czwartek, 9 stycznia 2014

Przedświąteczne, zimowe Tatry Zachodnie 2013 – rewanż

Przedświąteczne, zimowe Tatry Zachodnie 2013 – rewanż 

Kiedy ponad rok temu, 22 grudnia 2012 z opuchniętymi i przemarzniętymi palcami u stóp schodziłem stokami Kamienistej, w głowie szykowałem już plan rewanżu. Tatry Zachodnie dały nam ostro w dupę. Świeży śnieg po pas, ciężkie plecaki, odwodnienie i duży skład. To, że wyjazd jako taki się udał i było przyjemnie możecie przeczytać w RELACJI, jednak poza faktem wycieczki czułem niedosyt i z żalem patrzyłem na ośnieżone szczyty, na które nie dane mi było wejść.  Kolejne przejście polskich Tatr Zachodnich zimą planowałem w marcu tego roku.  Pół metra świeżego śniegu i III-ka lawinowa po raz kolejny dosadnie ostudziły moje zapędy.  Wtedy, wraz z Januszem oddaliśmy pola walkowerem. Przyszło czekać na nowy sezon…
W pierwszym tygodniu grudnia, gdy doszły mnie słuchy o poważnych opadach śniegu w Tatrach, nadstawiłem oka i ucha na prognozy. Kilkunastodniowe obserwacje wykazały, że puchowa pokrywa powoli się stabilizuje, a pogoda dobrze rokuje na przedświąteczny okres. Gdy tydzień przed wigilią dostałem potwierdzenie dobrych prognoz, postanowiłem zaaranżować wyjazd. Gwoli przygotowań zwołałem Janka i Janusza (tego ostatniego z pokoju obok) i wyłożyłem propozycję, która została szybko zaakceptowana. Zaplanowaliśmy wycieczkę bez pośpiechu, ale z zamiarem przejścia całej grani polskich Tatr Zachodnich zimą. Priorytetem była mała waga plecaków, czyli jeden namiot, rozsądna ilość jedzenia i minimum rzeczy potrzebnych na co dzień normalnemu człowiekowi.


Podróż z Lublina do Krakowa rozpoczynamy już 19 grudnia  w nocy. Bus wyjeżdża chwilę po 22-ej i o 2:30 dociera do dawnej stolicy Polski.  Od upragnionego noclegu dzielą nas 3 kilometry i pół godziny marszu, które bez pośpiechu przechodzimy. Snu nie ma zbyt wiele – jakieś 2 i pół godziny musi na dziś wystarczyć.  Z krótkiej drzemki budzimy się o 6:00 i biegniemy na pierwszego Szwagropola do Zakopanego.  Zdążamy! Kolejne  dwie i pół godziny przesypiamy z głowami na plecakach, by oczy otworzyć dopiero na zaśnieżonym dworcu. Zmiana krajobrazu z jesiennego na zimowy przyprawia wszystkich o dobry nastrój. Szybko przepakowujemy się i wsiadamy w pierwszego busa do Doliny Chochołowskiej o 9:15. 6 zł – od ostatniego razu podrożało cholerstwo!

Wkoło utrzymuje się przyzwoita pogoda. Słońce świeci jakby przez mgłę, ale ciemnych chmur brakuje i wiatr również póki co nie dokucza. Dobra nasza. W takich warunkach wychodzimy do Doliny Chochołowskiej i po zmianie odzienia na marszowe zbieramy się w drogę. Plecaki niezbyt ciężkie, okolica piękna toteż szybko pokonujemy odległość dzielącą nas od schroniska. Turystów zbyt wielu nie ma – taki urok dni przedświątecznych.  Wielkie i puste schronisko okupujemy ponad pół godziny. Spożywamy „ciężkie” jedzenie, uzupełniamy płyny, robimy świeżą herbatę i zakładamy detektory.
















Parę minut po 12-stej zaczynamy podchodzić na Grzesia (1653 m). Szlak jest przetarty, wydeptany i śliski. Bez pospiechu pokonujemy kolejne metry w lesie.  Wraz z wyjściem na polanę pojawia się więcej śniegu. Często wpadam po kolano i wyżej, ale skorupa wydaje się twarda i robi nadzieję na dobrą stabilność śniegu na grani. Szczyt Grzesia jest przewiany, a grzbiet wyprowadzający na Rakoń (1879 m) solidnie schodzony.  Maszeruje się przyjemnie, chociaż coraz bardziej daje o sobie znać wiatr. Na Rakoniu jesteśmy niedługo przed zachodem słońca. Nad słowacką częścią Tatr Zachodnich obserwujemy gorejący horyzont, dobrze kontrastujący z zachmurzonym niebem. Choć pora jest już późna, a my nie znamy terenu za Wołowcem, decydujemy się zaryzykować dalszy marsz. Bez chwili zwłoki zwracamy się z stronę szczytu  Wołowca (2064 m) i napieramy. Wiatr na tym odcinku męczy nieznośnie i wyprowadza z rytmu kroków.  Podmuchy przewalają się z zachodu na wschód po grani tworząc nawisy od strony Wyżnie Doliny Chochołowskiej i wyciskając łzy z naszych oczu.


Na Wołowiec wchodzimy o zmroku. Najbliższej przełęczy nie widać dokładnie, ale schodzimy „na czuja”. Raki na podejściu okazały się zbędne , a teraz nie chce nam się ich wyjmować, bo i teren dziwny. W większości śniegu brakuje, jednak co jakiś czas zdarzają się duże łachy, a szlak jest czasem oblodzony.  Schodzimy niespiesznie i ostrożnie, bo jakoś na ramieniu czuję że o wypadek łatwo. Gdy już nie widać po czym stąpamy, wyciągamy czołówki i  w ich świetle, o 17:40 dochodzimy do Dziurawej Przełęczy. Na miejscu udaje się znaleźć zaciszne, ośnieżone miejsce, w którym kopiemy platformę i rozstawiamy namiot. Gdy konstrukcja jest już zamocowana, wciskamy się we trójkę do dwuosobowego namiotu i oddajemy wykonywaniu czynności żywieniowych. Wbrew pozorom, przy deficycie miejsca nie jest to łatwe.   Po ugotowaniu wody dla siebie i w termosy na przyszły dzień oraz spożyciu przydziału na dziś, w okolicach 21ej kładziemy się spać.


Budzik dzwoni o 6:00, budzimy się , po czym zasypiamy jeszcze na pół godziny. Ponownie zrywamy się późno i trzeba ostatkiem woli zagęścić ruchy.  Zbieranie się do wyjścia w trójkę jest trochę gorsze od wieczornych manewrów, ale jakoś wychodzi.  Gotujemy wodę, wciągamy musli i ogarniamy się. Ze zwinięciem namiotu schodzi nam do 8:30, czyli długo.  Nic dziwnego, wkoło krajobraz wprost zniewala. Od  ciemności ranka, aż do wschodu słońca, światło funduje nam wspaniały spektakl. W tle za nami majaczy groźny kształt Ostrego Rohacza. Z tej perspektywy i oświetleniu  wygląda co najmniej na Matterhorn.

Nauczony wczorajszym niepewnym zejściem sugeruję założyć dziś raki, co wszyscy robimy.  Nie widać zbyt dużo śniegu, ale lód na wydeptanej grzędzie nie daje żadnego oparcia i strach po tym chodzić. Obserwując stado kozic w okolicach szczytu powoli zaczynamy stawiać kroki w ich kierunku, ja prowadzę. Tatry Zachodnie w tym momencie wyglądają osobliwie. Po słowackiej stronie nie ma  zbyt wiele śniegu, taki pseudo wiosenny krajobraz. Perspektywa zmienia się, gdy spojrzymy na polską stronę grani – tam zima pełną gębą. Bardzo ciekawie obserwuje się jednocześnie te dwa różne światy idąc grzbietem.  Jest po prostu pięknie. Szybko mijają kolejne godziny, a z nimi szczyty – Jarząbczy Wierch (2137 m), Kończysty Wierch (2002 m) i Starobociański Wierch (2176 m).  Maszerujemy bez pośpiechu, ale i bez zbędnych postojów. Utrzymujemy przyzwoite tempo, a samopoczucie dopisuje każdemu. Po drodze mijamy kilku turystów na skiturach oraz człowieka w dziwnym stroju i butach, „lost in time and space”. Słońce mocno grzeje, choć odczuwalna temperatura bardzo się waha. Gdy maszerujemy przez odsłonięty od wiatru trawers jest naprawdę ciepło, ale na zacienionym podejściu smaganym wiatrem lepiej zagęścić szybkie kroki.  Na Starobociańskim Wierchu postanawiam ułatwić nam zadanie trawersem szczytu. Pech chce, że nie patrzę przy tym na mapę i kierując się na południową ścianę nadrabiamy długi odcinek drogi po koszmarnym i ruchomym piargu. Skąpy dwa razy traci, chciało by się rzec.

