sobota, 19 października 2013

Pik Lenina 2013 - relacja z wyprawy Część 1 - Z Warszawy na Polanę Ługową

Pik Lenina 2013 - relacja

Część I – Z Warszawy na Polanę Ługową

Wyprawa na Pik Lenina za nami. Mimo iż nie udało się wejść na szczyt, chyba każdy z czterech uczestników uważa ja za udaną. Mniej lub bardziej. Niespełna miesiąc wyjazdu, z perspektywy minął „jak z bicza strzelił”, zostawiając w naszych głowach swoje wspaniałe  znamię – wspomnienia największego i najbardziej śmiałego przedsięwzięcia, w jakim do tej pory, którykolwiek z nas brał udział. 
Wyjazd do Kirgistanu stanowił ukoronowanie paru miesięcy przygotowań, zakupów i pozyskiwania środków finansowych.
Już ostatnie dni przed wyjazdem były dla każdego z nas ukierunkowane tylko w jedną stronę.  Załatwienia, konsultacje i „pakowanie” w siebie dużych ilości jedzenia „na zapas” towarzyszyły nam aż do ostatniej chwili. 
Wieczór i noc z 16 na 17 lipca poświęciliśmy na pakowanie. Podział sprzętu, upychanie jedzenia i ubrań w każde wolne miejsce w plecaku i ostatnie redukcje „zbędnych” rzeczy trwały jeszcze długo po północy. I zdenerwowanie – to towarzyszyło chyba każdemu, a największe zmartwienie – nie zapomnieć o niczym, od zapalniczki po namiot…
Parę godzin niespokojnego snu oddzielało nas od wyjazdu…
I wreszcie wstał dzień, oczekiwany od miesięcy, 17.07.2013


17 lipca


Na lotnisku F. Chopina w Warszawie pojawiamy się rano. Ja, wraz z Januszem i Konradem docieramy tu Polskim Busem, który zarezerwowaliśmy już parę miesięcy temu, zaś Janek decyduje się na konwencjonalny środek transportu – rodzicielski samochód. 
Niemniej jednak, wszyscy jesteśmy przed czasem i w komplecie, a kilka godzin jakie pozostało przed odlotem przeznaczany na ostatnie przepakowania.
W ciżbie ludzi znajdujemy wolne miejsca siedzące i zabieramy się za ważenie plecaków. Każdy z nas ma coś do przepakowania, wymiany, bądź zabrania na przechowanie towarzyszowi z cięższym balastem. 
Pomimo zachowywania umiaru, cięć wagowych jedzenia i ekwipunku okazuje się, że nasze bagaże do lekkich nie należą. Co prawda mieszczą się w limitach lecz w niektórych przypadkach trzeba trochę pokombinować i powymieniać się sprzętem pomiędzy sobą.
Przepakowani, po chwili rozmowy, możemy się rozejść.
Janek i Konrad ruszają do odprawy pierwsi i około 11:00 odlatują w kierunku Kijowa.
Mnie i Januszowi na lotnisku przychodzi jeszcze poczekać. Ostatnie godziny przed odlotem ciągną się w nieskończoność, ale Chronos jest nieubłagany.


Dopiero o 13:00 wychodzimy w kierunku odprawy trwającej około dwóch godzin. Z obserwacji wynika, że nie my jedni lecimy w góry. W samolocie do Istambułu o 14:45 oprócz nas, siedzą jeszcze minimum dwie ekipy które planują szturmować góry Kirgistanu i Tadżykistanu. 


Lot przebiega bez problemów, przy pięknej pogodzie.  Na lotnisku Ataturka mamy przesiadkę i dwie godziny przerwy. Nie bardzo wiedząc co z nimi zrobić, kładziemy się spać i budzimy akurat w terminie odprawy, widząc na tablicy magiczne słowo – „Bishkek”
Wieczorem samolot odrywa się od płyty lotniska w Istambule. Pod nami zostaje piękne, oświetlone miasto wyznaczające niegdyś granicę kontynentu Europejskiego. Wyruszamy do serca Azji!


18 lipca

Trwający 5 godzin lot do Biszkeku okazuje się bardziej męczący od poprzedniego. W samolocie jest zdecydowanie zbyt gorąco i ciasno aby efektywnie się wyspać. 


Na lotnisku Manasa kołujemy o 5 rano czasu lokalnego, niewyspani i nie w pełni wyłapujący wszystkie bodźce z otoczenia. Nierówna płyta lotniska, zaduch w budynku i ogromne czapy mundurowych  wystarczają jednak aby nasza percepcja przekazała bodziec uświadamiający, że znajdujemy się w postsowieckim, azjatyckim kraju. 
W budynku, od godziny, czeka na nas Janek i Konrad, teraz wychodząc nam naprzeciw. Im podróż również upłynęła bez zbędnych niespodzianek.  
Zebrawszy się, dokonujemy kosmetycznych przepakowań, zmieniamy dwuczęściowe buty na sandały i jesteśmy gotowi do zmierzenia się z tłumem taksówkarzy przy wejściu. 
Lokalni, samozwańczy kierowcy zgodnie z przewidywaniami zalewają nas ofertami przejazdu do stolicy. Ceny są kosmiczne, a my niewzruszeni przebijamy się przez tłum. Jeszcze za wejściem biegnie do nas paru miejscowych, ale spławieni odpuszczają. 


Po przejściu kilkudziesięciu metrów znajdujemy postój marszrutek i za 60 som od osoby (teoretycznie 40 + bagaż) udaje nam się kupić transport do stolicy.


Pierwsze wrażenie, jakie robi na nas miasto jest zdecydowanie negatywne. Rudery, dziurawe drogi i brzydota większości tandetnych budynków nie zachęcają do bliższego poznania.  My na szczęście, nie planujemy zatrzymywać się tu na długo. 


Wysiadamy przy Osz Bazar, parę kilometrów od ścisłego centrum Biszkeku. Tak, jak na lotnisku, również i tu zostajemy otoczeni przez taksówkarzy proponujących transport do Osz. Początkowo cena jest wysoka, lecz nasza inwencja, jak i rywalizacja kierowców między sobą pozwalają zbić ją do przystępnej wysokości  1000 som od osoby. 
Na to możemy się zgodzić. Samochód jest sześcioosobowy, więc potrzebujemy jeszcze kolejnych dwóch pasażerów.  Dogadujemy się z dwójką Niemców, którzy również szukają transportu na południe i umawiamy z kierowcą wyjazd na 10:00 rano. 


Prawie trzy godziny, jakie pozostają do odjazdu musimy jeszcze dobrze spożytkować. Janusz i Konrad zostają z bagażami na Osz Bazar i deklarują się zakupić prowiant na drogę. W tym czasie ja wraz z Jankiem wyruszamy do serca Biszkeku. Naszym zadaniem jest zakup prawie 4 litrów gazu do palników.
Adres i mapę miasta mamy, lecz odległość jest całkiem spora – około 7 kilometrów w jedną stronę.  Obserwacja nowego otoczenia sprawia, że droga upływa nam bardzo szybko. Niestety pierwsze spostrzeżenia z miasta potwierdzają się. 


