czwartek, 29 marca 2018

Kieżmarski Szczyt zimą - relacja, opis, wejście, Wielka Korona Tatr

Początkiem lutego po raz kolejny przyszło mi zmierzyć się z tatrzańskimi szczytami. W sobotę 10 lutego 2018 r. zjechali do mnie Janusz i Janek, w niedzielę o 4:20 wraz z Robertem już wyjeżdżaliśmy spod mojego bloku w Krakowie, kierując się na południe.

Robert prowadził. Początkowo rozmawialiśmy, jednak po jakimś czasie zaczął morzyć mnie sen. Gdy się obudziłem byliśmy już w Tatrzańskiej Łomnicy, szukając parkingu i dojazdu pod kolejkę. Dzień wstał, ale zapowiadał się bardzo ponoro. Wszystko wokoło było spowite chmurami i mgłą. 
Drogę pod stację kolejki znaleźliśmy szybko, a pod nią i parking. Co najważniejsze - parking okazał się on bezpłatny - co nas zdziwiło i ucieszyło jednocześnie. 


Szybko wypakowaliśmy się z samochodu i zaczęliśmy iść w stronę stoku narciarskiego. Początkowo chciałem szukać szlaku, ale za namową Roberta postanowiliśmy iść brzegiem stoku narciarskiego, licząc że nie zostaniemy przegonieni przez obsługę. Wybór drogi okazał się bardzo korzystny, a marsz ratrakowaną ścieżką niczym przechadzka asfaltem. 



Aura również wkrótce zaczęła sprzyjać. Im wyżej, tym mocniej zza mgły przebijało się słońce. W końcu, za pośrednią stacją kolejki wypogodziło się zupełnie, tak że naszym oczom ukazało się granatowe niebo i dywan chmur ciągnący się aż po horyzont. Wbrew uprzedzeniom, droga choć trwająca trzy godziny, upłynęła całkiem przyjemnie. Ja spędziłem ją na podziwianiu widoków i rozmowie z Jankiem. Janusz z Robertem wyprzedzili nas trochę i pomaszerowali szybciej do góry. 



Razem spotkaliśmy się w schronisku Skalnata Chata na Skalnatym Plesie. Początkowo liczyłem, że spędzimy tutaj dłuższą chwilę na posiłek, jednak "chatkowy" starszy Pan łypał na nas spode łba. Do tego wisząca z boku kartka zakazująca spożycia własnego jedzenia skutecznie zniechęcała do spędzania tu czasu. 


Szybko więc opuściliśmy Skalnatą Chatę i poszliśmy w dalszą drogę. Batony trzeba pogryźć w marszu. Przy zabudowaniach infrastruktury kolejki spotkaliśmy już niemały tłum narciarzy, który rozpoczął właśnie zjazdy. Z oddali nasza dalsza droga, czyli południowo-zachodnia część stoku Huncovskigo Szczytu wyglądała przyjaźnie i co najważniejsze - była przetorowana przez narciarzy i piechurów. Bezpośrednio za stacją kolejki skierowaliśmy się na czerwony szlak, by po chwili odbić z niego prosto na północ.Robert poszedł pierwszy, za nim ja z Januszem i na końcu Janek. Podejście było długie, nużące, ale warunki do podchodzenia idealne. Niezbyt gorąco i nie za zimno. 





Po 12:00 wdrapaliśmy się się na Huncovski Szczyt, a właściwie na przełęcz poniżej wierzchołka. Dalej droga prowadziła trawersem przecinając północny stok poniżej szczytu, wprost na Huncovską przełęcz. Odcinek został wcześniej zaporęczowany, a ze szczytu schodziły jakieś dwa zespoły. Widocznie z przewodnikami. Na przełęczy wyciągnęliśmy sprzęt - kaski, uprzęże, ubraliśmy raki. Wraz z Robertem i Januszem oczekiwaliśmy na Janka, który odstał na podejściu. Przyszedł po kilkunastu minutach, po czym oświadczył, że rezygnuje ze szczytu. Pozostała nasz trójka. Założyliśmy, że chcemy dojść do szczytu przed 14:00, a z tej perspektywy wydawał się dość odległy. Bez zwłoki weszliśmy na trawers. Krąży opinia, że odcinek jest dość niebezpieczny, ale nie miałem jakoś takiego wrażenia. Na Huncovskiej przełęczy poczekałem na chłopaków i już we trójkę ruszyliśmy w górę wzdłuż zachodniej grani Kieżmarskiego Szczytu. Póki szliśmy po skałach i po grani, nie wiązaliśmy się. Dopiero, gdy przyszło nam przetrawersować pole śnieżne w kierunku północno-wschodniej grani - związaliśmy się. Ja pierwszy, za mną Robert i na końcu Janusz. Odcinek wydawał mi się niebezpieczny w kontekście lawinowym, przemierzyliśmy go więc bardzo szybko. Na pierwszej napotkanej skale założyłem przelot, dający jaką taką asekurację. 





Tutaj zabawię się w małą dygresję i odpowiem na pytania czy uśmieszki osób, w których opinii wiązanie na ternie 0+ , I jest zbędne. Latem - moim zdaniem tak, jednak zimą uznaję, że idąc żlebami, przekraczając pola śnieżne, czasem lepiej się związać. Fakt jest ryzyko, że jeżeli będziemy bez przelotów, to poleci cały zespół, ale pod względem lawinowym lina zawsze daje jakie takie zabezpieczenie. Takie jest moje zdanie, ale z przyjemnością wdam się w merytoryczną dyskusję. 




Wracając do relacji, na grani północno - wschodniej czułem się już bezpieczniej Co prawda trzeba było uważać na nawisy, jednak co jakiś czas pojawiały się skały, na których można było coś założyć i ścieżka prowadziła ewidentnie w kierunku wierzchołka.




Na szczycie zameldowaliśmy się podejrzanie szybko - o 13:30. Z wierzchołka można było obserwować cały widnokrąg. Chmury ciągle układały się szczelnym dywanem poniżej linii kosodrzewiny, kolejka na Łomincę zdawała się być na wyciągnięcie ręki. Grań Wideł robiła piorunujące wrażenie. Z Kieżmarskiego po kolei rozróżnialiśmy - Durny Szczyt, Baranie Rogi i Lodowy Szczyt. Pogoda dopisywała, dokuczał tylko lekki wiatr. 