Pod Liliowymi Turniami urządzamy sobie drugi dziś postój, pseudo obiadowy. Słońce świeci, wiatr jakby ucichł, widoki wkoło jak z bajki – aż chce się ż(r)yć.  Przypatrujemy się naszemu kolejnemu celowi, Błyszcz (5158 m) mu na imię. Z naszego punktu widzenia wygląda bardzo wybitnie, a prowadząca  ścieżka wiedzie wieloma zygzakami. Pół godziny później jesteśmy już pod Błyszczem. Po moich traumatycznych doświadczeniach z piargiem oddaję teraz rolę pierwszego Januszowi.

















Po pół godziny człapania jesteśmy już w okolicach kopuły szczytowej, którą trawersujemy i czekamy na Janka, który odstał nam kilkaset metrów. W trójkę schodzimy w  kierunku Pyszniańskiej Przełęczy. Tam szlaku żadnego nie widać, a śniegu jest jakby więcej. Słońce powoli zachodzi, a my pędzimy do przełęczy żeby się rozgrzać, gdyż przemarzliśmy trochę podczas oczekiwania w cieniu.  Podłoże jest bardziej niestabilne. W większości śnieg utrzymuje nasz ciężar ale często zapadam się po kolana i niewidoczne dziury pomiędzy skałami.  Korzystając z ostatnich promieni słońca zatrzymujemy się na podejściu na Kamienistą.  Aby dodać sobie animuszu wciągamy solidną porcję czekolady.  Po dniu chodzenia zaczynam czuć stopy. Wnioskuję, że pięty mam już poobdzierane, a lewa stopa która w dziwnych okolicznościach spuchła  już kilka dni temu, teraz zaczyna bardziej niż zwykle dokuczać. Dziwne myśli o stopach tu znak, ze trzeba się ruszać.

Gdy słońce znika za masywem Błyszcza zarzucamy plecaki na cielska i atakujemy Kamienistą (2121 m). Szczyt ten bardzo przypomina mi o zeszłorocznym wycofie i ma znaczenie symboliczno-strategiczne. Symboliczne już wyjaśniłem, a drugą funkcję przypisuje mu z powodów znajomości drogi. Od tej pory idę trasą, którą znam i mam świadomość, że po ciemku znajdę z pamięci dobre miejsce pod namiot.  Po zejściu z Kamienistej efektywnym trawersem. obserwujemy zachód słońca. Późno już, a nam zostało jeszcze kilka kilometrów do zrobienia. Podejście z Hlińskiej Przełęczy na Smreczyński Wierch (2066 m) jest bardzo uciążliwe. Niewiele śniegu leży na skałach, a jeśli już jest to bardzo niestabilny. W większości nie można pewnie postawić stopy, a trzeba sporo się nagimnastykować.

Gdy wchodzimy na Smreczyński wkoło zapada zmrok. W jednej chwili przestaje również wiać i zapada cisza.  Idealny moment na chwilę kontemplacji, a kilka minut wystarcza na wyciągnięcie czołówek. Do Smreczyńskiej Przełęczy schodzimy już w całkowitych ciemnościach i docieramy tam o 17:30. To dobre miejsce na nocleg, więc postanawiamy zabiwakować. Niestety nie ma większego zagłębienia i wiatr mocno wieje przy budowie platformy, ale we trójkę z trzema łopatami kopanie przebiega nader sprawnie.
Praca nad rutynowymi czynnościami trwa dziś dłużej niż poprzedniego wieczoru. Po raz kolejny przy gotowaniu wody najbardziej angażuje się Janusz, pełniąc funkcję miłościwie trzymającego konstrukcję palnik-garnek.  Czujemy się odwodnieni i tego wieczoru pochłaniamy litry wody, rozmieszanej z czymkolwiek, co udało się znaleźć w plecaku. Sporządzamy również mikstury do termosów  na kolejny dzień. Znużeni kładziemy się spać przed 22-gą. Obdukcja moich stóp nie wypada zbyt korzystnie – faktycznie obie pięty obdarte, a place lewej nogi spuchnięte.



W nocy solidnie wieje i trzepocze namiotem. W powietrzu unosi się sporo śnieżnego pyłu. Na szczęście, budząc się  o 6 rano z zadowoleniem oceniamy, że w namiocie puchu nie przybyło. Zasypało natomiast wszystko, co znajdowało się w przedsionkach, w tym skorupy.  Ranek po raz kolejny jest pogodny, ale po niebie grasują stada chmur. Pomimo starań i szczerych chęci, guzdrzemy się dzisiaj wyjątkowo.  Moje stopy zaś niezbyt chętnie poddają się procedurze wbicia w skorupy.  Wyruszamy dopiero o 9:00  rano, w kierunku Tomanowego Wierchu Polskiego, póki co w rakach. Trochę wieje z północy, ale zdobywanie wysokości od rana upływa bardzo przyjemne. Prowadząc wyszukuję drogi w śniegu i wybijam stopnie. Inne niż poziome ułożenie butów sprawia mi ból w obtartych i nierozchodzonych jeszcze stopach.







Na Tomanowym zatrzymujemy się tylko, aby wyciągnąć czekany – zejście nie wygląda najpewniej, a wygodniej by było nie polecieć.  Początkowo idzie dobrze, ale na bardziej stromym odcinku pakujemy się na duży śnieżny stok, który pokonujemy w dużych odstępach, wbijając czekany po głowicę.  Na szczęście śnieg dobrze trzyma, a gorzej związany jest dopiero niżej, pod przełęczą.  Na Tomanowej Przełęczy robimy postój i spotykamy dwóch skiturowców, którzy idą w kierunku Tomanowego Wierchu Polskiego.


Przed nami jak ściana wyrasta potężny masyw Ciemniaka (2067 m). 400 metrów pod górę.  Z dołu wyszukuję drogę pomiędzy łatami traw wytopionego śniegu, która wygląda w porządku. Pozbywamy się raków.  Pierwsze niespełna 300 m podejścia na Stoły (1956 m) uświadamia mnie że to dobra decyzja i południowo wystawiony śnieżny stok jest słabiej związany niż te po których chodziliśmy do tej pory.  Zapadając się w dwóch na trzy kroki, wyrabiam metry dzielące mnie od szczytu. Noga za nogą, podejście męczące ale przyjemne i dające sporo satysfakcji. Po podejściu na Stoły,  możemy  obserwować dalszą drogę.  Widok niestety nie napawa optymizmem. Biorąc pod uwagę dotychczasową ilość śniegu, podejście na Ciemniak wygląda paradoksalnie.


Na grani i najgorszym stromym trawersie leży bardzo dużo świeżego śniegu. Na wypłaszczeniach powyżej – nie ma go prawie wcale.  Od północnego zachodu zbliżają się do nas chmury – znak że trzeba się spieszyć, aby ewentualne załamanie nie zastało nas w takim taktycznie-niekorzystnym miejscu. Pierwsze odcinki grani nie sprawiają problemu.  Niepewne jest za to kilkaset metrów stromego trawersu, prawą stroną grani, poniżej skał.  Tu również śnieg nie jest dobrze związany. Stok pokonujemy odcinkami. Od jednej  skały do drugiej. Automatycznie, na komendy. Idzie bardzo sprawnie, a poruszanie się na nielicznych, twardych odcinkach sprawia dużą frajdę.

Najwięcej problemów sprawiają stoki pomiędzy zaśnieżonymi piargami. Puch jest tu bardzo niestabilny i nieraz wpadamy w dziur bez dna. Na szczęście obywa się negatywnych konsekwencji.  Jak wspomniałem, wyżej robi się bardziej płasko, a po grzbiecie Ciemniaka spacerują turyści. Niedługo przecinamy czerwony szlak. Od tego momentu został najłatwiejszy odcinek, do tego solidnie wydeptany. Dobra moja. Stopy domagają się szybkiego wyciągnięcia z butów. Skóra na piętach odeszła w niepamięć, a spuchnięte place lewej stopy bolą, sztywno siedząc w bucie. To droga jest już jasna i bezpieczna.  Idziemy z Januszem szybciej, a kilkaset metrów za nami bieży Janek.  Na wietrznym, ale płaskim grzbiecie Czerwonych Wierchów nie brakuje ludzi. Pogoda i czas w  sam raz na niedzielną wycieczkę. Dalszy marsz nie przysparza nam problemów i gdyby nie bolące nawet byłby przyjemny.





