Niedaleko od Krakowa, w nowym, jeszcze nieznanym terenie i "pucharowa" trasa 50 km. Wszystko pasuje. Nic dodać, nic ująć, tylko jechać. No może poza jednym. Pogoda do ostatniej minuty nie dawała mi spokoju....
Na miejscu dopełniliśmy procedury rejestracji, wypiliśmy po kubku kawy i przebraliśmy się.
O 8:00 rano ponad sto osób ruszyło przed siebie.
Najpierw biegłem wraz z Darkiem. Pobiegliśmy niemal prosto w kierunku wschodnim, stopniowo wdrapując się na zbocze. Darek uskarżał się na kontuzję ścięgna achillesa które widocznie utrudniało mu chodzenie. Początkowo również nie spieszyłem się, chcąc rozgrzać mięśnie stopniowym wysiłkiem. Bieg w dół zbocza poszedł szybciej niż podchodzenie stromym stokiem. Do drogi w Pogorzanach dotarliśmy przed 9:00. Tam Darek natarł nogę ketonalem i po dłuższej przerwie mogliśmy ruszyć dalej. Pierwszy punkt znajdował się na Górze Świętego Jana przy kościele, a ostatnie dwa kilometry do niego pokonaliśmy już wśród tłumu piechurów. Dopiero wtedy spostrzegłem, że jakimś cudem zamiast nadrobić, straciliśmy sporo czasu. Dostrzegłem również, iż Darek nie da rady przyspieszyć i nie ma zamiaru nogi forsować. Pożegnaliśmy się więc, a ja od tego momentu, po dobrej rozgrzewce rozpocząłem bieg i pościg.
Najpierw wróciłem do drogi głównej długim zbiegiem. Następnie pognałem drogą na północ, którą wybrała chyba mniejsza część zawodników.
Uzyskawszy tą informację bez zwłoki puściłem się biegiem wzdłuż grzbietu na południe. To jedna z lepszych "prostych" jaką pamiętam. Dysponując jeszcze sporą rezerwą sił, na wznoszących się formach terenu zostawiłem za sobą kilkanaście osób.
Po oderwaniu się od drogi pomknąłem więc przez pola, w kierunku lasu. Szczęśliwie trafiłem na drogę, którą przy odrobinie kombinacji wspiąłem się na górę.
Wiedziałem, iż wystarczy trzymać się szlaku, toteż mogłem skupić się na samym biegu. Kilometry mijały szybko, ale nie spotykałem żasnych zawodników. To już czołówka i dopiero od teraz zacznie się prawdziwy wyścig - pomyślałem.
W praktyce tak właśnie się to odbyło - pierwszego oponenta zauważyłem dopiero tuż przed piątym punktem. Przyspieszył widocznie na mój widok, ale teraz wiedziałem, że wyminięcie go to tylko kwestia czasu.
Bieg na punkt kolejny był również łatwy orientacyjnie. Pozostało biec po szlaku czerwonym, w kierunku schroniska PTTK Kudłacze. Po drodze wyminąłem dwóch zawodników na następnie zaliczyłem punkt szósty na przełęczy. Teraz logika nakazywała wracać i wytrwać na podbiegu.
Postanowiłem gonić dwóch zawodników z jakimi minąłem się w drodze punkt. Byli kilkaset metrów przede mną, ale na podejściu szybko się do nich zbliżyłem. Minąłem ich jeszcze przed schroniskiem w szybkim marszu pod górę. Teraz na powrót przyszło biec grzbietem, który od tej strony wznosił się ku południu, utrudniając bieganie. Na tym etapie poczułem w nogach zmęczenie, choć świadomość dobrego miejsca (jeszcze nie wiedziełem które) motywowała. Siłą woli po jakimś czasie dotarłem w pobliże dawnego punktu piątego i stacji meteorologicznej. Przesz Lubomirem mijałem idące z naprzeciwka grupy turystów, po czym skierowałem się na zielony szlak, wiodący ostrym zbiegiem w dół.
Warunki były trudne - luźne kamienie, ślisko, mięśnie ud palące bez litości i mokre stopy, które już zaczęły obcierać buty. Mimo to biegłem. Błogosławiłem przy tym kijki, dzięki których wywróciłem się tylko raz;). Pomimo fizycznego bólu czułem psychiczną radość. Niewtajemniczemu czytelnikowi może to być trudne do wytłumaczenia, jednak czułem radość w czystej postaci.
Na szczęście trasa była prosta. Do najniższego punktu we wsi Wierzbanowa dotarłem po twardej nawierzchni. Ze skrzyżowania obrałem azymut na szczyt i ruszyłem intuicyjnie w pierwszą-lepszą ścieżkę prowadzącą w górę. Dróg w lesie było wiele, ale ostatecznie musiałem wspinać się przez krzaki z nadzieją, że punkt już niedaleko, a przynajmniej z każdym krokiem bliżej. Od jakiegoś czasu nie miałem również wody, którą zapomniałem uzupełnić na szóstym punkcie. Dodając do tego duże zmęczenie powstała suma niedogodności, która niszczyła mnie fizycznie i psychicznie. Powiem szczerze - było ciężko i tylko zdrowym rozsądkiem i świadomością bliskości celu dotoczyłem się na górę.
Po kilku minutach odpoczynku pobiegłem więc zielonym szlakiem do Wiśniiwej. Chęci mi już trochę brakowało, ale świadomość, że ktoś mógłby mnie wyprzedzić wzięła górę.
Wyścig mnie bardzo zmotywował. Okazuje się, że można stanąć na podium, opłaca się pościg i walka. Nawet ze straconej pozycji można się podnieść. Najważniejsze, gdy widać progres. Wtedy działa wiara w siebie i .... placebo również funkcjonuje lepiej ;).
Dziękuję i pozdrawiam