Podziwianie widoków zajęło nam kilka minut. Niebawem puściliśmy się w drogę powrotną. Schodziło się dobrze, ale czujnie. Założyłem po drodze kilka przelotów, szczególnie na trawersie pola śnieżnego. Idąc z asekuracją lotną szybko pokonywaliśmy kolejne metry. Na Huncovskiej Przełęczy Robert odwiązał się od naszej liny i poszedł na trawers, ja z Januszem w celu treningowym postanowiłem przejść się bezpośrednio przez skały na Huncovski Szczyt. Ten "wariant" nie sprawił nam wielu trudności, za to był miłą odmianą od standardowej drogi. 



Na Huncovskim szczycie sprzęt z powrotem trafił do plecaków. Słońce już powoli kładło się za masywem Łomnicy, gdy rozpoczęliśmy zejście. Piękna pogoda dopisywała, ale stok Huncovskiego Szczytu mimo tego okazał się bardzo nużący. Adrenalina zeszła, a jej miejsce zajęły objawy zmęczenia i lenistwa. Nogi same niosły, jednak droga w dół nieco się dłużyła. Na Łomnickie Pleso Zeszliśmy już po zamknięciu kolejki.  Czekał tam na nas Janek i razem zaczęliśmy zejście w dół, wzdłuż stoku. Mijali nas już tylko pracownicy przygotowujący stok na dzień następny. 



Im niżej schodziliśmy, tym atmosfera gęstniała. Dosłownie. Niebawem opuściliśmy się w morze mgieł. Widoczność spadła do kilku metrów.  Jeszcze niżej trochę się poprawiło, jednak z westchnieniem wspominaliśmy pełne słońce na Kieżmarskim Szczycie. Do samochodu dotarliśmy właściwie z nastaniem zmroku. Kolejny szczyt do WKT zaliczony!!! I to w wariancie zimowym.

Z górskim pozdrowieniem :)



piątek, 16 marca 2018

Lista rzeczy do zabrania na bieg ultra / bieg na orientację

Nie jestem fanem pisania list i ich weryfikacji. Rzadko je robię, właściwie tylko wtedy, kiedy muszę. Niemniej jednak takie zbiory bywają bardzo przydatne, w szczególności, gdy mamy mało czasu, zaś pominięcie jakiejś czynności może nas słono kosztować. Poza wyjazdami góry wysokie, gdzie przez pakowaniem starannie sprawdzam wszystkie zabrane rzeczy, tzw. listy sprzętu używam przy wyjazdach na biegi weekendowe. Właśnie wtedy najczęściej jest mało czasu i chęci na myślenie, czy dokładne rewidowanie zabranego sprzętu. Tymczasem niespakowanie czegokolwiek, zapomnienie zrobienia danej czynności może się "zemścić", gdy zapadająca noc przypomina, ze nie zabraliśmy czołówki, a bolące stopy, że nie wysmarowaliśmy ich Sudokremem. 
Aby uniknąć takich sytuacji sporządziłem w miarę uniwersalną listę, którą sprawdzam przed biegiem. Do tej pory nigdzie jej nie publikowałem, ale sam nieraz nie mogę jej znaleźć, więc zamieszkanie na blogu pomoże mi i Wam. Zapraszam do przeczytania i komentowania. Może ktoś miałby do mnie sugestie, co jeszcze powinienem zabrać.
Proszę o sugestie.


Przykładowy set zimowy, do zabrania na Rajd Dolnego Sanu 2018 (100 km na orientację, średnia temperatura ok. -5 stopni Celsjusza, w prognozie śnieg i deszcz) 


 1. Ubrania
- skarpety kompresyjne (ew. + drugie skarpety).
- buty biegowe;
- ochraniacze;
- getry / spodenki przylegajace;
- spodenki/spodnie druga warstwa;
- koszulka z długim rękawm/T-shirt;
- bluza z dlugim rekawem
- kurtka (tylko w razie przewidywanych opadów < mżawka);
- wiatrówka;
- dodatkowa warstwa (na wszelki wypadek/ w biegach ok. 100 km);
- buff x 2
- czapka/ czapka z daszkiem
- rekawiczki

2. Sprzet
- plecak;
- kije (na liniówki powyżej 100 km - rzadko);
- czołówka;
- mapnik (na biegi na orientację)
- pasek do przyczepiania numeru;
- kompas;
- telefon;
- zapasowe baterie;
- zegarek;
- fofia wodoodporna na telefon, portfel;
- camelbag;
- portfel;
- papier toaletowy;
- odblask;
- chusteczki higieniczne;
- folia nrc;

3. Apteczka mini
- stoperan
- ketonal
- plastry
- glukardiamid
- folia NRC

4. To do before race
- smarowanie sudolkremem;
- plastry


środa, 28 lutego 2018

Quechua Helium Wind 500 by decathlon - test, recenzja, opinia

Dziś przedstawiam test mojej jedynej i bardzo już spracowanej kurtki biegowej, tzw. wiatrówki. 

Zacznę od tego, że w 2014 roku uświadomiłem sobie, że potrzebuję kurtki biegowej przeciwwiatrowej, tzw. wiatrówki. W kurtkach przeciwdeszczowych nie lubiłem biegać nigdy, ze względu na ich znikomą oddychalność i powyższy kompleks pozostał mi do chwili obecnej. Równolegle nie lubię jednak wiatru i postanowiłem znaleźć na niego rozwiązanie.

Przy zakupie kurtki przyjąłem następujące założenia:
1. tylko i wyłącznie przeciwwiatrowa, bez membrany;
2. lekka ok 100 g;
3. pakowna;
4. wytrzymała;
5. z Kapturem;
6. tania - 200 zł Max.

Biorąc pod uwagę powyższe skierowałem się do decathlonu. Jako iż w dziale bieganie trail znalazłem jedynie kurtki bez kaptura, poszedłem na turystykę. Tam moim oczom ukazała się ona - kurtka Quechua Helium Wind 500, teoretycznie kurtka turystyczna.




