niedziela, 20 stycznia 2013

Autostopem do Gruzji – poradnik, know how


Autostopem do Gruzji – poradnik, know how

Gruzja – niewielkie państwo w Kaukazie. Obszarowo zajmuje teren dwóch większych polski województw, a cała ludność liczy tyle, co aglomeracja potężniejszego europejskiego miasta.  Kiedyś jeszcze kojarzona jako część Rosji, czy miejsce zbyt niebezpieczne, aby tam jechać,  dzisiaj przyciąga.
Przyciąga jak magnes rzesze ludzi z całego świata. A jedną z nacji, która najbardziej upodobała sobie ten kaukaski kraj, jesteśmy my – Polacy.
Nie wiem, co dokładnie mówią statystyki , ale w ostatnim roku Gruzję odwiedziło z pewnością kilkaset tysięcy naszych rodaków.  Twierdzi się, że jesteśmy w pierwszej trójce, jeśli chodzi o odwiedzających ten kaukaski kraj.
Opcji pokonania prawie 3 tys km w linii prostej jest kilka. Najpopularniejszy samolot, rzadziej prom z Ukrainy, czy podróż samochodem – to opcje stosunkowo kosztowne.
Owszem, można czatować na okazyjne ceny biletów, jednak poniżej 1000zł w obie strony raczej trudno zejść.
W związku z coraz większą popularnością Gruzji,  dużo ludzi decyduje się  spędzić tam wakacje i nie dysponując zbyt wielkimi  funduszami, wybiera podróż autostopem. Stosunkowo często widzi się opisy tego typu wypraw  w sieci.

Tak właśnie postąpiłem i  ja, jako przykład gatunku studenckiego i postanowiłem przejechać tą trasę, po prostu opierając się o dobre serce obcych ludzi.
Nie będę tu mówił, że miałem jakoś trudno  od samego początku i że długo się przygotowywałem. Nie, nie, nie. Po pierwsze na wyjazd tego typu trzeba patrzeć  nie jak na wyprawę życia, przeznaczoną dla nielicznych,   ale sposób na zaoszczędzenie na transporcie, bądź środek do osiągnięcia celu. Celu jakiego nie bylibyśmy w stanie osiągnąć, w wypadku konieczności zapłacenia za transport.
Ja patrzyłem tak na perspektywę wyjazdu do Gruzji, gdyż rok przede mną wybrali się tam znajomi. Wcześniej byłbym przekonany, że to wyjazd na koniec świata, ale jeśli znajomy może, to ja co? Będę gorszy?  Poza tym  udzieli mi oni kilku wskazówek i oczywiście zmotywowali – czego i ja próbuję teraz.
O technicznych aspektach łapania stopa tu nie napisze. Piszą to inni, a może i ja to zrobię, ale w osobnym wątku.  W każdym razie, jeśli chodzi o towarzystwo, to wybrałem opcję optymalną.   Team – chłopak i dziewczyna spełnia właśnie tą rolę. Bezpieczeństwo większe niż przy dwóch przedstawicielkach płci pięknej, prawdopodobieństwo wzbudzenia  zaufania kierowcy niż przy dwóch facetach - także. 


 I Czas
Droga z Polski do Gruzji to prawie 3,3 tysiąca kilometrów, w zależności od doboru trasy. W żadnym razie nie powinniśmy się bać tej liczby.
Ile czasu zajmuje ?– to chyba  najpopularniejsze pytanie, które zadaje sobie każdy planujący taką podróż.  Oczywiście nie ma jednoznacznej odpowiedzi.  Liczby są różne, lecz zamykają się w przedziale 4-8 dni. Poniżej czterech dni chyba dojechać autostopem się nie da, a o podróży powyżej ośmiu nie słyszałem(no chyba że z balowaniem po drodze).  Na te rozbieżne dane trzeba patrzeć oczywiście z przymrużeniem oka.  Żądającym konkretnych informacji radzę przyjąć do obliczeń czas 7 dni. Chyba to będzie najodpowiedniejszym wyborem.
Poza osobistą organizacją wycieczki pozostaje oczywiście czynnik obiektywny i zasadniczy w tym rodzaju podróży – szczęście w łapaniu stopa. I trzeba przyjąć, że w końcu fortuna  dopisze. Tak będzie i już.  Zdarza się, że trzeba trochę postać. Mi nie zdarzyło się czekać więcej niż 3 godziny.  Jednak bywa również, że zmieniałem samochody w kilkuminutowych odstępach, bądź jeden kierowca wiózł mnie tysiąc i więcej kilometrów.  W podróży największy zastrzyk szczęścia zaaplikował mi Gruzin, który spotkany  na przejściu granicznym w Nadlac (Rumunia), zawiózł mnie do samego Tbilisi. Znajomy jechał z Węgier do Istambułu z jednym kierowcą itp.
Tak więc szczęście w łapaniu stopa w końcu musi nastąpić  i jeśli nie dziś, to jutro. Trzeba przyjąć ten fakt, jako zjawisko nieuchronne. I nie twierdzę, że ja się nie denerwuje, gdy stoję przy drodze na słońcu, gdy coś jest nie tak. Wręcz przeciwnie – jednak zakładam, że w końcu los zacznie sprzyjać.
Podsumowując, w moim przypadku droga autostopem do Gruzji  zajęła w jedną stronę 8 dni, a z powrotem 5.  Musze tu jednak sprostować, że jadąc do Gruzji spędziłem  popołudnie i wieczór w Budapeszcie, a ponad to dwa dni oczekiwałem w Turcji na Gruzina.  Gdyby nie liczyć tych postojów zostałoby niecałe 6 dni uczciwej jazdy :D.


II Trasa
Jak już wspomniałem drogę autostopem do Gruzji trzeba szacować  na około 3300km.  Nie chcę się sprzeczać, co do dystansu, bo nie jest mierzony od linijki, a tylko orientacyjnie. Może ktoś lubi planowanie, liczby i właśnie takiej informacji potrzebuję. Mi w każdym razie nie była ona potrzebna.
Piszę tu oczywiście o drodze standardowej , czyt. na południe - > na wschód.  Drogi przez Ukrainę i Rosję nawet nie brałem pod uwagę, gdyż jeszcze nie wiedziałem, że granica rosyjsko-gruzińska jest otwarta od lata 2011.. Generalnie jest ona możliwa i z pewnością będzie ciekawszą opcją, o której często się nie słyszy.  Można przypuszczać, że z drugiej strony wzrośnie poziom trudności przedsięwzięcia. Pomijając kwestię wizy przez Rosję, pozostaje sprawa niemożności  znalezienia właściwie jakichkolwiek porad w sieci.
Trasę na południe również możemy dzielić.  Z  pewnością w drodze do Gruzji  będziemy przejeżdżać przez takie państw jak :  Polska -> Słowacja -> Węgry ->……….  -> Bułgaria -> Turcja -> Gruzja.
Wykropkowane miejsce oznacza jedną zmienną na naszej mapie – możemy zapełnić ją nazwą Rumunii bądź Serbii.
Zanim wyjechałem w podróż autostopem do Gruzji, wspomniany znajomy, który był tam wcześniej doradził mi trasę przez Serbię.  Koniec końców, nigdy nie zdecydowałem się na tą drogę, ale decyzję w tym wypadku podjął bardziej los.  Jak to się odbyło, gwoli ścisłości z moje winy, można przeczytać w RELACJI  i takich nieporozumień unikać.
Wybrałem opcję numer dwa – Rumunię, a teraz chciałbym was także do niej przekonać.  Dlaczego? – zapytacie.
Jest ku temu kilka powodów:
1.       Serbia nie jest państwem UE i wiąże się z tym kontrola paszportowa już na tym etapie. Tak czy owak, w Turcji potrzebny nam paszport – powiedzą przeciwnicy. Ja stwierdzę, że to  dodatkowa strata czasu w kolejce.
2.       Przejazd przez kraj, gdzie mniejsze jest prawdopodobieństwo trafienia na tranzyt w interesującym nas kierunku (dlaczego? ->czytaj niżej).
Kolega, który wracał z Gruzji autostopem przez Serbię wspomina, iż przejazd przez ten kraj nie jest problematyczny, ale komplikacja zaczyna się w Bułgarii, gdyż odcinek granica – Sofia jest bardzo mało uczęszczany i trudno stamtąd się „wyrwać”
Jak wspomniałem – nakłaniam do wyboru drogi przez Rumunię, gdyż:

1.       Jedziemy cały czas terenem UE – poza komfortem psychicznym unikamy kolejek na przejściach.
2.       W okolicach Sibiu, ściągamy na siebie właściwie cały tranzyt z zachodniej i środkowej Europy, w kierunku  na Turcję.
3.       Obstawiamy wtedy trasę gruzińskich i tureckich tirów. Na Węgrzech dowiedziałem się, iż właśnie te nacje – w naszym wyjeździe najbardziej preferowane jako kierowcy, potrzebują do Serbii wizy i dlatego omijają ten kraj.


