na dwa tygodnie. Kolano jednak ciągle się odzywa. Na krótkim dystansie to bagatela, jednak przy 100 kilometrach każda drobnostka ma kolosalne znaczenie.

Sama impreza dała nam niezłą szkołę życia. Wszyscy przyszli po rekordy, a łatwo wcale nie było. Tegoroczny RDS zapamiętam sentymentalnie przede wszystkim ze względu na relatywną bliskość domu rodzinnego. Pierwszy raz doświadczyłem tej wspaniałej możliwości wyspania się po rajdzie w normalnym łóżku, a nie na karimacie, kiedy po biegu czuje się każdą kostkę i każdy mięsień.

Motto na zawsze: ADVENTURE BEGINS AT THE END OF THE COMFORT ZONE!!!

Pozdrawiam.
Tomasz Duda

PS
Zdjęcia w większości Janusza, parę moich