PIERWSZE WRAŻENIA 

Na pierwszy rzut oka super - cieniutki materiał (chociaż budzący zastrzeżenia co do wytrzymałości), rażący po oczach kolor, pakowana do kieszonki na ramieniu, kaptur. Mankiety bez regulacji, z wszytą gumką, u dołu regulowana ściągaczem. W stosunku do kurtek biegowych trail posiadała jedyny mankament w postaci braku otworków wentylacyjnych pod pachami. Uznałem, że zniosę powyższą niedogodność. Nie powalał również krój - kurtka wydawała się stosunkowo obszerna w klatce, więc przy moim obwodzie - 96 cm, chociaż mierzę 182 cm wzrostu - kupiłem rozmiar M. Rok 2015 nie był jeszcze okresem, kiedy wszystko sprzedawano w wersji slim fit, więc uznałem, ze produkt jest warty ceny 129.90 zł, za którą ją kupiłem. 




UŻYTKOWANIE

Kurtki używam od wiosny 2014 roku do chwili obecnej i jestem z niej ogromnie zadowolony. To jeden z kilku najlepszych produktów biegowych, jakie kiedykolwiek kupiłem. Quechua Helium Wind 500 używam na każdym dystansie od 0 do 170 km i właściwie w każdej temperaturze, tj, do ok. 20 stopni Celsjusza. Kurtkę zakładam na siebie, jako drugą, bądź trzecią warstwę odzieży właściwie przez cały rok. Z pełną świadomością powiem, że jest to również (po butach) jeden z najbardziej uniwersalnych elementów odzieży biegowej w mojej szafie. 
Kurtka znajduje najlepsze zastosowanie, gdy wieje. Nie jest to jednak jedyne jej przeznaczenie. Nieraz ubieram ją, gdy po prostu mi zimno podczas biegu, jako dodatkową warstwę. Jest to również moja biegowa kurtka przeciwdeszczowa, która sprawdza się w 80% przypadków dżdżystej pogody. Jak wskazałem wyżej kurtek, przeciwdeszczowych właściwie nie używam, chyba że podczas ulewy. W innych przypadkach nieprzepuszczalna membrana powoduje, że biegacz w środku jest równie mokry, jakby był bez ubierania tego elementu odzieży. Helium Wind 500 świetnie znosi mżawkę. Chociaż przemaka, chroni przed wychłodzeniem i pozwala na komfortowy bieg w niesprzyjającej aurze.



Gdy wiatr staje się nieznośny, używam kaptura, który ma jednak tą wadę, że jest pozbawiony regulacji. Tymczasem świetnie sprawa się regulacja u dołu kurtki, która pozwala dobrze regulować termikę i tworzyć komfortowy mikroklimat we wnętrzu kurtki, w zależności od aury panującej na zewnątrz. 
Jeżeli chodzi o materiał pod względem użytkowym, to jest on wg. mnie taki, jaki powinien być, tzn. dobrze oddycha, ale jednocześnie chroni od wiatru podczas biegu. Co ciekawe, chociaż kurtka ma przeznaczenie turystyczne, zdecydowanie lepiej sprawdza się podczas biegania, gdyż przy niskiej intensywności wysiłku może sprawiać wrażenie przepuszczalności wiatru. 
Kurtka ma małą kieszonkę na lewym ramieniu, w której się ją przechowuje. Gdy mamy kurtkę na sobie można schować tam drobiazgi, jak kartę, czy klucze.



Różnie oceniać można  workowaty krój kurtki, choć ma on również swoje korzystne strony. Gdy biegamy bez plecaka odnosi się wrażenie, że kurtka mogłaby być bardziej dopasowana, jednak na zawodach często zamiast pod plecak biegowy,  Helium Wind 500 zakładam na ten element wyposażenia. Wtedy kurtka jest opięta, ale mieści pod sobą cały ekwipunek, plecy nie pocą się nadmiernie, zaś w razie ocieplenia/zmiany pogody można szybko ją zdjąć.  
Gdy nie wieje, ale pogoda jest niestabilna, kurtkę traktuje awaryjnie. Podczas zawodów trzymam ją schowaną w plecaku, zaś w czasie krótkich biegów - w "nerce" biegowej lub w ręku. To ostatnie zastosowanie, które praktykuję nader często, zmusiło mnie do inwencji twórczej i wprowadzenie zmian do kurtki. Helium Wind 500 nie ma bowiem elementu rozciągliwego, który można by nałożyć na dłoń i wygodnie ją nosić, gdy jest zwinięta. W kurtce zamontowano, co prawda małą pętelkę materiału, ale pozwala ona jedynie na włożenie tam palca. Aby wygodniej przenosić kurtkę w dłoni zdecydowałem się na doszycie wewnątrz kieszeni rozciągliwej taśmy, która znakomicie spełnia to zadanie (pisze o tym, gdyż niektóre wiatrówki mają fabrycznie wszytą taką taśmę do wygodnego przenoszenia kurtki w dłoni).



Na marginesie wskaże, że Helium WIND 500 ma u mnie zastosowanie również rowerowe, przy którym dobrze się sprawdza. Największym mankamentem w tym użyciu są zdecydowanie relatywnie krótkie rękawy, ze względu na dobrany przeze mnie rozmiar. Do okazjonalnego pokonywania kilometrów na dwóch kółkach jest w porządku, ale typowo na rower kupiłbym coś dedykowanego. 


MATERIAŁY, WYKONANIE 

Wbrew początkowym obawom o trwałość materiału, okazuje się jest on bardzo wytrzymały. Kurtka przeżyła ponad 4 lata biegania, i kilkaset treningów i zawodów. Nie sposób je wszystkie zliczyć. Do tego wielokrotnie używałem jej w biegach terenowych na orientacje, gdzie była narażona na zniszczenia mechaniczne. Mimo powyższego do chwili obecnej Quechua helium 500 jest w spaniałym stanie, próżno szukać na niej przetarć, czy dziur (aż sam się dziwię). Jakoś szycia również jest dobra. Jedynie raz musiałem poprawić szwy w okolicach kieszonki na ramieniu, ale porównując to do wymiaru użytkowania, to właściwie nie ma żadnego znaczenia. Materiał jest po prostu dobry, wykonanie bez zastrzeżeń. 


PODSUMOWANIE

Słowem zakończenia mogę podsumować moją współpracę z Quechua Wind 500 w samych superlatywach. Zdecydowanie było to jedno z najlepiej wydanych 130 zł na produkt biegowy. Polecam kurtkę do zastosowań poza turystycznych. teraz są już nowe wersje, ale mam nadzieję, że nie ustępują one poprzednikom. 
Po prostu polecam. Następną wiatrówkę również kupię z Decathlonu.




P.S. 
Obiło mi się o uszy, że zwęzili trochę krój kurtek biegowych.