III Planowanie trasy – punkty kluczowe
Orientacyjne dane, jakie podałem powyżej powinny posłużyć nam na  planowanie trasy.   Najlepiej chyba przyjąć czas podróży na tydzień i zaplanować po drodze punkty kluczowe. Po jednym na każdy wieczór.  Zależnie od upodobań. Mogą to być duże miasta – przejścia graniczne lub stacje benzynowe – w zależności od upodobań noclegowych, o czym później.  W przypadku chęci można pobawić się jeszcze w jakieś punkty awaryjne, etc.  Ja przyjmuję, że 450km dziennie przejedziemy na pewno, a w razie kolizji będziemy improwizować.
Proponowana przeze mnie dokładna droga (z podziałem na dni) może wyglądać tak:
1.       PG(przejście graniczne)  Barwinek (Słowacja) -> Koszyce -> PG Tornyosnemeti (Węgry) -> Miszkolc -> Debrecyn -> PG Bors
2.       (Rumunia) Oradea -> Turda -> Alba Julia -> Sibiu
3.       Ploesti -> Bukareszt –> Giurgiu -> PG Russe
4.       (Bułgaria) Veliko Tarnovo -> Stara Zagora -> PG Edirne
5.       (Turcja) Edirne -> Istambuł ->  Bolu
6.       Ilgaz -> Merzifon -> Samsun
7.       Ordu -> Rize -> PG Sapr (Gruzja) - > Batumi
Co do trasy należy się kilka uwag. Nieprzypadkowo przez Turcję wiodą najdłuższe odcinki – nie boję się użyć stwierdzenia, że tam przejedziemy najwięcej.  
Nie bez powodu nie zatrzymujemy się także w Istambule. Każdy postój w mieście kosztuje stratę czasu, a w takim molochu  szczególnie.  Jest to jedna z aglomeracji całkowicie odpornych na ruch pieszych. Wjechać łatwo, jednak z wyjazdem może być gorzej, bo trzeba łapać stopa przy autostradzie.  Oczywiście, da się – jednak po co utrudniać sobie życie.
W powrotnej drodze do kraju ważnym punktem jest przejście turecko-bułgarskie w Edirne. Określiłbym je jako klucz do Europy.  Przejeżdża tamtędy i zatrzymuje się moc  ciężarówek. Jeśli trochę poczekamy i pogadamy z kierowcami to możemy zapewnić sobie daleki transport – nawet i do kraju.


IV Kierowcy – czyli gdzie „biorą najlepiej”
Po autostopowym wyjeździe do Gruzji, gdyby ktoś zadał mi pytanie gdzie najlepiej się „łapie” – odpowiedział bym bez zawahania – w Turcji.
Mimo iż przez wielu ten muzułmański kraj odbierany jest jako nieprzyjazny dla „giaurów” , to wcale nie jest prawdą. Osobiście byłem pełen stereotypów. Po tym co słyszy się w mediach, co mówi otoczenie i ludzie których najczęściej jedyną wspólną rzeczą z Turcją jest znoszony sweter, można mieć takie wrażenie ;).  Na przykład koleżanka zrezygnowała z wyjazdu, właśnie z tego powodu -  paplaniny otoczenia.
 Dla autostopowicza Turcja jest krajem bardzo przyjaznym. Drogi dobrej jakości, za koczowanie przy autostradzie nie biją, a kierowcy wprost zadziwiają życzliwością.  Byłem zaszokowany, gdy pod Istambułem, Tiry na autostradzie stawały jeden za drugim, żeby nas podwieźć. I z tych właśnie powodów, najprawdopodobniej Turcję przejedziemy najszybciej.
Gruzja –w drodze do stolicy trzeba pokonać prawie cały kraj.  Tu było wprost przeciwnie. O „autostopowaniu” w Gruzji słyszałem różne cuda.  Że co drugi kierowca się zatrzymuje, że powyżej 5 minut nie czekał nikt etc.  I właśnie chyba z tego powodu byłem zawiedziony. Owszem, tam autostopem jeździ się dobrze, ponadprzeciętnie niż w krajach europejskich, jednak nie można wychodzić z założenia Gruzinów – cudotwórców.  W miejscach mniej popularnych jest naprawdę dobrze, w turystycznych można postać i dłużej. No chyba że zapłacimy. Taksówek i marszrutek nie brakuje.
Autostop to popularny sposób transportu w Rumunii. Jeśli nie trafimy na dobrego Rumuna, to z pewnością na TIRa, który jedzie gdzieś tranzytem.  Trzeba jednak pamiętać, że w tym kraju tradycyjnie za stopa się płaci. Miejscowi płacą,  wiec czemu turysta ma dostać coś za darmo.
Państwo, które jeszcze wymienię to Bułgaria.  Tam autostopem jeździ się źle. Osobiście nie miałem szczęścia podróżować z Bułgarem, jednak znajomi zdecydowanie byli zniesmaczeni czasem spędzonym na lokalnych drogach.  Podobno z powodu napadów, tubylcy boją się zatrzymywać.
Pozostałe kraje, które zawarłem w opisie powyżej są  zbędne do dłuższego opisywania. Jak to cywilizowane państwa europejskie – każdy sobie i na litościwego kierowcę trzeba swoje odczekać.
Po prostu – standard.


V Orientacja w przestrzeni , co zabrać:
Na sam wyjazd oczywiście trzeba zabrać niezbędne rzeczy. Nie mówię tu o ubraniach, jedzeniu, czy innym wikcie, potrzebnym do przeżycia.  Można zastanawiać się mianowicie, co wziąć, aby prawidłowo orientować się w swoim położeniu.  Z miejsca mogę polecić GPS turystyczny. Małe, przydatne urządzenie, z pomocą dobrej mapy, na pewno będzie dla nas pomocne. Teoretycznie może służyć jako wyłączne narzędzie do określania naszego położenia. 
Praktycznie różnie z takimi urządzeniami bywa, a problem potocznie zwiemy „złośliwością rzeczy martwych”. Poza tym gadget nie jest tani i nie każdego stać (np. ja póki co nie mam własnego).
Niezawodnym sposobem zawsze pozostanie mapa. Nie należy tu oczywiście zbytnio przesadzać.  W swojej podróży, na dwie osoby posiadaliśmy:
1.       Wydruk trasy, naniesionej na Google maps,
2.       Dużą, poglądową mapę Europy, skala ok. 1:4500000
3.       Mapę drogową Turcji w skali 1:1000000
4.       Mapę poglądową Gruzji (z przewodnika na kartce A5) ;)
Myślę, że taki komplet będzie wystarczający. Osobiście, dysponując tymi mapami nie miałem żadnego problemu z orientacją.


VI Waluta dla wszystkich krajów
Kolejną kwestią, nasuwającą się potencjalnemu autostopowiczowi jest kwestia waluty.  Co wziąć, w jakich ilościach, gdzie dostać. To pytania którymi nie powinniśmy sobie zawracać głowy. Teoretycznie w każdym kraju obowiązuje inna waluta, która w większości  w Polsce jest trudno osiągalna. Kolega próbował kupić no i nie kupił.
Praktyka wygląda bardziej kolorowo. W państwach Unii możemy śmiało kupować w Euro, zaś Turcja i Gruzja to państwa jeszcze strefy dolarowej. Warto mieć parę zielonych świstków, bo „zielony” u nich ma duży prestiż.  W wielu miejscach w Turcji, np. stacje benzynowe, akceptowane jest także Euro. Już od granicy – wiza to koszt 15 Euro.
Ponad to jesteśmy w XXI wieku i bankomat czai się na przechodnia niemal za każdym rogiem.
Konkludując potrzebujemy kilkadziesiąt ojro, trochę  dolarów, a pozostałe pieniądze  na rachunku bankowym.