Biszkek po prostu jest  brzydki. Nierówne chodniki, obskurne bloki i zabudowa w najlepszym razie niczym w Polsce czasów minionego, „czerwonego” ustroju. Nowe budynki również nie powalają. Bryłowate, tandetne i pudełkowate, nie mają żadnych walorów wizualnych.
Gdy już trafiamy na sklep turystyczny, spotyka nas niemiłe rozczarowanie. Dobrej jakości gazu brakuje, jest go dwa razy mniej niż potrzebujemy. Z braku lepszego rozwiązania kupujemy co można i wracamy na Osz Bazar. 


Mimo pośpiechu, do samochodu docieramy długo po wyznaczonej godzinie. Pakujemy gaz i plecaki do bagażnika, po czym wsiadamy do auta.
Już mamy wyjeżdżać, gdy nagle nasz kierowca wyparowuje, a przy samochodzie pojawia się dwójka typów legitymujących się jako policja poszukująca narkotyków i wymachujących laminowanymi świstkami. Dyskusji bardzo nie ma i chcąc nie chcąc zostajemy przetrząśnięci mniej lub bardziej z rzeczy osobistych. 
Po kilkunastu minutach dwójka „policjantów” wreszcie daje za wygraną i odchodzi. Nasz kierowca cudownie wraca, a my nie spodziewając się niczego, jedziemy do Osz, zadowoleni z nagłego ożywienia akcji.


Droga do miasta zabiera niemal cały dzień z naszych życiorysów. Trasa wiedzie początkowo na wschód, przy znośnej i chmurnej pogodzie, by po kilkuset kilometrach jazdy przez doliny i przełęcze górskie skręcić na południe. 


W miarę upływu kilometrów zza chmur wychodzi słońce, a my pierwszy raz stykamy się z kirgiskim upałem, który męczy nas pod blaszaną karoserią. 
Widoki w niektórych momentach są naprawdę bajeczne. Góry, co prawda w większości suche i kamieniste przestawiają sobą pewien stopień monumentalizmu, którego do tej pory jeszcze nie znaliśmy. Za to sposób jazdy Kirgizów,  doprowadza nas do obaw o swoje zdrowie. Wymijanie na „trzeciego” wśród górskich serpentyn  to normalna proza życia, zaś przypadki „o włos”-  szara codzienność, która zwykłemu europejczykowi jeży włosy na głowie. 
Najlepiej chyba uznać, że lokalni wiedzą co robią i uciąć sobie drzemkę. Osobiście podążam tym pomysłem i przesypiam większość drogi. 
Osz wita nas już późną nocą. Mimo zapewnień kierowcy, w mieście jesteśmy dopiero po 23:00, a ów ma problem ze znalezieniem podanego przez nas adresu. 
Faktycznie nie jest łatwo, gdyż miejscowi nie są w stanie nam pomóc, a co więcej – sami nie znają numerów swoich domów.


Po godzinie zmagań , kombinowania i jeżdżenia, wreszcie udaje się znaleźć nocleg, który załatwialiśmy jeszcze w Polsce. 
Grubo po północy otwiera nam starsza Kirgizka i wprowadza o małej salki katechetycznej.  Bez klimatyzacji, wszystkich okien i kompletnej podłogi, ale za to wyposażonej w prąd i co najważniejsze – bieżącą wodę.  Warunki, jakimi pogardziłby przeciętny europejski turysta, dla nas w tej chwili są nader satysfakcjonujące.
Entuzjazm związany ze znalezieniem noclegu przekreśla jednak przygnębiający fakt – jeszcze w czasie jazdy dwójka z naszego towarzystwa zauważa, że w portfelu brakuje im po 200 dolarów. Od razu powiązujemy ten fakt z milicjantami, zniknięciem kierowcy i układamy ciąg przyczynowo skutkowy – milicjanci po prostu nas okradli. 
Noc upływa na przepakowaniu się i obliczaniu finansów na wyprawę. Każdy z nas miał do tej pory po 500 dolarów, więc brak 400 uszczupla nam budżet o całe 20%. Po rozważeniu wszystkich opcji dochodzimy do wniosku, że mimo wszystko powinniśmy zmieścić się z kosztami. 
Te obliczenia, spotęgowane dostępem do bieżącej wody,  trochę poprawiają nam humor i tak podbudowani, grubo po północy kładziemy się spać. 


19 lipca


Wczesnym rankiem, w trójkę wychodzimy do miasta w poszukiwaniu prowiantu i transportu na Polanę Ługową. Konrad zostaje w salce, przy bagażach. 
Chodząc po mieście wypatrujemy taksówkarzy i próbujemy namówić ich na podwózkę.  Okazuje się, że wbrew obawom, dojazdu na Polanę Ługową podejmuje się większość kierowców lecz życzą sobie za to niebotyczne kwoty rzędu 20000 som. Mając świadomość, iż agencje turystyczne są o połowę tańsze, a samochody miejscowych niepewne, decydujemy się nie ryzykować. 
Wracamy do salki i ustalamy nowy plan działania. Nie mamy póki co żadnych adresów wspomnianych agencji ani żadnego punktu zaczepienia. Z pomocą przychodzi nam miejscowa Kirgizka o polskich korzeniach, która wykonując dwa telefony, załatwia nam kontakt z jedną z agencji turystycznych w Osz. 
Mając szczątkowy adres, urządzamy poszukiwawczą wycieczkę po mieście. Nie bardzo wiemy, gdzie się udać, jednak z pomocą miejscowych jakoś znajdujemy ulicę i budynek. Jak się okazuje, trafiamy do agencji Fortuna Tour, gdzie zostajemy przyjęci bardzo uprzejmie.
Na nasze szczęście, załatwiamy sobie transport od zaraz, po stałej cenie - 50 dolarów od osoby. 
Już stamtąd wsiadamy terenowy samochód, po drodze robimy zakupy, po czym  przyjeżdżamy na naszą salkę. 


Pakujemy bagaże do Jeep’a, zostawiamy Kirgizce parę drobiazgów, a w zamian otrzymujemy dobre słowo i błogosławieństwo na drogę.  Płacić musimy z góry, do rąk przedstawicielce agencji.
Gdy opuszczamy miasto jest już bardzo gorąco. Jeep, choć zaskakująco nowy i wyglądający na solidny, klimatyzacji jednak nie ma, a skwar dokucza nieznośnie.
Początkowo płaski i suchy krajobraz, z czasem nabiera górskiego charakteru.  Choć słońce grzeje tak samo, robi się coraz chłodniej, a zamontowany naprzeciwko mnie altymetr powoli, ale bezlitośnie wskazuje coraz większą wysokość. 