Konstrukcja – 4/5
Funkcjonalność – 5/5
Wygoda – 5/5
Wykonanie – 5/5
Trwałość/Niezawodność - 5/5

Pozdrawiam


czwartek, 8 lutego 2018

Adidas Kanadia 8 Trail test, recenzja, opinia czyli jakich butów nie kupować

Jak wskazuje tytuł, dzisiejszy test będzie spontaniczny i niekorzystny. Pozytywnie nastawiony do terenowych butów Adidas Trail Response 21, w jakich biegałem poprzednio i które choć zniszczone awaryjnie służą mi do dziś, wiosną 2017 postanowiłem zakupić następne obuwie tej samej marki.


PIERWSZE WRAŻENIA 

Ocena aktualnych ofert sklepowych spowodowała, że pod względem parametrów i ceny odpowiadały mi buty Adidas Kanadia 8 Trial. Przeczytałem o nich kilka pozytywnych opinii, wizualnie i cenowo mi odpowiadały, więc się skusiłem. Adidas Kanadia 8 Trail zakupiłem na dużej promocji za 207 zł w Sklepie Biegacza. 

Gwoli przypomnienia moich wymagań w stosunku do butów biegowych terenowych wspomnę, że miały być tanie i wytrzymałe - jak poprzednie. Zważywszy, że w poprzednich najbardziej ucierpiał stan bieżnika, tym razem postanowiłem, że musi być on masywniejszy i bardziej agresywny.
Na pierwszy rzut oka buty wyglądały przyzwoicie, choć budziły pewne zastrzeżenia. Sznurowadła wydawały się jakieś dziwne i nietrwałe, cholewka trzymająca stopę i zapiętek -+miękkie, zaś obłożyny dziwnie wystające w przedniej części, jak w butach z otwartą przyszwą. Dobre wrażenie robił za to masywny bieżnik. Kolorystyka również mi się podobała. 


UŻYTKOWANIE

Buty przetestowałem w lesie i sprawdziły się dobrze. Bieżnik trzymał podłoże znakomicie. Niestety stopa nie zachowywała się już tak rewelacyjnie. Jak przewidywałem odczułem brak stabilności i obijanie palców o przednią część buta (co ciekawe w poprzednich Adidasach o tym samym rozmiarze ten problem nie występował). Butów przez ostatnie kilka miesięcy ogólnie używałem bardzo rzadko. Moim "wołem roboczym" na treningi pozostawały stare Adidasy Trial Response 21, których jakoś nie mogłem dobić. Adidas Kanadia 8 Trail używałem właściwie "od święta" czy od zawodów do zawodów. Przebiegłem w nich w sumie 4 dłuższe biegi - 50 km, 100 km, 170 km, 50 km i może dwa treningi. Daje to w sumie ok. 400 km pokonanych kilometrów. Zdecydowana większość w terenie.



W porównaniu do poprzedników - Adidas Trail Respons 21 - buty okazały się niewygodne. Cienkie podeszwy powodowały, że podeszwy po kilkudziesięciu kilometrach zaczynały boleć. To samo palce - które odbijały się o czubek buta. Jeszcze pokonanie 50 km w tym obuwiu nie stanowiło problemu, ale przy 100 km stopy bardzo bolały. Biegnąc 170 km Szlakiem Orlich Gniazd nabawiłem się najbardziej bolesnych "kalafiorów" na stopach w życiu. Każdy krok sprawiał ból. Nie wiem, czy to przez kiepskie ich smarowanie, czy z powodu butów, jednak fakt pozostaje faktem. 
W moim odczuciu, zmieniając buty z Adidas Trial Response 21 na Kanadia 8 Trail poczułem jakbym z Mercedesa przesiał się do Fiata. Nie żartuję. 

Buty na Szlaku Orlich Gniazd 2017



WYKONANIE, MATERIAŁY, TRWAŁOŚĆ

Pomimo niewielkiego zużycia buty zaczęły się niszczyć. Dokonując kolejnego porównania Kanadia Trail 8 do Trail Response 21, te pierwsze po ok 400 km były zniszczone jak poprzedniki po 1200 km. 
Cholewka buta, pomimo iż z pozoru sprawiała solidne wrażenie wizualne, zaczęła pękać na wgięciach butów. Przetarcia pojawiły się w tych miejscach w każdym bucie, po lewej i prawej stronie. Dodatkowo, na ostatnim biegu w styczniu rozerwała się odstająca obłożyna. Ten element buta był wyjątkowo nieudany, gdyż odstająca konstrukcja tyko prowokowała wystające z podłoża patyki do jej penetracji, co prędzej czy później musiało zakończyć się rozerwaniem. Dodatkowo wkładka wewnętrzna buta zaczęła się rozchodzić i miejscami strzępić. Jakby tego było mało, przerwało się każde ze sznurowadeł, które były kiepskiej jakości oraz nie trzymały związanego supła. Nie wiem czy powodem rwania sznurowadeł była ich mizerna trwałość, czy brak montażu w dziurkach na sznurowadła metalowych elementów zapobiegających ich przecieraniu się. Generalnie wytrzymałość butów to jeden wielki DRAMAT.

Właściwie urwana obłożyna

Trochę niewyraźnie widać, ale dziura już powstała.


W obuwiu najlepiej zachowywał się bieżnik, który nie uległ prawie w ogóle zużyciu. Jednakże było to spowodowane zapewne małym przebiegiem butów, jak i faktem, że uważałem, aby obuwie unikały twardej nawierzchni.

Naderwane sznurowadło, na chwilę przed pęknięciem. 
Pierwsze przebicie na wylot


Po przerwaniu obłożyny podczas styczniowego biegu tego roku zrezygnowałem ze współpracy z butami. oddałem je na reklamację, która na szczęście została uwzględniona. 
Na szczecie zrobiłem uprzednio zdjęcia obuwia, aby pokazać stopień jego destrukcji i podzielić się spostrzeżeniami. 