VII Komunikacja werbalna z kierowcami:
Wbrew temu co by się mogło wydawać, na południu i południowym wschodzie kontynentu można się dogadać.  Węgrzy i Rumuni w większości rozumieją po angielsku czy niemiecku przynajmniej w stopniu komunikatywnym. Może co innego na wsi, czy w górach, ale w mieście,  przy ruchliwej ulicy z pewnością nie będzie  problemów w porozumiewaniu.  W Gruzji i Bułgarii porozmawiamy za to po rosyjsku. W tym pierwszym kraju, jak to w byłej SRR, ten język jest podstawą komunikacji.  Około 80-90% ludności zna go przynajmniej w stopniu podstawowym.  Konsekwentnie przydaje się także umiejętność literowania w cyrlicy – tym alfabetem wypisane jest wiele nazw w Gruzji i wszystkie w Bułgarii (oznaczenia miejscowości są w także w alfabecie łacińskim).
Największą próżnią językową jest Turcja.  Typowy Turek, którego przyjdzie nam spotkać, szeroko uśmiechnięty, grubszy chłop z wąsem (to moja ikona Turka) poliglotą nie jest. To delikatne stwierdzenie – najczęściej mówi tylko w rodzimym języku, trochę po arabsku i tyle. Rosyjskiego nie znają tam w ogóle, angielski w stopniu znikomym. Często powołują się na język niemiecki, ale bywa że kojarzą tylko słowo „gut”.  No i oczywiście „problem”. To mówi  każdy – „kein problem”, „no problem” w odniesieniu do wszystkiego. 
Dlatego warto parę słów po turecku znać, bądź chociaż wypisać i mieć przy sobie w czasie podróży. Pozostałe zwroty nadrabiamy gestykulacją i „body language” J. Pewien  polski kierowca ciężarówki, spotkany  w Rumunii, na pytanie, czy rozumie lokalny język, odpowiedział – Oczywiście, tylko od mówienia ręce bolą. I tego się trzymajmy. J

VIII Bezpieczeństwo
Bezpieczeństwo  -  przy podróżach autostopem najczęściej podnoszony argument ich przeciwników.  Nie będę tu wypisywał żadnych cudów. Niejedno już napisano o bezpieczeństwie przy tym sposobie podróżowania. Nadmienię tylko, że wyprawa do Gruzji na pewno nie będzie bardziej niebezpieczna niż np. do Barcelony czy Mediolanu.  Zakazu podróżowania autostopem ustawodawstwo żadnego z państw, przez które jedziemy, nie przewiduje.
Już drugi raz z kolei dementuję strachliwe poglądy a propos Turcji. Kraj, jak każdy inny, można rzec –orientalny, a autostopem jeździ się znakomicie. Może jeszcze dwie dziewczyny mogłyby się czuć niepewnie, ale para – nie ma powodu do niepokoju.  No i oczywiście – kimkolwiek byliście w Polsce, na wyprawie jesteście mężem i żoną J.
Żeby uniknąć nieprzyjemności i tym samym czuć się bezpieczniej, proponuję pytać kierowców o koszt podwózki, albo od razu mówić „no Money”.  Ten zwrot rozumie każdy, a my mamy pewność, że machający na odczepne ręką nic od nas nie zażąda.  Jak wspomniałem, w Rumunii funkcjonuje płatny autostop, a w Gruzji w popularnych miejscach aż roi się od taksówek czy amatorów łatwego zarobku.  Bądźmy uważni.

IX Nocleg
Na wyjazdach tego typu jest to termin dość specyficzny. Niejeden wyga autostopowy uśmiechnie się, jeśli zapytamy go o nocleg. Sam się cieszę, na myśl, ile można by opowiadać o pomysłowości  wyszukiwania miejsca na nocny spoczynek.
Trzeba powiedzieć wprost – to jest autostop i wygód najprawdopodobniej nie będzie.   Możemy jednak podjąć starania, aby umilić sobie warunki podróżniczej egzystencji.





1.       Coachsurfing
Co to jest nie musze chyba wyjaśniać. Jeśli ktoś nie kojarzy, to czas najwyższy się zapoznać, zalogować i działać.  Opcję korzystania z surfowania po kanapach powinniśmy oprzeć o punkty kluczowe (czytaj wyżej). Ogólnie ona polega na tym, aby zapewnić sobie nocleg u mieszkańca jednego z miast na naszej trasie i dotrzeć tam w planowanym czasie. Osobiście korzystaliśmy z takiej opcji tylko raz, jadąc do Gruzji.  Mianowicie zatrzymaliśmy się w Budapeszcie.  Coachsurfing  oczywiście pochłania dużo czasu – tracimy go na samym zatrzymywaniu się w mieście, z którego prawdopodobnie będzie trudno wyjechać, dlatego opierać o nią każdy nocleg właściwie nie da rady. Według mnie najlepszym rozwiązaniem będzie obsadzić Coach’ami punkty kluczowe z zastrzeżeniem, że możemy się nie pojawić lub dotrzeć z opóźnieniem (zwykła kwestia dogadania).
2.       Hostele, schroniska etc.
Ta możliwość jest bardzo zbliżona do poprzedniej.  Zamawiamy noclegi w miastach – punktach kluczowych. Rezerwujemy tam, gdzie najtaniej i gdzie nie wymagają zapłaty zaliczki. Dotrzemy do miasta to przenocujemy, nie dojedziemy – trudno.  Największym minusem oczywiście jest odpłatność noclegów tego typu. Osobiście po drodze, aż do Tbilisi, nie korzystałem z płatnych noclegów. 
3.       Kreatywność
Gdy nie mamy Coacha ani zarezerwowanego hostelu musimy zacząć kombinować. Człowiek to istota, która zdolna jest przystosować się do skrajnych warunków. I  umiejętność asymilacji będziemy mogli wykorzystać. No dobra, bez żartów.  Poważnie - tą opcję wybierałem najczęściej.
Na wyjazd koniecznie zabieramy namiot.  Może się on przydać w razie niesprzyjającej pogody, chroni przed insektami i daje odrobinę prywatności.  Miejsce na namiot znajdzie się właściwie wszędzie, osobiście zazwyczaj staram się rozbić go tak, aby za bardzo nie rzucał, się w oczy.  
Nie zawsze jednak będzie sposobność  z tego schronienia  skorzystać.  Czasami uda się nam i kierowca ciężarówki udostępni jedno z leżących miejsc.  Przede wszystkim jednak musimy zdać się na własną kreatywność i szukać odpowiednich punktów.  Przykłady można mnożyć. Jednym z ciekawszych moich dzikich noclegów była na przykład budka ratowników, na plaży w Batumi. 

Tu doszedłem do końca teksu. Poradnik jest pisany na szybko i za ewentualne błędy przepraszam. Opiera się on o rzeczywiste doświadczenia moje i moich znajomych, którzy ta trasę przejechali. Miedzy innymi dziękuję Anicie i Januszowi za swoje wskazówki. Jak wspomniałem, głównym celem tekstu jest zachęta i chęć przekazania swoich skromnych doświadczeń.  Myślę, że może przydać się, komuś planującemu wyjazd autostopem do Gruzji, ułatwić realizację tego przedsięwzięcia lub zmotywować. Gdyby tą rolę spełnił – byłbym bardzo zadowolony. 

Zainteresowanych odsyłam do RELACJI z mojego autostopowego wyjazdu do Gruzji.

Szerokiej drogi J
Pozdrawiam
Tomasz Duda


poniedziałek, 14 stycznia 2013

Tatry zimą, sezon 2011/2012 - podsumowanie.


Tatry zimą, sezon 2011/2012 - podsumowanie.


Od początku aktywności turystycznej moje tatrzańskie wycieczki miały charakter zimowy. Niekiedy nawet wbrew mojej woli i chęci – ale jednak. Tak było np. we wrześniu 2009 , kiedy śnieg zaatakował złotą polską jesienią.  W zimie 2010/2011 również zdarzało mi się bywać w Tatrach – jednak miało  to bardziej charakter rozpoznania.  Bez doświadczenia, kompletnego sprzętu i umiejętności zapuszczałem się tylko w okolice Kasprowego Wierchu, Czarnego Stawu Gąsienicowego czy Przełęczy Liliowe. 
Bardziej interesująca okazała się miniona zima– podsumowując zaliczyłem cztery tatrzańskie eskapady.  Podszedłem do problemu poważniej – udało się między innymi zrobić szkolenie lawinowe, zakupić tego rodzaju sprzęt i zweryfikować teorię przyswajaną w domu.