Z czasem góry zaczynają nas otaczać, a nadzwyczaj dobrej jakości droga serpentynami prowadzi nas na przełęcz.  Małomówny do tej pory kierowca szczerzy zęby i pokazuje na altymetr. Na przełęczy strzałka zatrzymuje się na poziomie 3,5 tys metrów i na chwilę zamiera. 
Przed nami rozpościera się niesamowity widok na rozległy płaskowyż i Pamir. Dalekie, ośnieżone góry, okryte parasolem chmur wydają się naprawdę niedostępne, a tereny po drugiej stronie przełęczy dzikie i zapomniane przez Boga i ludzi.
Po chwili zaczynamy zjeżdżać, a w moje głowie pojawia się świadomość, że od tego momentu zaczyna się przygoda, ryzyko i niebezpieczeństwo. 
Za pól godziny mijamy Sary-Tash. Miejscowość, miasto, cokolwiek. Złożone z małych, niezbyt solidnych domków i otoczone jurtami na obrzeżach. Odmienne od jakichkolwiek większych osiedli, jakie widywałem do tej pory. 
Z Sary-Tash skręcamy na zachód.  Przemieszczamy się wzdłuż płaskowyżu, na wysokości 3 tys metrów, drogą płaską jak naleśnik i zbyt równą jak na kirgiską rzeczywistość. Z lewej towarzyszy nam zachmurzony Pamir, z prawej pomniejsze góry, wysokością dorównujące europejskim Alpom. 
Z palcami na szybach szukamy charakterystycznego kształtu Piku Lenina. Wbrew pozorom nie łatwo jednoznacznie go określić.  My mamy swoją wersję, kierowca swoją, a prawdy strzegą chmury, zalegające teraz na lodowcach Pamiru. 


Po drodze mijamy kilka pomniejszych wiosek. W jednej z ostatnich – Sary Mogul – zatrzymujemy się, aby zakupić za słoną cenę ostatnie produkty żywnościowe typu Snickers.
Parę kilometrów dalej po starym, stalowym moście przekraczamy brunatną rzekę i wjeżdżamy na drogę gruntową. 
Jak mówi kierowca, do Polany zostało jeszcze około 30 kilometrów. Widoczne w oddali góry zbliżają się powoli, ale nieubłagalnie, a wskazówka altymetru wspina się powyżej 3 tysięcy metrów. 
Droga płaskowyżem ciągnie się i dłuży. Krajobraz pozostaje cały czas niemal niezmienny, a każdy z nas niecierpliwi się, ciekaw co zostanie na miejscu. 
Bardziej stromy podjazd zaczyna się dopiero parę kilometrów przez Polaną Ługową i pokręconymi drogami wyprowadza w dolinę górską, którą brniemy ciągle naprzód. Kierowca złorzeczy co jakiś czas na nierówności, i powtarza formułkę, o rzekomej i wątpliwej nowości jego samochodu.  


Jadąc przez dolinę, mijamy liczne namioty bazowe. Pola niektórych agencji turystycznych przypominają małej wielkości miasteczka, płóciennych domków na stelażu.
Wszystkie te dobrodziejstwa zostawiamy za sobą. Na szczęście dla nas teren  agencji Fortuna Tour znajduje się na końcu Polany Ługowej. 
Po kilkunastu minutach samochód zatrzymuje się naprzeciw dwóch jutr i większego namiotu jadalni. W porównaniu do tych mijanych po drodze, robią skromne wrażenie.  Mimo wszystko, u stóp wielkiej góry, jakoś tego nie dostrzegamy. Każdy jest zadowolony i z ciekawością spogląda wokoło. 
Choć przygoda już trwa, to prawdziwa wyprawa zaczyna się właśnie w tym momencie.  Na Polanie Ługowej, w Base Camp.

Ciąg dalszy niebawem

Pozdrawiam
Tomasz Duda

Więcej informacji - http://piklenin2013.blogspot.com/



piątek, 11 października 2013

Sandomierz – zwiedzanie, zabytki, co warto zobaczyć

Sandomierz – zwiedzanie, zabytki, co warto zobaczyć


Nazywany „małym Rzymem”, leżący nad Wisłą Sandomierz, jest jednym z najbardziej reprezentacyjnych miast województwa świętokrzyskiego.
Od średniowiecza , gród górujący nad rzeką jest jednym z najważniejszych ośrodków władzy w Polsce. Już za czasów Bolesława Chrobrego, o tej funkcji miasta wspomina Gall Anonim.  Kolejne wieki czynią go stolicą Księstwa Sandomierskiego, ale też nie oszczędzają od najazdów Tatarskich, które doszczętnie rujnują miasto.
Ponowna lokacja miasta następuje w XIII wieku przez Leszczka Czarnego, dzięki której Sandomierz odradza się z popiołów. W XIV wieku zyskuje już rangę  miasta królewskiego Korony Królestwa Polskiego i rozkwita dzięki handlowi zbożem.  Od tego czasu na sandomierskim zamku często rezyduje dwór królewski, jak i zagraniczni goście.
W XVI wieku, w mieście zawiązuje się ugoda sandomierska – porozumienie protestantów do walki z kontrreformacją, a blisko sto lat później Sandomierz obracają w gruzy wojny szwedzkie, które powodują ponowny jego upadek.
Mimo odbudowy, podczas zaborów Sandomierz trwa w ciągłej stagnacji spowodowanej położeniem na granicy Cesarstwa Rosyjskiego i Galicji.
I wojna światowa dotyka miasto, lecz od 1918 roku Sandomierz zaczyna prężnie się rozwijać. W latach 30stych XX wieku ma stać się stolicą Centralnego Okręgu Przemysłowego, lecz plany przekreśla wybuch kolejnej wojny.
Podczas walk na przyczółku baranowsko- sandomierskim, Sandomierz staje się areną walk. Na skutek manewru okrążającego, 18.08.1944 roku, Armia Czerwona zdobywa miasto, z małym dla niego uszczerbkiem.

Duża rola miasta w historii „danej Polski” i niewielkie zniszczenia wojenne sprawiają, że do naszych czasów zachowuje się olbrzymia część zabytków Sandomierza.

Jadąc drogą krajową 79 najlepiej zaparkować przy Alei Jana Pawła II. Po lewej stronie przed zamkiem i po prawej, na bulwarze wiślanym, czeka sporo miejsc parkingowych lecz w niedzielne południe ich liczba jest zdecydowanie niewystarczająca.
Pierwszym zabytkiem wartym odwiedzenia jest Zamek Królewski. Wznosi się na wzgórzu i po prostu nie można go nie zauważyć.


Budowla została pierwotnie wzniesiona z polecenia Kazimierza Wielkiego , przebudowywana na styl renesansowy i zniszczona w czasie najazdu szwedzkiego. Do dziś pozostało zachodnie skrzydło zamku, w którym mieści się muzeum.


Z zamku ul. Mariacką kierujemy się do Bazyliki Katedralnej Narodzenia Najświętszej Marii Panny. To największa świątynia w mieście, zbudowana w stylu gotyckim, w XIV wieku.
Dalej idziemy ul. Jana Długosza.
Po prawej stronie ulicy znajduje Collegium Gostomianum, które od strony Wisły znakomicie komponuje się z panoramą miasta.
To jedna z najstarszych szkół średnich w Polsce i zarazem dawne kolegium jezuickie. Najstarsza część budynku pochodzi z XVII wieku.