Szybko zostawiamy za sobą kolejne płaskie szczyty – Małołączniak (2096 m) i Kondracką Kopę (2004 m). W drodze Janusz dzwoni do Murowańca i rezerwuje nam nocleg na dziś. Na Przełęczy pod Kopą Kondracką urządzamy dłuższy postój, czekając na Janka. Wieje z każdej strony i szybko marzniemy. Po spożyciu tabliczki czekolady z ulgą zarzucamy plecaki i wychodzimy dalej. Ostatni fragment drogi w stronę Kasprowego jest mocno zdeptany. Przypominam sobie mijane miejsca, gdzie rok temu torowaliśmy w śniegu po pas. Dziś w sumie puchu nie brakuje i każde zejście ze ścieżki kończy się wpadnięciem za kolano, jednak nie zbaczając szlaku można iść jak po betonie. Skrzętnie to wykorzystujemy przy trawersowaniu Goryczkowej Czuby (1913 m) i Pośredniego Wierchu Goryczkowego (1973 m).

Podchodzimy na Kasprowy Wierch (1987 m) przy pięknym zachodzie słońca, wtaczając się do górnej stacji kolejki o godzinie 17:00. To nasz ostatni postój i ostatnia tabliczka czekolady.  Kilkanaście minut później opuszczamy to miejsce. W oddali kilku turystów fotografuje zachodzące słońce nad pasmem Zachodnich. Robimy ostatnie wspólne zdjęcie  i zadowoleni z wycieczki schodzimy do Murowańca. Godzinę później przekraczamy próg schroniska. Wycieczka kończy się sukcesem.



Grudniowy wyjazd w Tatry Zachodnie dla każdego z naszej trójki był satysfakcjonujący. Tłoku na szlakach jak zwykle nie uświadczyliśmy, pogoda dopisała, a zamierzone przedsięwzięcie udało się zrealizować. Co się okazało kilka dni później, o dzień zdążyliśmy przed halnym i kataklizmem jaki przetoczył się przez Tatry i Podhale 24 grudnia.  Kolejny i ostatni wyjazd roku 2013 udał się w 100 procentach. Żywię głęboką nadzieję, że tendencja ta utrzyma się przez cały rok kolejny.  Januszowi i Jankowi dziękuję za kolejny wyjazd, byle więcej takich.
Pozdrawiam
Tomasz Duda

GALERIA





środa, 8 stycznia 2014

Prezentacja z wyprawy Pik Lenin 2013

Witam wszystkich.

Mimo iż od wyprawy do Kirgistanu minęło trochę czasu, my jednak dalej staramy się podtrzymać temat. 
Tym razem urządzamy prezentację powyprawową, na którą serdecznie wszystkich zapraszamy. Porozmawiamy o przygotowaniach i realizacji wyjazdu do Kirgistanu, pokażemy zdjęcia, odpowiemy również na wszystkie pytania i miejmy nadzieje, że umilimy wasz wtorkowy plan dnia. 
Prezentacja odbędzie się we
wtorek, 14 stycznia 2014, godz. 18:00. 

Miejsce to 

Wydział Chemii UMCS, 
aula "B"

Jeszcze raz serdecznie zapraszamy wszystkich zainteresowanych, chętnych posłuchać o studenckiej wyprawie w góry Pamiru. 


Tomek, Janusz, Janek. 

piątek, 3 stycznia 2014

Podsumowanie roku 2013

Podsumowanie roku 2013

Kolejny rok za nami. Nie wiem jak wam, ale mi te 365 dni przeleciało przed oczyma niczym kalejdoskop. Paradoksalnie, po raz kolejny…
Nie znaczy to bynajmniej, że nie działo się nic godnego uwagi i dlatego czas szybko zleciał. Przeciwnie, dla mnie rok 2013 to jeden z najlepiej spożytkowanych okresów w życiu i wielka baza zrealizowanych celów, osiągniętych marzeń i wspaniałych wspomnień.

Jak na blogu można przeczytać, ubiegły rok spędziłem szczególnie aktywnie. Nawet bardziej niż do tej pory. Wreszcie udało mi się polubić bieganie.  To, co kiedyś robiłem tylko pod przymusem i z poczucia obowiązku teraz przychodzi mi łatwo. Tydzień bez biegania, to tydzień stracony, a po kilku dniach bez ruchu czuje się psychicznie ociężały.  Przez rok przebiegłem prawie 1000 kilometrów, drugie tyle schodziłem. Ktoś powie, ze duży sukces – niekoniecznie. Spektakularnych sukcesów właśnie brakuje, status quo utrzymuje się pomimo niespożytej woli progresu  i coraz bardziej zdaję sobie sprawę, że nie należę do „urodzonych biegaczy”. Łatwo przychodzą natomiast kontuzje, które demotywują i przerywają rytm treningu. Po roku, jak ktoś ładnie powiedział, „uczę się omijać kontuzje” i coraz lepiej mi to wychodzi. Powoli, przyjemnie, nic na siłę – to moja aktualna doktryna.  Ponad to z miasta przerzucam się na nieutwardzone ścieżki, mniej lub bardziej pagórkowate. Kiedy tylko mogę staram się przebiegnąć kilkanaście kilometrów w okolicach ”moich” Gór Świętokrzyskich, co sprawia mi wielka przyjemność.  
Liczę że w 2014 r. będzie lepiej. Mam nadzieję omijać urazy i wreszcie zaliczyć maraton. Czy się uda?

W  lipcu 2013 sukcesem zakończyłem wraz z Januszek przejście słowackich Karpat Zachodnich, dla mnie już czwartego odcinka Łuku Karpat.  Został najdłuższy, ale nie najtrudniejszy etap – Karpaty Wschodnie w Rumunii – cel na nowy rok i pozostaje wierzyć, że Projekt Łuk Karpat 2010-2o14 uda się zamknąć.

Największym przedsięwzięciem roku okazał się oczywiście wyjazd do Kirgistanu na Pik Lenina. Mimo iż nie udało się zdobyć szczytu, to jednak w każdym innym aspekcie wyjazd zakończył się sukcesem. Osiągnąłem życiowy rekord wysokości, nabyłem nieocenione doświadczenie w górach wysokich, pokochałem tamtejszą przyrodę i z pewnością tam wrócę.  Samo przygotowanie wyprawy trwało ponad 3 miesiące i stało się poligonem doświadczalnym,  dającym cenne lekcje na przyszłość.

Początek 2013 r. był dla mnie również pierwszym sezonem narciarskim. Po kilku dniach na stoku bardzo polubiłem ten sport oraz mam nadzieję, że niebawem spadnie śnieg i w 2014 r. będę mógł doskonalić moje umiejętności szusowania na dwóch deskach.

Rok 2013 to także małe lokalne sukcesy, które może niebyt spektakularne, ale subiektywnie niesamowicie cieszą. Kilka dni przed Świętami wraz z Jankiem i Januszem zrewanżowaliśmy się polskim Tatrom Zachodnim i przeszliśmy w 2,5 dnia całą grań. Za rok może uda się zrobić słowacki odcinek?  Miesiąc siedzenia w domu podczas wakacji pozwolił mi uskutecznić kilka mniejszych wyciecze po okolicy i poznać dokładniej Góry Świętokrzyskie, Dolinę Nidy i Ziemię Sandomierską.  Ukończyłem również marsz szlakiem czerwonym im. Edmunda Massalskiego w Świętokrzyskich, niestety nie podczas jednej wycieczki. Może w 2014 się uda?
Przyznam, że zaniedbałem rower. Coroczne przedsięwzięcie powrotu do domu na tym środku transportu, niestety z przyczyn wyższych nie powiodło się. Treningi też przeważnie wychodziły pod kątem biegowym, gdyż dają lepszy rezultat. W konsekwencji urządziłem tylko ponad 20 wycieczek rowerowych, w tym najdłuższa 120 km. W ciągu sezonu przejechałem około 1000 km. Wszystkiego mieć nie można. Niestety.  W tym roku z pewnością wycisnę więcej !
W ciągu 2013 r., na blogu pojawiło 57 postów, które objętościowo znacznie się różniły. Dodając do tego pracę nad blogiem „Pik Lenin 2013”, na moje konto mogę zaliczyć ponad 70 wpisów.  W ciągu minionego roku strona osiągnęła około 50 tys. wyświetleń. Obiektywnie patrząc – statystyka skromna, jednak to zawsze coś, i okrągła liczba potrafi ucieszyć. Przynajmniej mnie, biorąc pod uwagę, że nie piszę pod kątem wyświetleń, nie bawię się z pozycjonowaniem i dodaję średnio 4-5 postów w miesiącu.
W 2013 zaliczyłem około 17 wyjazdów, z których podzieliłem się wpisem, co daje 1,5 wycieczki na miesiąc.  Dobrze, że nie można wydanej kasy policzyć, bo byłby dramat…   Tyle gwoli statystyk i liczb.