1.Sezon zimowy 2011/2012 rozpoczynam  już w październiku.  Trochę wcześnie,  patrząc na ostatnią jesień, ale jednak były takie piękne czasy.  Niedługo , po rozpoczęciu roku akademickiego udaje się zorganizować ekipę i piątkowym wieczorem  14ego października wyjechać z Lublina na południe. Ludzie w większości pracujący, dlatego wycieczka typowo weekendowa.
Około czwartej  rano wytaczamy się z samochodu w Zakopanem i zmierzamy w stronę Kuźnic.  Pogoda nie zachęca do wyjścia. W czasie jazdy leje, teraz pada śnieg.  Po piątej wychodzimy na szlak zielony i podchodzimy w stronę Kasprowego. W Kuźnicach około centymetra śniegu,  wraz z wysokością przybywa. Na Kasprowym meldujemy się przed ósmą. Warunki można śmiało określić jako  koszmarne. Widoczność do kilkunastu metrów, mocny wiatr i ujemna temperatura. W mokrym Zakopanym nikt by się ich nie spodziewał. Tu się rozdzielamy. Trzech znajomych schodzi na Murowaniec, ja z Januszem idziemy w stronę Świnicy.
Rok 2011 to jeszcze rok chudy w moim ekwipunku. Po dotarciu na Świnicką Przełęcz zastanawiamy się co robić.  Obok nas dwójka turystów wiąże się przed wejściem. W naszym posiadaniu tylko dwie pary raków i jeden czekan. Doświadczenia zero, warunki trudne. Wracamy. Przez Liliowe, zielonym szlakiem  schodzimy do Murowańca i  na nocleg do Zakopanego. Gości nas wielki Dom Turysty, dziś należący już do przeszłości. 










 W niedzielę rano zbieramy się dosyć wcześnie, wschód słońca zastaje nas na nogach. Pogoda, zapowiada się cudownie. Ostry mróz, a na niebie żadnej chmurki. Dziś w planach inny rejon Tatr. Podjeżdżamy na parking przy drodze i ruszamy na szlak. Początkowo niebieskim przez Dolinę Złotą, następnie czarnym, czerwonym i niebieskim przez Dolinę Roztoki , zmierzamy do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. Około jedenastej meldujemy się na miejscu. Smarujemy twarze kremem z filtrem, zdejmujemy zbędne  ubrania i weryfikujemy plany.
 Łukasz wraca do samochodu, pozostałe cztery osoby idą do góry.  A ja na ich czele ;) Celem jest Kozi Wierch.  Kierujemy się za śladem ścieżki szlaku niebieskiego. Niedługo potem  odbijamy na północ,  w masyw Koziego Wierchu. Słońce praży, śnieg  rozmiękły, wybieram podejście wypukłością z lewej. Od tego momentu kończy się przetarty szlak i zaczyna katorga.  Torujemy, za słońce pali.  Szczyt zdobywany przed piętnastą. Tam czeka nas przerwa i podziwianie widoków, które zapierają dech w piersiach. Szare Podhale dziwnie koliduje z bielą Tatr.  Niebawem schodzimy/zbiegamy  i zmniejszając naszą odległość  od schroniska. Potem już tylko monotonna i śliska droga w dół Doliną Roztoki. Zejście niby proste, ale pochłania nas precyzyjne stawianie kroków.  Po  zmroku docieramy na błogosławioną Drogę Balzera i asfaltem idziemy w dół. Na Łysej Polanie spotykamy się z Łukaszem i jego ciepłym samochodem.  Została już tylko droga do Lublina.




2.Kolejny Tatrzański wyjazd był już  typowo zimowy. Śnieg w całym kraju (sam się dziwię, patrząc za okno w tym momencie) i mrozy. A mrozy niespotykane. Nocą temperatura schodziła do – 25 stopni, a w Polskim Busie, którym przyszło nam jechać, oczywiście zamarzł kibel J.
Niemniej jednak przewoźnik dotarł na czas do Zakopanego i 3ego lutego,  po siódmej rano dane nam było  przemierzać „Krupową Grań”, przy siarczystym mrozie i niebanalnej aurze. Jest nas póki co dwóch – ja i Janusz.  Tego dnia na szczycie Świnicy sugerowana temperatura wynosi  -30, ale nie przesadzajmy - było -25.  Na szczęście w Kuźnicach jesteśmy  rozgrzani.  Kierujemy się na niebieski szlak, przez Skupniów Upłaz, niespiesznie stawiając kroki. Tydzień temu miałem kontuzję kolana, która dosłownie wyeliminowała mnie na parę dni, a teraz  sam się dziwię, że zdecydowałem się wyjechać w góry.  W Murowańcu konsumujemy spóźnione śniadanie i decydujemy się z całym bagażem iść w stronę Świnicy.
 Plany szumne, ale z wykonaniem trudniej. Dowlekam się ledwie za wyciąg na Kasprowy i odpuszczam. Kolano daje o sobie znać, a ja nie chcę ryzykować, bo to przecież początek wyjazdu.  Wolny czas poświęcamy na naukę hamowania czekanem i kopanie śnieżnej jamy.  Wokół widoki piękne, ale zimno dokucza. Na nogach mam jeszcze Meindle, i nie są to buty zimowe, co mogę teraz namacalnie odczuć. Zmieniamy się przy łopacie, ale to nie pomaga. Stopy mam jak bryłki lodu. Szybko kończymy jamę, po czym zakopujemy ją i wracamy do Zakopanego.

 Noc spędzamy w domu Turysty, a rano spotykamy się ze znajomymi.  Niebo zasnuły chmury, ale mróz ustąpił. Jest tylko kilkanaście stopni poniżej zera. W piątkę pokonujemy drogę do Murowańca. Dziś wyjątkowo uważam na swoje kolano, celem wyjścia gdzieś wyżej.  Decydujemy się iść na Kościelec, szlakiem przez Zielony Staw. Zaczyna pruszyć drobny śnieg, jednak pogoda w czasie podejścia jest stabilna. Szczyt zdobywamy wprost z marszu. Mimo iż po drodze nie mijamy nikogo, droga nie stwarza problemów. Zejście również. Tym razem nie odbieramy sobie przyjemności dupozdjazdu.
Raki z nóg i w odstępach niwelujemy wysokość  Przełęczy Karb do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Dla większości to zapewne najprzyjemniejszy punkt dnia.
 I znowu na noc przychodzi nam zejść do Zakopanego – w schronisku brakuje miejsc.  Kolejnego  dnia nam za to brakuje chęci. Trzeci raz pokonywana droga d Murowańca jest mocno nużąca. Skoro jednak przyjechaliśmy to po prostu iść trzeba. Przynajmniej nocleg w schronisku mamy zapewniony i ta myśl wprawia nasze nogi w ruch.  Popołudnie spędzamy na uskutecznianiu teorii. Głównie stanowiska w śniegu w okolicach Karbu. Wieczór spędzamy w czteroosobowym gronie, do tego Dobrosława jest przeziębiona. 




W poniedziałek, 6ego lutego ociepla się. Termometr na Murowańcu odnotowuje  9 stopni poniżej zera.  Do wyjścia zdolnych jest tylko trzy osoby. Zostaję ja, Anita i Janusz.  Wychodzimy po śniadaniu, około ósmej. Początkowo zmierzamy na Kasprowy, później odbijamy na Przełęcz Liliowe.  Kolejny etap marszu to czerwony szlak na Świnicę. Trasa przetarta, śnieg twardy.   Szybko osiągamy wierzchołek taternicki. Przejście na drugi szczyt Świnicy jest już ciekawsze i kończy się skalnym koniem.  Tu zauważamy, że w oddali, ze wschodu,  idą czarne chmury i zaczyna padać. Początkowe plany zejścia do Zawratu zostają zmienione. Po częściowym zejściu południowym żebrem , trawersujemy masyw Świnicy i zawracamy naszą pierwotną drogą, na Świnicką Przełęcz. Tu uderza w nas wiatr i śnieg.  Poświęcamy chwilę na zabawę ze stanowiskami, po czym schodzimy Świnickim Żlebem. Wieczór spędzamy w Murowańcu, chcąc zabić czas jaki pozostał nam do północy i odjazdu Polskiego Busa.

ZDJĘCIA




3.Na 17-20 luty przypadł termin szkolenia lawinowego. Kurs zorganizowany został przez Fundację Anny Pasek w Dolinie Gąsienicowej. Właściwie można powiedzieć, że było to szkolenie „Mimochodkowe”, gdyż nasz klub zupełnie  je zdominował. Poza standardowymi zajęciami będącymi w programie takiego szkolenia, w schroniskowym pokoju udało się również pogadać o czymś innym. W ruch poszła lina i szpej.  Udało się przećwiczyć parę kwestii i tematyki wysokogórskiej jak węzły, wiązanie się na lodowcu, czy budowę stanowisk.  W czasie kursu nie było praktycznie czasu na wyjście,  jednak wykorzystaliśmy go maksymalnie. W piątek do wieczora konstruktywnie wykorzystując czas wolny, postanowiliśmy wyjść na Kasprowy. Zebraliśmy się do tego bardzo późno, ale ostatecznie trzy osoby weszły na Kasprowy i Beskid. Pogoda była paskudna,  a widoczność zerowa, czym zresztą ten wyjazd się charakteryzował.