PODSUMOWANIE

Z pełną stanowczością odradzam wszystkim zakup tego obuwia. Niestety, ale poprzednie dobre doświadczenia a Adidasem zwiodły mnie i zachęciły do zakupu Kanadia 8 Trail. But okazał się po prostu niewypałem. Główne jego wady to miękkość cholewki, brak stabilności, słaby system sznurowania, niska trwałość wszystkiego poza podeszwą, wady konstrukcyjne, niski komfort noszenia. Niestety, ale Kanadia 8 Trail nie spełniła moich wymagań w żadnym zakresie, poza jednym. Wyłączną i jedyną zaleta obuwia poza uznana reklamacja jest dobra przyczepność bieżnika. Jednak to moim zdaniem za mało, żeby wydać za niego 207 zł, a co dopiero według ceny producenta - bagatela - 380 zł.

P.S. zachęcony opiniami szeregu znajomych, gdy tylko dostałem mail z uznaniem reklamacji i  deklaracją zwrotu gotówki, pobiegłem szybko do Decathlonu i kupiłem ich buty terenowe. Jak się sprawują opisze w przyszłości. 

Pozdrawiam. 

Konstrukcja – 3/5
Funkcjonalność – 3/5
Wygoda – 2/5
Wykonanie – 3/5
Trwałość/Niezawodność - 1/5

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Baranie Rogi zimą - relacja w wycieczki

Odkąd postanowiłem sobie zrealizować projekt Wielka Korona Tatr, perspektywa wolnego weekendu kieruje moje myśli w stronę Słowacji, gdyż własnie tam znajdują się wszystkie niezdobyte przeze mnie wierzchołki.

Jako, iż drugi weekend stycznia zapowiadał znakomite warunki pogodowe, nie mogłem siedzieć bezczynnie. Szczególnie, iż w piątek okazało się, że zagrożenie lawinowe spadło do 1 stopnia. Pomimo, iż nikt ze znajomych nie dał się wyciągnąć na wyjazd poszukiwania transportu rozpocząłem na Facebook i grupie Tatry-Kraków. Początkowo starania były bezowocne, jednak w piątek wieczór pojawiła się propozycja wyjazdu. W sobotę dogadałem z Robertem (który zaoferował przejazd) mniej więcej plan oraz godzinę wyjazdu. On zamierzał wyjść na Lodowa Przełęcz, chociaż ja chciałem zdobyć jakiś szczyt z grona WKT razem z Anitą. Podczas rozmowy z Robertem napomknąłem coś o Baranich Rogach i rozmowa zeszła własnie na ten temat. Mój rozmówca powiedział, ze mógłby to być odpowiedni cel dla nas, gdyż warunki mają być dobre, a trudności raczej nie ma. Przed wyjazdem zrobiłem szybki research w internecie i okazało się, że faktycznie droga wygląda zachęcająco. Cel został obrany. Jako, iż nie wiedziałem, czego w rzeczywistości na drodze mogę się spodziewać, dociążyłem plecak liną lodowcową, uprzężą oraz zestawem osobistym.Tak na wszelki wypadek.

O 4:20 w niedzielę Robert zjawił się pod moim mieszkaniem i chwilę później w trójkę, wraz z Anitą wyjechaliśmy z Krakowa. Droga do Starego Smokovca minęła dość szybko, jak na zimowe warunki. Przy tym jeszcze w nocy trzymał spory mróz, a prognozy zapowiadały temperaturę rzędu - 17 do -20 stopni Celsjusza. Około godziny 7 rano dotarliśmy na miejsce, a po zjedzeniu szybkiego śniadania i spakowaniu plecaków wyszliśmy na szlak.



Dzień zaczął powoli wstawać, zaś wchód słońca pokazał, że nie jest ani tak zimno, jak się spodziewaliśmy ani bezchmurnie. Wschód słońca pojawił się w formie czerwonej chmury przedzierającej się przez chmury i zafundował nam spektakularne widoki. Śniegu póki co było jak na lekarstwo, szlak miejscami oblodzony.

Po drodze nie spotykaliśmy tłumów, ale co jakiś czas mijaliśmy pojedynczych turystów, zmierzających do góry. Droga do schroniska Zamkovskego upłynęła bardzo szybko.



 Powyżej pokrywa śnieżna z każdym metrem stawała się grubsza. Podejście do schroniska Teryego przez dolinę Małej Zimnej Wody pokonywało się nawet bardziej sprawnie niż w lecie. Zimowy przebieg szlaku do schroniska jest jednak inny niż letni i zamiast kluczyć niecką, szlak trawersuje stoki masywy Pośredniej Grani. Podejście wydaje się strome, wiec u jego podstawy założyliśmy raki. Robert wspomniał, że z powodu dużego zalodzenia w okresie świątecznym 2017/2018 roku spadły stąd dwie osoby ponosząc śmierć na miejscu. Tego dnia jednak warunki były znakomite. Mgły i chmury zostały za nami w dolinach i powoli zza nich zaczęło przebijać się słońce. Na otwartym stoku dał znać o sobie również wiatr, który przy temperaturze minus kilkunastu stopni Celsjusza szybko nas wychładzał. Na stoku podzieliliśmy się, gdyż Robert poszedł szybciej swoim tempem, ja zaś z Anitą wolniej zdobywaliśmy kolejne metry podejścia. Początkowo przed nami w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich również rozpościerały się chmury, jednak z upływem minut zniknęły zupełnie. Szybko w oddali pojawił się charakterystyczny zarys schroniska. 





Do obiektu dotarliśmy przed godziną 10:00 rano.  Na miejscu czekał już Robert popijając herbatę. my również z ulgą skorzystaliśmy z niepowtarzalnej możliwości ogrzania się na 2015 m npm przed dalszą drogą. Zjedliśmy, wypiliśmy i po przerwie "na ciepło"  ruszyliśmy dalej, każdy w swoją stronę. Robert w kierunku Lodowej Przełęczy, a ja wraz z Anitą na Baranie Rogi, umawiając się na spotkanie po akcji górskiej w tym samym miejscu. Po wyjściu ze schroniska Dolina Pięciu Stawów Spiskich ukazała się nam w całej okazałości. jej środkiem biegły natomiast wydeptane ścieżki w kierunku Baranich Rogów, Czerwonej Ławki czy Lodowego Szczytu.