Miało być parę zdań podsumowania, a wyszło jak zwykle.  Myślę, iż na podstawie powyższego mogę zaliczyć rok 2013 do „bardzo”, jeśli nie „najbardziej” udanego okresu w moim życiu. Zostało masę wspomnień, doświadczeń i udało się więcej osiągnąć niż stracić. W przyszłości trudno będzie osiągnąć taką statystykę. Niemniej jednak trzeba próbować. „Jak się nie da, jak się da”, byle do przodu.
Tym samym oficjalnie witam w nowym roku oraz życzę sukcesów i wytrwałości!
Join the game!

Tomasz Duda



piątek, 27 grudnia 2013

Rajd mikołajkowy UKT Mimochodek 06-08.12.2013 – retrospektywna relacja

Rajd mikołajkowy UKT Mimochodek 06-08.12.2013 – retrospektywna relacja 

Kiedy świątecznym rankiem spoglądam na termometr nie mogę zobaczyć oznak zimy. Prawie dziesięć stopni powyżej zera, chmury i raczej szara okolica ze sterczącymi kikutami drzew nie napawa optymizmem.  Bożonarodzeniowy nastrój nie udziela się za oknem i żeby jakoś ratować sytuację wspomnieniami przenoszę się trzy tygodnie wstecz, do rajdu mikołajkowego.

Grudniowy wyjazd klubu UKT Mimochodek odbył się pod hasłem celebracji dnia 6 grudnia. Wybór miejsca od początku nie był jednoznaczny. Początkowo rajd miał koncentrować się w okolicach Białowieży, niemniej jednak na parę dni przed wyjazdem zmieniliśmy plany i obszarem zainteresowań stało się, jak i rok temu Roztocze. Bez zwłoki koledze Adamowi udało się zarezerwować sprawdzony nocleg w Hucie Różanieckiej, skompletować ludzi i pozostało odliczać godziny dzielące nas od piątku.
Pogoda na weekend nie zapowiadała się najlepiej, jednak co najważniejsze – zimowo.   Chwycił lekki mróz, w Lublinie zaczął pruszyć śnieg, a media donosiły o wielkich huraganach. Początkowo zbagatelizowaliśmy symptomy zimy, jadąc przez uporządkowane miasto, jednak niedługo po minięciu Szczebrzeszyna otoczył nas całkiem inny klimat. Pola znikąd zabieliły się śniegiem, a drogi oblodziły.  Trasy gorszej kategorii, jakie musieliśmy pokonywać stały się niebezpiecznie białe. W konsekwencji droga dłużyła się, a pokonanie stu kilometrów zajęło ponad trzy godziny.

W pierwszej kolejności, korzystając jeszcze z piątku zamierzaliśmy zaatakować źródła Tanwi. Zawianymi drogami powoli minęliśmy Narol i kilkanaście kilometrów dalej zatrzymaliśmy się w Hucie-Złomy.  Miejsce postoju ustaliliśmy ze spotkanym gospodarzem, który nie bardzo pochwalał nasze pomysły nocnego marszu. Wkoło zapadał zmrok, a dokoła hulała prawdziwa zima. Kilkanaście centymetrów śniegu, noc, wichura nie odstraszyły nas od spaceru. Nawigację zapewniał GPS w telefonie i chwała mu za to. Niemal po omacku kierowaliśmy się kolejnymi leśnymi ścieżkami, mijając po drodze jakieś punkty odniesienia. Nocne poszukiwania bunkrów linii Mołotowa zakończyły się porażką, nie zlokalizowaliśmy żadnego. Jako iż pora stawała się coraz bardziej późna, postanowiliśmy iść na azymut w kierunku „szczytu” wzniesienia – Wielkiego Działu.(390,4m). Ku naszemu zdziwieniu jak spod ziemi wyrosła tabliczka informująca iż jesteśmy na miejscu. Dalej kierowaliśmy się szlakiem niebieskim robiąc łuk na południe i zachód. Minęliśmy Rezerwat „Źródła Tanwi”, ale niczego nie zauważyliśmy w egipskich ciemnościach. Jeszcze kilka kilometrów asfaltem i znaleźliśmy się przy samochodzie.  Podczas zakupów w lokalnym sklepie przekonaliśmy się, że we wsi nic się nie ukryje,  a o naszym wyjściu wie już pani ekspedientka, miejscowy żul i mysz w ciemnej dziurze.

Po zrobieniu kilku kilometrów w zamieci na mrozie, wnętrze samochodu wydało się bardzo ciepłe i przytulne. Zadowoleni przejechaliśmy ostatni dwadzieścia kilometrów i znaleźliśmy się w Hucie Różanieckiej. Szkoła zamieniona na schronisko PTSM była ogrzewana chyba tylko ad hoc, w tym wypadku na nasz przyjazd. Na miejscu zastaliśmy drzwi otwarte, ale wewnątrz za ciepło nie było. Nie przeszkodziło to bynajmniej w rozlokowaniu się na łóżkach i czekaniu na pozostałą część gawiedzi, która dotarła dopiero późno w nocy. Jeszcze w skromnym gronie rozkręciliśmy ciepła atmosferę, która przedłużyła się po przyjeździe wszystkich „mimochodków”.


Ranek 7 grudnia przywitał nas zimowym i mroźnym klimatem. Śnieg ciągle padał, w okna dmuchał wiatr,  a nastroje dopisywały. Niespiesznie poczyniliśmy śniadanie, by następnie obrać plan dnia.  Za cel padła 17 kilometrowa pętla szlakiem niebieskim  biegnącym przez Rezerwat „Szumy nad Tanwią”. Bez pośpiechu założyliśmy czapki, dopięliśmy kurtki po czym ruszyliśmy za wskazaniami GPSu, by po kilku kilometrach natknąć się na znakowaną ścieżkę.


Szumy to małe wodospady na rzece, których akurat Tanwi nie brakuje. Szlak niebieski zatacza pętlę  wzdłuż koryta rzeki i wiedzie bardzo urozmaiconymi ścieżkami. Wspina się na  strome wzniesienia nabrzeżne, prowadzi galeriami przez bagna,  kilkukrotnie przekracza rzekę drewnianymi mostami. Osobiście byłem zaskoczony skalą urozmaicenia trasy wzdłuż krótkiego odcinka Tanwi.
Szlak niebieski w pewnym momencie wprowadził nas do Suśca, gdzie zatrzymaliśmy się na posiłek. Jedzenie kanapek pod wiatą podszytą wiatrem nie pozwalało na dłuższą kontemplację, ale białe otoczenie okolicy wyglądało naprawdę zacnie.  Marsz lasami nieopodal wkrótce przeniósł nas na drugą stronę Tanwi i ścieżkę wzdłuż brzegu. Tam wprost roiło się od małych wodospadów, szumiących na skalnych progach.   Szybko zapadający zmrok zastał nas domykających pętlę, w miejscu rozpoczęcia marszu „Szlakiem szumów”. Jeszcze dwa kilometry kroczenia przez biały las i meldujemy się na noclegu.