W niedzielę miało miejsce załamanie.  Przyszła odwilż, a silny wiatr i zacinający śnieg dopełniły dzieła.  Ogłoszono lawinową 3kę, a na zajęcia praktyczne z kursu wybraliśmy się tylko pod Czarny Staw. Pogoda dawała w kość, każdy chyba miał ochotę wracać do schroniska.   Niewiele metrów od nas zeszło trochę śniegu, a na Kasprowym miał miejsce poważniejszy wypadek lawinowy. Po „odbębnieniu” tego, co było do zrobienia, z ulgą wracaliśmy do Murowańca.

Poniedziałek 20ego lutego zapowiada się za to całkiem ładnie. Temperatura spada poniżej zera, zaś niebo jest łaskawsze. W planach mamy  spacer w kierunku Świnicy.  We trzy osoby, bo większość Mimochodka opuściła nas dzień wcześniej,  podchodzimy na Kasprowy.  Potem odbijamy  na czerwony szlak i przez Beskid, niespiesznie przybywamy na Przełęcz Świnicką.  Jako iż wchodzić na szczyt nam się odechciewa, zamierzamy poćwiczyć. Rozpoczynamy od budowy stanowisk z czekana i poprzez różne techniki asekuracji  przechodzimy do wiązania się. W ramach praktyki maszerujemy kilkaset metrów  związani, budując po drodze  parę punktów.  Jako iż krótki dzień ma się ku końcowi, wracamy. Z powodu zagrożenia lawinowego wybieramy na zejście ponownie drogę przez Kasprowy Interesująca część wycieczki dobiegła końca.


4.Tatrzańskie doliny ponownie witają nas w połowie marca.  Ubrani już bardziej wiosennie, wyspani po nocy w Polskim Busie,  kierujemy się oczywiście do Kuźnic. Termin wyjazdu, mimo iż wybierany w styczniu, okazuje  się pogodowym strzałem w dziesiątkę. Zero wiatru, chmur, opadów.  Lustro.  W takiej aurze, obarczeni jedzeniem na cztery dni i innymi dobrami, docieramy do Murowańca.   Schronisko prawie puste,  wyludnione.  Chyba powodu późnej godziny. Przebieramy się, zakładamy sprzęt lawinowy i idziemy. Najpierw na Czarny Staw Gąsienicowy.  Słońce grzeje jak w piekle. Zostajemy tylko w koszulkach. Po wykopaniu profilu śnieżnego, podchodzimy na Zawrat. Warunki cudowne. W cieniu żlebu nie dokucza słońce, a raki trzymają idealnie. Na Zawracie postanawiamy poćwiczyć asekurację lotną. W tym celu robimy zwrot w lewo,  na Mały Kozi Wierch i z powrotem, zakładając po drodze kilka przelotów. Teraz na ciężko już droga w dół. Letni, niebieski szlak i do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów.  W murach budynku możemy poczuć, destrukcyjne działanie słońca.
Brak kremu z filtrem boli dosłownie. Do tego jesteśmy bardzo wysuszeni. Przez cały wieczór nawadniamy się dokładnie i po wypiciu kilku litrów herbaty kładziemy się spać. Towarzystwo wokoło niezbyt liczne. 













 Rano wychodzimy na lekko w stronę Szpiglasowej Przełęczy.  Aura rozpieszcza znowu.  Ni wiatru, ni chmurki tylko palące słońce. W cieniu śnieg jeszcze zmrożony, więc idzie się przyjemnie. Z przełęczy granią zmierzamy  na Szpiglasowy Wierch.  Tam roi się od turystów i możemy znowu poczuć temperaturę. Mimo gorąca pozostajemy w kapturach, z obawy o skórę. Okulary są zbawieniem. Jeszcze krem z filtrem i bylibyśmy w niebie. Ze Szpiglasowego odbijamy w przeciwna stronę.
Przecieramy drogę na Miedziane, po czym graniówką docieramy do Marchwicznej Przełęczy.  Zawracamy tą samą drogą. Na Szpiglasowej Przełęczy jesteśmy przed piętnastą, także wymyślamy dalszą drogę.  Decydujemy się dla zabawy na przeciwny kierunek . Przechodzimy przez Szpiglasowy Wierch i w ciekawszych warunkach mikstowych  pokonujemy odcinek do Liptowskiego Wyżniego Kostura.  Ponownie zawracamy i już wieczorną porą schodzimy do schroniska.   Zastajemy tam prawdziwą ciżbę ludzi. Ledwie możemy się wepchać do jadalni i zając miejsca, których  boimy się opuścić . Kolejne nawadnianie i kolejna noc. Tym razem na kocu, w korytarzu.








W niedzielę opuszczamy schronisko „5 Stawów”. Z ciężkimi plecakami udajemy się na Gładką Przełęcz.  Prażące słońce stało się już etykietą wyjazdu. Idziemy czym prędzej, zanim nagrzeje stoki. Panoszymy się trochę po grzbiecie, wchodząc na Walentkowy i Gładki Wierch, po czym zawracamy  na Zawrat. Piekące po plecach słońce i pełne plecaki męczą nas dotkliwie. Każdy z nas musi swoje wypocić, aby dotrzeć na przełęcz. Dalsza droga to nic nowego – Czarny Staw i Murowaniec.


  Do budynku wtaczamy się całkiem wcześnie, więc szukamy sobie alternatywy od siedzenia przy stole. Bierzemy szpej i wracamy pod Czarny Staw – na lody.   Tam zakładamy stanowisko i wspomagając je asekuracją z przyżądu, robimy parę rundek po cieknącej, lodowej pochyłości. Szybko  zastaje nas zmrok. Cirrusy na niebie nie wróżą nic dobrego, poza tym  zaczyna wiać. Pędem puszczamy się do schroniska.



Jak prognozy zapowiadały, pogoda zaczęła się psuć. Gdy wychodzimy poniedziałkowym rankiem, aura wygląda już inaczej niż w poprzednich dniach. Na niebie pierzaste chmurki, wieje. Niby nic nadzwyczajnego, ale żółta lampka w głowie się zapala. Dziś wybieramy się na Granaty. Przy Koziej Dolince ubieramy raki i wbijamy się w skalną grzędę, na prawo od letniego szlaku.  Przed sobą mamy całkiem ciekawy teren. Początkowa skalno-lodowa rynienka wychodzi na dość nachylony śnieżny stok.  Tam posuwamy się na czworakach.

Raki trzymają idealnie, morale sięga zenitu. Czysta przyjemność wchodzenia. W tych warunkach w kilkadziesiąt minut docieramy na Zadni Granat. Tam pogoda jeszcze się trzyma.  Jednak tylko przez chwilę. W miarę  wędrówki na północ, ogarnia nas mgła, a śnieg pod stopami zaczyna się topić. Na Skrajnym Granacie widoczność  jest mocno ograniczona.  W tych warunkach  boje się schodzić bezpośrednio do Czarnego Stawu. Zapada decyzja o powrocie tak, jak weszliśmy. Więc zawracamy. Od tej chwili wycieczka przestaje być czymś przyjemnym, a staje się przykrą koniecznością powrotu. Tam gdzie wcześniej było idealnie, teraz zapadamy się po pas. I tak krok po kroku, aż do Koziej Dolinki, która straciła teraz na bezpieczeństwie. Mamy dość.  Wracamy do schroniska po rzeczy, po czym dalej do Zakopanego.