Idąc dalej ulicą Długosza, skręcamy w prawo, w kierunku charakterystycznego budynku z cegły, ozdobionego w romby ułożone z zendrówki. To „Dom Długosza”, ufundowany przez kronikarza i zbudowany w stylu gotyckim, w XV wieku.


W środku mieści się Muzeum Diecezjalne – skromne, ale bogate i warte polecenia. Zawiera wiele wartościowych zbiorów, np. krzyż ofiarowany przez króla Władysława Jagiełłę, czy najstarszy portret tego władcy (według wielu opinii).
Po odwiedzeniu budynku, idziemy dalej prosto i po kilkuset metrach skręcamy w ulicę Krótką, a następnie Mariacką.  Nią docieramy aż do Rynku.


Centralnym punktem placu jest Ratusz.
Początkowo zbudowany w stylu gotyckim, w miarę upływu lat przebudowany na styl renesansowy i zwieńczony attyką. W XVII wieku dodano do niego charakterystyczną wieżę z zegarem słonecznym. Ratusz jest jedną z najbardziej charakterystycznych budowli Sandomierza. W środku znajduje się oddział Muzeum Okręgowego.
Rynek jest wart baczniejszej uwagi. Koniecznie należy obejść go wokoło i obejrzeć piękne fasady renesansowych kamienic, po czym można zatrzymać się w jednej z wielu restauracji na dłuższy postój.

W okolicach rynku, przy  ulicy Oleśnickich znajduje się wejście do podziemnej trasy turystycznej. Ta licząca 470 metrów ścieżka poprowadzi nas przez dawne piwnice kupieckie, wydrążone w lessach starego miasta. Wyjście z niej w znajduje się w ratuszu.
Z rynku kierujemy się bezpośrednio na północ, w ulicę Opatowską.


Już z oddali widać charakterystyczną, ceglaną wieżę bramną. Brama Opatowska jest jedyną zachowaną, z czterech jakie broniły wejścia do miasta. Wybudowana w XIV wieku na polecenie Kazimierza Wielkiego, dziś oferuje turystom wspaniały widok na Sandomierz.
Od Bramy Opatowskiej wracamy w stronę rynku ul. Żydowską.
Po przejściu około 150 metrów po prawej stronie mijamy dawną Synagogę.
Ulica Żydowska wkrótce przechodzi w Zamkową. Właśnie nią kontynuujemy marsz i po przejściu kilkudziesięciu metrów zatrzymujemy się przy charakterystycznych schodach i wcięciu pomiędzy budynkami z prawej strony.


To Furta Dominikańska, tzw. Ucho Igielne, które jest jednym z miejskich „smaczków”. Teoretycznie wcięcie w murze, w praktyce przyciąga tłumy ludzi, którzy chcą zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie właśnie w tym miejscu.

Tu oględne zwiedzanie  zabytków architektonicznych Sandomierza się kończy. Powtarzam, zwiedzanie „oględne”, „na szybko”. W mieście znajduje się wiele innych, nie wspomnianych przeze mnie obiektów, z pewnością wartych obejrzenia.

Oprócz niebanalnej architektury Sandomierz reprezentuje sobie również bogactwo naturalne.


Niedaleko Zamku znajduje się lessowy wąwóz królowej Jadwigi. Najlepiej wejść do niego od strony ul. Staromiejskiej, zwiedzając po drodze kościół św. Jakuba.
Wąwóz ma około 0,5 kilometra długości i do 10 metrów wysokości, co na świętokrzyskie warunki jest naprawdę imponujące.

Obowiązkowym punktem wycieczki powinien być również Bulwar Wiślany. Niedawno odnowiony, jest bardzo przyjemnym miejscem do wypoczynku nad Wisłą. Z bulwaru rozpościera się wspaniały widok na Zamek i Katedrę, w okolicy można wypożyczyć kajaki i rowerki wodne, a prom oferuje rejsy Wisłą.
Niedaleko Sandomierza położone są góry Pieprzowe. Aby dostać się do nich należy znaleźć ul. Błonie, na wschód od miasta i dojechać nią aż do końcowego parkingu na wałach wiślanych.


To doskonałe miejsce aby zostawić samochód na czas spaceru. Tu również zaczyna się teren Rezerwatu Przyrody „Góry Pieprzowe”.
Wzgórza są jednymi z najstarszych wzniesień w Polsce. Zbudowane z łupków zdecydowanie różnią się od otaczającego krajobrazu. Choć wypiętrzone tylko około 40-60 metrów nad poziom Wisły, stanowią interesującą  atrakcję okolicy. Przez Góry Pieprzowe prowadzi szlak czerwony, który przecina teren całego rezerwatu. Przejście go jest najszybszą formą zwiedzenia Gór Pieprzowych, które osobiście bardzo polecam.
Ze wzniesień rozpościera się spektakularny widok na Wisłę i Sandomierz.

Położone na wzgórzu miasto przyciąga turystów z całej Polski, którzy z pewnością nie mogą narzekać na brak atrakcji. Starówka cieszy oko nie tylko mnogością historycznych budowli, muzeów i kamienic, ale stanem zachowania większości obiektów.
Ten jest zdecydowanie godzien podziwu. Odnowione kamienice, schludne ulice i porządek może być przykładem dla innych miast, które chciałyby przyciągnąć turystów.
Sandomierzowi się to  stu procentach udało, czego możemy być naocznymi świadkami, wybierając się do miasta w słoneczne, niedzielne popołudnie.

Pozdrawiam
Tomasz Duda

sobota, 5 października 2013

Rowerem wzdłuż Nidy (Pińczów – Chroberz – Wiślica – Nowy Korczyn)

Rowerem wzdłuż Nidy (Pińczów – Chroberz – Wiślica – Nowy Korczyn)

Nazywane nieraz „świętokrzyskim stepem”, Ponidzie jest miejscem bardzo specyficznym i intrygującym.  Usytuowanych jest  tu wiele rezerwatów przyrody i trzy parki krajobrazowe – Szaniecki, Kozubowski i Nadnidziański.  W okolicy miłośnicy przyrody znajdą relikty roślinności stepowej, czy  słonorośla, a speleolodzy spędzą trochę czasu na eksploracji zalanych gipsowych jaskiń – może niezbyt imponujących, ale urokliwych i tajemniczych.
Podmokłe łąki i torfowiska ciągnące się wzdłuż rzeki i liczne zakola głównego cieku wodnego były i są inspiracją dla turystów,  fotografów i … rowerzystów...