Tam zaczynamy coroczną i najprzyjemniejsza procedurę.  W lokalnym sklepie zostają kupione produkty żywnościowe i ich substytuty, po czym z utartego przepisu poczęliśmy sporządzać „wspólną michę”, opierając się na zasadzie, że suma rzeczy jadalnych jest jadalna. Procedura ta, niby banalna i błaha sprawia za każdym razem dużo frajdy i angażuje kilka – kilkanaście osób do wspólnej pracy.  Po napełnieniu brzuchów przyszedł czas na część „artystyczną”.  Jak co roku do Mimochodka zawitał Mikołaj i rozdał prezenty przy akompaniamencie śmiechów i drobnych szyderstw.  To dopiero początek imprezy, która zakończyła się długo po północy.

Niedzielny ranek, jak to bywa po sobotnich bojach, nastał niespiesznie i okazał się wyjątkowo leniwy. Nie pędziliśmy  ze śniadaniem, z pakowaniem, a obserwowaliśmy otoczenie. Mróz trzymał, jednak pogoda znacznie się poprawiła. Za oknami najpierw zauważyliśmy przejaśnienia, później już bezchmurne, niebieskie niebo.  Z pakowaniem uwinęliśmy się przed południem i po pożegnaniu rozjechaliśmy się, każdy w swoją stronę. W drodze do Lublina przystanęliśmy jszcze przy dwóch kamieniołomach w Nowinach i Józefowie, oraz przeszliśmy ścieżkę edukacyjną  Rezerwatu „Czartowe pole”, biegnącą wzdłuż koryta rzeki Sopot.


Mimochodkowe mikołajki 2013 odbyły się pod znakiem prawdziwej zimowej aury. Pogoda, choć dla szarego człowieka kapryśna i paskudna, jak na tego typu wyjazd udała się idealnie i skomponowała wspaniały klimat, jakże takim imprezom potrzebny. Gdy znowu spoglądam  za okno to wolę raczej zamknąć oczy, rozbudzić wspomnienia i przypomnieć sobie rajd na Roztoczu, bardziej świąteczny niż teraźniejsze Boże Narodzenie.
Dziękuję uczestnikom za wspólną zabawę, a mikołajowi za litr kolorowego prezentu, który tego wieczoru został kolegialnie spożyty.
Pozdrawiam
Tomasz Duda

środa, 18 grudnia 2013

Barcelona bez biletów, czyli studenckie tanie podróżowanie

Barcelona bez biletów, czyli studenckie tanie podróżowanie

Poza walorami architektonicznymi i wizualnymi, Barcelona to wielkie i  drogie miasto. Otoczenie  urzeka, La Rambla kusi wielkimi witrynami  na ponadkilometrowej długości,  a co chwilę jakiś sprzedawca próbuje wmówić nam, że na jego towar czekaliśmy całe życie.
Konsumpcjonizm kwitnie, gotówka zmienia właścicieli, a miasto zarabia. W dużej mierze właśnie na turystach. Poza pamiątkami i tym bez czego możemy się obejść, pieniądze zdzierane są na biletach wstępu do wszelkich obiektów.  I o zgrozo, niemałe pieniądze. Wstęp do każdego płatnego obiektu kosztuje minimalnie 6 euro, maksymalnie wielokrotność tej sumy. Obecny kurs waluty skutecznie odstrasza od kupna, a zniżek właściwie nie ma.
I co w takim mieście ma zrobić student taki jak ja, który nie zarabia w euro, a co więcej – nie dysponuje nawet większą pulą złotówek?
Student ów przede wszystkim patrzy. Patrzy i ogląda. Ogląda zabytki, wyłapuje szczegóły i wciska się w każdy kąt godzien jego uwagi.
O tym właśnie będzie tekst.  Jako iż po katalońskim mieście długo chodziłem i obserwowałem, napiszę na czym oko warto zawiesić i gdzie chodzić. Tanie podróże moim sposobem.
Zapraszam.

Jeśli chcemy po mieście wyłącznie pochodzić i pozwiedzać to, co darmowe, w zasadzie wystarczą  dwa dni intensywnego chodzenia. Gdy chcemy wstępować do muzeów, wystaw i wszędzie gdzie potrzebny bilet wstępu, czyli w inny sposób niż ja, wypada zarezerwować minimum cztery dniówki.
Na wstępie powinniśmy kupić bilet komunikacji miejskiej. Jeżeli jedziemy samemu to trzeba będzie wydać 2 euro na pojedynczy, godzinny przejazd. Gdy podróżujemy w szerszym gronie, dużo bardziej opłaca się kupić bilet zbiorowy. Kosztuje 9,80 euro i zawiera w sobie 10 godzinnych przejazdów. Co ważne – na jednym papierku może podróżować kilka osób, a automaty biletowe czekają przy lotnisku w Barcelonie, na stacji kolejowej. 
Gdziekolwiek chcemy jechać, biletami wypada dobrze rozporządzać. Jeździć jak najdłuższe odcinki  i spacerkiem kierować się w stronę kwaterunku. Godzina wystarczy co prawda żeby właściwie wszędzie dojechać, ale nie ma mowy, żeby w czasie przesiadki cos obejrzeć. Sam wcześniej tak naiwnie myślałem, nieubłagalny Chronos zrewidował jednak moje posunięcia.

Planując zwiedzanie, proponuję podzielić obszar z grubsza na dwie części, nazwijmy je:
 1.Północno – zachodnia.
2. Południowo - wschodnia

Proponowana systematyka nie jest zupełna i swoimi kręgami nie będzie obejmować wszystkiego, gdyż jest to fizycznie niemożliwe. Niemniej jednak taki był mój tani sposób zwiedzania i patrząc wstecz powiem – sprawdził się, toteż w tym poście trochę subiektywnie go narzucę.  Mapkę Barcelony dostaniemy darmo  w każdym punkcie informacji turystycznej, których w mieście jest pełno. Jako miejsce odniesienia do tekstu stawiam listopad 2013, kiedy odwiedzałem Barcelonę.


Dzień 1 – obszar północno wschodni
Zwiedzanie proponuję zacząć od wzgórza Tibidabo. Najlepiej od razu podjechać metrem do stacji Avinguda de Tibidabo i dalej na północ udać się pieszo. Wzniesienie, choć liczy tylko 515 m npm , wznosi się bezpośrednio od poziomu morza. Tym samym zajmująca około 2 godzin droga na wzgórze jest bardziej męcząca niż może nam się wydawać, ale jego odwiedzenie zdecydowanie  polecam. Nietrudno tu trafić, a całe wzniesienie to jakby wielki park z alejkami i dróżkami. Kwitnie tu aktywne życie Barcelony – biegacze, rowerzyści są na Tibidabo obecni chyba o każdej porze dnia i roku. Nagrodą za pokonanie podejścia jest widok, jaki rozciąga się ze szczytu wzgórza. Z platform widokowych możemy podziwiać niesamowitą panoramę Barcelony, a po przeciwnej stronie dojrzeć masyw Montserrat i Pireneje.  Na szczycie Tibidabo bieleje malowniczy neogotycki kościół – widoczna z oddali bazylika poświęcona Sercu Jezusowemu – Sagrat Cor.  Budowla , zwieńczona rzeźbą Chrystusa z rozpostartymi ramionami budzi trochę skojarzenia z Rio. Trochę… . Mówiąc całkiem poważnie robi niesamowite wrażenie, a w słońcu wprost oślepia swoim blaskiem.



Od Tibidabo kierujemy się na południowy wschód. Świadomie pomijam park Güell, który ostatnimi czasy został objęty programem zdzierania pieniędzy z turystów. Poza tym, że z zewnątrz mnie osobiście nie zachęcił do wejścia, to bilety wstępu do obiektu, który jeszcze kilka miesięcy temu był bezpłatny kosztują bagatela 8 euro. Temu miejscu dziękuję…
Od wzgórza do kościoła Świętej Rodziny dzieli nas około 5 kilometrów, które można pokonać pieszo albo metrem.




Samą Sagradę Familę po prostu trzeba zobaczyć.  Większości ludzi budowla się podoba, niektórym nie, a bezsprzecznym pozostaje fakt, iż choć nieukończona, urosła do rangi symbolu Barcelony. Wysoka na ponad 100 metrów secesyjna konstrukcja jest jednym, wielkim placem budowy.  Zaprojektowana przez architekta Antoniego Gaudiego, Sagrada Familia ciągle się zmienia i modernizuje. Dźwigi wkomponowane w panoramę bazyliki świadczą o postępach prac, których zakończenie zaplanowano na 2026 r.. Bazylika wprost przesycona jest zdobieniami i rzeźbami. Potencjalnego widza z jednej strony przytłacza pięknem, z drugiej powoduje zamęt i konsternację. Natłok zdobień nie pozwala ogarnąć wszystkiego wzrokiem i burzy trochę estetykę konstrukcji.   Wejście do wewnątrz jest płatne około 8 euro, a z relacji podobno niewarte tych pieniędzy.