Zimowy sezon 2011/2012 był dla mnie bardzo kształtujący. Podsumowując spędziłem kilkanaście dni w górach, które pozwoliły mi zdobyć cenne doświadczenie.  Sucha teoria znalazła wreszcie przełożenie na rzeczywistość, wszystkie niedociągnięcia i bolączki wyszły na wierzch. Kilka razy przeszliśmy się z liną, mając na względzie późniejsze wyjazdy w Alpy i Kaukaz. No bo gdzie ćwiczyć to lepiej? A może jechać  na tzw. „betona”, bez wcześniejszego przygotowania?  To tak gwoli wytłumaczenia „specjalistom”, dlaczego używaliśmy liny, w potencjalnie bezpiecznych miejscach.
Pozdrawiam

Tomasz Duda

poniedziałek, 7 stycznia 2013

„Pogoda zmienną jest” – pasmo Borżawy 2011

 „Pogoda zmienną jest” – pasmo Borżawy 2011

Wiosna 2011, drugi rok studiów, ostatnia wolna majówka, jaką pamiętam.  Te parę słów stanowi tło do kilkudniowego wyjazdu w góry i jednocześnie pierwszej mojej wycieczki za wschodnią granicę Polski.
Jeszcze kilka dni kwietnia spędzonych do góry brzuchem, temperatura powyżej 20stu stopni i perspektywa długiego weekendu, w kraju taniego alkoholu sprawia, że życie może się podobać.
Wysokie morale i kurs waluty przemawiają  widocznie na naszą korzyść.  Tak więc ciepły, kwietniowy wieczór, przystanek pierwszy -  Przemyśl.
Do miasta wielu kultur dojeżdżamy PKSem około północy.  Jest nas dwóch – ja i Janusz. Jako iż spotkanie ze znajomymi zaplanowane jest dopiero za kilka godzin – idziemy spać. Tylko gdzie tu rozłożyć się, skoro jesteśmy w mieście, a grosz ściskać trzeba?  Ano idziemy nad San. Jako, iż kilka lat temu dane mi było przemyskie zakątki eksplorować, oczyma wyobraźni widziałem już nasze miejsce noclegu. Idziemy więc nad San. Po kilku minutach drogi przez miasto, grzejąc się w nowych polarach „Mimochodka” , docieramy nad rzekę. Cichy szum wody, puste ulice, przybrzeżna trawa – w sam raz na biwak.  Rozkładamy karimaty, wbijamy się w śpiwory i przycinamy komara. Po dłuższej chwili (dla śpiących nawet zbyt krótkiej), o jakiejś pogańskiej godzinie, odzywa się telefon.
Jedziemy, do Medyki, bądźcie tu i tu, o tej godzinie, to was zabiorę – do mojej głowy dociera głos Mundka.  Zbieramy powoli legowiska i pakujemy do plecaka. Jeszcze przed piątą wyjeżdżamy z Przemyśla i po oddaniu bożej opatrzności starego audi, na parkingu w Medyce, idziemy w stronę granicy.  Łącznie jest nas pięć osób, a wyjazd przypada pod znakiem UKT „Mimochodek”
Przejście graniczne przekraczam pierwszy raz w życiu, dlatego dla mnie to coś nowego. Jeszcze przed bramkami zauważam ludzi z ukraińskimi flaszkami w rękach. Z „Biedronki” od samego rana wychodzą Ukraińcy z naręczami parówek. Strefa nadgraniczna wita.
Przy  pierwszej, polskiej bramce wszystko przechodzi gładko i szybko. Idziemy dalej ogrodzonym przejściem na stronę ukraińską, przez pas „ziemi niczyjej”.  Tu już schodzi trochę dłużej. Sama budka wygląda jakoś trochę bardziej prymitywnie, a celnicy … także.  Takie jest moje pierwsze subiektywne  spojrzenie na naszego wschodniego sąsiada.
Paszport w porządku. Jesteśmy na Ukrainie. Nawet bez problemów.
 Tu chciałbym od razu podkreślić, że do wyjazdu nie przygotowałem się zupełnie. Nie musiałem. Wszystkie formalności i zakupy czynił Mundek. To samo komunikacja – moja ograniczała się do poziomu „nie wzja” i „nie nada”.  W sumie, nie bardzo również wiedziałem, gdzie jedziemy. Karpaty Ukraińskie, pasmo Borżawy – super, ale dla mnie – abstrakcja.
Po przejściu granicy w Szehini rozmieniamy po sto złotych na hrywny i szukamy marszrutki do Lwowa. Chwila niepewności i już jedziemy rozklekotanym busikiem, prze drogi pełne dziur.
Dla mnie – nieobytego z ukraińskim transportem – pełna egzotyka. Wszystko trzęsie się, kiwa na lewo i prawo, starsze babcie gaworzą wesoło w ichnim języku. Wprost – wesoły bus – chciałoby się rzec.
Moje szczęście, ciekawego obserwatora nie trwa jednak długo. Na kolejnym  przystanku marszrutka zatrzymuje się, ludzie wsiadają, odpala …. I nic. Próbuje drugi raz – to samo. Silnik nie chce zaskoczyć.  Stoimy. Teraz na spokojnie obserwuję jedną z ukraińskich wsi, gdzie przyszło nam się zatrzymać. Mam na to przynajmniej pół godziny– mniej więcej tyle trwa konsternacja kierowcy i podstawienie innego środka transportu.  Wreszcie zmieniamy miejsca – przenosimy plecaki i jedziemy dalej. 
Pozostała  część drogi upływa jak w letargu – niewyspanie daje o sobie znać. Siedzę na jednym z „foteli” marszrutki i kiwam się. Nie ma żadnego uchwytu, na drodze doły, bus huśta się niemiłosiernie. Ja  razem z nim, w takt kocich dołów . Strategiczne miejsce powoduje, że zasypiając obijam się – raz to o siedzącą „babuszkę” z lewej, raz o stojącą „matrioszkę” z prawej.  Te dwie próbują coś do mnie mówić lecz w tym stanie nic nie rozumiem i rozumieć nie chcę. Zamykam oczy i znowu – obijam się to w lewo – to w prawo. Z perspektywy czasu sytuacja niebanalnie komiczna.  I w ten sposób dojeżdżam do Lwowa.
Dworzec kolejowy  robi na mnie duże wrażenie.  Kunszt austro-węgierskiej architektury, zapełniony gwarem setek ludzi.  Lata historii aż kłują w oczy i gniotą po plecach. A może to mój plecak? … Szybko udaje się kupić bilety do Wołowca, klasy plackarnyj. Opuszczamy dworcową ciżbę ludzką i meldujemy się w wagonie, ku mojemu zdziwieniu, oddając przedtem bilety konduktorce-opiekunce.
Mój pierwszy kontakt z koleją ukraińską wspominam dobrze. Może złożyło się na to parę czynników, ale podróż do  Wołowca upłynęła bardzo przyjemnie. Towarzyszył jej głównie równomierny stukot stalowych kół i podziwianie karpackich krajobrazów.  W międzyczasie zdjęcia Izero problemów. Chill.





 Kilka chwil po południu jesteśmy na miejscu. Wołowiec – postkomunistyczne miasto u podłuża Borżawy roztacza przed nami swoje piękno dziurawych  ulic.  Mamy niewiele czasu – kupujemy sucharowe chrupki, chleb piwo i papier toaletowy. Rzeczy pierwszej potrzeby,  jakby nie patrzeć. Zbliża się burza. Po ulicy wiatr przegania piaskowe wiry – jak na prawdziwy dziki wschód przystało. Ten obrazek pamiętam do dziś.  Z chwilowego zamyślenia odrywają mnie kompani – przygoda czeka.
Wiedzeni intuicją  Mundka, z pomocą GPSa z koordynatami Google i radzieckiej sztabówki , staramy się wyjść za miasto. Tym razem bezskutecznie. Przeszkadza nam ściana deszczu, która zatrzymuje nas w Wołowcu.  Mamy chwilę czasu. Można przestawić godzinę w zegarku, otworzyć piwo w plastiku czy posłuchać indoktrynacji miejscowego żula, któremu bardzo się spodobaliśmy. Mamy przywilej wyboru.  












Po kilkunastu minutach wychodzi słońce i możemy kontynuować naszą podróż. Czeka nas mozolne podejście, z plecakami wielkimi jak szafy , po pustych górskich ścieżkach. Pierwsze kroki stawia się mozolnie i bez entuzjazmu.   Do czasu otwarcia 2,5 litrowej butli browara. Każdy bierze porządny łyk, potem kolejny  i po takiej „baterii” ściany od razu zaczynają się kłaść. Przybywa sił, ochoty, na twarzach malują się uśmiechy, w głowach nowe idee. Ot na przykład taki Mouser w przypływie pomysłu opuszcza nas szukać lepszej ścieżki na górę, uskuteczniając tzw. „trawers” . Niech idzie,mywalimy przed siebie, prawą stroną zbocza.
Jeszcze kilka chwil i wychodzimy na połoninę. W górach nie jesteśmy sami, w kotlince obok widać namioty. Nie będziemy ich mieć za sąsiadów dziś wieczór – tylko przechodzimy obok.  Na grzbiecie wchodzimy na drogę – co znowu bardzo  mnie dziwi. Droga na tej wysokości? Co? Jak? Po co? Pytanie pozostaje bez odpowiedzi.  Albo lepiej- riposta  „Ukraina” – dobra na wszystko.
Droga przez grzbiet jest bardzo urozmaicona. Może nie terenowo, ale na pewno wizualnie. Słońce funduje nam wspaniały spektakl koloru i świateł. W oddali widzimy cały przekrój gór. W dolinach zielenieją drzewa. Im wyżej tym robi się coraz bardziej szaro, zaś żółć traw przechodzi ostatecznie  w biel śniegu, który o dziwo przetrwał jeszcze na tej wysokości. Ten odległy obrazek to ramię zakończone wierzchołkiem Stoha – najwyższego szczytu w okolicy i celu dnia jutrzejszego.
Po zabawie z aparatami, przyszła pora na refleksję w sprawie noclegu. Prawie bezsprzecznie decydujemy się zejść trochę, w stronę niedalekiej chatki pasterskiej.
Tam rozbijamy obóz i zbieramy opał na ognisko.  Zbliża się zmierzch. Czas spożytkować wniesione towary. Wtarganie alkoholu na tą wysokość podobno procentuje w znaczeniu dosłownym.
Płomień strzela wysoko, oświetlając pięć zadowolonych twarzy. Pod gwieździstym widnokręgiem kończymy pierwszy, udany dzień.