Zegarek wskazywał kilka minut po 10:00, gdy obraliśmy ścieżkę wiodącą przez Pośredni Staw Spiski i Wielki Staw Spiski. Chociaż jedna ze ścieżek za pierwszym stawem trawersowała stoki Małego Durnego Szczytu bezpośrednio w kierunku Baraniej Przełęczy, wybraliśmy tą wiodącą z Wielkiego Stawu Spiskiego, na wprost. Droga powyższa, w warunkach 1 stopnia zagrożenia lawinowego w mojej ocenie była bezpieczna, jednak przy większym wybrałbym pierwszą ze ścieżek, wiodąca trawersem powyżej. Przy Wielkim Stawie Spiskim schowaliśmy po jednym kijku trekkingowym, zamieniając go na czekan i założyliśmy kaski. Czekało nas mozolne i długie podejście stokiem, wprowadzającym do żlebu i na przełęcz. Chociaż w cieniu trzymał srogi mróz, na stoku słońce przy bezwietrznej pogodzie operowało bardzo mocno. Szybko zrobiło się gorąco i trzeba było pozbyć się jednej warstwy odzieży. Podchodząc krok za krokiem mijaliśmy ludzi, którzy już kończyli wycieczkę, zmierzając w dół. Za nami jednak podążało również kilku turystów, idących w kierunku przełęczy.
Chociaż jednostajne podejście dłużyło się, widoki były warte zachodu. Z nami rozpościerała się Dolina Pięciu Stawów Spiskich z masywem Lodowego Szczytu i Pośredniej Grani. Z metra na metr stok zamieniał się w żleb, a teren nabierał stromizny. Poniżej przełęczy, u podnóża większej skały droga rozdzielała się. Losowo wybrałem ścieżkę w prawo wiodącą na przełęcz.






Od tego momentu teren stawał się ciekawszy i nieurozmaicony. Najpierw trzeba było wejść pomiędzy skały, następnie obniżyć się, pokonać trawers i wejść na ścieżkę prowadzącą już na relatywnie płaską grań szczytową. Teren nie był trudny i zdecydowałem że nie potrzebujemy się wiązać, co nie oznaczało, ze nie było miejsc, gdzie upadek skończyłby się kilkaset metrów niżej. Wprost przeciwnie, na wielu odcinkach koncentracja była wskazana.





Do szczytu szliśmy już sprawnie, bez komplikacji. W krok za nami podążało kilku członków wyprawy rosyjskiej/ukraińskiej, którzy Baranie Rogi robili już taternicko, droga wiodąca wprost z Doliny, z pominięciem Baraniej Przełęczy. Na szczycie rozpoznaliśmy charakterystyczne okno skalne. Spędziliśmy tu kilka chwil, kontemplując wspaniałą panoramę, robiąc zdjęcia i pijąc herbatę. Na szycie znaleźliśmy się około godziny 13:00. 






Po kilku minutach puściliśmy się w drogę w dół. Minęliśmy Rosjan, aby nie robić zatorów po drodze, aż doszliśmy do bardziej stromego odcinka przed przełęczą. Droga w dół była bardziej niebezpieczna, konieczne było zachowanie większej uwagi. Szedłem pierwszy, Anita za mną.
Nie mieliśmy problemów technicznych na zejściu. Poniżej przełęczy zejście żlebem i stokiem poszło szybko i sprawnie. Dolina Pięciu Stawów Spiskich powoli zapełniała się cieniem masywu Pośredniej Grani. Tym razem wróciliśmy ścieżką wiodącą trawersem u podnóża Małego Durnego Szczytu. Anitę bolał kręgosłup i poruszała się wolniej, jednak po godzinie dotarliśmy do schroniska. Była 14:00. Posililiśmy się, a po kilku minutach dotarł Robert, który również zdobył Lodową przełęcz. W schronisku spędziliśmy około pół godziny. Następnie udaliśmy się w dalszą drogę. Gdzieś w oddali słońce powoli zachodziło.





Chociaż na zewnątrz zrobiło się bardzo zimno dalsza droga upłynęła w komfortowych warunkach. Nawet nie spostrzegłem, gdy znaleźliśmy się na Hrebenioku. Z powrotem do Starego Smokovca dotarliśmy o zmierzchu. Tuż przed samż miejscowością ścieżka wymagała największej uwagi, ze względu na śliską nawierzchnię. Wycieczka zajęła nam cały, zimowy dzień.




Słowem podsumowania powiem, że Baranie Rogi są w mojej ocenie dobrym celem dla średnio zaawansowanych turystów. Od schroniska trasa nie jest długa, podręcznikowo to 2 h na szczyt. Nie nastręcza również żadnych trudności orientacyjnych, przez co może być dobrą alternatywą na dni z gorszą pogodą.  Aby wejść na szczyt nie potrzeba żądnych szczególnych umiejętności. Konieczne jest obycie ze śniegiem, oraz oczywiście czekanem i rakami, a wtedy będziemy czuli się pewnej. Kwestia użycia liny wymaga indywidualnego podejścia do tematu. Aż do Baraniej Przełęczy w mojej ocenie jest to zbędne (chyba że w celu zwiększenia bezpieczeństwa lawinowego). Na przełęczy można związać się, tylko trzeba uważać, żeby w zespole nie narobić sobie i innym niezwiązanym większych problemów niż korzyści.
Nam, niespiesznym tempem, w znakomitych warunkach zimowych droga od schroniska Teryego na szczyt i z powrotem zajęła niespełna 4 godziny.

Pozdrawiam

środa, 10 stycznia 2018

Asics Gel 1000 GT - test, recenzja, opinia

Dziś napiszę szybki test butów biegowych, typowych "szosówek". Mowa o Asics GT-1000 z którymi współpracuję już bardzo długo, tzn. od 2015 roku. Generalnie, jako iż jestem biegaczem amatorem z przebiegiem ok 2000-2300 km rocznie nie szlaję zbytnio z butami. Generalnie pomijając zużyte trepy, które regularnie dobijam w terenie, na bieżąco używam dwóch par but biegowych - w teren i szosowych. Nie potrzeba mi więcej i z perspektywy mojego funkcjonowania w takiej konfiguracji od 2013 roku jestem przykładem, że tak można trenować, startować i nie narzekać. W dwóch ostatnich testach opisywałem moje poprzednie buty terenowe, a tym razem pod lupę wezmę szosówki.