Tu na scenę wkraczam ja, posiadacz roweru – „ROWERZYSTA”

Przed długi czas naiwnie  myślałem, iż jako kilkuletni turysta, eksplorację okolicy ( w tym Ponidzia) mam już za sobą. Tereny bliskie domowi i sercu zwiedziałem przecież we wczesnym dzieciństwie i to bardzo dociekliwie, więc po co powtarzać?
Po głębszym jednak zastanowieniu się, doszedłem do wniosku, że rozdział w „mojej turystyce” pt. Świętokrzyskie” nie został jednak zamknięty, a nawet więcej – po dokładniejszym przestudiowaniu tematu zdałem sobie sprawę, iż to jeszcze niezgłębiona „tabula rasa”, która wprost prosi się o dalszą eksplorację.


Rowerem wzdłuż Nidy

Wychodzę  więc potrzebie naprzeciw. Jednym z motywów przewodnich wycieczki tematycznej po okolicy staje  się właśnie Ponidzie. Pewnego dnia wpadam na pomysł przejechania rowerem przez jedne z najważniejszych (według mnie) punktów tej krainy, wzdłuż rzeki Nidy.
Wykonanie pomysłu przychodzi niebawem, pięknym wrześniowym popołudniem.
Opuszczam moją miejscowość i po przejechaniu ponad 30stu kilometrów, najpierw drogą krajową nr. 73 do Buska Zdroju, tam „przeskakuję” na wojewódzką 767 i po kilkudziesięciu minutach docieram do Pińczowa.

Kościół św. Jana Ewnagelisty i dawny zespół klasztorny oo. Paulinów

Miasto jest praktycznie punktem początkowym wycieczki i jednocześnie pierwszym miejscem wartym dłuższego postoju, obojętnie od wybranej drogi.
Pińczów to miasto z bardzo bogatą historią, sięgającą XII wieku. Prawdziwy rozkwit przeżywa ponad 300 lat później, kiedy staje się własnością rodu Oleśnickich. W Pińczowie pojawia się wtedy murowany zamek, a wkrótce Władysław Jagiełło nadaje mu prawa miejskie.  W XVI wieku miasto staje się ośrodkiem reformacji, co okrywa go zapomnianą dzisiaj sławą.  To tutaj organizuje się  kalwińskie gimnazjum zwane „sarmackimi Atenami”, tłumaczy Biblię na język polski i organizuje reformacyjne synody. Miasto staje się centrum ruchu kalwińskiego w tej części polski.
Kolejne wieki nie są dla miasta aż tak łaskawe. Cierpi na skutek zaborów, wojen i okupacji. Do II wojny światowej to jeden z ważniejszych ośrodków żydowskich w Małopolsce.

Pińczów

Warto zobaczyć:
- kościół św. Jana Ewnagelisty i dawny zespół klasztorny oo. Paulinów
- kaplicę św. Anny z XVI wieku
- „Dom Ariański” z XVI wieku
- Pałac Wielopolskich w stylu barokowo- klasycystycznym
- pozostałości zamku Oleśnickich

Pomnik partyzantów Republiki Pińczowskiej

Z Pińczowa wyjeżdżam na wschód drogą 766. W Skrzypiowie skręcam na południe, kierując się na Młodzawy Duże. Mijam miejscowość i w Młodzawach Małych zatrzymuję się przy pomniku partyzantów Republiki Pińczowskiej, przypominającym to tym ważnym dla Ponidzia fakcie historycznym.

Pałac Wielopolskich w Chrobrzu

Po krótkim postoju ruszam w dalsza drogę. Przejeżdżam przez Mozgawę i po kilku kilometrach docieram do Chrobrza. 

Miejscowość o nazwie kojarzącej się z piastowskim królem Polski, ma XII wieczne korzenie. Według tradycji Bolesław Chrobry, wracając z wyprawy kijowskiej zakłada w osadzie obronny gród nad Nidą i ustanawia parafię. Od tamtego czasu miejscowość systematycznie się rozwija, nie osiągając przy tym znaczniejszych rozmiarów.
Aby dotrzeć do centrum Chrobrza, trzeba skręcić  od głównej drogi na lewo, w kierunku Buska Zdroju.

Kościół pw. Wniebowzięcia NMP

Watro zobaczyć:
- Zespół pałacowo - parkowy z pałacem Wielopolskich z XIX wieku, usytuowany nieopodal wsi, nad Nidą
- Kościół pw. Wniebowzięcia NMP
- pozostałości zamku rycerskiego, na wzgórzu Zamkowym nad Nidą

W Chrobrzu podjeżdżam również nad Nidę. Nad rzeką niedawno zbudowano przystań kajakową, która zachęca do dłuższego postoju.
Po odwiedzeniu Chrobrza wracam na drogę główną. Mijam Niegosławice i Jurków, by po 12 kilometrach dojechać do Koniecmostów. Dalsza droga wiedzie wzdłuż Nidy, jednak w tej miejscowości warto „zrobić” dodatkowe 5km i odwiedzić Wiślicę.

Kolegiata Wiślicka

Wieś, mimo iż wielkością nie reprezentuje monumentalnego charakteru, w aspekcie historycznym to prawdziwa perła Ponidzia.  Pierwsze wzmianki o niej pojawiają się już w IX wieku. Jak nazwa wskazuje, wieś wchodzi początkowo w skład państwa Wiślan, a dopiero  w X wieku zajmują ją Polanie. W średniowieczu jest jednym z najważniejszych ośrodków administracyjnych w Małopolsce, posiadającym dwa grody obronne.  W 1326 roku, Władysław Łokietek nadaje Wiślicy prawa miejskie.
Do rozwoju osady przyczynia się znacznie król Kazimierz Wielki. Ogradza miasto kamiennymi murami i buduje słynną  kolegiatę, przez co Wiślica staje się jednym z najsilniejszych ośrodków królestwa.
Początkiem upadku miasta jest potop szwedzki. Od tamtego czasu miasto zaczyna pustoszeć, aż wreszcie traci prawa miejskie i przekształca się w wieś, jaką pozostaje do czasów współczesnych.

Dom Długosza w Wiślicy

Z racji bardzo bogatej historii, w Wiślicy warto odwiedzić wiele ciekawych miejsc:
- bazylika Narodzenia NMP z 1350 roku (dawna „kazimierzowska” kolegiata) wraz z podziemiami, uznawana za architektoniczny symbol Ponidzia
- Dom Długosza z XV wieku
- pozostałości kościoła św. Mikołaja wraz z misą chrzcielną z IX wieku
- dzwonnica ufundowana przez Jana Długosza
- grodzisko wczesnośredniowieczne, położone na wschód od wsi


Z Wiślicy wracamy drogą 776, do Koniecmostów. Obieram drogę na Winiary. Po 6 kilometrach odbijam na lewo, w drogę podporządkowaną. Przejeżdżam przez Czarkowy.
 W miejscowości wart uwagi jest cmentarz wojskowy i pomnik. W mogiłach spoczywają tu żołnierze Legionów Piłsudskiego, polegli w wojnie obronnej IX 1939, jak i partyzanci, walczący z okupantem kilka lat później.