Po dokładnym obejrzeniu Sagrady i spacerze wkoło budowli, z lekkim bólem karku kontynuujemy wycieczkę. Zmierzamy półtora kilometra na zachód, do ulicy Pg. De Gracia. 
Dochodzimy do jednej z najbardziej zatłoczonych arterii miasta. I nie mówię tu o ruchu ulicznym. Pomimo szerokich chodników, miejsca nie ma tu za wiele, szczególnie wieczorną porą kiedy kończy się dzień pracy.
Przy ulicy Pg. De Gracia warto obejrzeć dwie najsłynniejsze kamienice powyżej wspomnianego Gaudiego. 

 Casa Mila czy inaczej La Pedrera. Architekt zbudował wspomniany budynek z wielką finezją. W założeniu miał on wyglądać „pływająco” i fantazyjnie, przez co trudno znaleźć w konstrukcji bryły schematy, linie proste czy kąty 90 stopni.

Pierwszą, jest tzw.


Druga kamienica położona jest po drugiej stronie ulicy, 700 m na południe. To tzw.  Casa Batllo, wzniesiona przez architekta pod koniec XIX wieku. Budynek jak właściwie wszystkie budowle Gaudiego jest niepospolity.  Bogato zdobiony, w swoich detalach nawiązuje do motywów zwierzęcych.  Wkomponowane formy mają kształt kości i łusek. Tak, jak i poprzednia kamienica, Casa Batllo znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.
Po trzeciej budowli projektowanej przez Gaudiego wypada wspomnieć o samym architekcie i jego koligacjach z miastem. Prawie sto lat po śmierci na jego nazwisku kwitnie reklama i obrót pieniędzmi. W Barcelonie słowo Gaudi to klucz, który ma zachwycać i otwierać portfele.  Nazwisko to znajdziemy niemal na każdej ulicy, a pamiątki, kanapy i muzea sygnowane jego nazwiskiem to niemal chleb powszedni. Dzisiaj mało kto wie, że Antonio Gaudi zginął zapomniany. Potrącony przez tramwaj, trafił do zbiorowej mogiły razem bezdomnymi, aż ktoś nie zorientował się że najsłynniejszego architekta w mieście brakuje śród żywych…

Nieopodal Pg. De Gracia położony jest najsłynniejszy deptak Barcelony – La Rambla.  Ulica nie zachwyca i aż kipi komercją.  My przebijamy się jednak na południe. Przy La Rambli warto odbić w stronę straganów widocznych po zachodniej stronie ulicy.


Po wejściu pomiędzy kolorowe wystawy  dotrzemy do bazaru – Mercat de la Boqueria. Nie jest to co prawda cud architektury czy muzeum, ale polecam wszystkim odwiedzenie tego miejsca. Tłumny i gwarny bazar  ma w sobie dużo lokalnego klimatu. Wystawy są różnorodne i kolorowe, a sprzedawcy zachęcają do kupna.  W hali można znaleźć stoiska z apetycznie wyglądającymi  słodyczami,  bar, ale najwięcej sprzedaje się tu owoców morza. Ryby wyłożona pokotem w lodzie to standard, a naszą uwagę przyciągną ani chybi żywe kraby i inne skorupiaki, łypiące na nas małymi ślepkami. Spośród wielu miejsc, to wspominam bardzo dobrze.













Idąc dalej na południe La Ramblą dotrzemy do wybrzeża. Jednak jeszcze nie dzisiaj.  Teraz wchodzimy w uliczkę naprzeciw Mercat de la Boqueria i zagłębiamy się w historyczną dzielnicę miasta – Barri Gotic.  Generalnie mogę rzec, że dzielnica ma w sobie to coś. Osobiście wolę wiekową, historyczną architekturę od secesji i modernizmu, toteż właśnie na Barri Gotic znalazłem swoje miejsce w Barcelonie. Klimatyczne wąskie uliczki, zakamarki, dużo knajpek i parę gotyckich świątyń porozrzucanych na przestrzeni kilku hektarów. Bardzo spłyciłem temat, ale na potrzeby chwili myślę, iż tyle wystarczy. Polecam spędzić tam dłuższą chwilę. W dzień i nocą. Pozwiedzać swoją drogą, ale również poszwendać bez pośpiechu i popatrzeć. Na skutery w wąskich uliczkach, na pranie suszące się na balkonach, na koty wylegujące się byle gdzie. Warto, a patrzeć najlepiej przy kawie J
Poza gotyckimi budowlami, znajdziemy tu wiele elementów renesansowych, oraz pozostałości czasów rzymskich. Najważniejszą budowlą okolicy jest oczywiście katedra, która chyba trochę niedoceniona na tle zabytków miasta, w rzeczywistości prezentuje sobą spektakularny kunszt gotyku. Zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz zniewala elegancja i precyzją. W tym miejscu miasto również chce zarobić. Od 13:00 do 17:00 wstęp do świątyni jest płatny i kosztuje jedyne 6 euro.  Dostęp do pomieszczenia ze słynnymi gęśmi, symbolizującymi czystość  św. Łucji trwa nawet krócej niż wynika to z tablicy. O 12:20 ochrona już nie wpuszczała nikogo do środka.
Zwiedzaniem dzielnicy gotyckiej kończymy dzień. Pozostaje udać się do najbliższej linii metra na La Rambli lub ulicy Via Laietana i wrócić na nocleg.


Na marginesie dodam, iż budowle w Barcelonie są bardzo dobrze oświetlone i warto obejrzeć je również w nocy. Ruch w Hiszpanii zaczyna się właśnie wieczorną porą i to jeden z lepszych momentów, aby poświęcić kilka godzina na spacer po mieście. Z pewnością nie będziemy żałować tak wykorzystanego wieczora czy nocy.




























Dzień 2 – obszar południowo-zachodni.

Skoro świt, rano, albo kiedy nam się zachce zaczynamy drugą część trasy.  Dzisiejsza przygoda rozpocznie się na placu Espanya. Jest to jeden z większych węzłów komunikacyjnych Barcelony  i bez problemu dojedziemy tu koleją lub metrem, zatrzymując się na stacji o hiszpańsko brzmiącej nazwie.
Sam plac nie powala. Mnie przynajmniej z nóg nie ścięło. Pośrodku znajduje się budowla o chlubnie brzmiącej nazwie Arenas de Barcelona Zbudowana w połowie lat 60tych miała być areną walk byków. Złośliwość historii sprawiła jednak, że brutalnych widowisk zakazano, a sam budynek, pełni teraz zaszczytną funkcję galerii handlowej…
Na pocieszenie, z udostępnionego bezpłatnie jako taras dachu roztacza się dobry widok na panoramę miasta.
Pomimo iż plac nie zachwyca, to jednak spoglądając na południe możemy powiedzieć już coś innego.  Widok w kierunku wzgórza Montjuic i  muzeum sztuki robi niesamowite wrażenie.  Właśnie tam zmierzamy. 
Montjuic w tłumaczeniu na polski znaczy „żydowskie wzgórze”. Wznosi się niecałe 200 metrów powyżej poziomu morza, jednak pozwala na kontemplacje wspaniałej panoramy miasta.

Sam budynek Muzeum  Narodowego Sztuki Katalońskiej wygląda majestatycznie. Bardziej przypomina zbudowany we włoskim stylu pałac lub rezydencję panującego niż galerię.  Bryła muzeum znajduje się na wzgórzu, do którego prowadzą dwa rzędy schodów, przedzielone pasem wody, tworzącym wraz ze spadem zbocza sztuczne kaskady i liczne wodospady. Całość wygląda po prostu pięknie, a podejście na wzgórze umilane wspaniałymi widokami upływa w mgnieniu oka.
Spod Muzeum Sztuki Katalońskiej rozciąga się piękna panorama na północną część miasta. Jak na dłoni widać nowoczesne wieżowce, wzgórze Tibidabo i wyróżniającą się z panoramy niekompletną bryłę Sagrady Familii.
Okrążamy muzeum sztuki katalońskiej i idziemy na południe.  Przechodzimy przez teren miasteczka olimpijskiego, które pamięta igrzyska organizowane tutaj w 1992 roku. Stadion olimpijski, biała iglica pomnika i wielkie, aż nienaturalnie puste place – to wszystko co możemy spotkać. Miasteczko olimpijskie moim zdaniem nie jest warte większej uwagi, a nawet zaryzykuję, że w zwiedzaniu bez żalu można je ominąć.