Ranek wita nas bardzo słonecznie. Co prawda grzbiet zasłania nam południowo-zachodnią cześć widnokręgu lecz na pozostałej nie widać żadnej chmurki.
Do wczesnych godzin południowych obijamy się. Droga po wodę, obijanie, gotowanie, obijanie. A po jedzeniu znowu do góry brzuchem.  Słońce piecze.  Zebranie obozu przeciąga się do południa, bo dopiero o dwunastej opuszczamy miejsce noclegu.
Dosłownie po kilku krokach staje się rzecz straszna – od niewidocznej północnej strony zbierają się chmury i momentalnie zaczyna padać deszcz, a później śnieg.  Tzw. „grom z jasnego nieba” sprawia nam niezłe baty. Na grzbiet podchodzimy już w temperaturze uboższej o jakieś dziesięć stopni. Solidnie zmoczeni od zewnątrz i ze środka , na przełęczy decydujemy się, czy zrewidować nasze plany.
Nie ma takiej potrzeby – plecaki lądują do dołu, a my odbijamy na lekko, w kierunku ośnieżonego masywu Stoha. Droga na szczyt i z powrotem zajmuje prawie cztery godziny. Pogoda przy tym zmienia się jak w kalejdoskopie. Raz zakładamy kurtki wystawiając się na deszcz, po kilku minutach zdejmujemy co można, z powodu piekącego słońca. Obiektyw w mojej lustrzance od przypływu wrażeń - zaparowuje.  Na szczycie spotykamy ukraińskich turystów – nie wiemy skąd idą, dokąd zmierzają, w ogóle nic. Stanowią dla nas trochę bezbarwne tło.
Przy plecakach z powrotem meldujemy się po południu. Trafiamy przy tym na ten gorszy moment, w tzw. Niewłaściwy moment i niewłaściwy czas. Po chwili rozpętuje się burza. Każdy zakłada na siebie co ma przeciwdeszczowego i uczestniczy w rytmicznym marszu cieni. Z minuty na minutę pogoda staje się coraz gorsza, do deszczu ze śniegiem dołącza wiatr. Nikomu nawet nie chce się zatrzymywać. Po prostu idziemy. Uskuteczniamy  marsz przez kilka godzin, w końcu wybierając boczny grzbiet na nocleg.
„Tam jest jakaś chata” – rzecze ktoś.  Dla zmokniętych turystów perspektywa suchego noclegu i zmiany sytuacji stanowi pewien punkt pożądania. Choćby chaty nie było- znajdzie się.  Bez słowa, decyzja zapada przez aklamację.  Poprawiają się nastoje, ogrzewane ciepłymi myślami. Wraz z nimi psotna pogoda także okazuje się bardziej łaskawa. Wreszcie przez chmury przebija się słońce. I to w jaki sposób!!! Horyzont na wschodzie miażdży kolorami, nie dając o sobie zapomnieć. Wyciągam aparat i fotografuję, aż moi towarzysze znikają za zakrętem.
Schodzimy na boczny grzbiet, na nocleg. Po kilkuset metrach znajdujemy chatę- niestety już zagospodarowaną przez ekipę z Poznania.  Nam pozostaje zadowolić się miejscami na namioty.  Dobre i to – czas przejrzeć straty  spowodowane deszczem.  Teraz  wychodzi kto dobrze zabezpieczył się przed deszczem. Nie zapobiegawczym przyjdzie spać w mokrych śpiworach i ubraniach. Przed chwilą zaszło już słońce. Z suszeniem trzeba zaczekać do jutra. Gotujemy wspólną „glumzę” i układamy się spać w komfortowych lub mniej komfortowych warunkach.
Od rana trwają zabiegi reanimacyjne. Ratuje  się rzeczy zmoknięte we wczorajszej ulewie, z zamiarem ponownego użycia. Nawet papier toaletowy suszy się, rozwinięty na łące. Widok wprost symboliczny.
Znowu towarzyszy nam dobra pogoda. Wystawiamy zimowo-białe ciała na działanie w słońca. I po raz kolejny się nam nie spieszy. Gdy wszystko wyschnie – ruszymy dalej na wschód, w stronę połoniny Kuk.
Marsz rozpoczynamy o godzinie jedenastej czasu lokalnego. Aura zaczyna się lekko psuć. Wieje, a słońce znów przysłaniają chmury. Czyżby gwałtowny prysznic jak ostatnio? 
Przemierzamy szare połoniny. Pogoda nadal jest niepewna, a marsz staje się bardzo smętny.  Kolejny grzbiet, kolejne podejście i tak  wkoło.  Miłą odmianą jest konsumpcja zawartości puszek i trawiaste wzniesienie, które daje nam pogląd na połoninę Kuk, majaczącą  w oddali.  Szeroka, jak na miejsce w którym się znajdujemy, droga,  jest dziś ewidentnie nieuczęszczana. I cicha, no może nie licząc jednej wycieczki na quadach. Smętny dzień mija przede wszystkim na rozmowach – w konfiguracji każdy z każdym, o wszystkim i niczym. 
Przez chmury nie widać słońca, które już niedługo powinno zachodzić. Decydujemy się rozbić namioty w pobliżu dawnej kopalni odkrywkowej( lub czegoś podobnego).  W międzyczasie Mouser  udaje się w las, z zamiarem szukania wody, a kto nie ma zajęcia znosi drewno na ognisko.
Po kilkunastu minutach, już w kurtkach podczas deszczu, przygotowujemy jedzenie. Koncentrat pomidorowy, makaron, konserwa i mix  innych produktów z dna plecaka. Nieważne co powstaje z takiej mieszanki. Znaczenie ma – że jest jadalne („suma rzeczy jadalnych jest jadalna” – co zasłyszałem początkiem mojej przygody z turystyką).  Deszcz przybiera na sile i najważniejszym jest pochłonąć zawartość naczyń. Poparzyć się, ale nie zmoknąć. Po zakończonym zdaniu, kładziemy się spać.  Deszcz miarowo stuka w tropik namiotu.
Ulewa trwa aż do raną, a mimo tego jakoś nie może przestać. Co jakiś czas jeden (bądź jedyna J) z nas budzi się i słucha:
-Leje?
-Leje
- Wieje?
-Wieje
-To śpimy dalej – ktoś kwituje przytłumionym głosem z wnętrza śpiwora. 
I tak parę razy z rzędu, aż do godziny 9:30. Wtedy pojawia się zdecydowany głos – trzeba się zbierać, bo nie przestanie nigdy.
Impuls wystarcza i choć głowa wystawiona przez wejście, we mgle widzi tylko sąsiedni namiot , uczciwie należy wypełznąć.
Pogoda jest paskudna, a chodzeni po górach to ostatnia pożądaną czynnością tego dnia. Pakujemy mokre namioty i zaczynamy maszerować. Na dobry początek – kilkaset metrów podejścia na połoninę Kuk. W miarę, jak stawiamy pierwsze kroki, deszcz decyduje się ustąpić, ale bardzo dobrze zastępuje go wiatr i mgła. Kierujemy  się za główną drogą wzdłuż grzbietu, widząc przez sobą tylko kilkanaście metrów tego traktu. I tym sposobem aż pod szczyt. W pewnym momencie GPS sygnalizuje, że warto odbić w kierunku wierzchołka upragnionej połoniny.  Wprawdzie docieramy na miejsce, ale wszechobecny wiatr, grabiejące palce i zerowa widoczność motywują  do zejścia.  Zabrawszy plecaki, udajemy się w dalszą drogę.
Najwyższy punkt dnia za nami. Na najbliższej przełęczy, obrawszy kierunek z GPSa, zaczynamy zejście.  Początkowo bez wyczucia, połoniną, ale po kilkuset metrach trafimy na drogę.  Prowadzi nas ona przez zalesiony grzbiet, coraz niżej. W miarę deniwelacji , obumarłe, szare drzewa przeplatają się z zielonymi, aż po paru godzinach przeobrażania, towarzyszy nam kolorowe otoczenie. 
Polanka przy drodze to idealny moment na postój. Mgła ustępuje, a na horyzoncie, widocznie rysują się zielone pasma. Zrzucamy plecaki i kontemplujemy otoczenie. Każdemu należy się chwila odpoczynku.
Nie mija pół godziny, a jesteśmy w drodze. Pogoda się poprawia, a słońce próbuje wyjrzeć zza chmur. Mijamy bacówki i pasterskie zagrody, o tej porze roku jeszcze opustoszałe. Wychodzimy na pastwiska i obserwujemy wzgórza na horyzoncie. Kolejny postój  z pięknym widokiem.  Choć dna dolin jeszcze nie widać, zastanawiamy się nad godzinami otwarcia sklepów. Po kilku dniach na jedzeniu z puszek, każdy ma coś, co chciałby kupić. Jakiś drobiazg, który na pewno czeka na niego w sklepie, w dolinie. Pojawia się motywacja. Za pomocą samowyzwalacza robimy wspólne zdjęcie i przyspieszamy kroku. Czas płynie nieubłagalnie, droga się dłuży, a wraz z nią oddala perspektywa zakupów.
Dopiero przed wieczorem osiągamy kraniec grzbietu i tuż nad wsią w dolinie, urządzamy sobie miejsce na biwak.  Wieczór zapowiada się bardzo pomyślnie. Od północy niebo przejaśnia się, a zachodzące słońce, po raz wtóry na tym wyjeździe, maluje kolory na grzbietach.  Znajdujemy w sobie   optymizm, a towarzyszy mu szybki podział zadań. Idę z Mundkiem po zakupy, a pozostali mają zatroszczyć się o ognisko i miejsce do spania.
Ukraińska wieś, o nazwie, której nigdy nie pamiętałem ma wyjątkowo pasterski charakter. Dopiero po zejściu kilkuset metrów widzimy jakichś tubylców. Mundek pyta o „magazyn atkryty”, a kobieta wskazuje drogę na dół. Tam też się udajemy i błotnistymi ścieżynkami wychodzimy wreszcie na główną, wiejską arterię. Sklep widać z oddali. Uff, otwarty! Kupujemy same niezbędne produkty – chleb, ketchup, sucharki, kiełbasa i oczywiście piwo.  Duże, tanio, dużo. Nie spieszy nam się, dlatego ostatnie promienie słońca wykorzystujemy na łyknięcie dwóch browarów z wędzonym serkiem i rybkami. Pijemy, gadamy, jest przyjemnie. W końcu przychodzi zmrok, chłód zaczyna dokuczać –pora ruszać na górę. Weselsi o litr piwa, z siatkami zakupów, szybko pniemy się stroma ścieżką. Droga upływa bardzo szybko i po pół godziny  meldujemy się na miejscu biwaku. 
Tymczasem pozostała trójka doskonale gospodarzy przy obozowisku. Ognisko płonie, namioty rozłożone. Z naszymi siatkami prowiantu można przystępować do zabawy pod gwieździsty niebem.
C’est la vie –po wesołym wieczorze, zaczyna się melancholijny poranek.  Pogoda jest wprost bajkowa. Spiekota wcześnie wygania nas z namiotów, jednak lenistwo nie tak łatwo przepędzić. Kończymy, rozpoczęty dwa dni temu proces opalania. Bez pośpiechu, bardziej myśląc, co z sobą począć.
A jakby zrobić sobie tu melinę – po chwili ktoś rzuca. – I posiedzieć jeszcze z dzień, dwa –dodaje.
Opcja niby poroniona  lecz w tym wypadku padająca na podatny grunt.
-Żartowałem, trzeba się zbierać w końcu – kwituje, chyba świadomy, że co najgorsze - możemy się zgodzić na opcję przedłużenia odpoczynku.
Zbieramy swoje rzeczy, po czym zaczynamy schodzić.  Znajomą drogą, docieramy wkrótce do wsi. Transportu publicznego brak, decydujemy się na marsz. Plecaki ciążą, a pogoda dla odmiany częstuje nas spiekotą i upałem. Do większej miejscowości mamy około  ośmiu kilometrów.  