Nida

Przejeżdżam przez Żukowice i Stary Korczyn. Droga wiedzie nieopodal rzeki i w razie potrzeby można zorganizować postój nad wodą. Wystarczy wjechać w jedną z wielu polnych dróg, prowadzących w kierunku zadrzewionych meandrów Nidy.
Po kilkunastu kilometrach jazdy niezbyt ruchliwą drogą, docieram do Winiar Dolnych i drogi krajowej 79. Trzymam się jej, po kilku kilometrach przejeżdżam mostem nad Nidą i trafiam do Nowego Korczyna.

Dzwonnica kościoła św. Trójcy w Nowym Korczynie

Nowe Miasto Korczyn (jak wcześniej nazywała się miasto) w średniowieczu było jednym z najważniejszych miast królewskich Korony Królestwa Polskiego. W 1258 roku lokuje je Bolesław Wstydliwy. Kazimierz wilki blisko sto lat później otacza Nowy Korczyn kamiennymi murami i wznosi murowany zamek nad Nidą.  Tutaj przyjmuje się  zagraniczne poselstwa, czy ustanawiano przywileje. Odbywały się tu również sejmiki generalne ziemi małopolskiej i wielkie jarmarki zbożowe.  W Nowym Mieście sformowała się również konfederacja husycka Spytka z Melsztyna, rozgromiona w bitwie pod okolicznymi Grotnikami. Miasto upada na skutek licznych pożarów i „potopu” szwedzkiego. Nigdy nie odzyskuje swego pierwotnego blasku i w traci prawa miejskie.  Dziś możemy podziwiać tylko resztki świadków złotych czasów miasta.

Warto zobaczyć:
- kościół św. Stanisława i zespół pofranciszkański z XIII wieku
- kościół św. Trójcy z XVI wieku
- Dom Długosza – budynek dawnej Akademii
- ruiny synagogi z XVIII wieku
 - Źródło św. Kingi wraz z figurą





Wyświetl większą mapę
 Trasa, jaką przebyłem wzdłuż Nidy,  ma około 47 kilometrów długości. Jechałem co prawda drogą wzdłuż zachodniego brzegu rzeki, jednak dało by  się poprowadzić i trasę alternatywną, po jej wschodniej stronie.
Niemniej jednak drogę, którą jechałem rowerem, szczerze polecam. Niekorzystnie, pod względem natężenia ruchu, wypadają tylko fragmenty drogi krajowej 79 i dróg wojewódzkich 766 i 776.
Pozostałe, lokalne „asfaltówki” są do jazdy rowerem bardzo dobrze. Natężenie ruchu samochodowego niewielkie, przyzwoity stan nawierzchni i spora „wygoda” jazdy. Mam tu na myśli fakt, że niewiele tu stromych podjazdów, czy zjazdów, za to wiele przyjemnych, płaskich odcinków doliną rzeczną.  Co prawda nie wszyscy lubią taką „monotonię” ale miłośnikom takowej, z pewnością trasa przypadnie do gustu.
Piękne widoki rozległej doliny również nie należą do rzadkości.
Trasa wzdłuż Nidy jest bardzo wartościowa pod względem zarówno walorów naturalnych, jak i stricte historycznych. Jak z powyższego opisu wynika, nie brakuje tu miejsc o prawdziwie imponującej historii, które do dziś tchną klimatem czasów swojej świetności.   Nie wiedzie tędy jeden konkretny szlak rowerowy (takowych nie brakuje), ale podążając za znakami z orientacją nie ma żadnego problemu.
Mam nadzieję, że opis wycieczki wzdłuż Nidy zachęci Was do odwiedzenia Ponidzia, wyciągnięcia roweru i pokonania trasy, którą z czystego serca mogę zarekomendować na odpoczynek niedzielnym popołudniem.

Pozdrawiam
Tomasz Duda

niedziela, 29 września 2013

Szlak czerwony im. Edmunda Massalskiego Kuźniaki - Gołoszyce w Górach Świętokrzyskich - relacja, opis szlaku

Szlak czerwony im. Edmunda Massalskiego Kuźniaki - Gołoszyce w Górach Świętokrzyskich - relacja, opis szlaku

Orientacyjny przebieg szlaku
Choć liczy około stu kilometrów, szlak czerwony imienia Edmunda Massalskiego nieoficjalnie jest jednym z „głównych” szlaków pieszych w Polsce.
Jest również najdłuższą trasą tego typu w Górach Świętokrzyskich i prowadzi przez najbardziej atrakcyjne miejsca tego regionu – Jeleniowski Park Krajobrazowy, Świętokrzyski Park Narodowy, czy Suchedniowsko – Oblęgorski Park Krajobrazowy.
Co do długości szlaku, nie jest ona jasno określona - tablica w terenie podaje 94km , Wikipedia – 105km. Przekłada się to również na czas przejścia – według znaków 24 – 26 godzin marszu.
W ostatnim roku, z inicjatywy PTTK, ustanowiono odznaki „Główne szlaki Polski”,  a odznaka brązowa przyznawana jest właśnie za przejście Szlaku imienia Edmunda Massalskiego.
Gdyby spojrzeć na mapę, ma się wrażenie, że szlak wiedzie krzywą  ze wschodu na zachód (lub odwrotnie), od północy omijając Kielce.
Dojazd do początkowych jego punktów nie stanowi problemu, gdyż miejscowości znajdują się blisko/ przy ważniejszych drogach. Gołoszyce 7 kilometrów na zachód od Opatowa, Kuźniaki 9 kilometrów na północny wschód od Strawczyna.  Dojazd busami odpowiednio z Opatowa i Kielc, w dzień roboczy jest możliwy niemal co godzinę.
Niewielka długość szlaku pozwala na modyfikacje czasową przejść.  Można iść powoli przez 4, 5 dni lub relatywnie krócej, w zależności od upodobania. Dla najbardziej wytrwałych czeka wyzwanie przejścia całego, stukilometrowego odcinka za jednym razem, w 24 godziny.


Opis szlaku


Gołoszyce - początek szlaku
Wyruszamy z Gołoszyc, wsi położonej na drodze Opatów- Kielce.  Z prawej strony  jezdni widać czerwono-białe znaki na drzewach i tablicę informującą, jakim szlakiem będziemy podążać.   Kierujemy się na północ. Po kilkuset metrach po prawej strony mijamy cmentarz I wojenny, który jest wart chwili uwagi.

Pasmo Jeleniowskie

 Szlak stopniowo zagłębia się w las i wiedzie podejściem na grzbiet Pasma Jeleniowskiego.  Pierwszym wzniesieniem, jakie zdobywamy po 4,5 km, jest Truskolaska (448 m npm).