Stąd pokręconymi ulicami kierujemy się na wschód, w kierunku twierdzy Montjuic (Castel de Montjuic). Widoczne z oddali ceglane fortyfikacje wybudowano w XVII wieku. Porośnięte bluszczem i usytuowane na płaskim szczycie wzgórza, są z oddali mało widoczne i dobrze zakamuflowane.
Sam zamek z umocnieniami bastionowymi, udostępniony jest odwiedzającym do spacerów nieodpłatanie. Na pozycjach stoją działa artylerii nabrzeżnej, wejście przebiega przez drewniany most, a później prowadzi tajemniczymi poternami na bastiony. I główny mur. Budowla wznosi się nad stromym klifem morskim i jednym z piękniejszych jest widok w kierunku Morza Śródziemnego, na port usytuowany niemal pod naszymi stopami, sto metrów poniżej.   Wzdłuż bastionów możemy obejść całą budowlę, po czym wejść na wyższy poziom fortyfikacji przez dziedziniec.  Stamtąd roztacza się widok 360 stopni. Na miasto, morze, port i wszystko położone w promieniu kilku kilometrów. 


Castel de Montjuic to miejsce spokojne. Pomimo iż często odwiedzają je turyści, nie ma większego problemu, aby znaleźć  wolną ławkę czy kawałek murku i popatrzeć na cudowny horyzont morski, albo tłoczne miasto.
Ze wzgórza powinniśmy dostać się na wybrzeże. Wbrew pozorom nie jest to sprawa całkiem prosta i trzeba umiejętnie szukać schodów i dróżek. Bezpośrednio w dół raczej nie zejdziemy, z powodu stromizny zbocza.
Gdy znajdziemy się nad wybrzeżem, ruszajmy na wschód.  Jako punkt nawigacyjny może służyć nam widoczna z oddali kolumna Kolumba.

Wysoki na 52 metry postument to najsłynniejsza kolumna Barcelony. Co ciekawe i nowe również dla mnie, oczywiście odpłatnie można wjechać wewnętrzną windą na głowę  posągu i podziwiać panoramę miasta.  Ehh, tyle darmowych punktów widokowych, a tu trzeba płacić. Raczej zbyteczna atrakcja.






















Nieopodal kolumny znajduje się port. Dobrym pomysłem jest wstąpienie tu, obserwacja statków kołyszących się na morzu, mew chciwych na wszystko co zjadliwe i czarnoskórych, handlujących towarem wszelakim.



Idąc półtora kilometra dalej na wschód trafimy do kolejnego kompleksu atrakcji turystycznych.
Miejsce gdzie do XIX wieku znajdowało się dawne więzienie i symbol zniewolenia miasta, dzisiaj służy mieszkańcom do weekendowych spacerów. Park (Parc de la Ciutadella) ma swój specyficzny klimat i otoczenie. Pełno tu dróżek, stawów i ogrodów. Z południowej strony park graniczy z ogrodem zoologicznym, a z przeciwnej zwieńczony jest malowniczą altaną.
Jeśli nie mamy co zrobić z czasem wolnym lub po prostu chcemy pospacerować w miłym otoczeniu, to miejsce dla nas. 


Na północ od kompleksu dawnej cytadeli położony jest kilkuset metrowy deptak, zakończony Łukiem Tiumfalnym, który jednak poza kolejnym punktem do odhaczenia na mapie nie ma w sobie nic porywającego.
Spacerem po Parc de la Ciutedella kończymy drugi dzień zwiedzania. Parę kilometrów przeszliśmy, więc na nocleg możemy powrócić metrem. Jedna ze stacji usytuowana jest nieopodal Łuku Triumfalnego, lub po przeciwnej stronie kompleksu – przy ulicy Ronda Litoral.
Spragnionym atrakcji bądź dysponującym nadwyżką czasu z uporem maniaka proponuję ponowną przechadzkę po dzielnicy Barri Gotic, do której dojdziemy w kilka minut.



Miejscem, które nie znalazło się na opisywanych przez mnie trasach jest niespełna 100 tysięczny stadion FC Barcelona – Camp Nou. Nie wspominałem o nim, gdyż nie wszystkim musi podobać się piłka bądź takie molochy. Szczególnie, jeśli nie wchodzimy do stadionu. Bilet łączony, który był jedyną możliwą opcją exclusive kosztował w czasie mojego pobytu w mieści 23 euro. Tylko wytrwałym kibicom nie żal takich pieniędzy. 
Pomimo mojego średniego zainteresowania piłką nożną, postanowiłem na stadionie jednak się pojawić. Jednak te tony betonu i stali mają w sobie cos, co przyciąga ludzi z całego świata. Chociaż z tego powodu, uważam że warto było pojawić się w okolicach Camp Nou.

Tak oto kończymy wycieczkę chodzono-jeżdżoną bez biletów wstępu. Nie spędzaliśmy czasu w muzeach i galeriach, ale myślę że warto było w taki prosty sposób spożytkować dwa treściwe dni. 
Oczywiście nie twierdzę, że wszyscy z moją koncepcją  taniego zwiedzania  i podróży muszą się zgodzić, ale studenci-podróżnicy powinni. Za zaoszczędzone pieniądze mogą wszak kupić bilety tanich linii lotniczych do kolejnego miasta, po którym można pospacerować.

Ja tak zrobię. Wkrótce. Tymczasem dziękuję za spacer  po Barcelonie.

Specjalne ukłony wędrują do Anity, za pokazanie miasta, nocleg i koordynację ;)

Pozdrawiam.

Tomasz Duda. 

środa, 11 grudnia 2013

Klasztor i wzgórze Montserrat - praktyczne informacje z wyjazdu

Klasztor i wzgórze Montserrat - praktyczne informacje z wyjazdu

Położony 40 kilometrów na północ od Barcelony, masyw górski Montserrat jest jednym z najczęściej odwiedzanych atrakcji turystycznych Katalonii.
Na tle pagórkowatego krajobrazu tej krainy geograficznej wzgórze wyróżnia się dość mocno i z oddali budzi zaciekawienie swoim wypiętrzonym i trochę potarganym kształtem.
Z pewnością niejeden przybysz, który odwiedzi Barcelonę i wdrapie się na wzgórze Tibidabo, podziwiając panoramę skupi uwagę na charakterystycznym wzniesieniu na horyzoncie.
Potencjalnemu turyście masyw górski oferuje wiele atrakcji.  Przejażdżki kolejką szynową,  szlaki turystyczne, drogi wspinaczkowe i piękny klasztor będący jednym z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych w Hiszpanii, to tylko najważniejsze plusy miejsca. Co można zobaczyć i dlaczego warto przyjechać – poniżej.