Odległość zajmuje  dwie godziny. W większej wiosce także jakoś nic nie kursuje. Czekamy  na przystanku lecz po dłuższej chwili, znudzeni postanawiamy maszerować dalej.  Próbujemy złapać stopa, ale nie mamy szczęścia. Zresztą pięcioosobowa grupa ma małe szanse na ten środek transportu.  Po kilku kilometrach zatrzymuje się wreszcie marszrutka. Zadowoleni kontynuujemy podróż na siedząco. Mimo woli wdaję się w rozmowę z Ukraińcem, który pracował jakiś czas temu w Polsce. 
Po godzinie jazdy docieramy do większego miasta. Tu działa już kolej, dlatego liczymy na transport do Lwowa. Udaje się kupić podejrzanie tanie bilety. Za kilkaset kilometrów jazdy płacimy w przeliczeniu 6-7zł.  Czas do przyjazdu pociągu spędzamy w lokalnym barze. Przy kuflu piwa, obserwując  proste życie folkloru ze stolika obok.




Po siedemnastej przyjeżdża pociąg. Wsiadamy licząc na ciekawą podróż. Nie możemy być zawiedzeni.  Nie w tym kraju. Po drodze, w przedziale robi się coraz bardziej tłoczno. Z każdym kolejnym przystankiem (a było ich chyba ze sto) dosiada się kilka babuszek  z towarem na sprzedaż. Zaczyna robić się tłoczno, a nasze bagaże widocznie zawadzają. W chwili zagrożenia wybieram najlepszą możliwą opcję – nurkuję na  górne kojo. Nie mija parę chwil i już śpię.
Około piątej rano dojeżdżamy do Lwowa. Po wyjściu z pociągu, jeszcze w krótkich spodenkach, przeszywa mnie lodowaty chłód. Dworcowy termometr wskazuje 4,5 stopnia Celcjusza.  Ot wszystko jasne, tylko jak to możliwie? Wsiadaliśmy przecież do pociągu w upale. Pogoda znów okazała się nieprzewidywalna.
Nie wiem za czyim pomysłem, owczym pędem,  idziemy zwiedzać  Lwów. Ciągle jest cholernie zimno, a z nieba sypie się śnieg z deszczem. Przechodzimy przez stare miasto, ale bardzo na siłę, bez entuzjazmu i bez sensu. Osobiście mam dość i chyba nie ja jeden, bo szybko wracamy pod dworzec kolejowy.  Wsiadamy w marszrutkę po czym opuszczamy pochmurne i mokre miasto. Na granicy „okupujemy” się do maksymalnych limitów,  w  alkohol i miejscową chałwę. Ku mojemu zdziwieniu, rozmienione sto złotych wystarcza na cały , pięciodniowy wyjazd.
Bramki graniczne są naszym ostatnim punktem wycieczki. Żegnam się z Ukrainą,  Karpatami i folklorem, który z zaciekawieniem  obserwowałem ostatnimi dniami. 
Majówkowa wycieczka była dla mnie bardzo kształtująca. Pierwszy wyjazd na Ukrainę bardzo zachęcił do ponownego odwiedzenia tego kraju. W końcu wyszedłem na szerszy horyzont, zarówno kulturowy jak i górski. Był to dobry początek dla przyszłych  wyjazdów zagranicznych i pierwsze tego typu przeżycie, które zapamiętałem szczególnie ciepło.  Wrócę tu już niedługo, góra dwa miesiące…
 Tomasz Duda


sobota, 5 stycznia 2013

Konkurs Blog Roku 2012

No i zgłosiłem.

Tak, zgłosiłem bloga do Konkursu Blog Roku 2012. Nie żebym na wygranie czegokolwiek liczył, ale myślę, że warto wziąć udział w w zabawie tego typu, skoro jest organizowana. 
To kolejna okazja do tego, aby na szerszym polu pokazać, czym się zajmuję w wolnym i jaką mam pasję, a poza tym poznać innych, którzy także coś sobie skrobią w zaciszu domowym. 

Dla mnie dużym sukcesem i nagrodą będą wasze odwiedziny na blogu, jakiś komentarz, przejaw zainteresowania - dla mnie promyk nadziei, że to pisanie ma sens :)


Pozdrawiam i zapraszam