Rezerwat Przyrody "Szczytniak"

Następnie, kierując się na zachód zaliczamy kolejne wzniesienia grzbietu  i najwyższe z nich – Szczytniak (554 m npm), gdzie możemy podziwiać częściowo zarośnięte gołoborze, a miedzy drzewami dostrzec kształt Łysej Góry (594 m npm) z charakterystyczną wieżą radiowo-telewizyjną . Samo pasmo nie jest szczególnie widokowe, ale relatywnie „dzikie” (jak na świętokrzyskie warunki) i przenosi nas w prawdziwie górski klimat.
Maszerujemy lasem, po drodze mijając ślady umocnień z czasów I wojny światowej i rezerwaty przyrody – „Goloborze Małe”, „Szczytniak”, „Góra Jeleniowska”, warte poświęcenia dłuższej chwili.

Łysa Góra spod G. Jeleniowskiej

Ze Szczytniaka schodzimy jeszcze do drogi i zaliczamy ostatnie wzniesienie pasma – Górę Jeleniowską (533 m npm).  Stamtąd, ciągle na zachód kierujemy się do pierwszej większej wioski – Paprocic, gdzie możemy uzupełnić zaopatrzenie żywnościowe.  Następnie poprzez niewielkie wzniesienie – Kobylą Górę (391 m npm) docieramy do Trzcianki. Zaraz za wsią wchodzimy na teren Świętokrzyskiego Parku Narodowego.
ŚPN jest jednym z najbardziej wartościowych pomników naturalnych, przez które prowadzi szlak Edmunda Massalskiego.

Święty Krzyż
Najpierw czerwone znaki wiodą nas na Łysą Górę (594 m npm). To sztandarowy punkt  Łysogór, jak i całych Gór Świętokrzyskich. Historia miejsca wiąże się z kultem pogańskim i poprzez legendy o miejscowych sabatach czarownic kończy się na czasach chrześcijańskich. Na Łyścu warty uwagi jest przede wszystkim klasztor Świętego Krzyża wraz z podziemiami, muzeum klasztorne i ekspozycja ŚPN.

Gołoborze na Łysej Górze

Paręset metrów od szczytu czeka ewenement - gołoborze, przy którym umieszczona jest nowoczesna platforma widokowa z rewelacyjną panoramą na okolicę.
Nieco zapomniany, choć według mnie interesujący jest również cmentarz jeńców radzickich, usytuowany nieopodal, poniżej klasztoru, w stronę Nowej Słupii.

Łysogóry zimą

Szlak czerwony prowadzi  następnie asfaltową drogą do przełęczy Huckiej, by w Hucie Szklanej odbić w kierunku liziery lasu. Kolejne kilometry przemierzamy przyjemną ścieżką, na granicy Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Po lewej stronie, przez drzewa liściaste przebijają się widok na Wał Małacentowski, zaś z prawej majaczy zalesiony grzbiet Łysogór. W lesie znajdują się dwie wiaty, gdzie można przysiąść, po czym szlak wyprowadza nas na asfalt, do Kakonina.

Kakonin

W malutkiej wsi znajdziemy interesujący budynek – to chata z 1820 roku, reprezentatywny przykład świętokrzyskiego budownictwa wiejskiego.

Kapliczka św. Mikołaja

Nieopodal chaty, szlak im. Edmunda Massalskiego skręca na północ. Zaczyna się bardziej strome podejście, które po dwóch kilometrach dreptania doprowadza nas do przełęczy Świętego Mikołaja (544 m npm).   Na miejscu spotykamy zaś klimatyczną kapliczkę pod jego wezwaniem, która zaprasza na krótki postój kontemplację.

Łysica zimą

Kolejne trzy kilometry idziemy  grzbietem Łysogór. Jego zwieńczeniem jest Łysica (612 m npm) – najwyższy szczyt szlaku im. Edmunda Massalskiego, jak i zarówno całych Gór Świętokrzyskich. To jedno z popularniejszych miejsc niedzielnych wycieczek mieszkańców Kielc, dlatego na szczycie może być tłoczno. Poza tłumami, na szczycie znajduje się drewniany krzyż, a w okolicy możemy obserwować kilka małych i zarastających gołoborzy.

Kapliczka św. Franciszka

Z Łysicy, w kilkanaście/kilkadziesiąt minut schodzimy do Świętej Katarzyny, mijając po drodze drewnianą kapliczkę pod wezwaniem Świętego Franciszka i źródełko, z którego śmiało można czerpać wodę pitną. Przed Świętą Katarzyną opuszczamy również teren Świętokrzyskiego Parku Narodowego.
We wsi, chwilę wypada poświęcić klasztorowi Bernardynek z XV wieku, który usytuowany jest przy czerwonym szlaku.

Pomnik partyzantów
Po zwiedzeniu budowli kierujemy się na południe, drogą nr 752. Szlak w tym miejscu, ze względu na ilość samochodów może wydawać się niezbyt interesujący. Pewnym urozmaiceniem jest punkt widokowy, usytuowany po prawej stronie drogi, mniej więcej naprzeciwko pomnika „partyzantów ziemi kieleckiej”, z którego rozpościera się wspaniały widok na Suchedniowsko- Oblęgorski Park Krajobrazowy.
Niewiele dalej skręcamy w prawo. Dochodzimy do miejscowości Krajno i dreptamy asfaltem, aż do końca utwardzanej nawierzchni.  Asfaltowa droga  towarzyszy nam nieprzerywanie przez niemal pięć kilometrów. Miękką ścieżkę przynosi dopiero Kraiński Grzbiet. Wędrówka nim to pokonywanie przestrzeni pośród pól i wzniesień.

Panorama z Wymyślonej

Ciekawsze widoki spotkamy nieopodal – na Wymyślonej (415 m npm). Z góry ozdobionej skałami piaskowca kwarcytowego  rozciąga się panorama na Dolinę Wilkowską i Pasmo Klonowskie.

W oddali Radostowa

 Po kolejnych dwóch kilometrach i stromym podejściu, docieramy na Radostową (451 m npm).
Z góry schodzimy w kierunku północnym, do doliny rzeki Lubrzanki.  Dalej idziemy około kilometra drogą, poczym skręcamy w prawo.

Widoki z Pasma Małastowskiego

Stromym podejściem wspinamy się na Pasmo Małastowskie. Pierwszym szczytem, jaki osiągamy, jest Dąbrówka (440 m npm). Dalej szlak wiedzie w miarę płaskim, zarośniętym lasem liściastym, grzbietem. Na 55tym, kilometrze spotykamy Diabelski Kamień – okazały fragment kwarcytowej skały, a którym wiąże się miejscowa legenda. Poza walorami naturalnymi to bardzo dobre miejsce na postój. Z Diabelskiego Kamienia czerwony szlak prowadzi nas na Klonówkę (473 m npm), gdzie warto  zatrzymać się na, na stalowej platformie widokowej.

Diabelski Kamień

Po kilometrze marszu za czerwonymi znakami, trafiamy na drogę. Tu czeka kolejny asfaltowy odcinek do przejścia. Schodzimy przez wieś Masłów Pierwszy i przed charakterystycznym kościołem skręcamy w prawo.  Niewiele dalej wiejskimi uliczkami wychodzimy wreszcie na pole.