Dojazd


Wzgórze Montserrat jest miejscem znanym i dobrze wypromowanym w Katalonii. Będąc w Barcelonie, aby dojechać w okolice masywu najwygodniej kupić bilet łączony, „kolejowo-kolejkowy”.
Na początku należy udać się do jednego z większych węzłów komunikacyjnych Barcelony – na  plac Espanya i znaleźć stację metra o tożsamej nazwie. Obiekt jest połączony ze stacją kolejową i podążając za oznaczeniami, wkrótce natkniemy się na bilbordy promujące Monsterrat.
Kupno biletu nie sprawia najmniejszego problemu. Na stacji nietrudno znaleźć wiele ulotek z rozkładem jazdy pociągu linii R5, a przy peronach urządzona jest specjalna budka, gdzie porozumiewająca się po angielsku obsługa wytłumaczy nam całą procedurę kupna biletu w automacie.
Przy urządzeniach ponad to czekają specjalni pomocnicy, którzy właściwie mogą wstukać wszystko za nas.
Jest kilka  rodzajów biletów
1. Pociąg + kolejka szynowa pod klasztor – 17,35 euro od osoby
2.Pociąg + kolejka linowa pod klasztor
3. Pociąg + kolejka szynowa pod klasztor +kolejka szynowa do stacji wyżej „Estacio superior de Sant Joan” – 23 euro
4. Pociąg + kolejka linowa + kolejka szynowa do stacji powyżej
Pociąg odjeżdża właściwie co godzinę , to samo odnosi się do powrotu z klasztoru. Dokładne rozpiski znajdują się na ulotkach, które dostaniemy na stacji kolejowej, jak również w okolicach klasztoru. To jaki bilet kupimy zależy od naszego upodobania i stanu portfela. Osobiście wybrałem wersję najtańszą .
Pociąg, którym jedziemy na początku jest zwykłym pojazdem szynowym, mijającym kolejne miejscowości i podwożącym ludzi do pracy. Spędzamy w nim ponad godzinę, przeczekując kilkanaście stacji. Pierwszy punkt przesiadkowy, o którym informuje spiker oznacza postój dla podróżujących dalej kolejką linową. „Tańszy wariant” wysiada na kolejnym przystanku. Synchronizacja pojazdów szynowych nie ma sobie nic do zarzucenia. Bez zwłoki przesiadamy się w oczekujące wagony i toczymy pod górę. Trasa kolejki jest niebanalna i przyciągnie wzrok nawet wytrawnego turysty. Wrażenie potęgują nowe, przeszklone wagony i stromizna podjazdu.
15 – 20 minut później jesteśmy na miejscu. Przechodzimy przez bramki i wychodzimy na plac przed klasztorem Montserrat. Kolejki w dół kursują niemal co godzinę i również są skoordynowane z pociągiem poniżej. Ostatni kurs odjeżdża późnym wieczorem i z transportem co Barcelony nie ma najmniejszych problemów.
                W czasie wycieczki ma wzgórze, w głowie wymalowała mi się możliwość tańszej wersji transportu na miejsce, a przynajmniej pod masyw. Chodząc znakowanymi szlakami zauważyłem, iż w kilku miejscach umieszczone są tabliczki wskazujące na jedną miejscowość – Collbato.   Drogowskazy informowały o 1:35 – 2h dojścia do miejscowości, więc w drugą stronę około pól godziny dłużej.  Biorąc pod uwagę, gdzie spotkałem znaki, miarkuję iż w 3h wystarczą, aby najkrótsza drogą dojść z Collabato do klasztoru Montserrat, co przy letnim dniu nie jest wcale aż tak czasochłonne. Do miejscowości z pewnością można znaleźć pociąg w normalnej cenie i zaoszczędzić na przejeździe kilka euro.
Gdybym kolejny raz wybierał się w tamto miejsce, z pewnością wybrałbym „ekonomiczną” drogę.


Masyw Monserrat

Sant Jeroni
Góra Montserrat jest miejscem niezwykłym i charakterystycznym. Nazwa odnosi się do wyglądu katalońskiej enklawy, zbudowanej ze skalnych ostańców, baszt i innych obłych kształtów wyglądających jakby były wyciosane z lokalnego zlepieńca, czy pocięte boską ręką.
Najwyższym szczytem masywu jest Sant Jeroni (1237 m npm) ulokowany w północnej części wzniesienia.  Skalne palce z oddali wydają się bardzo niedostępne. Faktycznie, na większość z nich prowadzą tylko drogi wspinaczkowe, a niektóre krzyże na szczytach dotknąć mogą wyłącznie wspinacze radzący sobie z przewieszeniami. 
Drogi wspinaczkowe są obite i oznaczone stopniem trudności. Niestety nie brakuje tablic poświęconych tym, którzy w masywie zginęli…




Montserrat oferuje wiele znakowanych szlaków turystycznych dla pieszych wędrowców, które widoczne są  na mapce.  Prowadza one dobrze widocznymi i zabezpieczonymi ścieżkami, często sztucznie utwardzonymi. Trasa jest utrzymana w znakomitym stanie  i niesamowicie widokowa.  W skały wkomponowano  wiele kapliczek i pozostałości budowli sakralnych, które urozmaicają wycieczkę. Czasem trafi się przejście nad przepaścią, innym razem ciasną szczeliną pomiędzy skałami przyjdzie nam zejść w stronę doliny.  Wszystkiego nie sposób schodzić w jeden dzień.

Mapa szlaków turystycznych masywu Montserrat z zaznaczonymi czasami przejść i stacjami kolejek



W masywie ma swoje siedziby wiele górskich zwierząt. Szczególnie widoczne są kozice, które po mistrzowsku opanowały wspinaczkę na niedostępne ostańce. Można spotkać je niemal wszędzie, niekiedy wprost przyklejone do skalnych ścian i ciekawe naszej obecności.
Na szczyt Sant Jeroni  wprowadzają sztuczne schody.  Poza nimi, barierka na szczycie trochę psuje klimat miejsca. Niemniej widok jest spektakularny.  Wypiętrzające się ostańce, zielone doliny Katalonii i ośnieżone Pireneje to tylko ułamek widnokręgu który tam ujrzałem.  Resztę można zobaczyć odwiedzając to  miejsce. Z pewnością warto.



Klasztor Montserrat

Charakterystyczne wzgórze od wieków jest powiązane z chrześcijaństwem. Według legendy już w I wieku n.e. św. Piotr w jednej z grot zostawił figurkę Matki Bożej i zapoczątkował cudowną historię miejsca.  Na fakty przychodzi poczekać jednak kolejne stulecia. W 976 r. benedyktyni wybudowali w skalnej enklawie klasztor i umieścili w nim świętą figurę. Od tamtego czasu Montserrat prężnie rozwijał się jako centrum pielgrzymkowe katolickiej Hiszpanii, zachowując przy tym dużą niezależność.  Na początku XIX wieku budowla padła łupem wojsk napoleońskich, które bezpośrednio przyczyniły się do jej zniszczenia. W obecnym kształcie klasztor odbudowano dopiero   w 1874 r.. Od tamtego czasu stanowił zawsze symbol niezależności Katalonii i ponosił razem z nią ciężary wojen i represji.
W dzisiejszych czasach to drugi co do ważności pielgrzymkowy ośrodek w Hiszpanii.  Przyćmiony przez sławę Santiago de Compostella, bywa zapominany przez zagranicznych turystów. 
Mimo tego miejsce jest bardzo „oblegane”. W sezonie wokół klasztoru przetacza się potężny tłum turystów. Nawet odwiedzając miejsce w dzień roboczy, końcem listopada jechałem prawie pełną kolejką, a po klasztorze w jednym momencie kręciło się kilkudziesięciu turystów.
Same zabudowania są bardzo  eleganckie i z zewnątrz surowe. Przekraczając bramę klasztoru wychodzimy na wielki plac wyłożony kamiennymi płytami. Jak i cały budulec pochodzą one z okolicznych skał zlepieńca.

Z placu podążamy w kierunku widocznej z oddali bramy w jednym z budynków i docieramy na mały dziedziniec. Przez nami wyrasta gmach bazyliki klasztornej. Fasada budowli jest wspaniale zdobiona i zawiera w sobie rzeźby przedstawiające dwunastu apostołów z Chrystusem pośrodku.  Wraz z zetknięciem się z budowlą wrażenie całej surowości miejsca znika, a pojawia się większa ciekawość.
We wnętrzu kościoła po chwili obserwacji, nad głównym ołtarzem dostrzeżemy balkon i świętą figurę. Z tego miejsca się jednak do niej nie dostaniemy.

















Madonna z Montserrat lub inaczej La Moreneta, to patronka Katalonii. Drewniana, romańska figurka według najnowszych badań pochodzi i XII wieku i poczerniała od dymu palonych od stuleci świec.  Dostać możemy się do niej, wchodząc do bazyliki wejściem z prawej strony i przechodząc długim korytarzem wzdłuż nawy bocznej. Podążając ciągle przed siebie natrafiamy na schody i zmierzamy nimi aż pod samą figurkę. Według opisów to w tym miejscu gromadzą się największe tłumy i tworzą zatory. Po obejrzeniu figurki Czarnej Madonny wychodzimy z bazyliki po lewej stronie fasady, przechodząc przez korytarz setek świec palonych w różnych intencjach przez pielgrzymów.


Wzgórze Montserrat to jedno z miejsc „must see” na turystycznej mapie Hiszpanii. Jeśli ciężko o długą wycieczkę po kraju, miejsce masyw okaże się ciekawym uromajceniem dłuższego pobytu w Barcelonie. Gdy znudzi nas ludzki gwar, zamknięte horyzonty i zgiełk miasta, Montserrat z pewnością dostarczy świeżych wrażeń.
Pozdrawiam

Tomasz Duda