POCHODZENIE

Pierwszą parę Asics GT 1000 nabyłem wiosną 2015 roku, gdy moje poprzednie buty biegowe tej samej marki były już mocno zużyte (czytaj amortyzacji brak i po kilka dziur w każdym egzemplarzu). Dodam ze nie wiedziałem na początku, jakie bity kupię, ale miałem świadomość że będzie to Asics. Może jestem tendencyjny, ale GT-1000 to moja czwarta/piąta para szosówek Asics i kolejne buty biegowe też będą pochodzić od tego producenta. Dlaczego? Otóż Asicsy super układają mi się na stopie, mają dobrą amortyzację, są wygodne, dobrze oddychają, bieżnik się nie ściera. Po prostu dobre buty na szosę. W tym miejscu zakończę plusy wskazując dla odmiany, że biegowych butów w teren tej firmy nie kupię - według mnie są zbyt delikatne do "zadań specjalnych". Podsumowując, dla mnie w szosę tylko Asics, za to w teren tej firmy nie biorę nawet pod uwagę. 
Wracając do tematu modelu GT 1000 - nabyłem go za okazyjna cenę 269,99 zł i pierwszego dnia przystąpiłem do używania.


WYKONANIE, MATERIAŁY

Buty nie są szczególnie solidne, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Zdecydowanie przyciągają uwagę kolorem, gdyż moja pierwsza para była czerwona, zaś druga zielono - biała. Może mało to profesjonalne, ale buty według mnie są ładne. Dużą część obuwia pokrywa siatka, która odpowiada za znakomitą wentylację, ale budzi wątpliwości co do wytrzymałości. Konkretnie w tym modelu siatka nie jest typowa, ale wygląda jak jednolity materiał z powycinanymi porami wentylacyjnymi. But od czubków palców do wysokości podbicia ma miękką konstrukcję, za to pięta wykonana jest ze sztywnego materiału, który utrzymuje kostkę w stabilnej pozycji. Gdy zasznuruje buta mam wrażenie, że stopa "siedzi" stabilnie i pewnie. Aciscy produkowane są na specyficzną konstrukcję stopy. Pomijam, że dedykowane są na stopę normalna i pronującą, jednak buty sa zdecydowanie wąskie w kostce, za to mają stosunkowo szerokie śródstopie i dużo miejsca na palce. Więcej niż np. standardowe buty Adidasa i bez porównania z Salomonem, który jest zdecydowanie wąski. 
But ma relatywnie duży drop, zaś "obcas" wypełniony jest mocno sprężynującą pianką, która ma doskonałe właściwości amortyzujące.

Cracovia Maraton - jeszcze w czerwonej odsłonie



UŻYTKOWANIE

Asics Gt 1000 używam cały rok, pokonując w nich około 1000-1500 km w tym okresie. To mój najpopularniejszy but na treningi po pracy, w mieście. Przez to dystans jaki w nich pokonuję waha się od kilku do kilkudziesięciu kilometrów. Jako, Asics GT 1000 to buty szosowe, w których nie biegam ultra, więc najdłuższy dystans jaki ze mną przebyły to maraton.  We wszystkich tych zastosowaniach buty spisują się wyśmienicie. Czy biegnę 10 czy 30 km jest wygodnie, nic nie uwiera, nie ciśnie. Jak już poprzednio wskazałem stopa "siedzi" w bucie stabilnie, nie rusza się i nie obciera. Rozmiar dobrałem idealnie, tak, że nie miałem nigdy problemu z odbitymi paznokciami. Dobra amortyzacja sprawdza się na długich trasach, które przeważnie pokonuję i jest zdecydowanie wyczuwalna. Przeciwnicy tego udogodnienia nie byliby zapewne zachwyceni, jednak ja je doceniam. 

Cholewa buta na dzień obecny

Cholewa i podeszwa na dzień obecny


Jeżeli chodzi o Asics'y to w mojej ocenie buty nie należą do bardzo trwałych. W mojej współpracy z butami tej marki występuje właściwe prawidłowość zużycia. Mianowicie duży palec prawej stopy ma tendencję do przerywania szwa łączącego siatkę z usztywnieniem palców, przez co po jakimś czasie może tam powstać dziura. Jest to regułą, która zdarzyła się w czterech na pięć posiadanych przeze mnie par. Z tej pozycji muszę pochwalić producenta, który tylko raz nie uznał reklamacji, zaś generalnie jej zgłoszenie wiąże się z wymianą butów na nowe (w trzech przypadkach) i naprawą (w jednym przypadku).  Absolutnie nie uważam tego za wadę, jeżeli już to wina moje stopy. Tak było również w przypadku GT 1000. Jak wskazałem na początku, pierwsza parę nabyłem wiosna 2015 roku, zaś po roku producent zwrócił mi pieniądze. Kupiłem ten sam model za tą samą cenę. Tym samym buty, jakie aktualnie posiadam, używam od czerwca 2016 roku. W tym okresie przebiegły ze mną około 1500 km. Biorąc pod uwagę półtora roku użytkowania sprawują się nader dobrze. Nie stwierdziłem uszkodzeń, ani przetarć. Podeszwa trochę się starła, ale w użytkowaniu jest to nieodczuwalne. Duży palec standardowo wybił mi dziurę na szwie w prawym budzie, ale również standardowo została ona naprawiona. Lekkie ślady użytkowania pojawiły się na siatce, jednak usunąłem je za pomocą kawałka nitki i igły. Porównując do poprzednich modeli butów Ascis jakie posiadałem GT 1000 wydają się zdecydowanie solidniejsze. Przy tym zaznaczam, że nie dbam o buty, kilka razy je czyściłem, raz prałem w pralce. 
Podeszwa sprawuje się dobrze. Asics GT 1000 świetnie trzymają się na twardej powierzchni. Na szutrze i w terenie zdecydowanie gorzej, gdyż jest to buty typowo szosowy.  Wspomnę jednak, iż ze względu na przebieg, buty miały okazję kilkukrotnie być używane w ternie do nich nieprzystosowanych i sprawdził się. Ostatnie zdanie gwoli ciekawostki. Zimą, gdy chodniki i drogę przysypie śnieg, czy powierzchnie płaskie są oblodzone, używa dodatkowych raczków na buty. 