Masłów, widok na Domianówkę

 Podejście na Domianówkę (417 m npm) wiedzie krzaczastą ścieżką i jest niezbyt strome. Schodząc z góry szybko docieramy do przełęczy pomiędzy Domianówką, a Białą . W oddali, na południu widać przedmieścia Kielc, ale szlak prowadzi w przeciwną stronę. Leśną ścieżką idziemy około kilometra, po czym docieramy do kolejnego asfaltowego odcinka. Prowadzi  przez wsi Koszarka i Dąbrowa, kilkaset metrów wzdłuż drogi krajowej nr 73, po czym skręca w lewo, w las.

Idziemy teraz stosunkowo płaskim terenem, nieco pod górę.  Trudno odróżnić, kiedy przechodzimy przez wzgórze Sosnowiec, po czym idziemy dalej na południowy wschód. Szlak w pewnym momencie przechodzi wiaduktem nad drogą szybkiego ruchu, po czym znowu niknie w lesie.  Po 70tym kilometrze marszu wychodzimy powrotnie na drogę, na wzgórzu Krzemianka (385 m npm).  Czeka nas kolejny odcinek asfaltu, tym razem niezbyt przyjemny, wiodący wąskim poboczem wzdłuż ruchliwej drogi Kielce-Zagnańsk.

Pomink 4PP AK

 Po dwóch kilometrach skręcamy w lewo, przy stosunkowo nowym pomniku żołnierzy Armii Krajowej.
Wchodzimy w leśną drogę, która prowadzi do miejscowości Tumlin. Odcinek ma około 5 kilometrów, zaś w połowie odległości znajduje się wiata, w sam raz na postój. Przez Tumlin również idziemy drogą asfaltową. W miejscowości warto obejrzeć barokowy kościół z 1599 roku.
Z Tumlina wychodzimy drogą na wschód, w kierunku widocznego wzniesienia.

Rezerwat Przyrody "Kamienne Kręgi"

To Góra Grodowa (395 m npm) , która w tradycji uważana była  za święte wzniesienie pogan.  To jedno  z ciekawych miejsc w regionie. Na jednym ze zboczy usytuowana jest odkrywkowa kopalnia piaskowca, zaś na szczycie znajduje się geologiczno – archeologiczno – leśny  Rezerwat Przyrody „Kamienne Kręgi” i zabytkowa kapliczka z polowy XIX wieku.  Miejsce jest naprawdę klimatyczne i polecam je odwiedzić.

Wzgórza Tumlińskie

Następne dwa kilometry schodzimy w dolinę. Przechodzimy przez wieś Tumlin – Podgrodzie i docieramy do ścieżki wiodącej wzdłuż lasu. Po kilkuset metrach zagłębiamy się nią już między drzewa i wspinamy stromym podejściem na Wykreńską (401m npm).Mimo, iż wzniesienie niewielkie, od tej strony maże naprawdę dać w kość.

Ciosowa Góra

Kolejne kilometry szlaku im. Edmunda Massalskiego prowadzą Wzgórzami Tumlińskimi. To jeden z bardziej urozmaiconych odcinków w tej części szlaku. Mijamy kolejno Kamień (399 m npm) i Ciosową Górę (365 m npm), gdzie znajduje się piękne odsłonięcie piaskowca triasowego  – jako pozostałość po nieczynnym kamieniołomie.
Schodząc z Ciosowej Góry docieramy do wsi Porzecze i wchodzimy na drogę. Tu zaczyna się chyba najdłuższy asfaltowy odcienie szlaku, więc dobrze na to się przygotować, choćby psychicznie. Nieprzyjemna nawierzchnia ciągnie się prawie 5 kilometrów i wyprowadza na Baranią Górę (426 m npm).

Widok z Baraniej Góry 

Ze wzniesienia rozpościera się niebanalny widok na Wzgórza Tumlińskie. Tu również znajduje się skrzyżowanie ze szlakiem czarnym, który prowadzi do pobliskiego Oblęgorka, a nieopodal szlaku usytuowany jest Rezerwat Przyrody o tej samej nazwie, kryjący warte obejrzenia wąwozy.
Z Baraniej Góry idziemy prosto na wschód. Schodzimy w dolinę, przechodzimy wzdłuż drogi i pniemy się na koleje wzniesienie.  Siniewska Góra (449 m npm) jest najwyższa w całym Paśmie Oblęgorskim.  W tym kompleksie leśnym zawiera się również główna część Suchedniowsko-Oblęgorskiego Parku Krajobrazowego.

Widok z platformy w Sieniowie

Zejście z Sieniawskiej jest bardzo długie i monotonne. Warto zatrzymać się po drodze w Sieniowie i wejść na sporych rozmiarów platformę widokową.  Po wyjściu z lasu przechodzimy pomiędzy polami i przecinamy drogę . Przed nami rozpościera się widok na Górę Perzową (395 m npm).

Perzowa Góra i kapliczka św. Rozalii

Geologiczno –leśny rezerwat przyrody, który znajduje się nieopodal szczytu jest według mnie jednym z najbardziej klimatycznych miejsc w całych Górach Świętokrzyskich. Na jego terenie znajdują się znacznej wielkości odsłonięte bloki piaskowca triasowego, które miejscami mają po kilka metrów wysokości. W grotę, pośrodku największego skupiska skalnego  wkomponowana jest  XVIII wieczna kapliczka pod wezwaniem św. Rozalii.  Bloki piaskowa porośnięte są mchem i rażą intensywną zielenią, sam zaś szlak wiedzie pomiędzy nimi urozmaiconą ścieżką.

Perzowa Góra

Rezerwat zachęca do dłuższego postoju, a miejsce po ognisku tylko potwierdza, że wielu turystów  z tego postoju korzysta.
Z Perzowej Góry już tylko 3 kilometry dzielą nas od końca szlaku. Wchodzimy jeszcze na Kuźniacką Górę – ostatnie wzniesie na szlaku i łagodną ścieżką w dół idziemy w kierunku miejscowości.

Kuźniaki - koniec szlaku

Dochodzimy do Kuźniak. Kilka metrów przed ulicą, po prawej stronie drogi znajduje kamień z  tablicą, informujący o końcu szlaku.
Pokonaliśmy ponad 100 km. Nie pozostaje nic innego, jak skręcić w prawo i podejść do przystanku autobusowego, usytuowanego nieopodal. Wypada jeszcze „zawiesić oko” na ruinach wielkiego pieca hutniczego z końca XVIII wieku i z czystym sumieniem można wracać do domu.

Ruiny wielkiego pieca hutniczego w Kuźniakach



Mam nadzieję, że opis i zdjęcia zachęcą Was do odwiedzenia Gór Świętokrzyskich, a szczególnie szlaku im. Edmunda Massalskiego. Niepozorny, niezbyt popularny,  ale za to charakterystyczny i z pewnością wart poświęcenia urlopu, weekendu, niedzieli.
Zapraszam i polecam.

Galerie:
Gołoszyce - Dąbrowa 2010

Kuźniaki - Dąbrowa 2013

Tomasz Duda