Stan podeszwy na dzień obecny




PODSUMOWANIE

Asics GT 1000 to po prostu dobre buty szosowe ze średniej półki. Jak dla mnie - amatora - wystarczające. Nie jestem szosowcem i startuję właściwie tylko w jednym szosowym maratonie rocznym, więc o startach się nie wypowiem. Na Cracovia Maraton 2016 wypadły dobrze. Skończyłem z czasem 3:12, nie mając na co narzekać. W Asicsach GT 1000 nie brakuje mi nic i po prostu nie mam negatywnych uwag. Gubię się już w nowych generacjach tego modelu i nie potrafię wskazać, którą reprezentuje posiada przeze mnie para, ale mam nadzieję, że w miarę rozwoju ich jakość nie uległa pogorszeniu. Buty mogę śmiało zarekomendować każdemu, kto systematycznie biega, startuje w terenie i na szosie trenuje z przymusu wynikającego z życia w mieście. W# tej sytuacji się z pewnością sprawdzą, czego jestem żywym przykładem. 
Przy tym zapewniam, że niniejszy post nie jest sponsorowany i nie otrzymałem żadnej korzyści za jego sporządzenie :).

Konstrukcja – 5/5
Funkcjonalność – 4/5
Wygoda – 5/5
Wykonanie – 4/5
Trwałość/Niezawodność - 5/5


Polecam i pozdrawiam

Tomasz Duda








wtorek, 2 stycznia 2018

Koniec roku, czyli podsumowanie 2017

Jako, iż stoimy na progu nowego roku i mnie zebrało się na słowo podsumowania.
Szczególnie, że miniony rok był dla mnie szczególny i obfitujący w szereg zdarzeń, istotnych pod kątem rozwoju osobistego, a dających mi wewnętrzną satysfakcję i motywację do dalszych działań.
Rok 2017 minął błyskawicznie, a na jego zakończenie powiedzieć bez kozery, że przynajmniej z kilku względów mogę go nazwać rokiem NAJ. W ciągu tych 365 dni rozwinąłem się co najmniej pod kilkoma względami. Przede wszystkim w kierunku biegowym, ale również wspinaczkowym, górskim i wysokogórskim.

Opisując po kolei, to od początku roku działałem w półświatku biegów na orientację.
W styczniu 2017 roku, wraz z Anitą wziąłem udział w Zimowym Maratonie Świętokrzyskim, który darzę szczególną estymą ze względu na teren oraz osoby organizatorów.
W lutym udało mi się ściągnąć szereg znajomych w lubelskie, aby wystartować w Ekstremalnej Imprezie na Orientację "Skorpion", gdzie doskonale się bawiłem oraz w wraz z Anitą osiągnęliśmy I miejsce w klasyfikacji MIX.



W marcu 2017 pobiegłem w Rajdzie Dolnego Sanu, gdzie udało mi się zająć II miejsce w klasyfikacji generalnej na trasie TP50.
W kwietniu wraz z Anitą odwiedziliśmy Włochy, gdzie razem pobiegliśmy w imprezie Sciacchetrail 2017, w przepięknym regionie Cinque Terre.



Początkiem maja wystartowałem w imprezie "Dusiołek" w Wiśniowej, woj. Małopolskie, gdzie również wywalczyłem II miejsce w klasyfikacji generalnej TP50.
Koniec maja to standardowo Międzynarodowy Maraton Pieszy na Orinetację KIERAT, gdzie udało mi się wywalczyć 5 lokatę wraz z Bartkiem Karabinem i Mariuszem Opiołą. Biorąc pod uwagę liczbę startujących, jestem niezwykle zadowolony z tego wyniku.
Ponadto w maju i w czerwcu wraz z mają górską ekipą (Janusz Czanobil, Marcin Kowalik, Jan Bałabuch) ukończyliśmy kurs wspinaczkowy zdobywając bezcenne umiejętności.



Początkiem czerwca wraz z Anitą pokonałem pierwszą, jak dotąd via ferratę - HZS Kysel.
Czerwiec i lipiec 2017 roku to czas wyprawy do Peru - Hola Cordilliera!, w masyw Cordiliera Blanca, podczas którego udało się nam odwiedzić nowy kontynent, poznać bajkowe regiony peruwiańskich Andów i zdobyć dwa szczyty powyżej 5 tys. n.p.m.



W sierpniu i wrześniu tego roku wraz ze znajomymi stawiałem pierwsze kroki na tatrzańskich drogach taternickich. Zdobyłem również trzy nowe wierzchołki z korony Tatr  - Łomnicę, Durny Szczyt i Gerlach, najwyższy szczyt tatrzański, wszystkie łatwymi drogami taternickimi.
O ile ktoś mógłbym zarzuć mi, że droga Jordana, czy "Martinka", gdzie chodzi się na lotnej to nie sa drogi taternickie, to początkiem września zrobiłem pierwszą w karierze PRAWDZIWA drogę taternicką - drogę Świerza na Wołowej Turni (III), gdzie wspinaliśmy się już na sztywno.



Weekned 15-17 września tego roku wieńczy również projekt, jaki przygotowywałem wraz z Anitą oraz Towarzystwem Przyjaciół Ziemi Lipińskiej "Jastrzębiec" - Maraton na Orientację KIWON.



Impreza biegowa zgromadziła zgromadziła kilkadziesiąt osób i udała się bez komplikacji, co poczytuję sobie za ogromny sukces. W końcu udało się osiągnąć jeden z celów - zorganizować imprezę na orientację i ocenić jak TO wygląda z perspektywy organizatora.
Październik 2017 należy niekwestionowanie do mojego udziału w Szlaku Orlich Gniazd Ultra. Impreza sprawdziła moja kondycję fizyczną i psychiczną oraz zweryfikowała wytrzymałość.



Ukończyłem ją na 8 miejscu, w czasie 23:30 h,  którego jestem zadowolony, gdyż celem było jedynie ukończenie biegu.
Szlak Orlich Gniazd Ultra kosztował mnie jednak kontuzję w postaci nadwyrężonego ścięgna achillesa, z którym borykam się do dziś.
W październiku zakończyłem więc biegowe i górskie osiągnięcia na ten rok.



Dlaczego więc 2017 był rokiem NAJ?
NA powyższe określenie składa się co najmniej kilka czynników:
1. NAJlepsze wyniki w biegach na orientację - dwa razy II miejsce w trasach TP50, 5 miejsce na KIERACIE
2. NAJdłuższy bieg- Szlak Orlich Gniazd Ultra - 170 km (tyle realnie przebyłem)
3. NAJwyższy szczyt tatrzański - Gerlach drogą Martina
4. NAJdlasza podróż - Ameryka Południowa - Peru (11.500 km wobec dotychczasowych 4.100 km do Kirgistanu);

Podsumowując - było grubo. Mam nadzieję, że bieżący rok będzie jeszcze lepszy. NA pochybel kontuzjom!
Pozdrawiam